Prognoza światowej polityki na rok 2026. Nadszedł czas chciwości i pogardy

Po roku rządów Donalda Trumpa widać już, jaki świat chce on nam stworzyć. Wiemy dość, by zaproponować ambitny polski plan dla Europy. I wesprzeć tych, którzy chcą budować, a nie niszczyć.
Czyta się kilka minut
Donald Trump na płycie lotniska w Morristown w stanie New Jersey, USA, 23 maja 2025 r. // Nathan Howard / Reuters / Forum
Donald Trump na płycie lotniska w Morristown w stanie New Jersey, USA, 23 maja 2025 r. // Fot. Nathan Howard / Reuters / Forum

Niezależnie od tego, jak potoczą się ostatecznie negocjacje między USA, Rosją, Ukrainą i Europą, gdybyśmy mieli podsumować rok 2025 w polityce światowej tak, jak mamy w zwyczaju recenzować serialowe sezony, ocena byłaby druzgocąca.

Główni bohaterowie budzą bardziej zażenowanie niż sympatię. Fabuła zdaje się ulepiona z jednej i tej samej akcji, powtarzanej co kilka odcinków. Finał nie tylko nie zapowiada się spektakularnie, lecz nie wiadomo, czy w ogóle się zapowiada. W zasadzie kolejny sezon nie powinien powstać. Mimo to zdjęcia do niego są już kręcone.

Dyplomacja zredukowana do negocjowania biznesów

Za tym na poły żartobliwym opisem kryją się jednak dramaty milionów ludzi – w Ukrainie, Gazie, Sudanie i innych miejscach, gdzie „wielka polityka” zostawia swoje krwawe żniwo. Dyplomacja w wydaniu elit „nowego Zachodu” została zredukowana do negocjowania biznesów.

Kulisy ustalania przez Steve’a Witkoffa słynnych 28 punktów „planu” dla Ukrainy to wydarzenie bez precedensu. Plan pisany przez Kreml jest prezentowany jako propozycja amerykańska, a Witkoff instruuje zauszników Putina, jak zyskać przychylność Trumpa. Ten nie widzi w tym nic złego – pragnienie zatrzymania rozlewu krwi ma usprawiedliwiać nawet takie działanie. W istocie jednak chodzi tu o pieniądze, które rodzina i przyjaciele prezydenta USA mogą zarobić na współpracy z Rosją.

Trump, Netanjahu, Orbán i asystujący im witkoffowie tego świata to w istocie oligarchowie, którzy politykę światową traktują jak klub bogatych cyników, szukających prostych metod na duże biznesy. Choć wybrani demokratycznie, nie lubią demokracji, bo z nią wiąże się odpowiedzialność za swoje poczynania.

Egoizm i pogarda dla słabszych: esencja obecnej Realpolitik

Często daleka od swych ideałów, pełna sprzeczności i poobijana przez kryzysy – tak, polityka wspierania demokracji, wolnego rynku i wolności w świecie przyniosła po końcu zimnej wojny wiele rozczarowań. Elity liberalne mają wiele na sumieniu. Ale ich polityka miała ambicję, by zmieniać świat na lepsze. W wielu miejscach go zresztą zmieniła – Polska tego najlepszym przykładem.

Uruchamianie odtwarzacza...

 

Dziś „nowe elity” promują politykę pozbawioną jakiejkolwiek nadziei. Politykę do cna egoistyczną, w której liczy się tylko zdolność do wzajemnego szantażu, opartego na sile gospodarczej i militarnej. Oraz ostentacyjna chciwość i pogarda dla słabszych.

Jednak ich przekonanie, że stabilność na świecie można oprzeć na mitycznej „równowadze sił”, jest takim samym złudzeniem jak wiara, że demokracja zagości w każdym zakątku świata. Każdy nowy ład, który jest wart swojej nazwy, musi bowiem tworzyć przestrzeń dla racjonalnego zarządzania problemami. Musi też opierać się na systemie wartości, który ludzi łączy, a nie ich wykorzystuje.

