Miłość według kalendarzyka. Intymne dramaty katolickich małżeństw

Mają poczucie, że Kościół okradł ich z najpiękniejszych lat życia. Katolickie małżeństwa szczerze o metodach naturalnej regulacji poczęć.
Czyta się kilka minut
Ilustracja Kasia Kozakiewicz dla „TP"
Ilustracja Kasia Kozakiewicz dla „TP"

Zastanawiam się, jak nazwać to, co czuję – mówi Magda, lat czterdzieści kilka, od ponad dwudziestu w małżeństwie. – Chyba najtrafniejsze sformułowanie to „oszukana”. Czuję się oszukana, bo ćwierć wieku temu uwierzyłam Kościołowi, że naturalne planowanie rodziny (NPR) to fantastyczna sprawa i że choć wymagające, to da nam radość życia zgodnie z naturą i z Bożym planem. Czekałam z rozpoczęciem współżycia do ślubu. Przyjęłam wszystkie dzieci, które Pan Bóg nam dał. Gdyby mimo braku starań pojawiło się następne dziecko, urodziłabym. I cała ta moja wiara jest o kant d... potłuc.

Przez ponad dwadzieścia lat żyję z kalendarzem i termometrem w ręku oraz śluzem między palcami. Planując sporadyczne wyjazdy we dwoje, liczę, czy w danym terminie jest szansa, że będziemy mogli wreszcie pobyć ze sobą naprawdę blisko. W okresie płodnym, gdy chciałabym się kochać z mężem, trzymam się w łóżku na dystans, a zmuszam się do seksu w momentach, gdy nie mam na niego kompletnie ochoty, w okresie niepłodnym.

Naturalne planowanie rodziny: coś tu jest nie tak

Metody NPR nie dały mi ani bliskości z mężem, ani wolności, ani radości, ani spełnienia. Nie wiem, czy możliwość stosowania jakiejkolwiek antykoncepcji by mi ją dała, ale przynajmniej miałabym wybór. Teraz ten wybór oznacza albo zamknięcie sobie drogi do komunii z powodu antykoncepcji, albo męczenie się kolejną dekadę, aż przejdę menopauzę. Myślę, że łatwiej mi było, gdy nie byłam mężatką. Nie mogłam współżyć, bo nie miałam męża. Teraz go mam – i... najczęściej dalej nie mogę.

Magda jest jedną z kilkunastu kobiet, które zgodziły się ze mną porozmawiać w ciągu zaledwie dwóch dni, kiedy zadałam dojrzałym już kobietom pytanie o to, jak na ich życie i relacje w małżeństwie wpłynęły metody NPR. Czy w nie wierzyły? Tak. Znały metodę i ufały, że jej stosowanie będzie dobre dla relacji, którą zbudują.

Życiorys Magdy jest reprezentatywny dla wielu z nich. Męża poznała w parafii. Żadne z nich nigdy nie współżyło przed ślubem. Decyzję o tym, żeby pobrać się szybko, podjęli dlatego, by móc być ze sobą bliżej. Ona obserwację cykli rozpoczęła, kiedy tylko zaczęli się spotykać, bo czuła, że ten związek rokuje na przyszłość. Kiedy przed ślubem zgłosili się na obowiązkowe spotkanie do poradni, zaliczono im od razu wszystkie zajęcia: kobieta tam pracująca była pod wrażeniem prowadzonych przez Magdę wykresów.

Nocy poślubnej nie mieli. Magda była akurat w połowie cyklu, w trakcie owulacji. W czasie ciąży lekarz zabronił im współżycia. Potem syn budził się kilkanaście razy w ciągu jednej nocy. Nie było szans na kilka godzin nieprzerwanego snu ani na mierzenie temperatury o stałej porze. Monitorowanie cyklu płodności stało się niemożliwe.

– Przez ponad rok nie współżyliśmy w ogóle – wspomina Magda. – Oddalaliśmy się od siebie coraz bardziej. Tęskniliśmy za sobą, a jednocześnie nie mogliśmy tej tęsknoty zaspokoić. Zaczęły się kłótnie i ciche dni. Wtedy pierwszy raz pomyślałam, że coś tu jest z tym NPR-em nie tak. 

