Michał Łuczewski: Żyjemy w czasie wojny. Nie tylko tej, która toczy się między państwami i narodami. Ale w każdej społeczności, w każdym z nas. Bo chyba tak trzeba nazwać rywalizację, którą wciąż toczymy – o prestiż, uwagę i wpływy.
Jean-Michel Oughourlian: Rywalizacja to najstraszniejsza rzecz, jaka może się nam przydarzyć. Odbiera zdrowie psychiczne jednostkom i całym narodom. Wszyscy ludzie, ze wszystkich narodów i ze wszystkich kontynentów, są w nią uwikłani. Każdy chce pokazać, że jest silniejszy, lepszy, bardziej moralny.
Pan też?
Zawsze starałem się unikać rywalizacji. Ale to bardzo trudne wśród lekarzy! 30 lat temu załoga Szpitala Amerykańskiego w Paryżu, licząca 500 osób, wybrała mnie na prezesa swego stowarzyszenia. Gdy 10 lat temu przechodziłem na emeryturę, nalegali, bym pozostał na stanowisku. Mówili, że nigdy nikogo nie potraktowałem w agresywny czy brutalny sposób. Nie wszedłem z nikim w żaden konflikt. Ale ostatnio, gdy pojawiła się nowa grupa lekarzy – młodych i gotowych do walki o pozycję – zrezygnowałem.
Pana przyjaciel, René Girard, z którym napisał pan „Rzeczy ukryte od założenia świata”, twierdził, że każdy król jest kozłem ofiarnym, tyle że jego wyrok jest odroczony w czasie.
Młodzi zabiliby mnie bez składania w ofierze. Nie spieszy mi się do tego (śmiech). René był moim mistrzem, modelem i przyjacielem. Poświęciłem całe swoje życie zawodowe, ponad pół wieku, na zbudowanie nowej psychologii opartej na jego teorii mimetycznej.
Girard odkrył powszechność mechanizmu kozła ofiarnego we wszystkich kulturach. Czy mechanizmom prześladowczym możemy się jakoś przeciwstawić?
Trzeba podważać jednomyślność tłumu, który szuka kozłów ofiarnych, nie widząc własnej winy. W myśli Girarda ofiara jest bardziej zjawiskiem socjologicznym niż psychologicznym. Mechanizm kozła ofiarnego wymaga jednomyślności całej społeczności.
Żeby uwolnić się od przemocy, powinniśmy przeciwstawić się swojemu własnemu plemieniu, swojej własnej bańce?
Pamięta pan kobietę, którą przyprowadzono do Jezusa, by ją ukamienować za zdradę męża? Jezus nie wdaje się w rywalizację. Pisze na piasku i mówi: „Jeśli ktoś z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamień”. To moment, w którym jednomyślność zostaje podważona. I nagle stopniowo, jeden po drugim, odchodzą wszyscy, ponieważ zdają sobie sprawę, że żaden z nich nie jest bez winy. Chodzi o to, że trzeba rozpuścić jednomyślność. Gdy tłum zabija ofiarę, każdy myśli, że sam jest bez winy.
Skąd bierze się ten mechanizm? Dlaczego tak łatwo nam skandować razem z tłumem?
Z powodu naśladownictwa, które Girard określił jako mimetyzm. Twoje pragnienia w nieświadomy sposób są ci wskazywane przez inne osoby, które stają się twoimi modelami. Model ma coś, czego ty nie masz. Wskazuje na obiekt twojego pragnienia. Imitujesz go, żeby mieć to, co on ma, żeby być takim jak on.
Jakie są tego konsekwencje?
Efektem naśladownictwa jest „wstąpienie” czy też „opętanie” naszego Ja przez kogoś innego. W ten sposób w naszej psychice powstają niezliczone części. Od urodzenia naśladujemy i inspirujemy się różnymi ludźmi. Na początku to są rodzice, potem wychowawcy, nauczyciele, autorytety. Do końca życia podążamy za dziesiątkami kolejnych modeli, które niekoniecznie są nam narzucane, bo możemy je wybierać. Każdy z nich coś nam przynosi. Staje się częścią naszej osobowości, tak jak mistrz staje się częścią ucznia. Jesteśmy mozaiką wszystkich modeli, które mieliśmy w życiu.
Dobrze widać ten fenomen na przykładzie hipnozy. Hipnotyzer poprzez sugestię, której nie jesteśmy świadomi, może wygenerować część naszego Ja, która będzie miała swoje własne pragnienia, odczucia, pamięć i świadomość. Ponieważ nasze naśladownictwo jest w dużej mierze nieświadome, każdy model jest dla nas rodzajem hipnotyzera.
Bardzo mocna metafora. Społeczeństwo w nas „wstępuje”. Jesteśmy opętani przez innych. Wszyscy jesteśmy w jednym wielkim transie, hipnozie.
