Oglądamy odcinek amerykańskiego sitcomu z lat 90. Lamentująca matka biega po zabałaganionym mieszkaniu, krzycząc na przemian na każde z dzieci. Najstarszy syn, odpowiedzialny prymus, próbuje ogarnąć chaos, podczas gdy najmłodszy biega z plastikowym pistoletem i bawi się w zamachowca, żeby wydębić od niej kieszonkowe.
Jest i córka, która ma wszystkich gdzieś, przewraca oczami i w niewybredny sposób komentuje zachowanie rodzicielki. Po prawie każdym wypowiedzianym przez tę pierwszą zdaniu słyszymy śmiech z puszki. Ojca znowu nie ma – przesiaduje w pracy. W przestrzeń pada sugestia, że pewnie bajeruje studentki. W tle pojawia się gosposia, przejęta losami babci z alzheimerem, która w całym tym rozgardiaszu wymknęła się z domu (znowu śmiech z puszki).
Tyle że jesteśmy w Teheranie na początku lat dwutysięcznych, a zamieszanie i bałagan spowodowane są trzęsieniem ziemi, które w środku nocy zaczęło poruszać stolicą. Matka z najstarszym synem chcą uciekać z miasta i namawiają do tego resztę rodziny. Wszystko to w rytm bezmyślnie powtarzanych pod nosem modlitw, które mają ich uratować od wiecznego potępienia w razie nagłej śmierci pod gruzami domu.
Szadi, córka i narratorka, jest uzależniona od opium. Martwi się, że zapasy narkotyku się kończą. W dodatku jej kumpel w innym zakątku miasta właśnie podejmuje kolejną próbę samobójczą, najprawdopodobniej marnując w ten sposób cenne kulki substancji. Po otrzymaniu od niego wiadomości kobieta kalkuluje, ile z nich da się jeszcze uratować. Najmłodszy syn dzierży prawdziwą broń, która w pewnym momencie wypala, roztrzaskując w drobny mak szklany stolik – i, uradowany, wykrzykuje raz po raz „Miasto jest nasze! Tylko tchórze biorą nogi za pas”.
Buntowniczka bez wyboru
Iranka Mahsa Mohebali reprezentuje ulubiony typ lewicujących Europejczyków: to pisarka o mocnym zacięciu feministycznym z odległego kulturowo, autorytarnego kraju. Dodatkowe punkty zyskuje za bycie ofiarą cenzury i autorką zakazanego w ojczyźnie debiutanckiego zbioru opowiadań.
Jest dwukrotną laureatką najbardziej prestiżowej irańskiej nagrody w dziedzinie literatury, Literackiej Nagrody Houszanga Golsziriego. Przy okazji publikacji najnowszej książki, którą zmuszona była wydać w Afganistanie, usłyszała zarzuty o prowadzenie działalności wywrotowej.
Jednak kobieta, w której życiorys wpisane jest nieposłuszeństwo wobec politycznego systemu, odwiedzi Festiwal Conrada nie tylko ze względu na opór stawiany ustrojowi. Jej wydana po polsku książka, „Nie ma co” (Glowbook, 2024), jest jedną z niewielu – jeśli nie jedyną – irańskich próz dostępnych na naszym rynku, która nie czyni z reżimowego ucisku głównej osi narracyjnej.
(Anty)bohaterka na dopale
W tekstach omawiających powieść Mohebali Szadi często uznawana jest za antybohaterkę, postać, której zdarza nam się nie lubić – jest oschła, nie ma szacunku do niczego i nikogo. Dąży wyłącznie do zdobycia kolejnej działki. Sprzeciwia się całemu światu, a to może irytować czytelniczki i czytelników.
