Był 6 listopada 2024 r. Donald Trump rozgościł się na scenie. Za plecami mur amerykańskich flag. Na twarzy cwany, choć daleki od euforii uśmiech. Przyszedł czas, by podziękować rodzinie i bliskim, wyborcom i sztabowi, wolontariuszom i tym, którzy choćby dolarem wsparli go w walce. Słowem – ludziom, którym zwycięzca amerykańskich wyborów podziękować musi. Jednak ze wszystkich obecnych to nie jego małżonka, dzieci ani wnuki doczekały się wyrazów miłości. Człowiekiem, do którego powiedział „I love you”, był ktoś inny.
Adresatem najdłuższych i najbardziej wylewnych podziękowań był Elon Musk. Miliarder i człowiek, którego lista podbojów zdaje się nie mieć końca. Właściciel jednej z najważniejszych na świecie platform komunikacyjnych (X, dawniej Twitter), marki samochodów będącej synonimem elektrycznej rewolucji (Tesla), pożądanej przez rządy, wojsko i służby całego świata sieci satelitów i bezprzewodowej łączności (Starlink) oraz rakiet kosmicznych budzących zazdrość NASA (SpaceX).
Musk nie podbił jeszcze Marsa – co planuje – ale pomógł podbić Biały Dom. Był bowiem jednym z największych donatorów sztabu Trumpa, spiritus movens ostatnich tygodni jego kampanii i najbardziej medialną twarzą ruchu konserwatywnej technooligarchii, ktora postawiła w tym wyścigu na zwycięską kartę. Kartę Trumpa.
Liberalni komentatorzy, którzy z rosnącym niepokojem obserwowali prawicowy zwrot w Dolinie Krzemowej, uzyskali potwierdzenie swoich obaw. Oto prezydenturę można sobie kupić, a granice żenady, korupcji i bezwstydu przestają obowiązywać. Prawdziwym zwycięzcą jest – przekonywali – najbogatszy człowiek na świecie i jego głupkowate poglądy. Bo Elon – jeśli ktoś nie wie – z modelowego liberalnego demokraty przeistoczył się ostatnimi laty w marudnego wuja. Takiego, który kłóci się z własnymi dziećmi i pomstuje w internecie na neomarksizm, depopulację, podatki oraz migrantów. Teraz cały świat zostanie wzięty na zakładnika kryzysu wieku średniego jednego faceta! – łapali się za głowę.
Prawda jest jednak bardziej skomplikowana. Dolina Krzemowa nie dokonała zwrotu w prawo, tylko wróciła do korzeni. A Musk jest skutkiem, nie przyczyną.
Kto naprawdę wygrał wybory w USA
Co więc stało się w ostatnim roku w USA – a biorąc pod uwagę dominację amerykańskiego sektora technologicznego, na świecie? Nie chodzi przecież wyłącznie o „zwycięstwo Elona Muska”. Ani nawet wyłącznie samych Tech Bros, czyli „technoziomali”, jak protekcjonalnie pisze o nich amerykańska prasa. Za Trumpem stoi nie jeden Musk, lecz sztafeta wywodząca się ze skrzyżowania światów technologii, przemysłu zbrojeniowego i funduszy typu venture capital. Synowie Trumpa i jego zięć Jared Kushner sami udzielają się w przedsięwzięciach technologicznych, w tym w sektorze kryptowalut. Również entuzjaście kryptowalut, Howardowi Lutnickowi, Trump powierzył rolę wiceszefa swojego gabinetu przejściowego przed inauguracją 20 stycznia i obiecał kluczowe stanowisko sekretarza handlu w nowej administracji.
Wiceprezydent J.D. Vance również był związany z branżą technologii i funduszy venture capital. Firmą zaś, której akcje urosły dzięki zwycięstwu Trumpa najbardziej, jest Palantir. Nazwany od widzącego kamienia z „Władcy Pierścieni”, zajmuje się dostarczaniem algorytmów predykcyjnych wojsku i agencjom wywiadowczym. I tak się składa, że założyciel Palantira, Peter Thiel, to nie tylko partner biznesowy Muska i mentor Vance’a. To właśnie Thiel był jednym z pierwszych ludzi, którzy przed 2016 r. postawili na Trumpa.
