Trwały właśnie przygotowania do obchodów 30. rocznicy obrad Okrągłego Stołu, gdy Polski Instytut Ekonomiczny zapytał przedstawicieli polskiej klasy średniej o ocenę bilansu tych trzech dekad. Aż 69 proc. ankietowanych odpowiedziało, że transformacja wyszła Polsce jednoznacznie na plus. Mniej więcej tyle samo, bo 65 proc. przedstawicieli tej grupy społecznej, widziało ją także w awangardzie zmian, jakie zaszły po roku 1989, podkreślając, że polskiego cudu gospodarczego nie byłoby bez pracowitej i odpowiedzialnej za kraj klasy średniej.
Klasa średnia czuje się ofiarą systemu, który sama współtworzyła
W tym samym czasie ten sam statystyczny polski średniak, pytany o ocenę własnej sytuacji bytowej, w odpowiedzi sypał najczęściej narzekaniami. W przeprowadzonym w 2019 r. badaniu Tomasza Kukołowicza z PAN blisko co drugi (45 proc.) przedstawiciel klasy średniej deklarował, że nie ma żadnych oszczędności. Niemal siedmiu na dziesięciu poziom zaspokojenia potrzeb rodziny określiło jako wystarczający, ale tylko w odniesieniu do ludzi najgorzej sytuowanych. W odpowiedzi na prośbę o ocenę własnego położenia w stosunku do osób o zbliżonej pozycji społecznej już tylko 14 proc. przedstawicieli polskiej klasy średniej uznało, że radzi sobie lepiej. Aż 40 proc. żywiło natomiast przekonanie, że nie dorównuje reszcie zarobkami i standardem życia.
Pandemia i wojna w Ukrainie uczyniły przyszłość jeszcze bardziej nieprzewidywalną, nic nie przemawia więc za tym, by obawy formułowane sześć lat temu straciły na aktualności. Budowniczowie polskiej transformacji, jak lubi myśleć o sobie klasa średnia, nadal czują się więc schwytani w pułapkę własnej roboty – co pokazują chociażby badania przeprowadzone w trakcie lockdownu przez socjologów z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Wysiłek włożony w projekt nowoczesnej Polski, zamiast obiecywanej stabilizacji w jesieni życia, przyniósł im groteskową wersję duńskiej flexicurity, modelu rynku pracy łączącego elastyczność i stabilność zatrudnienia, który w polskim wydaniu kładzie akcent na elastyczność.

Jak widzi swoją przyszłość polski średniak? Na takie pytanie odpowiedziało kilkuset przedstawicieli tej klasy z doświadczeniem bezrobocia, którzy wzięli udział w badaniu przeprowadzonym przez socjologów Tomasza Szlendaka i Arkadiusza Karwackiego. Uczestnicy mieli opisać w formie pamiętnika perypetie z poszukiwaniem nowej pracy i okolicznościami utraty poprzedniej. Niczym refren powraca w tych opowieściach wątek niestabilności, stresu przed utratą pracy i związanego z nią statusu, a także traktowania kompetencji jak towaru, który można po prostu przecenić w trudnej sytuacji rynkowej.
Pracownicy dużych korporacji po utracie posady usuwają z CV adnotacje o międzynarodowych stażach i opanowanych językach obcych w nadziei, że życiorys w okrojonej wersji nie wystraszy rekruterów podczas ubiegania się o etat w instytucji kulturalnej. Świetnie wykształceni prawnicy od lat obijają się po kolejnych nisko płatnych stażach w kancelariach adwokackich. Utalentowani twórcy kultury grubo po trzydziestce, po kolejnym zleceniu w Warszawie wracają do rodzinnego domu gdzieś pod Łomżą, bo nieregularne dochody nie wystarczają im nawet na wynajem mieszkania w stolicy.
Bezrobocie i obawa o przyszłość nie są oczywiście zastrzeżone dla klasy średniej. Dlaczego zatem to właśnie ona tak boleśnie ich doświadcza? Prof. Tomasz Szlendak z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika podkreśla, że poczucie kruchości i tymczasowości, w którym funkcjonuje wielu przedstawicieli klasy średniej, bierze się także z tego, jak polscy średniacy oceniają siebie względem innych grup społecznych. – Dochody tej klasy nie muszą wcale spadać, wystarczy, że rosną wolniej niż tym, których klasa średnia w Polsce miała dotąd daleko za plecami – mówi w rozmowie z „TP”.
