Miłośnicy historii wojskowości i wojen znają pojęcie „mgły wojny”, którego autorem jest pruski generał Karl von Clausewitz. Oznacza ono sytuację, w której nie wiemy, jakie przeciwnik ma zasoby, jak je rozmieścił i co zamierza z nimi zrobić. Dziś wprawdzie postęp technologiczny umożliwia oglądanie wrogich zastępów w czasie rzeczywistym, co pozwala lepiej się bronić lub minimalizować straty. Nadal jednak nie wiemy, jaki kształt świata wyłoni się z mgły, która spowija wojnę wywołaną przez Putina.
Każda wojna, także ta w Ukrainie, ma bowiem potencjał do zmiany reguł, które rządzą światową polityką: tworzenia nowych i obumierania starych sojuszy, a tym samym tworzenia nowego porządku bezpieczeństwa.
Jak Europa odnalazła bezpieczną formę
Po zakończeniu I wojny światowej politykę europejską zdominowało szukanie równowagi i bezpieczeństwa. Obietnica nowego ładu pod egidą Ameryki okazała się złudna. Prezydent Woodrow Wilson najpierw wystąpił w roli akuszera nowego porządku, proponując 14 punktów, w tym powstanie Ligi Narodów i niepodległej Polski, ale następnie amerykański Senat odmówił ratyfikacji traktatu ustanawiającego Ligę.
Wyniszczona Europa znalazła się w stanie permanentnego lęku przed kolejną wojną, a demokracje jedną po drugiej ustępowały pod naporem komunizmu i faszyzmu.
Ze zgliszcz II wojny powstały dwie Europy: jedna pod amerykańskim parasolem, druga pod rosyjskim butem. W tej pierwszej odrodziły się demokracja i wolność, a dobrobyt powojennych pokoleń do dzisiaj jest czymś wyjątkowym w dziejach kontynentu. Powstało NATO i EWG, a sojusz Europy i USA po raz pierwszy nabrał charakteru instytucji, a nie doraźnej koalicji.
W drugiej Europie wszystko było na odwrót – brak demokracji, wolności i bieda. A sojusz wojskowy został tu narzucony, a nie wyproszony. ZSRR interweniował bez pytania o zgodę, o czym przekonali się Węgrzy, Czesi i Słowacy, a Polska była blisko tej krwawej lekcji dwukrotnie (w 1956 i w 1980 r.).
Trzecia odsłona porządku bezpieczeństwa w Europie wydaje się niemalże doskonałym dziełem politycznych planistów. Niespodziewany upadek muru berlińskiego, a następnie amerykańska zgoda i wsparcie dla zjednoczenia Niemiec otworzyły drogę do późniejszych rozszerzeń NATO i Unii Europejskiej oraz budowy ładu liberalnego w Europie. Woodrow Wilson byłby dumny.
Nie był to ład doskonały, często maskował przewagi silniejszych pod osłoną wspólnych instytucji i reguł, ale okazał się dość skuteczny w zapewnianiu stabilności tam, gdzie nad budynkami rządowymi powiewają flagi UE i NATO.
Dlaczego Rosja nigdy nie będzie Zachodem
Dziś jednak, za sprawą polityki rosyjskiej, a także (choć z innych powodów) amerykańskiej, oparty na ideach liberalnych ład bezpieczeństwa w Europie jest pod ostrzałem. To, że agresja Rosji na Ukrainę zmienia, a zapewne zmieni jeszcze bardziej kształt bezpieczeństwa Europy, jest już pewne. Nie wiemy jednak, czy z tej zmiany wyłonią się kontury nowego porządku, czy górę wezmą podziały i rozpad.