O ile w 2016 r. wsparcie Trumpa było gestem ekstrawagancji, dziś największe nazwiska sektora technologii i funduszy venture capital – jak choćby Mark Andreessen i Ben Horowitz – podjęły wręcz licytację, kto poprze go głośniej. No i nie można zapominać, że sam Trump – będąc np. współwłaścicielem platformy cyfrowej TruthSocial – jest przedsiębiorcą i inwestorem sektora technologii.
Powiedzieć, że ta część branży „zyskała wpływ” dzięki wygranej Trumpa albo „odciśnie piętno” na kolejnej administracji, byłoby eufemizmem. Jednak nie chodzi też wyłącznie o to, że wybory „kupił” Elon Musk.
Niewygodna demokracja
Światy wielkiej technologii i demokracji to przygodni sojusznicy. I często występuje między nimi napięcie. Z jednej strony każdy powie, że prawdziwy postęp, przedsiębiorczość i innowacyjność mogą kwitnąć wyłącznie w warunkach liberalnej demokracji – z jej wolnym rynkiem, swobodnym obiegiem idei, szacunkiem do różnic i pluralistycznym społeczeństwem. Z drugiej jednak, w demokracji można rozwojowi technologii postawić granice. Pracownicy i obywatele mogą się zbuntować, firmy muszą płacić podatki i poddawać się regulacjom, a pomysły innowacyjnych rozwiązań społecznych rozbiją się o przepisy, wyroki sądów i cykl wyborczy. Pojawia się sprzeczność. Bardziej zależy nam na postępie czy przestrzeganiu norm? I kiedy warto je zawiesić?
Inżynierowie i programiści postrzegają często innowacje jako usuwanie „tarcia” – oporu, który czyni jakiś proces niepotrzebnie długim i kosztownym. Kiedyś, żeby mieć piękny koc, najłatwiej było samemu go utkać, spędzając na tym długie jesienne wieczory. Dziś można kliknąć i wkrótce pojawi się u nas paczka. Innowacja polega na tym, że po drodze od potrzeby do jej realizacji usunęliśmy mnóstwo kroków – tarcie.
Nietrudno zgadnąć, do jakich wniosków prowadzi przyłożenie tej optyki do życia społecznego i polityki. Demokratyczne głosowania, regulacje, prawa pracownicze, wyroki sądów, zakazy testowania produktów na ludziach, wreszcie podatki i sam monopol państwa na emisję pieniądza i kontrolę stóp procentowych – to wszystko tarcia, które spowalniają nas na drodze do utopii. Albo odwrotnie: blokują rozwiązanie najbardziej palących problemów współczesności. A problemy społeczne trzeba rozwiązywać. Kto umie rozwiązywać problemy? Inżynierowie i programiści. Wszystko, co stoi między problemem i rozwiązaniem, to zawracanie głowy. Logicznym rozwiązaniem jest więc dać więcej władzy (a przynajmniej nie krępować!) tym, którzy chcą i umieją. Jedynym rozsądnym sposobem uratowania demokracji jest ograniczenie demokracji. To chyba oczywiste!
Technologiczni miliarderzy rozwiązują problemy świata
„Im bardziej rządy krajów w świecie zachodnim wycofywały się z obietnicy dobrobytu, postępu i wielkich wizji społecznych jako takich, tym większa była luka w naszym myśleniu o przyszłości. I ona aż się prosiła, by ją zapełnić. W tę lukę weszli technologiczni miliarderzy i Dolina Krzemowa” – tłumaczy Paris Marx, autor podkastu „Tech Won’t Save Us”. Teraz, jak przekonuje, to najbogatsi obiecują wielkie wizje i zaprzęgnięcie technologicznej precyzji do rozwiązywania problemów świata. W zamian oczekują tylko tego, by im nie przeszkadzać. „Ta narracja pozwala na osiągnięcie dwóch celów – dodaje Marx. – Z jednej strony na zapełnienie pustki po wizjach przyszłości, jakie porzuciło państwo. Z drugiej, na ugruntowanie wyjątkowego statusu Doliny Krzemowej i technologicznych miliarderów. Skoro tylko oni mogą nas uratować…” – mówi.