Potocznie uważamy, że nasze pragnienia wypływają z naszego Ja. Mimetyczna psychologia, psychologia interindywidualna, jak ją nazwaliśmy z Girardem, pokazuje, że nasze Ja tworzą pragnienia innych. Psychologia nie może być zatem nauką o indywiduach, ale o tym, co jest pomiędzy nimi. Mój przyjaciel Eugene Webb znalazł na wyrażenie tego odpowiednie słowo: międzyjaźń. Nasze Ja wyłania się z relacji z innymi, jest Ja-pomiędzy, self between. W rzeczywistości zawsze jesteśmy w relacji.
Jeśli wiem, że ktoś próbuje na mnie wpłynąć, mogę się odwrócić?
Mimetyzm w świecie społecznym jest jak grawitacja w świecie fizycznym. Model jest zawsze stałym punktem odniesienia. Nie możemy zrobić nic innego, jak tylko krążyć wokół niego jak Ziemia wokół Słońca. Możemy wybierać, wokół kogo chcemy krążyć, ale krążyć musimy. Możemy wybierać naszą relację wobec modelu, ale samych modeli nie możemy ominąć.
Czyli jeśli odwracam się od jednego modelu, muszę znaleźć inny. Moja wolność jest jedynie wolnością wyboru, kogo naśladuję?
Nie mamy wyboru, ponieważ mózg każdego z nas ma neurony lustrzane. Ich odkrycie przez Giacoma Rizzolattiego i jego zespół na początku lat 90. było rewolucją w neuronaukach. Okazało się, że mimetyzm ma podłoże biologiczne. Neurony lustrzane sprawiają, że kiedy patrzymy na czyjeś działanie, nie tylko je widzimy, ale automatycznie pojawia się w nas gotowość do odzwierciedlenia tego działania. Ten automatyzm zaobserwowano u makaków i noworodków, które kilka godzin po urodzeniu, widząc, że ktoś wysuwa język, same wysuwają swój język.
Jak to się przekłada na świat dorosłych?
Dalszy rozwój neuronów lustrzanych sprawia, że patrząc na kogoś, automatycznie rekonstruujemy jego intencję, trafnie bądź nie. Rekonstruujemy jego pragnienie. Neurony lustrzane sprawiają, że pragniemy tego, na co wskazuje druga osoba. Pragniemy mieć to, co ona, a nawet być tym, kim ona jest.
A jeśli się to nie udaje?
Nasz model zamienia się w przeszkodę i rywala. A na samym końcu w naszego kozła ofiarnego.
Dlaczego?
Ponieważ model pokazał ci to, czego możesz pragnąć. W konsekwencji zaczynacie dążyć do tego samego. Przedmiot waszego pragnienia jest ten sam. Wasze wspólne pragnienie upodabnia was do siebie, stajecie się swoimi sobowtórami, choć myślicie, że wszystko was różni. I naraz stajecie się przeszkodami dla siebie i ostatecznie rywalami, którzy usiłują się zniszczyć.
Ludzie pochłonięci przez konflikt wierzą, że jeden musi być na górze, a drugi na dole, że zwycięstwo jednego zależy od przegranej drugiego. To tak jak dzieci na huśtawce na placu zabaw. Jedno może iść w górę tylko wtedy, gdy drugie opada. To, które jest na dole, może znaleźć się ponownie na górze tylko wtedy, gdy drugie znajdzie się na dole. To diabelska huśtawka!
Czy nie mogę w inny sposób zaspokoić swego pragnienia? Jak na wolnym rynku – kupić sobie przedmiot pragnienia, a nie rywalizować o niego z innymi?
Jeśli to byłby samochód, a ty miałbyś wystarczające środki – to tak. Ale jeśli to jest osoba, która podoba się twojemu modelowi i tobie? Albo pozycja w korporacji, którą nie da się podzielić? Tak dochodzi do rywalizacji i konfliktu. Na wolnym rynku pragnienie możesz czasem zaspokoić bez wchodzenia w rywalizację, ale i tak nieustannie imitujesz innych. I to w sposób bardziej radykalny niż w społecznościach tradycyjnych.
Miałem pacjentów, którzy pracowali w prestiżowej firmie, prowadzonej przez charyzmatycznego lidera. Ich praca w gruncie rzeczy polegała na tym, by odzwierciedlać i realizować pragnienia szefa, który sam odzwierciedlał i realizował pragnienia właścicieli korporacji. Współczesne innowacyjne korporacje oparte są właśnie na mechanizmie mimetycznym, na uwolnieniu pragnienia mimetycznego na globalną skalę. Ci ludzie trafiali do mnie, bo kiedy zostali zwolnieni, nie mogli sprawnie funkcjonować. Naraz stracili gwiazdę, wokół której się obracali.