Jak wyglądały negocjacje na szczytach 35 lat temu

Cofnijmy się o 35 lat. Gdy upadały komunizm i imperium sowieckie, obawom przed wielką destabilizacją, która mogła nastać po tym upadku, towarzyszyła aktywna dyplomacja. Z rozpadających się puzzli starego świata próbowano na bieżąco układać nowy obraz.

Jego twórcy – Bush, Kohl, Mitterrand, Thatcher, a także Gorbaczow – byli populistami swoich czasów. Dbali o swój interes, wykorzystywali swoją przewagę, nie bali się szantaży. Patrzyli na politykę przez pryzmat narodowych egoizmów i emocji. Ale zarazem mieli świadomość, że albo spróbują razem coś wygrać i ugrać w chaosie zmian, albo wszyscy przegrają bezpieczeństwo i dobrobyt swoich państw.

Z jednej strony, Bush przestrzegał Ukraińców przed skutkami opuszczenia Związku Sowieckiego, Mitterand mówił o swej miłości do Niemiec (stąd dwa państwa niemieckie były dla niego lepsze niż jedno), Thatcher uważała niemieckie zjednoczenie za „policzek”, a Kohl instrumentalnie lawirował w sprawie granicy na Odrze.

Równolegle jednak negocjowali warunki zjednoczenia Niemiec, a także warunki otwarcia NATO i Wspólnoty Europejskiej (poprzedniczki Unii) na współpracę z nowymi demokracjami w Europie Wschodniej, i szykowali kolejny krok w integracji europejskiej.

Dawni budowniczy i dzisiejsi destruktorzy

Gorbaczow, choć osobiście największy przegrany tamtych czasów – odstawiony na boczny tor przez Jelcyna i uznany za symbol „zdrady Związku Sowieckiego” – okazał się finalnie politycznym zwycięzcą. Bez wdzięczności dla „Gorbiego” za to, że zaakceptował cichą śmierć imperium, na Zachodzie nie powstałby mit demokratycznej Rosji.

Ten mit, którego słynnym przejawem są słowa Schrödera, iż Putin to „kryształowy demokrata” (orzekł tak w 2004 r., broniąc Putina od zarzutu, iż ten niszczy demokrację w swoim kraju). I który przyniósł Rosji nie tylko miliardy marek, a potem miliardy euro inwestycji, ale długo, za długo kazał politykom Zachodu widzieć w Rosji partnera.

Gdy główni aktorzy lat 1989-91 spotkali się po latach w Hotelu Broadmoor w Colorado Springs, by powspominać tamten czas (nie było tylko Kohla),  Thatcher podsumowała swoją politykę słowami, które dziś dają do myślenia: „Rola przywódców nie polega na godzeniu się z rzeczywistością. Uważam, że jesteśmy po to, żeby zmieniać to, co nieuchronne – w każdym wypadku kierując się umiłowaniem wolności”.

Różnica między wtedy a dziś, między rokiem 1990 a 2025/2026, sprowadza się zatem do jednej rzeczy: pragmatycznych budowniczych nowego świata zastąpili pozbawieni wyobraźni destruktorzy.

Rosja Putina popełnia samobójstwo na raty

Putin nie jest i nie będzie Gorbaczowem. „Gorbi” chciał ocalić Związek Sowiecki, reformując go, co mu się nie udało, ale finalnie przysłużył się światu. Tymczasem ratując w jego mniemaniu wielkość Rosji, Putin sprowadził jej siłę do jednego wymiaru – militarnego.

Wojna w Ukrainie jest dla Rosji tym, czym dla Związku Sowieckiego była wojna w Afganistanie z lat 1979-89: politycznym i gospodarczym samobójstwem rozłożonym na raty. Wprawdzie dzięki pomocy Pekinu i Indii raty długu są wciąż rolowane, ale stale rosną.