Nie może więc dziwić, że Musk zajmuje tak ważne miejsce w masowej wyobraźni. Jako twarz przedsięwzięć w rodzaju Tesli, SpaceX czy Starlinka dowodzi, że sektor prywatny dalej myśli o przyszłości. Z drugiej strony to maruda, który nie chce płacić podatków i wszędzie widzi przeszkody. W końcu sam decyduje się wejść do rządu, by poddać go terapii odchudzającej. W tym celu powołany zostanie dla niego nawet specjalny „departament” – choć niewchodzący w skład waszyngtońskiej administracji – do zwiększania rządowej efektywności. Niech rządzą ci, którzy przeszli prawdziwy test sprawczości, a nie banda biurokratów!
Jest w tej logice coś kuszącego – i pokusa, by przekazać ster władzy wąskiej elicie liderów biznesu, nauki i przemysłu, wraca z porażającą regularnością. Ale, prawdę mówiąc, nawet ci miliarderzy, którzy głoszą antypaństwowe i libertariańskie poglądy, w rzeczywistości nie chcą upadku państwa i rządu federalnego. Przeciwnie: w ich projektach jest on niezbędny. Rząd i państwo nie ma przestać istnieć, tylko ma pracować na nich i ich interesy zabezpieczać.
Koniec świata rodem z Doliny Krzemowej
Słownik i świat skojarzeń Big Techów pełen jest dziś wielkich wizji i wielkich zagrożeń. Albo kolonizacja Marsa, albo ekologiczna katastrofa Ziemi. Albo życie wieczne i cyfrowa superświadomość, albo depopulacja i koniec cywilizacji. Albo służąca wszystkim, otwarta i powszechna Sztuczna Inteligencja, albo AI w rękach wrogów Zachodu i tyrania algorytmów narzucanych nam przez autokratów.
To istotna zmiana. Jeszcze 20 lat temu, z wyjątkiem odwołań do zagrożenia terroryzmem albo krzywdzenia dzieci, retoryka Doliny Krzemowej była ciepła i wesoła jak pocztówka z Kalifornii. Nowe technologie i smartfony miały nas uratować przed nudą i samotnością. A dziś słyszymy, że zagraża nam wymarcie gatunku, ugotowanie na płonącej planecie, bunt robotów i kolonizacja przez Chiny.
Przykłady? Proszę bardzo. Sam Altman, szef OpenAI, czyli twórcy ChataGPT, przekonuje, że ludzkość wchodzi w „decydującą epokę”. Jeśli nie podejmiemy właściwych decyzji, rządzić będą nami władcy „autorytarnego AI” z Rosji i Chin. Albo korzyści z wdrożenia AI przypadną w udziale USA i ich sojusznikom, albo... nie. I choć Altman nie mówi, co stanie się w tym drugim scenariuszu, to kategorycznie dodaje, że „nie ma trzeciej opcji”, a czas wyboru jest teraz.
Musk od lat przekonuje, że na świecie rodzi się za mało dzieci. „Załamanie populacyjne wynikające ze zbyt niskiej liczby urodzeń jest dużo większym zagrożeniem dla ludzkości niż globalne ocieplenie” – obwieścił w 2022 r. na Twitterze. Na ich tle Mark Andreessen, który straszy „wyłącznie” końcem kapitalizmu i stoczeniem się USA w oligarchię nudziarzy i impotentów, jest wręcz optymistą. Podobnie jak nieco bardziej zachowawczy miliarderzy starszego pokolenia, którzy podkreślają ryzyko mutacji wirusów i nowych pandemii.
Obaw związanych ze sztuczną inteligencją, autonomiczną bronią czy katastrofami klimatycznymi jest tak dużo, że mają w Dolinie Krzemowej polemizujące ze sobą nurty i subkultury – pronatalistyczni AI Doomerzy przecinają się z libertariańskimi longtermistami. Jedno ich łączy. Za horyzontem zawsze czyhają zagrożenia związane z końcem amerykańskiego kapitalizmu i tryumfem naszych cywilizacyjnych i kulturowych wrogów. Musimy się bać, że pokonają nas ci, którzy pierwsi posiądą cudowną broń, uśpią naszą czujność i wykorzystają dekadencję Zachodu przeciwko niemu samemu. Albo po prostu zaleją nas falą dzieci.