Transformacja na przestarzałych wzorcach
W opublikowanej w 2012 r. „Polskiej klasie średniej” socjolog Henryk Domański szacował, że z tą grupą utożsamia się ok. 45 proc. społeczeństwa. Badanie CBOS przeprowadzone niemal dekadę później pokazało, że w klasie średniej – a ściślej, w którejś z jej trzech warstw – widzi siebie już niemal 77 proc. Polaków.
„Naszym celem jest Zachód” – pisał w 2012 r. Domański, zastanawiając się, czy na rodzimy grunt można przeszczepić tę niewidzianą tu wcześniej konstrukcję społeczną.

Cel uświęcał środki. Rytm polskiej transformacji wyznaczały w zasadzie kolejne decyzje, które miały doprowadzić do narodzin silnej klasy średniej, tradycyjnie utożsamianej z wykształconą inteligencją, zamożnymi przedstawicielami wolnych zawodów i z mikroprzedsiębiorcami. Gdy wiosną 1989 r. kończyły się obrady Okrągłego Stołu, w Polsce studiowało 378 tys. osób. W 2005 r. – już 1,95 mln, a dziś liczba Polaków z wyższym wykształceniem jest ponad trzykrotnie wyższa niż na początku transformacji.
Odsetek osób zatrudnionych w sektorze usługowym, mateczniku klasy średniej, pomiędzy rokiem 1991 a 2021 skoczył z 38,2 do 58,7 proc. Kolejny atrybut średniaka, czyli nieruchomości? W 1989 r. na 11,71 mln polskich gospodarstw domowych przypadało 10,9 mln mieszkań o przeciętnej powierzchni użytkowej 60,5 m kw. Dziś w całym kraju mamy niemal 15 mln lokali mieszkalnych i 14,1 mln gospodarstw domowych, a statystyczny metraż wzrósł do 74 m kw. Konsumpcja? Przeciętną polską pensję brutto można wymienić obecnie na ponad 1950 dolarów. W 1989 r. takie samo wynagrodzenie wystarczyłoby na zaledwie 108 dolarów.
Polska urządzana pod klasę średnią powstawała oczywiście w oparciu o wzory i doświadczenia z krajów, w których ta grupa społeczna funkcjonowała od dekad. Szkopuł w tym, że autorzy tego przepisu nie wiedzieli jeszcze, że sprzedają Polsce pomysł już anachroniczny. Zaledwie dekadę wcześniej skończył się kryzys paliwowy, ale kresu dobiegło też coś znacznie istotniejszego, co historycy gospodarki wychwycili dopiero kilkanaście lat później, grzebiąc w jak zawsze spóźnionych wobec rzeczywistości danych statystycznych.
Początek lat 80. wyznaczył w gospodarkach krajów wysoko rozwiniętych kres trwającej od końca II wojny światowej epoki, w której dochody z pracy wszystkich grup społecznych rosły mniej więcej w tym samym tempie, czyli proporcjonalnie do dynamiki PKB. W nowych realiach, narzuconych krajom rozwiniętym przez reguły liberalnej „reaganomiki”, która poluzowała m.in. kontrolę nad rynkami finansowymi i obniżyła podatki firmom, najzamożniejsi mieli bogacić się błyskawicznie. Nożyce dochodowe miały się odtąd rozchylać coraz bardziej.
Efekt? Jeszcze w 1980 r. przeciętny dochód na osobę w amerykańskim gospodarstwie domowym był bliski medianie dochodów. 20 lat później statystyczny dochód wystrzelił już ponad 25 proc. ponad medianę, windowany przez zyski kapitałowe 10 proc. najzamożniejszych gospodarstw domowych.
Polscy średniacy w pułapce między sufitem a podłogą
36 lat po Okrągłym Stole jesteśmy w Polsce właśnie w takim momencie. Zdaniem dr. Michała Brzezińskiego, ekonomisty z Uniwersytetu Warszawskiego, przedstawiciele polskiej klasy średniej coraz częściej muszą boleśnie rewidować wyobrażenia o swojej przyszłości.