Następca Putina, kimkolwiek będzie (lub może nawet już jest, o przewrotach w Rosji zawsze dowiadujemy się następnego dnia rano), nie będzie mógł liczyć na tamten Zachód, który po 1991 r. doprosił Rosję do wspólnych instytucji, zapewniał pożyczki i dawał (na kredyt) uznanie międzynarodowe. Takiego Zachodu już nie będzie.

Rosja pozostanie pariasem, najpewniej na dekady. Krajem zacofanym, zdanym na łaskę Chin lub USA, które będą brutalnie eksploatować jej słabość w zamian za udział w nowym „koncercie mocarstw”. Stąd wojna jest jedyną kartą, którą Putin może grać. Nie jest to dobra wiadomość nie tylko dla samych Rosjan, ale przede wszystkim dla jej sąsiadów.

Ameryka Trumpa sama redukuje swoją pozycję

A Trump? On niszczy niejako przy okazji. Jego celem jest – to widać po roku jego rządów – wycofanie Stanów z globalnej sieci sojuszów i powiązań gospodarczych. Nowa Strategia Bezpieczeństwa Narodowego, opublikowana w grudniu 2025 r., zakłada, że USA chcą zredukować się do roli regionalnej potęgi na zachodniej półkuli. Dbanie o własne granice i trzymanie wrogów z dala od obu Ameryk ma być odtąd ich głównym zadaniem.

Nie byłoby w tym nic kontrowersyjnego, przynajmniej z perspektywy Waszyngtonu, gdyby tej samoredukcji nie towarzyszyło przekonanie, iż status mocarstwowy pozostanie przy Stanach niejako automatycznie, bo za jego utrzymanie będą płacić sojusznicy.

Nie ma to wiele wspólnego z politycznym realizmem, którym ponoć kieruje się Trump. Mocarstwa ponoszą bowiem koszty bycia mocarstwami.

Nawet ów nowy system lenny – bo tak można opisać oczekiwania Białego Domu wobec innych krajów – wymaga angażowania się suwerena w konflikty w dalekich teatrach, od Europy Wschodniej po Tajwan, Koreę i Japonię. Z pewnością nie będzie on atrakcyjny dla państw, które poważnie traktują demokrację i suwerenność.

Ale świat dostosuje się do nowej strategii USA. Zapewne szybciej, niż Trump dostosuje się do świata, który właśnie naszkicował.

Ogłuszona Europa próbuje niwelować straty

Europa – w osobach premiera Starmera, prezydenta Macrona i kanclerza Merza – jest w tym amerykańsko-rosyjskim uścisku ogłuszona. Pozbawiona orientacji i skupiona na przetrwaniu. Przede wszystkim na przetrwaniu Ukrainy, ale też swojej racji bytu.

Jest w tym coś frapującego, że te trzy kraje, które po 1945 r. doświadczyły polityki USA z jej wszystkimi dobrymi i ciemnymi stronami – od wyzwolenia, przez obojętność wobec budowy muru berlińskiego w 1961 r., po wojnę z terroryzmem na początku XXI w. – okazały się tak nieprzygotowane na kolejną kadencję Trumpa. I to po latach debat i ostrzeżeń, że zaangażowanie Stanów w Europie dobiega końca za sprawą zmian w samej Ameryce.

Ale jedno trzeba im – i kilku innym politykom europejskim – uczciwie oddać. W całym tym chaosie próbują nie tylko niwelować straty, wspierać Ukrainę i hamować destrukcyjne zapędy Trumpa. Traktują swoją misję tak, jak określiła ją Thatcher: „żeby zmieniać to, co nieuchronne”. Choć krucha stabilność w polityce wewnętrznej daje im pretekst, by schować się za murem opinii publicznej i czekać, aż sprawy rozwiążą się same.

Polska jest dzieckiem i beneficjentem dawnego ładu

W tym wszystkim gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie, Polska. Nie chodzi tylko o obrazki, na których rzadko widzimy polskiego prezydenta czy premiera w gronie tych, którzy wraz z Ukrainą szkicują ramy porozumienia.