Jeśli komuś kojarzy się to z cyfrowo podkoloryzowaną wariacją na temat zimnej wojny, to słusznie. „W czyim interesie jest przedstawianie rozwoju AI jako przestrzeni rywalizacji mocarstw i swego rodzaju wyścigu zbrojeń?” – pyta Amba Kak, dyrektorka w think tanku AI NOW Institute. I odpowiada: oczywiście, mają w tym interes ludzie zajmujący się dostarczaniem technologii na potrzeby militarne. Ale metafora służy całej branży.
„Przyjrzyjmy się tej narracji, która dziś sprzedawana jest rządom na całym świecie. Sztuczna inteligencja jest tak kluczowa, że wspierania jej rozwoju nie można odpuścić. I nie chodzi już o to, żeby po prostu nie krępować rozwoju regulacjami i biurokracją. Państwa mają zadbać o to, by dostarczyć energię, infrastrukturę i inwestycje niezbędne do tego, żeby branża AI odniosła sukces. To wyjątkowy i ciekawy przypadek polityki przemysłowej. Widzimy tak naprawdę przedstawicieli przemysłu – w tym przypadku przemysłu AI – przekonujących rządy, że zadaniem państwa jest zasponsorować lub w inny sposób zagwarantować powodzenie tej konkretnej branży. Że to wręcz kluczowe dla samej demokracji...” – tłumaczy.
Zimna wojna i interesy z Trumpem
I to właśnie się dzieje. Jeśli AI – a szerzej, zaawansowane algorytmy – jest współczesnym odpowiednikiem bomby atomowej, to chyba oczywiste, że chcemy, by to „nasi” ją wyprodukowali?
„Tamci” w nowej zimnej wojnie to oczywiście Chiny. To pomaga wytłumaczyć zbliżenie części Doliny Krzemowej z Trumpem.
Paris Marx: „Przez lata żyliśmy w przekonaniu, że Dolina Krzemowa jest z definicji wroga rządowi, bardzo wolnorynkowa, nieskora do współpracy z administracją itd. Nie chcą regulacji, nie chcą mieszania się w ich interes. Ale jest jeden obszar, gdzie to się jednoznacznie zmieniło: obronność i produkcja broni napędzanej AI, którą można sprzedać Departamentowi Obrony i później rządom na całym świecie”.
W tym świetle nie tylko zimnowojenna, ale i coraz bardziej apokaliptyczna retoryka części sprzyjających Trumpowi miliarderów ma logiczne uzasadnienie. Skoro zagrożenia mają cywilizacyjny wymiar, to rząd nie powinien szczędzić pieniędzy na obronę i inwestycje w nowe technologie, prawda? Pamiętajmy, że to właśnie dzięki inwestycjom rządu USA w czasach zimnej wojny cieszymy się internetem, technologią GPS i tanią energią z elektrowni atomowych. Jeśli jednak chcemy cieszyć się nią dalej – suflują głosy z Doliny Krzemowej – trzeba nie tylko kolejnych inwestycji, ale większego zaufania i deregulacji.
Sam Musk i jego SpaceX mają rządowych kontraktów na 15 mld dolarów. Departament Obrony finansuje ponad 800 projektów z dziedziny rozwoju autonomicznej broni wartych miliard rocznie. Palantir dostał w zeszłym roku dwa kontrakty warte ponad 100 mln dolarów każdy. Zęby na kolejne kontrakty ostrzy sobie bliźniaczy producent AI dla celów wojskowych, w tym broni autonomicznej, Andruil.
Z czasem rozróżnienie, kto oferuje cywilne, a kto militarne produkty technologiczne, staje się coraz mniej jasne. Gdy cały świat zajęty był śledzeniem finiszu wyborów w USA, kolejne firmy bez większego rozgłosu zapowiadały wejście ze swoimi produktami AI na rynek kontraktów Departamentu Obrony: Anthropic, Amazon, OpenAI, Meta i inni. Biuletyn informacyjny Automated Decision Making Research, który śledzi doniesienia z branży rozwoju militarnego AI i autonomicznej broni, donosi o kilku nowych projektach albo partnerstwach w branży tygodniowo.
Prezesi tych firm wiedzą dwie rzeczy. Po pierwsze, decyzja o wejściu na rynek zbrojeniowy będzie kontrowersyjna – nikt nie chce być jak producent napalmu Dow Chemical w trakcie protestów przeciw wojnie w Wietnamie. Po drugie, wejście na rynek zbrojeniowy jest nieuchronne. Dolina Krzemowa wie, że pieniądze wydawane na AI czy technologie kosmiczne to wciąż drobne w porównaniu z tym, co jest do wzięcia. Trzeba tylko umościć się w kluczowym miejscu. Odpowiedź na pytanie, dlaczego widzą w Trumpie i Vansie potencjalnych sojuszników, nie jest trudna.