Nauka Kościoła o planowaniu przyczyną małżeńskich kryzysów

Kinga dobiega pięćdziesiątki, jej mąż jest o dziesięć lat starszy. Od samego początku była pozytywnie nastawiona do NPR. Znała swój organizm, nie bała się, miała zaufanie do metody. Zaraz po ślubie okazało się, że mąż ma problemy z erekcją: seksuolog wyjaśnił im, że dla mężczyzny zdrowszy jest równomierny, regularny rytm współżycia. Po urodzeniu pierwszego dziecka Kinga miała problemy z odczytaniem oznak płodności. Tygodniami nie dało się wyznaczyć choćby jednego dnia na współżycie.

Po ciąży i trudnym porodzie fizjoterapeuta stwierdził, że kolejna ciąża będzie oznaczała dla Kingi wózek inwalidzki. Spowiednik dał im wtedy zgodę na używanie prezerwatyw jako dodatkowego zabezpieczenia, choć oni czuli, że tak nie powinno być.

– Mijały lata – wspomina Kinga. – Z czasem seksu coraz mniej, bo choroby dzieci, bo praca zmianowa. Kiedy miesiączka długo się nie pojawiała, wpadaliśmy w panikę. Przestrzeganie zasad prowadziło do braku współżycia, a to znów prowadziło do frustracji, nerwowości, rozbijało naszą więź. W praktyce życie zgodnie z nauką Kościoła przynosiło złe owoce. Przeraziło mnie, gdy pozazdrościłam szwagierce, że przeszła operację usunięcia macicy, że wreszcie ma już święty spokój. Kiedy weszłam w okres premenopauzy, dojrzeliśmy do sięgnięcia na stałe po prezerwatywy. 

Oboje nie umiemy uznać tego za grzech. Czy naprawdę ktoś oczekuje od ludzi w średnim wieku, że będą otwarci na życie, na płodność? To nie ten etap. Na tym etapie otwartość polega na tym, że jeśli zdarzy się wpadka, to nie robi się aborcji. Niedawno uświadomiłam sobie, że przez lata byłam niewolnicą termometru. Teraz nie muszę życia planować pod fazę niepłodną. Wolność. Tak, rezygnacja z NPR to wolność. Na szczęście mam już blisko do menopauzy.

Kiedy patrzę na nasze małżeństwo z pewnej perspektywy, widzę, że powodem kryzysów w naszym związku był tylko i wyłącznie brak seksu, spowodowany w głównej mierze przez NPR. Czuję się okradziona z wielu okazji bliskości, okradziona z najlepszych lat. Teraz, gdy nie muszę się przejmować, dopada nas wiek. Szczególnie męża. Jestem przekonana, że to nie jest plan Boga dla katolickich małżeństw

Seks małżeński: sprawa między żoną, mężem i Panem Bogiem 

Nie wszyscy uznają priorytet sumienia, gdy wchodzi ono w konflikt z nauczaniem Kościoła. Większość toczy trwającą latami walkę z samymi sobą.

Anna z seksem czekała do ślubu i mimo nieregularnych cykli stosowała NPR. Oboje z mężem chcieli mieć dzieci. Najpierw urodziła się córka. Potem syn. Z trzeciej ciąży również się z mężem cieszyli, dostała od niego kwiaty. Poroniła w Wielki Piątek, czując, że idzie z Jezusem na Golgotę. Do dziś płacze, kiedy o tym mówi. Pół roku później test ciążowy ponownie pokazał dwie kreski. Niemal jednocześnie dowiedziała się o podejrzeniu nowotworu. Ostateczna diagnoza wydawała się lepszą wiadomością: to była ciąża pozamaciczna.

– Najważniejsze, że na USG nie zobaczyłam bijącego serca. Mam wrażenie, że to by mnie zabiło. Wierzę, że ciąża nie była już wtedy żywa.

Po tych doświadczeniach Anna nie miała odwagi starać się o dziecko kolejny raz.

– Czas mijał, robiło się coraz gorzej. Mimo modlitw i pragnienia powiększenia rodziny, nie byłam w stanie zaryzykować przechodzenia znowu przez podobną sytuację. To było igranie z poważnymi konsekwencjami dla mnie i bliskich. Byłam w stanie obyć się bez współżycia, byle tylko być na czysto z nauką Kościoła. Mąż, który szybciej niż ja doszedł do wniosku, że tak się żyć nie da, również cierpiał – nie chciał przekraczać moich granic i łamać mojego sumienia, jednak czuł, że nie potrafi tego udźwignąć. 