Na ten drugi scenariusz gra Rosja. Putin konsekwentnie i skutecznie kupuje czas, aby złamać ukraińską obronę oraz wyczerpać materiałowe i polityczne zasoby USA i Europy. Jego kolejnym celem jest narzucenie swoich warunków „pokoju”, czyli zainstalowanie w Kijowie przychylnego sobie rządu, który wejdzie na białoruską ścieżkę współpracy. Następnym krokiem ma być powrót do biznesowej i politycznej kooperacji z USA i wybranymi państwami Europy, najchętniej na gruzach NATO i Unii.
Wojna (zarówno ta realna, w Ukrainie, jak informacyjna w internecie), „konserwatywne idee ruskiego świata”, podrzucanie na wschodnią granicę uchodźców czy działania dywersyjne na terenie Europy – to wszystko ma służyć cofnięciu historii. Odzyskaniu przez Rosję tego, co „niesłusznie zostało zabrane” w wyniku „największej geopolitycznej katastrofy stulecia”. Dla Putina był nią rozpad ZSRR.
Europa miałaby wtedy wrócić do wyraźnie określonych stref wpływów gospodarczych i politycznych, usankcjonowanych nowymi traktatami i instytucjami. To stały motyw polityki rosyjskiej od wczesnych lat 90., która po szoku spowodowanym zgodą Gorbaczowa na zjednoczenie Niemiec, próbowała nieskutecznie zatrzymać erozję swojego znaczenia najpierw w Europie Środkowej, a potem na obszarze byłego ZSRR.
Włączenie Rosji do nowego porządku – na co liczyli architekci polityki za czasów Billa Clintona, Helmuta Kohla czy Jacquesa Chiraca – okazało się niemożliwe ze względu na całkowitą nieprzystawalność idei Rosji – jako państwa i społeczeństwa – do świata Zachodu. Rosja nie tylko nie umiała grać w nową grę. Ona jej po prostu nie rozumiała.
Nie ma zatem dla Rosji znaczenia, że Ukraina jest zbyt duża, aby ją sobie podporządkować, a krwawe koszty dla społeczeństwa rosyjskiego są ogromne. Dla Putina wojna w Ukrainie nie jest tylko narzędziem podboju politycznego, ale i celem samym w sobie, z którego nie może już zrezygnować bez konsekwencji dla „cesarstwa”.
Zatrzyma się tylko wtedy, gdy osiągnie cele, wykrwawi się lub zostanie „zdjęty z tronu”. To nie wyklucza taktycznych przerw, dla zyskania oddechu, ale nie zmieni agresywnego charakteru polityki Rosji.
Putin, jak kiedyś Stalin, ma zatem nie tylko wizję pożądanego porządku Europy, ale i konsekwentnie wdrażaną strategię. I bardzo liczy, jeśli nie na wsparcie, to przynajmniej na neutralność Ameryki.
Jak historia zakpiła z prezydenta Stanów Zjednoczonych
Dla Trumpa i jego administracji cała historia lat pozimnowojennych, rozszerzania Unii i NATO, porozumień handlowych i rozbrojeniowych, jest balastem, którego obsługa zabiera czas, marnuje środki i spowalnia rewolucję, która ma uczynić Amerykę znowu wielką. Choć analogie historyczne są zawsze ryzykowne i należy zachować do nich dystans, to dzisiejsza Ameryka Trumpa przypomina Amerykę lat 30., a wyzwania, przed którymi stanął, są podobne do tych, z którymi mierzył się Franklin D. Roosevelt.
„W sytuacji, gdy system bankowy chwiał się w posadach, co czwarty robotnik nie mógł znaleźć pracy, a wiara Stanów Zjednoczonych we własne możliwości została poddana bolesnej próbie, odnowa państwa stała się absolutnym priorytetem” – pisze John L. Gaddis w swej ostatniej książce, zatytułowanej „Geniusze strategii”.
Z takiej perspektywy dziedzictwo zbudowanego przez Amerykę ładu liberalnego w Europie może wydawać się Trumpowi tym samym, czym dla Roosevelta było dziedzictwo Wilsona. Składał się na nie według Gaddisa „amerykański parasol niemożliwych do utrzymania gwarancji, rozpostarty nad osłabionymi demokracjami europejskimi, które w najbliższej przyszłości będą zdane wyłącznie na siebie”.