To, że największe nazwiska świata technologii domagają się skoku w przyszłość, to – paradoksalnie! – powrót do przeszłości. Chodzi o status, jakim Dolina Krzemowa i klaster łączący edukację wyższą, przemysł, konserwatywną politykę i wojsko, już się cieszyły. Wczorajszą walkę z ZSRR da się zastąpić starciem o prymat z Chinami. I nawet nie trzeba będzie rezygnować z antykomunizmu, który także i w przeszłości służył za smar dla trybów kalifornijskiej machiny na styku biznesu technologii i polityki.
Jeszcze raz Marx: „Presja, by wyeliminować Chiny z najbardziej wymagających i technologicznie zaawansowanych sektorów gospodarki, jest przecież jednocześnie szansą, by pozbawić amerykańskie firmy konkurencji. Z jednej strony służą temu sankcje, a z drugiej strony budowa systemu sojuszy na podstawie amerykańskiej technologii – który zmusza kolejne kraje do jednoznacznego wyboru, czy będą korzystały z amerykańskiej, czy chińskiej technologii”.
Ile jest warte ludzkie życie
„Gdy pytam przedstawicieli tych firm, czy zajmują się eugeniką, zaprzeczają. Gdy jednak ich pytam, czy zajmują się »polepszaniem materiału ludzkiego«, odpowiadają »No oczywiście, że tak!«”. To słowa Malcolma Harrisa, autora bestsellerowej historii Doliny Krzemowej, „Palo Alto”.
Harris trafił w dziesiątkę. Słowo „eugenika” niesie zbyt wiele mrocznych skojarzeń, jednak program promocji dzietności i długowieczności dla najbogatszych i najzdolniejszych, naukowe planowanie ciąż przez surogację i in vitro dla klasy średniej, publicznie refundowana eutanazja dla najuboższych... to zupełnie co innego!
Musk ma kilkanaścioro dzieci dzięki dobrodziejstwom zapłodnienia in vitro i surogacji. Thiel funduje badania nad przezwyciężeniem ludzkiej śmiertelności i cofnięciem procesu starzenia. Zwolennicy filozofii longtermizmu przedkładają pomoc zamożnym i bogatym mieszkańcom Zachodu (bo są bardziej produktywni) niż biednym i głodnym tego świata. Do racjonalnej pomocy humanitarnej i filantropii wzywa ruch Efektywnego Altruizmu – z którym kojarzono etyka Petera Singera i twórcę słynnej piramidy finansowej Sama Bankmana-Frieda.
Jednak w tym samym czasie, gdy największe firmy Doliny Krzemowej inwestowały w nowatorskie leki, terapie i eksperymentalną medycynę, nie sposób było zmusić je do zapłacenia podatków, by wyleczyć uzależnionych i zredukować plagę bezdomności w San Francisco, gdzie mają siedzibę. Dolina Krzemowa nigdy nie ustaje w przypominaniu, że prędzej pożegna się z demokracją i zaprowadzi nową formę apartheidu, niż zajmie się rozwiązywaniem problemów we własnym sąsiedztwie.
„Czy to możliwe, by uleczyć, zapobiec lub zarządzać wszystkimi ludzkimi chorobami przed końcem tego stulecia? Wierzymy, że tak” – deklaruje filantropijny fundusz założyciela Facebooka, Chan Zuckerberg Initiative. I tylko złośliwy mógłby przypomnieć, że Facebook nie jest w stanie zarządzać sam sobą, a co dopiero światem medycyny i nauki. W żądaniu zoptymalizowania wszystkiego i podporządkowaniu życia logice algorytmów widać zresztą coś, co fizyk i krytyk AI Dan McQuillan nazwał „tendencją eugeniczną”.