Ale czy młodzieńczy bunt nie jest najbardziej radykalnym, euforycznym i romantycznym rodzajem sprzeciwu wobec zastanej rzeczywistości? Takim, którego przedmiot bardzo trudno uchwycić – być może jest zbyt złożony. W którym chęć niesienia pomocy innym, nawet w najbardziej kryzysowej sytuacji, wygrywa z własnym interesem (Szadi co prawda szuka opium u każdego, kogo spotyka, nie zmienia to jednak faktu, że w pierwszej kolejności usiłuje tym napotkanym pomóc). A przede wszystkim takim, któremu można wiele wybaczyć.
Nie znajduję tu również odrzucenia autorytetów, bo choć wiele osób chce, by z założenia byli to rodzice, starsi członkowie rodziny bądź wykształceni i świadomi znajomi – w świecie Szadi ich nie ma. I zdaje się, że nigdy nie było.
Brak jakichkolwiek wzorców stanowi fundament totalnej wolności. Ta często prowadzi na skraj, ale daje też siłę do wykaraskania się z okoliczności spowodowanych złymi decyzjami i nadzieję na naprawę świata.
Podziękujmy cenzorom
Mahsa Mohebali urzeka także językiem i łatwością utrzymania tempa na przestrzeni całej powieści (duża w tym zasługa świetnego przekładu Aleksandry Szymczyk). Plastyczność opisów, liczne nawiązania popkulturowe i umiejętne wykorzystanie młodzieżowego slangu sprawiają, że lektura nie stawia barier.
Jednak zdaje się, że najbardziej służy powieści ostra cenzura. Krótka, licząca w polskim wydaniu 183 strony książka, została poddana ponad 90 ingerencjom cenzorskim w rodzimym kraju autorki. Mimo to, z szyi pułkownika, który postanowił wedrzeć się do domu problematycznego sąsiada przez okno w suterenie, tryska krew. Strugą spływa po ścianie ozdobionej przez domowników plakatem Che Guevary, sprawiając wrażenie, że sączy się z nosa legendarnego rewolucjonisty. Naiwność cenzora w istocie bywa zaskakująca.
Ukrycie znaczeń w symbolach i metaforach czyni z „Nie ma co” powieść niemal uniwersalną. Można ją czytać na wiele sposobów, wychodząc poza irańską rzeczywistość przełomu wieków. Bądźmy wdzięczni cenzorom. To dzięki nim literatura może krzyczeć jeszcze głośniej.
Trzęsienie świata (original soundtrack)
Towarzyszką w podróży po ogarniętym chaosem Teheranie jest muzyka, ta obecna w słuchawkach iPoda głównej bohaterki, ta, którą naznaczona jest jej przeszłość, jak i ta będąca niezależnym od jej wyborów soundtrackiem do bieżących wydarzeń. A tego słowa używam nie bez powodu.
Mohebali włącza do swojej powieści (dosłownie, bo trudno nie puścić ich sobie w trakcie lektury) numery, dzięki którym akcja rozpędza się i ubarwia jeszcze bardziej, a dźwięki ulic rozedrganej stolicy stanowią towarzystwo czasem dla gitary elektrycznej i agresywnej perkusji, a innym razem dla lirycznych irańskich pieśni.
Szadi wychodzi z domu przy dźwiękach „Christmas Card from a Hooker in Minneapolis” Toma Waitsa (choć równie dobrze pasowałby tu jego utwór „Jesus Gonna Be Here”, który dorzucam do książkowej playlisty – i nie jest to wcale kulturowa niezręczność, Szadi sama chwilę później leży jak „ukrzyżowana, przykuta do ziemi”). Słuchamy irańskiej śpiewaczki z czasów sprzed rewolucji islamskiej (żenujące – stwierdza dziewczyna), rapera Sasy'ego (irański Bad Bunny?), rockowego zespołu Kiosk, który czasy świetności przeżywał zaraz po powstaniu, na początku XXI w.