Historia zemściła się i zakpiła z Roosevelta. Zemściła, bo jego dystans wobec rosnącej potęgi hitlerowskich Niemiec i japońskiego rewizjonizmu wymusiły na nim przystąpienie do wojny, ze wszystkimi jej tragicznymi konsekwencjami. Zakpiła, bo musiał najpierw wejść w buty Wilsona jako promotor Karty Narodów Zjednoczonych, która utorowała drogę do powstania ONZ, a następnie w Jałcie dokonać podziału świata na strefy wpływów, które miały przynieść stabilność, lecz przyniosły zimną wojnę i stałą obecność wojskową USA w Europie.
Jaką drogą idzie Trump?
Czego Stany Zjednoczone już więcej nie zrobią
Z kakofonii komunikatów, wykluczających się nawzajem stwierdzeń i zaskakujących wolt, których świadkami jesteśmy od wielu miesięcy, a ostatnio na Alasce i w Waszyngtonie, wyłaniają się zręby pewnej strategii. Trump używa wojny w Ukrainie do zdefiniowania na nowo polityki amerykańskiej wobec Europy. Na ile jest ona świadoma, a na ile jest wypadkową wydarzeń – trudno oceniać.
Po pierwsze, to nie jest (już) wojna Ameryki. Trump zajmuje się nią, bo odziedziczył ją w spadku po prezydencie Joe Bidenie. Niechętnie bierze na siebie rolę mediatora, a na pewno nie chce być odpowiedzialny za końcowy wynik. Ucieka więc od twardych decyzji, przesuwa terminy, żongluje pomysłami, w nadziei, że sprawy rozwiążą się same bez potrzeby angażowania i narażania na ryzyko amerykańskiej potęgi.
Rosja chce aneksji okupowanych terytoriów? Rozmawiajmy więc o terytoriach. Ukraina chce gwarancji? Rozmawiajmy więc o gwarancjach. Europejczycy chcą się włączyć. Zapraszam więc do Waszyngtonu.
Amerykański prezydent chciałby oczywiście (który polityk by nie chciał), aby Putin i Zełenski uścisnęli sobie ręce na trawniku przed rezydencją w Camp David, jak prezydent Anwar as-Sadat i premier Menachem Begin w 1978 r. w obecności prezydenta Jimmy’ego Cartera, zawierając traktat pokojowy między Egiptem a Izraelem. Nikt takiego finału jednak nie zagwarantuje (a poza tym pokojowego Nobla dostali wówczas obaj adwersarze, a nie prezydent USA).
Po drugie, Ameryka nie wyśle swoich wojsk i nie będzie już płacić ukraińskich rachunków. Nie zaoferuje też Kijowowi żadnych realnych gwarancji bezpieczeństwa, czyli takich, które wynikają z traktatu waszyngtońskiego albo dwustronnych traktatów obronnych z Japonią i Koreą Południową. Ameryka natomiast chętnie sprzeda uzbrojenie, za które zapłacą europejscy podatnicy, albo zaangażuje się we wspólną eksploatację ukraińskich zasobów metali ziem rzadkich. Na wiele więcej nie ma co liczyć.
Jak Putin zatrzymał Amerykę w Europie
To nie jest zatem wojna, która ma zwiększyć zaangażowanie Ameryki w bezpieczeństwo Europy. To jest wojna, która – z perspektywy Trumpa i zapewne nie tylko jego – zatrzymała proces wychodzenia Ameryki z europejskiego teatru działań. Gdyby nie rosyjska aneksja Krymu w 2014 r. i wojna w Donbasie, a następnie pełnoskalowa agresja Rosji na Ukrainę, nie byłoby powodu, aby Waszyngton dalej ponosił koszty obecności na kontynencie.