Okresy abstynencji ciągnęły się niemiłosiernie, a myśmy oddalali się od siebie. Nie było awantur, zdrad czy chęci odejścia, ale stawaliśmy się sobie coraz bardziej obcy. Nie wiem, dokąd by nas ta małżeńska „czystość” zaprowadziła. Na szczęście krok po kroku zaczęłam dojrzewać do życia zgodnie ze swoim sumieniem. Nie akceptuję środków nawet potencjalnie wczesnoporonnych. Reszta jest sprawą między mną, mężem a Panem Bogiem. 

Antykoncepcja i otwartość na życie 

Kasia nie ma jeszcze czterdziestki i do menopauzy daleko – ale jest pewna, że gdyby stosowała NPR, jak na początku, jej małżeństwo by nie przetrwało.

– Najlepszym czasem w naszym małżeństwie były ciąże – wspomina Kasia. – Bez konieczności ciągłej obserwacji i ciągłego stresu, że się pomylimy. Po czwartym dziecku nadal nie widzieliśmy innej możliwości niż NPR, a gdy jego stosowanie stało się niemożliwe, przestaliśmy współżyć w ogóle. Takie rozwiązanie było wygodniejsze i w pewnym momencie zorientowałam się, że nawet mi na tym nie zależy, jeśli ma to się wiązać znowu ze stresem i frustracją. W międzyczasie poszliśmy jednak na terapię i zorientowaliśmy się, że tak się nie da funkcjonować. 

Zaczęliśmy stosować prezerwatywy. Dzięki temu w naszym małżeństwie znalazło się miejsce na spontaniczność, wspólny odpoczynek i bezproblemową przyjemność. Na początku miałam dużo wątpliwości i wyrzutów sumienia. Na szczęście na spowiedzi trafiłam na mądrego księdza, który powiedział, że obowiązkiem małżeństwa jest współżycie, a nie unikanie go.

Smucą mnie oskarżenia, że nie jestem otwarta na życie, bo stosuję antykoncepcję. Mam czwórkę dzieci i pewność, że jeśli pojawi się kolejne, to je urodzę. Choć nie mamy już zasobów, ledwo ogarniamy potrzeby naszych dzieci, które już na świecie są. Chciałabym, żeby kiedyś Kościół dostrzegł, że otwartość na życie to również odpowiednie dbanie o potrzeby dzieci już urodzonych.

NPR przyczyną rozpadu małżeńskiego

Nie wszyscy, jak Kasia, na czas trafiają na terapeutę i mądrego spowiednika. Czasem na ratowanie relacji jest za późno.

Karolina w czasie narzeczeństwa poszła z przyszłym mężem na kurs naturalnego planowania rodziny. Potem oboje skończyli szkolenia dla nauczycieli tej metody. Prowadzili wykłady, współprowadzili rekolekcje. Problem zaczął się po porodzie. Karolina mówi, że jej ciało przestało pasować do teorii rozpoznawania płodności. Mogła wtedy opierać się wyłącznie na obserwacji śluzu, który cały czas wykazywał cechy płodności.

– Byliśmy pod tym kątem wszechstronnie przeszkoleni, mieliśmy wsparcie w doświadczonych instruktorach, sami pomagaliśmy w interpretacji innym. Ale praktyka nas przerosła. Nie mogliśmy oprzeć się na śluzie, została temperatura. Problem w tym, że aby ten wskaźnik był wiarygodny, trzeba przespać noc, a temperaturę mierzyć codziennie o tej samej porze, przed wstaniem z łóżka. 

Moje dzieci miały wyjątkową zdolność do budzenia się w takich momentach, żeby uniemożliwić mi skuteczny pomiar. Nauczyłam się korzystać jeszcze z innego objawu – z położenia szyjki macicy. To nie jest obiektywny i wiarygodny wskaźnik, ale nie widziałam innego sposobu. Nasze współżycie było jednak bardzo rzadkie. Mąż bał się kolejnego poczęcia. Po trzech latach od ostatniego porodu, w listopadzie 2012 r., zaszłam w ciążę po raz trzeci. To było nasze ostatnie współżycie.

Mąż kompletnie przestał ufać naturalnym metodom. Zaczął odmawiać współżycia. W ogóle. Rozmawialiśmy, pytałam, słuchałam, byłam otwarta. Zaproponowałam współżycie z użyciem prezerwatywy: nasza więź była dla mnie ważniejsza niż zakazy. Początkowo pomysł zaakceptował, potem stwierdził, że jednak nie będzie łamał mojego sumienia, że nie chce, żebym później spowiadała się obcemu facetowi z tego, co robimy w łóżku. Na nic moje obietnice, że jestem gotowa to przemilczać, skoro dla niego to takie trudne. 