„Już dziś istnieją olbrzymie nierówności w dostępie do ochrony zdrowia, w szacunkowej przeżywalności – w zależności od tego, z jakiej grupy społecznej kto się wywodzi; w podejściu do migrantów – w zależności od tego, skąd pochodzą. AI służy do udoskonalenia procesów, które mają decydować o wartości ludzkiego życia. Bez względu na to, ile pudru praw człowieka i humanitaryzmu nałożymy, w rezultacie mamy precyzyjnie określić, ile osób ma umrzeć. AI nadaje się do tego wyśmienicie” – tłumaczy. I pyta retorycznie: „Czy to przypadek, że jednocześnie z Doliny Krzemowej płyną idee pronatalizmu dla mądrych i bogatych, walki o przetrwanie białego człowieka i lęku przed wielkim zastąpieniem przez migrantów?”.
Śmierć i podatki: Dolina Krzemowa kiedyś opuści Trumpa
Ale, powtórzmy, w Dolinie Krzemowej nie dzieje się nic nowego. Od zarania Kalifornia była miejscem, gdzie rząd federalny sprywatyzował przemoc, a następnie dał się na niej dorobić najbardziej bystrym i cwanym podczas eksterminacji Indian, gorączek złota, kolejnych wojen, wreszcie zimnej wojny i kilku przemysłowych boomów. To właśnie tam, na Uniwersytecie Stanforda wykładało najwięcej amerykańskich zwolenników eugeniki. To tam konserwatywny antykomunizm Instytutu Hoovera spotykał się z hipisowską kontrkulturą i tam libertarianizm biznesu mógł podać sobie rękę z wydajnością i dyscypliną armii. To tam spośród wszystkich miejsc na świecie najdłużej utrzymuje się wiara, że można człowieka zredukować do ciągu liczb. I że zarządzanie ludźmi jak zoptymalizowanymi przez algorytm kolumnami w tabelce nie tylko jest dopuszczalne. Jest wskazane i dużo od demokracji wydajniejsze. Malcolma Harrisa nie zawiodła intuicja.
Autonomiczna broń, kryptowaluty, satelity, wielka wojna z Chinami, elektryczne samochody, niechęć do migrantów i pseudonauka – kusi, by znaleźć wspólny mianownik między tymi wszystkimi hasłami. I odpowiedź, co łączy je z trumpizmem. „Reakcyjny futuryzm!” – ogłasza na stronach „New York Timesa” publicysta i podkaster Ezra Klein. Oni wszyscy chcą powrotu do wyobrażonej przeszłości, ale z nowoczesnymi gadżetami. Technologicznych wygód, komfortu i bezpieczeństwa, ale bez konieczności demokratycznych kompromisów. Karnego ludu, który będzie chciał bronić porządku, ładu i swoich panów – ale bez emancypacji i podziału w zyskach, jaki temu ludowi obiecał liberalizm. Czy hipoteza Kleina jest kusząca? Na pewno, wszak sami ci miliarderzy nie odżegnują się od antydemokratycznych idei.
Ale może jednak wcale tak nie jest, a związek miliarderów z funduszy venture capital z Trumpem jest równie przygodny, co ich wcześniejszy romans z demokratami? Tym, co łączy ich naprawdę blisko, jest nie projekt ideologiczny, lecz biznesowy. Trump jest gwarancją tego, że regulacji będzie mniej, a kontraktów wojskowych więcej. Że nawet jeśli się z miliarderami z Doliny Krzemowej pokłóci – co prędzej czy później nastąpi – to jego administracja nie będzie wszczynać przeciwko nim postępowań antymonopolowych ani oponować przeciwko rozwijaniu najbardziej nawet śmiercionośnych broni. Dalsza prywatyzacja kolejnych sfer działania państwa, w tym najbardziej wrażliwych – służby specjalne i wywiad, technologie kosmiczne, podbój innych planet i autonomiczna broń – będzie przebiegała bez zakłóceń, a zyski wezmą z tego Musk i koledzy. I nikt nie wyskoczy z pomysłem równie szalonym, co „publiczna ochrona zdrowia”. W końcu Mark Andreessen – nazywany przez niektórych „królem filozofem” Doliny Krzemowej – zapytany, co tak naprawdę poróżniło go z Partią Demokratyczną, miał na to jedną, i to dość prostą odpowiedź: „Podatki”.
Cytaty z Amby Kak, Parisa Marksa i Dana McQiullana pochodzą z cyklu rozmów Jakuba Dymka o AI, realizowanego dla Fundacji Panoptykon. Więcej: panoptykon.org
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