Tak jak nie byłoby decyzji NATO o podnoszeniu wydatków zbrojeniowych do poziomu 5 procent PKB. Trudno też myśleć o decyzji Finlandii i Szwecji o przystąpieniu do NATO, gdyby nie rosyjski atak na Kijów i masakra w Buczy.
Putin reanimował sojusz, który pogrążał się w politycznej inercji i wojskowej niewydolności, a zdaniem prezydenta Macrona był nawet w fazie „śmierci mózgowej”. Ameryka wróciła do NATO i weszła do wojny z obawy przed konsekwencjami pozostania na jej marginesie.
Historycy zapewne ustalą kiedyś, na ile ten powrót był wynikiem presji amerykańskich strategów wojskowych, którzy widzą więcej i dalej niż Trump, a na ile dowodem politycznej dojrzałości przywództwa politycznego.
Dzisiaj celem Trumpa jest niedopuszczenie do sytuacji, w której wojna w Ukrainie wymusi na Ameryce zwiększenie zaangażowania wojskowego i uczyni ją ponownie w dziejach stosunków transatlantyckich odpowiedzialną za kwestię wojny i pokoju w całej Europie. A tego wciąż chcieliby Europejczycy, w tym oczywiście Polska.
Ostatnim elementem strategii Trumpa jest przekonanie, że nie jest zadaniem Ameryki ochranianie czy budowa nawet niedoskonałego ładu międzynarodowego, opartego na instytucjach czy prawie międzynarodowym. Miłośnicy realnej szkoły polityki międzynarodowej okrzyknęliby go zapewne prominentnym reprezentantem realistów, obok Xî, sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Chin, czy Putina. Bo interes narodowy, siła militarna, suwerenność i żadnych kompromisów ze słabszymi – to są składowe instynktu politycznego Trumpa. Rzeczywistość jest jednak bardziej złożona.
Trump jest izolacjonistą, co nie przeszkadza mu wierzyć w prymat i cywilizacyjną misję Ameryki. Tyle że jego ambicją nie jest szerzenie idei liberalnych, ale tych, które legły u podstaw ruchu MAGA.
Kto depcze demokrację
W maju tego roku uwagę kręgów eksperckich zajmujących się śledzeniem stosunków atlantyckich zwrócił esej Samuela Samsona, zatytułowany „Potrzeba cywilizacyjnych sojuszników w Europie”.
Autor jest niskim rangą urzędnikiem Departamentu Stanu (starszy doradca w Biurze ds. Demokracji, Praw Człowieka i Pracy) i reprezentantem nowej elity urzędników, którą wypromował Trumpowski „marsz przez instytucje” – ale jego tekst został opublikowany przez oficjalny profil Departamentu Stanu na platformie Substack. Oddaje zatem i zarazem komunikuje myślenie nowej dyplomacji amerykańskiej o Europie.
W tekście nie tylko pobrzmiewają, ale rozwijane są tezy wygłoszone przez J.D. Vance’a na monachijskiej konferencji bezpieczeństwa w lutym 2025 r. Amerykański wiceprezydent bez pardonu krytykował tam europejskie rządy za kneblowanie wolności słowa i ograniczanie demokracji pod pretekstem walki z dezinformacją.
„Zagrożeniem, o które martwię się najbardziej w przypadku Europy, nie jest Rosja. Nie są nim Chiny. Nie jest nim żaden inny zewnętrzny aktor. Obawiam się zagrożenia płynącego z wewnątrz – wycofywania się Europy z jej najbardziej fundamentalnych wartości, wartości, które dzieli ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki” – przekonywał Vance.
Samson tak konkluduje: „W całej Europie rządy wykorzystały instytucje polityczne jako broń przeciwko własnym obywatelom i przeciwko naszemu wspólnemu dziedzictwu. Zamiast wzmacniać zasady demokratyczne, Europa stała się siedliskiem cyfrowej cenzury, masowej migracji, ograniczeń wolności religijnej oraz wielu innych ataków na demokratyczne samostanowienie (...) Amerykanie znają te taktyki.