Mistrzostwo Mohebali osiąga jednak pod koniec powieści, podkładając utwór metalowego zespołu Mayhem (którego mroczna historia naznaczona jest samobójstwem uwiecznionym na okładce jednego z albumów i morderstwem dokonanym na frontmanie przez innego członka kapeli) do sceny wypadku samochodowego. Szadi wyciąga zza kierownicy nieprzytomnego mężczyznę, który na dodatek okazuje się epileptykiem. Jego ciało zaczyna drżeć w rytm agresywnej muzyki, z nim dygoce ciało obejmującej go bohaterki, a do tego rozpoczyna się kolejne trzęsienie ziemi.
„Nie ma co” uświadamia nam, jak rzadko mamy do czynienia z prozą, którą nie tylko się czyta, lecz także słyszy.
Posłuchaj gotowej playlisty do powieści Mahsy Mohebali »
Generacja nic, generacja nie
Drugoplanowym bohaterem „Nie ma co” jest młode pokolenie Irańczyków borykające się z problemem nadużywania środków odurzających. Islamska Republika Iranu znajduje się w czołówce krajów pod względem ilości narkotyków zażywanych przez młodych ludzi.
Nie pomaga to uzależnionym mierzyć się z problemami charakterystycznymi dla młodych dorosłych bez względu na ich miejsce pochodzenia. Mowa tu o tożsamości płciowej, zauroczeniach, grach miłosnych i odkrywaniu własnej seksualności. O byciu generacją nic, zwiedzioną obietnicami lepszej przyszłości i zderzającą się z brakiem perspektyw. O kreowaniu swojego wizerunku i szukaniu swojej drogi. Wreszcie – o mierzeniu się z pytaniem, czy samodzielność musi dla młodych oznaczać samowystarczalność, czy mogą liczyć na wspólnotę.
Wraz z Szadi przemierzamy północne dzielnice stolicy Iranu, a więc okolice zamieszkiwane przez bogatych Teherańczyków, cechujące się większą swobodą kulturową. Podczas gdy starsi pakują się i zbierają do ucieczki, a usługodawcy utyskują na nieład i martwią się o swoje małe biznesy, młodzi wzniecają protest. W chaosie, który ogarnął miasto, widzą szansę na przejęcie go. W jakim celu?
Tego – znów najpewniej dzięki cenzurze – możemy się tylko domyślać. Niewykluczone jednak, że brak wyrażenia konkretnych postulatów manifestantów na stronach powieści to przytyk do bananowej, zblazowanej młodzieży, której bunt nierzadko uznawany jest za wymyślną formę zabawy.
Szadi znajduje swoją zaginioną, nieświadomą stanu rzeczy z powodu alzheimera babcię Molouk, wiodącą młodzieńczy tłum na barykady. Czasami bowiem od przyczyny stawianego oporu ważniejszy jest jego akt.
Zachodnie standardy
Mohebali nie porusza bezpośrednio kwestii różnic w ustrojach politycznych i związanych z nimi światopoglądach. Mimo to w trakcie lektury trudno nie myśleć o tym, jak dużym problemem w zachodnim punkcie widzenia jest oczekiwanie stanowczego działania od obywateli państw autorytarnych.
Jednocześnie od samych siebie, żyjących w bezpiecznych krajach demokratycznych, wymagamy bardzo niewiele. Oczekujemy, że wystarczającą formą sprzeciwu będzie wyrażenie swojego zdania – najlepiej w internecie, żeby nie narażać się na nieprzewidywalne warunki pogodowe – i żądanie, by ktoś coś z nim zrobił, bo nasza robota została przecież wykonana. Jeśli jednak nie, z trudem zbieramy się z kanapy, żeby pójść na wybory i miesiąc po nich utyskiwać na niespełniającą naszych oczekiwań nową-starą władzę.
W tym samym czasie społeczeństwa krajów Bliskiego Wschodu i państw arabskich powinny wychodzić na ulice, głośno żądać obalenia władzy i uszanowania swoich praw. Zrzucać kajdany tradycji, religii i – co szczególnie ważne dla zachodniego oka – czadory. Oczywiście wszystko to musi przebiegać w warunkach ryzyka utraty życia. Nie dla nich wygodne kanapy, za wolność należy przecież przelać krew.