- W ostatnich dekadach nierówności w Polsce wyraźnie wzrosły i coraz trudniejszy do wykonania jest ostatni krok, czyli awans do klasy wyższej, którą za pomocą kryteriów czysto dochodowych definiowałbym jako tych, którzy zgromadzili dostatecznie duży majątek, by komfortowo żyć z dochodu pasywnego, czyli z odsetek, dywidend lub nieruchomości – mówi Brzeziński. – Do osiągnięcia tego pułapu nie wystarczą już tylko wyrzeczenia, ciężka praca, samodoskonalenie i inne pojęcia z katalogu cnót klasy średniej. Niezbędny staje się duży kapitał na start.
Dla najbogatszych banki i fundusze inwestycyjne mają dziś produkty oferujące zyski kapitałowe, o których przeciętny posiadacz lokaty bankowej może jedynie śnić. Kancelarie prawne doradzają im, jak sprawnie i legalnie „zoptymalizować” podatki i inne daniny publiczne. W trosce o zachowanie ich dziedzictwa rząd PiS stworzył instytucję fundacji rodzinnej, która nie tylko zabezpiecza kwestie spadkowe, ale też upraszcza zabawę w kotka i myszkę z fiskusem. W połowie 2024 r., nieco ponad rok po wejściu w życie przepisów powołujących je do życia, mieliśmy w Polsce już ponad 1,2 tys. zarejestrowanych fundacji rodzinnych i przeszło dwa tysiące wniosków na etapie weryfikacji.
Jednocześnie na polską klasę średnią naciska klasa robotnicza. W opublikowanym we wrześniu ub. roku badaniu Jad Moawad i Daniel Oesch z Uniwersytetu Oksfordzkiego na podstawie danych z lat 2000-2020 szacują, że dochody wyższej klasy średniej w Polsce rosły we wspomnianym okresie w średnim tempie 3,5 proc. rocznie. W przypadku pozostałych polskich średniaków wzrosty sięgnęły 2,6 proc. rocznie. W tym samym czasie zarobki najlepiej wykwalifikowanych robotników – techników, operatorów maszyn – rosły jednak w średnim tempie 4,4 proc. rocznie. Jeszcze szybszym wzrostem dochodów, na poziomie aż 5,3 proc. rocznie, cieszyli się robotnicy o niskich kwalifikacjach.
Przemysłowy boom, którego Polska doświadczyła po wejściu do Unii, stając się fabrycznym zapleczem Niemiec, poskutkował więc nominalnym podwojeniem dochodów przeciętnego polskiego robotnika w ciągu zaledwie 20 lat. W tym samym czasie typowy przedstawiciel zawodów kojarzonych z dolnymi rejestrami klasy średniej – jak urzędnik czy biurowy pracownik korporacji – musiał zadowolić się podwyżką o 52 proc. Gdyby urealnić te dochody o skumulowaną inflację, okaże się, że siła nabywcza przeciętnego robotnika wzrosła we wspomnianym dwudziestoleciu o ponad 44 proc., podczas gdy portfel statystycznego średniaka stracił na wartości o 2,4 proc.
Strach przed deklasacją
Trafnie identyfikując napięcie, które na tym gruncie narasta między polską klasą średnią a resztą społeczeństwa, media lubują się więc w opowieści o niej jako grupie, która najgłośniej kwestionuje sens polityki społecznej, zwłaszcza transferów socjalnych. Dla większości publicystów biorących pod lupę polskich średniaków to prosta funkcja wartości przyświecających tej grupie, wśród których wysoko plasuje się poczucie własnej sprawczości i odpowiedzialności za siebie.
Łapią się na to także politycy – by przypomnieć choćby ostatnią „rejtanadę” Ryszarda Petru, gotowego zerwać koalicję rządową dla obrony postulatu obniżenia składki zdrowotnej dla mikroprzedsiębiorców. Tego typu incydenty są dziś jednak stosunkowo rzadkie, bo klasa średnia, rozdrobniona i trudna w definicji, z rzadka gości w agendzie partii politycznych. Ostatnim dedykowanym jej projektem była „ulga dla klasy średniej”, którą PiS usiłował reanimować swoją reformę podatkową. Jak mówi politolog Jarosław Flis, politycy wolą pozyskiwać dla siebie jej przedstawicieli docierając z propozycjami do konkretnych grup zawodowych, np. lekarzy.