Próbowałam różnych sposobów: rozmów, zachęcania, uwodzenia. Skutek był taki, że parę razy doszło między nami do pieszczot bez penetracji, zawsze z mojej inicjatywy. Nie miałam po tym wyrzutów sumienia, ale poczucie, że zmuszam mojego męża do aktywności seksualnej, że upokarzam się, bo on mnie nie chce, odrzuca.

Czy NPR przyczyniło się do rozkładu naszego życia seksualnego? Myślę, że w jakiejś mierze tak, choć nie zwalam na tę metodę całej winy. Oboje włożyliśmy mnóstwo wysiłku w poznanie katolickiej etyki seksualnej i dostosowanie się do niej. Napotkaliśmy po drodze trudności, których tęgie głowy nie umiały pomóc nam pokonać. Mówi się, że w dobrej relacji da się znaleźć rozwiązanie każdego problemu, że NPR jest papierkiem lakmusowym relacji małżeńskiej, że uwypukli trudności. No to u nas uwypuklił. 

Perspektywa męża: upokorzenie i krzywda

Dla Jana i Ali – po dwóch poronieniach, dwóch bardzo trudnych, ale szczęśliwie zakończonych ciążach, a także depresji z przeciwwskazaniem do posiadania kolejnych dzieci – NPR stał się metodą unikania kolejnego poczęcia.

– Nie planowaliśmy życia wedle cyklu, ale jak były okresy niepłodne, to pojawiało się napięcie – wspomina Jan. – Wiem, że kobiety pod koniec cyklu, kiedy mogą bezpiecznie współżyć, mają gorsze samopoczucie i obniżone libido, ale zgadzają się na seks, bo wiedzą, że mąż czekał, że go kochają. Z mojego punktu widzenia to upokarzające. Nie chcę, żeby moja żona do czegoś się zmuszała. Nie chcę jej wykorzystywać, jakbym był małpą, która nie może się powstrzymać. Nie chcę, żeby kobieta służyła mi do rozładowania napięcia. To ma być ta teologia ciała?

Karol dwadzieścia lat temu, na początku studiów, wybrał się na kurs NPR i był zaangażowanym zwolennikiem tych metod. Potem ożenił się. Wszystko układało się wspaniale.

– Byliśmy młodzi, bezdzietni, zazwyczaj wypoczęci. Brałem aktywny udział w stosowaniu NPR, prowadząc notatki czy wspierając żonę w pomiarach – wspomina Karol.

Po urodzeniu pierwszego dziecka na seks w małżeństwie było mniej czasu i sił, jednak oboje wiedzieli, że chcą mieć więcej dzieci, i to raczej wcześniej, niż później, więc nie musieli się ograniczać. Po drugim dziecku przestało być różowo.

– Z ważnych przyczyn nie mogliśmy sobie pozwolić na więcej dzieci. Rozważaliśmy to co najmniej kilka razy – mówi Karol. – Może niektórzy mają możliwości, może lepsze zdrowie, lepszą psychikę? My nie. Chcieliśmy żyć w zgodzie z Kościołem, więc nasza seksualność, a za nią również bliskość, zanikła. Niektórzy mówią, że to „tak samo jak w narzeczeństwie”, gdy trzeba wstrzymać się ze współżyciem. Jednak w narzeczeństwie nie kładliśmy się codziennie wieczorem obok siebie skąpo ubrani do łóżka. Napięcie i niemożność jego realizacji prowadzi z czasem do zobojętnienia. 

Frustracja doprowadziła mnie do zakwestionowania nauki Kościoła i zwątpienia. Nie winię swojej żony za to, że chce trzymać się nauki Kościoła, gdy ja w pewnym momencie odpuściłem. Mam pretensje do Kościoła. Mnie takie odbijanie się od nauki moralnej doprowadziło do stanów depresyjnych. Mam poczucie głębokiej krzywdy. Czuję się jak niewolnik, którego aktywność seksualna jest silnie kontrolowana posłuszeństwem wobec instytucji. Nie wymagam, żeby Kościół zmienił dla mnie swoje nauczanie. Chciałbym, żeby wskazał jego sens.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 24/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Tęsknota za menopauzą