W najgorszym wypadku Amerykanie wezmą sprawy w swoje ręce. Wystarczy bomba lub dwie, by rozbudzić w ludziach potrzebę wzniecenia rewolucji. Podziękować mogą po kilku miesiącach, nie bądźmy zachłanni.
Odbierając im podmiotowość, nie uznając dążenia do lepszej edukacji i ciągłego rozwoju tych społeczeństw, żyjemy mitem zacofanego pospólstwa, przekonani, że wiemy, co dla niego najlepsze. Nie bierzemy pod uwagę faktu, że kraje te mają własnych orędowników pokoju i ochrony rzeczywiście zagrożonych praw człowieka – jak choćby bohaterkę niniejszego tekstu, Mahsę Mohebali, której powieść błyskawicznie stała się w Iranie bestsellerem. Samodzielnie myślących i świadomych stanu rzeczy ludzi, którzy porywają tłumy.
Nie ma co czekać
Mohebali pokazuje, że nieposłuszeństwo wobec zastanego świata wymaga pewnej dozy szaleństwa i dużej dawki fantazji, charakterystycznych dla młodego, przekonanego o bezkresie swoich możliwości i słuszności własnej postawy człowieka. Zachęca, byśmy w taki sposób walczyli o siebie i świat także później, w dorosłości.
I choć możemy za to zapłacić wysoką cenę¸ popadając po drodze w tarapaty, pisarka nie skreśla potencjału tkwiącego w ludzkiej dobroci i empatii, które dostrzega także w swojej otumanionej narkotykami protagonistce. Daje jej szansę i pozwala – nie romantyzując przy tym nałogu – na dotkliwe w skutkach, błędne decyzje. Dopuszcza możliwość wyboru, nawet jeśli będzie nim ucieczka. Nie moralizuje, nie krytykuje pędu ku autodestrukcji. Oddaje wolność w ręce bohaterów, mimo że część z nich zginie.
Niech nam nie umknie ta mała, nierzucająca się w oczy książka na księgarnianych i bibliotecznych półkach. Nie ma co czekać, aż potrzeba stawienia oporu obudzi się w nas sama, bo wtedy może być już za późno.
Posłowie
Przekład tytułu zagranicznej powieści jest zazwyczaj jedną z pierwszych rzeczy, którą analizuję po lekturze książki. Tym razem jednak do myślenia dało mi coś innego. Szczegół: zanim Szadi wychodzi na ulice Teheranu, zakłada „czarną, wełnianą czapkę”. Nie ma na głowie chusty, jak postać z okładki polskiego wydania powieści. Po zamknięciu książki przejrzałam więc okładki obcojęzycznych wersji „Nie ma co”.
Nic nowego: dobrze wiemy, jak bardzo perspektywa geopolityczna wpływa na ilustrowanie i tytułowanie opowieści, a w konsekwencji narzuca sposób jej interpretacji. Sprzeciwmy się tendencji do egzotyzowania i podkreślania inności i dajmy się porwać samej treści.

Pierwszy rząd: wersje irańska, włoska, polska. Drugi rząd: wersje szwedzka, amerykańska, francuska.
Mahsa Mohebali (ur. 1972) – irańska pisarka, autorka scenariuszy filmowych i krytyczka literacka. Laureatka Literackiej Nagrody Houszanga Golsziriego, którą otrzymała za zbiór opowiadań „Aszeghiyat dar pawaraghi” [Romans w przypisach] (2005) oraz za powieść „Nie ma co” (2010), ogłoszoną powieścią roku przez kapitułę Nagrody Ludzi Pióra i Krytyków Literackich. Obecnie mieszka w Hiszpanii.
Wspieraj Festiwal Conrada! Kup bilety dobrej woli i festiwalowe pamiątki »
Organizatorzy Festiwalu Conrada: Miasto Kraków, KBF, Fundacja Tygodnika Powszechnego
Partnerzy strategiczni: Tygodnik Powszechny, Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