W rzeczywistości – jak podkreślają autorzy badania przeprowadzonego przez Polski Instytut Ekonomiczny – klasa średnia w Polsce nie jest „szczególnie przeciwna realizowaniu programów socjalnych”. Owszem, ankieta potwierdziła korelację między dochodami w gospodarstwie domowym badanych a ich poziomem akceptacji dla szeroko rozumianych wydatków społecznych i socjalnych (im wyższe, tym mniejsze poparcie), lecz pod tym względem polska klasa średnia nie różniła się ani od biedniejszych od siebie, ani bogatszych. W swoim stosunku do „działania mechanizmów redystrybucyjnych jest wręcz zbliżona do klasy niższej” – piszą autorzy badania.

Pewne różnice w podejściu do socjalu zaobserwowano natomiast w obrębie grupy Polaków uważających się za przedstawicieli klasy średniej. Wśród respondentów, którzy zaliczyli siebie do niej wyłącznie w oparciu o kryterium dochodowe, odsetek krytycznych ocen wobec polskiego systemu transferów społecznych był niższy niż wśród tych, którzy opisywali siebie jako klasę średnią za pomocą kryteriów społecznych – wykształcenia czy zajmowanego stanowiska. W pierwszej grupie 21 proc. badanych zgodziło się ze stwierdzeniem, że krajowy system świadczeń społecznych zapobiega biedzie. W drugiej – 18 proc. Pod tezą, że socjal rozleniwia beneficjentów, podpisałoby się z kolei 27 proc. ankietowanych z pierwszej grupy i 29 proc. z drugiej.
Tomasz Szlendak: – Te różnice są niewielkie, ale pokazują, czego polska klasa średnia obawia się bodaj najbardziej. Tym lękiem jest perspektywa utraty statusu społecznego osiągniętego ciężką pracą i latami wyrzeczeń.
Jeśli to prawda, to znaczy, że grupa społeczna, która rodziła się w Polsce jako symbol nadziei na lepszą przyszłość, dziś jest głównie wyrazicielem strachu o to, co przyniesie jutro.
Czy jesteś w klasie średniej?
Według klasyfikacji Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) do klasy średniej należą gospodarstwa domowe, w których dochód na głowę wynosi od 75 do 200 proc. mediany zarobków w danym kraju. W Polsce – jak podał niedawno GUS – mediana wynagrodzeń w gospodarce wyniosła w ub. roku 6549,22 zł. Zgodnie z klasyfikacją OECD do klasy średniej zaliczają się zatem członkowie gospodarstw z dochodem brutto na głowę w przedziale od 4,9 tys. zł do 13,1 tys. zł. Dolne kryterium dochodowej przynależności do klasy średniej może więc w Polsce spełnić nawet bezdzietne małżeństwo, w którym jedna osoba zarabia pensję minimalną (4666 zł brutto), a druga inkasuje… 240 zł więcej.
Stąd też próby dookreślania klasy średniej za pomocą kryteriów innych niż tylko dochodowe. Część ekonomistów i socjologów przynależność do niej uzależnia od charakteru wykonywanej pracy (pracownicy umysłowi kontra pracownicy fizyczni czy rolnicy), stanowiska zajmowanego w hierarchii organizacyjnej (pracownicy szeregowi, specjaliści, menedżerowie), a także od własności środków produkcji (przedsiębiorcy i samozatrudnieni oraz pracownicy najemni). Według takiej definicji do klasy średniej zaliczaliby się więc pracownicy korporacji, menedżerowie średniego szczebla oraz osoby prowadzące jednoosobowe działalności gospodarcze.
Jeszcze inne ujęcie akcentuje kategorie kulturowe, zwłaszcza pojęcia kapitału kulturowego i kapitału symbolicznego, wypracowane przez Pierre’a Bourdieu. Francuski socjolog, klasyk badań nad klasą średnią uważał, że konstytuuje ją przede wszystkim zespół wspólnych wartości i wyobrażeń o świecie. Klasę średnią w tej definicji tworzyłyby zatem głównie osoby, które łączy wzajemne przekonanie o tym, że jadą na tym samym wózku, w dodatku jako partnerzy mający równie mocną legitymację do przebywania na tym samym pokładzie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