Problemem jest rozdźwięk między z jednej strony świadomością zmian, które zachodzą w naszym otoczeniu w iście rewolucyjnym tempie, a z drugiej strony brakiem politycznej odpowiedzi na nie. Same słowa to za mało. To trochę tak, jakbyśmy liczyli, że ciemne chmury przeminą. A nawet jeśli nie, to że w świecie nowych reguł odnajdziemy się tak samo dobrze, jak w tym, który przemija. Nie odnajdziemy się.

Polska jest dzieckiem i beneficjentem tamtego świata wolnościowego i owego „naiwnego idealizmu”, o którym mówił ostatnio sekretarz wojny USA Pete Hegseth.

Wprawdzie daliśmy iskrę do wielkich zmian w postaci Solidarności i okrągłego stołu, ale nie braliśmy udziału w tworzeniu nowego porządku w Europie po zimnej wojnie. Nie było nas przy stole rokowań 2+4 o zjednoczeniu Niemiec ani na ówczesnych szczytach NATO i Wspólnoty Europejskiej. Wychodząc z komunizmu, byliśmy bankrutami.

Jednak udało nam się wsadzić nogę w drzwi zachodniej polityki, skutecznie odwołując się do mitów Solidarności i bezkrwawej rewolucji, a czasem też do szantażu moralnego.

Co by było, gdyby 35 lat temu na Zachodzie rządziły reguły Trumpa

A przecież mogło być inaczej. Gdyby wtedy, po upadku sowieckiego imperium, w polityce dominowały dzisiejsze idee trumpistów – patrzących na świat przez pryzmat wąskich interesów narodowych, zamykających granice i gospodarki, stawiających na deale mocarstw kosztem instytucji międzynarodowych – nie byłoby sukcesu polskiej transformacji. Bo nie byłoby po prostu otwarcia NATO i UE na byłe kraje komunistyczne.

Przypomnijmy, że w ówczesnej optyce krajów „starego” Zachodu potencjalne koszty tego otwarcia górowały nad potencjalnymi zyskami. Ani w 1999 r., gdy wchodziliśmy do NATO, ani w 2004 r., gdy weszliśmy do Unii, nikt sobie nie wyobrażał, że po 20 latach Polska będzie jedną z najszybciej rozwijających się gospodarek świata. Że zapóźnienia z czasów PRL-u nadrobi w ciągu jednego pokolenia.

Nikt wówczas nie mógł także sądzić, że w 2025 r. będziemy wydawać ponad 4 proc. na obronę, kupując najnowsze systemy i rozbudowując siły zbrojne. Przypomnijmy, że przed 1999 r. Sojusz obniżał kryteria militarne, aby przepchnąć nas, Czechów i Węgrów.

My mieliśmy swój interes i go zrealizowaliśmy

Tak, nasza historia po 1989 r. mogła potoczyć się inaczej. Zamiast rozszerzać amerykańskie gwarancje dla Polski w ramach NATO, można było zaoferować nam mglistą współpracę, której bliskość zależałaby od tego, jak traktujemy firmy z USA. Zamiast oferować fundusze strukturalne, znosić wizy i otwierać rynek, Europa Zachodnia mogła zostać przy zwykłej wymianie handlowej, wymusić otwarcie na inwestycje (polskiego kapitału nie było, były za to długi), a wizy dawać „po uważaniu”.

Ktoś zareplikuje, że takie były przecież początkowe intencje USA, Francji czy Niemiec, że otwarcie następowało powoli i z oporami. To prawda. Bo to nie była sielanka, tylko gra narodowych interesów (choć pojęcie to skrzętnie ukrywano za parawanem dyplomacji). My mieliśmy swój interes – i go zrealizowaliśmy.

Źródłem fundamentalnej różnicy między tamtym światem idei wolnościowych a obecnym światem putinowsko-trumpowskiej nowej Realpolitik jest to, że w tamtym dostawało się szansę na zmianę swojego miejsca w hierarchii.

W tym obecnym zaś jest się skazanym na dyktat, a miejsce w szeregu jest wyznaczone odgórnie i dane raz na zawsze. Tym się różniło NATO od Układu Warszawskiego, a Unia Europejska – od komunistycznej Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej.