Podobna strategia cenzury, demonizacji i biurokratycznego wykorzystania instytucji została zastosowana wobec prezydenta Trumpa i jego zwolenników. Pokazuje to, że globalny projekt liberalny nie sprzyja rozkwitowi demokracji. Przeciwnie – depcze demokrację, a wraz z nią dziedzictwo Zachodu, w imię dekadenckiej klasy rządzącej, która boi się własnego narodu”.
Jeśli brać na poważnie powyższe zarzuty, to administracja republikańska już nie tylko konsekwentnie popycha nas w stronę przejęcia odpowiedzialności za obronę Europy, ale i kwestionuje zagrożenie ze strony Rosji (co zresztą ujawnia jedną z wielu niekonsekwencji jej polityki).
Czy Europa da się porwać
Perspektywa Europy słabej, której przynależność do świata Zachodu jest kwestionowana przez Trumpa i jego ideowe zaplecze, rodzi wiele pytań i dylematów. Załóżmy, że Europejczycy spełniają oczekiwania amerykańskiej administracji. Większość członków NATO zwiększy wydatki na zbrojenia do poziomu 5 procent PKB (choć już osiągnięcie 3-4 proc. byłoby ogromnym postępem, gdyby wydać je w sposób przemyślany).
Załóżmy też, że Europa bierze na siebie ciężar dozbrajania Ukrainy, kupując sprzęt w Ameryce, ale też rozwijając własny przemysł. I że decyduje się na wysłanie misji, czyli bierze na siebie polityczną i wojskową odpowiedzialność za bezpieczeństwo Ukrainy. Oraz że w przyszłości – wobec braku amerykańskiej zgody na rozszerzenie NATO – Ukraina staje się częścią europejskiego sojuszu opartego na UE.
Jaka byłaby wtedy rola i pozycja USA w Europie? Czy dominacja amerykańska w NATO miałaby jakiekolwiek uzasadnienie? Czy Europa byłaby mniej czy bardziej asertywna w polityce handlowej i każdej innej dziedzinie współpracy ze Stanami?
Drugi dylemat dotyczy idei politycznych, które miałyby sprawić, że Europa osiąga dojrzałość strategiczną. Czy może się to dokonać na gruzach projektu liberalnego i w oparciu o pomysły ruchów sympatyzujących z MAGA, jak niemiecka AfD, węgierski Fidesz czy brytyjski UKIP? Czy gdyby ład liberalny miał się okazać trwale niezdolny do obrony swojej pozycji i tym samym przeszedł do historii – czego jedni się obawiają, a drudzy trzymają za to kciuki – to NATO i UE stałyby się sprawniejszymi i silniejszymi partnerami Ameryki?
Czy może w szybkim tempie obie instytucje rozpadłyby się, a w ich miejsce Europę spowiłby system dwu- i trójstronnych sojuszy, przypominający przełom XIX i XX wieku?
Polska w nowym układzie sił
To dylematy i pytania, z którymi Europa, a zatem i Polska, musi się zacząć mierzyć. Zarówno na poziomie bieżącej polityki, której rytm i wydarzenia wyznaczają kierunek marszu, jak i na poziomie strategii politycznej.
Dziś za wcześnie przesądzać, w którą stronę pójdzie polityka europejska i amerykańska. I jakie będzie to mieć konsekwencje dla układu sił na kontynencie, a zatem całego systemu bezpieczeństwa, którego oparciem jest NATO i UE.
Jeśli jednak z mgły wojny w Ukrainie wyłoni się nowy porządek bezpieczeństwa w Europie, a wraz z nim nowe zasady gry, to Polska może dużo stracić. Dlatego trzeba podjąć ryzyko i usiąść przy stole z tymi, których decyzje przeniosą nas do innej epoki politycznej. Nie mamy nic do stracenia i wszystko do zyskania.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