Jaka jest stawka u progu roku 2026

Historia naszego sukcesu ostatnich 35 lat uświadamia też stawkę, o którą chodzi u progu roku 2026. Tu idzie nie tylko o pokój dla Ukrainy, ale też o to, czy w nowym rozdaniu ról zachowamy szanse na wzrost pozycji, czy też zostaniemy zablokowani i zaczniemy się osuwać.

Wiemy już oficjalnie, że USA nie traktują Rosji jako zagrożenia. Wiemy też, że – bez względu na ciepłe słowa Trumpa wobec nas – Ameryka zaczęła proces zwijania się z Europy. Leżąca na stole oferta bycia wasalem, który rozbija od środka integrację europejską, wprowadza „demokrację” spod znaku MAGA i składa hołdy Muskowi oraz innym cyfrowym oligarchom, jest nie tylko upokarzająca. To droga donikąd.

Wiemy także, że integracja Europy utkwiła w martwym punkcie. Że jej fundament w postaci wspólnego rynku wymaga nie tylko dokończenia, ale i uzupełnienia o integrację rynków kapitałowych, energetycznych i cyfrowych, a także ochrony przed nieuczciwą konkurencją z Chin. Że trzeba wzmacniać europejską suwerenność, a nie otwierać ją na kolejne ciosy z zewnątrz.

Wiemy też, że Ukraina pozostanie naszym trudnym sąsiadem, który długo jeszcze nie znajdzie sobie miejsca w świecie. Rozrywana wojną i dziedzictwem korupcji oraz pychy jej najwyższych urzędników, będzie jednak oddziaływać na nas – czy tego chcemy, czy nie.

Ambitny polski plan na rok 2026

Wiemy zatem wystarczająco dużo, by zaproponować polski plan dla Europy i wesprzeć tych, którzy chcą budować, a nie tylko niszczyć.

Taki plan powinien, po pierwsze, określić warunki dla budowy w pełni funkcjonalnej europejskiej unii obronnej, niezależnej od USA, ale opartej na strukturach NATO i traktatach unijnych, otwartej na bliską współpracę wojskową z USA, Kanadą, a także  Australią, Japonią, Koreą Południową i oczywiście Ukrainą.

Po drugie, powinniśmy wpisać reindustrializację Europy w ambicje europejskiej polityki klimatycznej, transformacji cyfrowej europejskich gospodarek oraz politykę rozszerzenia. Po trzecie, zdefiniować ramy i zasady europejskiej suwerenności informacyjnej, które uczynią nas niezależnymi od zagranicznych platform.

Ambitnie? Być może. Ale nie ma powodu, dla którego mamy być odbiorcą cudzych idei i pomysłów na własną przyszłość.


Kryzys zaufania

Według sondażu prestiżowego ośrodka Pew Research Center, przeprowadzonego w 25 krajach (także w Polsce), ludzie w różnych regionach świata są niezadowoleni ze swoich systemów politycznych i z wybranych przedstawicieli.

W 20 z 25 państw większość badanych twierdzi, że ich system polityczny wymaga albo poważnych zmian, albo całkowitej reformy; opinię tę podziela około ośmiu na dziesięciu (lub więcej) dorosłych w Argentynie, Brazylii, Grecji, Kenii, Nigerii, Korei Południowej i USA.

Jednak wielu z tych, którzy chcą znaczących zmian politycznych w swoim kraju, nie wierzy, że są one możliwe do przeprowadzenia.

To niezadowolenie jest przynajmniej częściowo powiązane z frustracją wobec przywódców politycznych. W 25 badanych krajach mniej więcej czterech na dziesięciu respondentów (lub nawet więcej) wskazuje, że niewielu lub żaden z wybranych przedstawicieli nie jest uczciwy, etyczny, dobrze wykwalifikowany, że rozumie potrzeby zwykłych ludzi i koncentruje się na najważniejszych problemach swojego kraju.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 1-2/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Witajcie w czasach chciwości i pogardy