Co zrobić, żeby wyjść spod hipnotycznej siły naszych modeli i odbudować jedność swojego Ja?
Głównym wyzwaniem jest umiejętność rozdzielenia, kto jest modelem, kto rywalem, a kto przeszkodą. Żeby ich w swoim umyśle nie zlać. I dążyć do tego, by negatywny rywal, którego chcesz zniszczyć, na powrót stał się pozytywnym modelem, od którego możesz się uczyć. A kiedy napotykasz przeszkodę, starać się jej uniknąć.
Zostało to opisane przez Lafontaine’a w bajce „Kruk i winogrona”. Lis chce zjeść winogrona i nie może ich dosięgnąć, więc neguje ich wartość: „Kwaśne, zielone, dobre dla żarłoków”. Wtedy może spokojnie odejść. Ten sam mechanizm ilustruje historia o dwóch rosyjskich żołnierzach, którą usłyszałem za czasów ZSRR. Jeden mówi do przyjaciela: „Nie zgadniesz, co mi się przytrafiło! Wszedłem dziś do domu i widzę w łóżku moją żonę z generałem!”. A drugi żołnierz na to: „Biedaku! I co zrobiłeś?”. „Nic – odpowiada pierwszy. – Miałem szczęście. Generał mnie nie widział”. Nie chciał zrobić z generała swojego rywala, więc odszedł niezauważony.
No tak. Tyle że nie wszedł w tę rywalizację kosztem oszukiwania siebie i własnego cierpienia. Czyli ostatecznie jesteśmy skazani na życie w iluzji co do naszych rywali? Czy może zbawi nas terapia?
Uważam, że w gabinecie psychiatry nie ma niezależnych od siebie, pojedynczych indywiduów. Nie ma pacjenta i lekarza. Są trzy powiązane ze sobą podmioty: lekarz, pacjent i choroba. Nie spodziewaj się po terapii zbyt wiele. Jeśli przychodzisz do mnie jako psychiatry, i ja daję ci do zrozumienia, że jestem bardziej inteligentny, bo jestem w stanie ci pomóc – pojawi się rywalizacja. Bo na diabelskiej huśtawce konfliktu może siedzieć także terapeuta z pacjentem. Jedyne, co można zrobić, to zejść z niej. Nigdy nie otwierać drogi rywalizacji.
Cała gra polega na tym, by dowiedzieć się, czy pacjent sprzymierza się z chorobą, czyli swoim modelem, przeciwko psychiatrze, by udowodnić, że psychiatra jest idiotą, czy też próbuje sprzymierzyć się z psychiatrą, aby pozbyć się choroby i uwolnić się od rywalizacji z modelem.
Często w mojej praktyce widziałem ludzi przychodzących ze stosem dokumentów i mówiących: „Byłem u szesnastu lekarzy, przeszedłem wszystkie testy, tu są wyniki. Nikt nie był w stanie mnie wyleczyć”.
Od razu wiedziałem, że ta osoba próbowała uczynić ze mnie jeszcze jedną ofiarę swojej neurozy. Mówiłem: „Bardzo mi przykro. Skoro ci wszyscy fantastyczni lekarze nie byli w stanie nic zrobić, to i ja nie będę mógł nic dla pana zrobić. Jestem tylko prostym psychiatrą”. „Nie, musi mi pan pomóc, dać jakieś lekarstwo”. „Próbowałeś wszystkiego. Bardzo mi przykro”. „Ale ja nie wyjdę z tego gabinetu, dopóki nie dostanę leku”. Wtedy mówiłem: „OK, dam panu leki. Ale już teraz mogę powiedzieć, że nie przyniosą skutku. Ale przepiszę je, skoro pan nalega”. I zapisywałem coś lekkiego, niemal że placebo. A tydzień później pacjent dzwoni i mówi, że ten lek mu pomógł.
Czyli pacjent chciał umieścić Pana w roli bohatera, którego następnie będzie mógł zaatakować za nieudolność. A Pan od razu zajął miejsce nieudacznika. Nie chciał Pan naśladować pragnienia pacjenta.
Tak. Doprowadziłem do sytuacji, w której skorzystanie z moich leków uczyniło go zwycięzcą. Sprawiłem, że mógł pomyśleć o mnie, że jestem głupi, bo dałem mu leki, o których powiedziałem, że nie zadziałają. Zdrowiejąc, zwyciężał ze mną.
Czy to znaczy, że ostatecznie pomóc możemy sobie tylko sami?
Dobra relacja terapeutyczna polega na tym, że jeśli klient spróbuje sam sobie pomóc, to ja jako terapeuta jestem po to, by go w tym wesprzeć. Zawsze powtarzam pacjentom: zejdźcie z tej huśtawki i idźcie zagrać w coś innego. Jest tyle innych, wspaniałych możliwości.
Ale jak to zrobić, skoro jesteśmy uwiązani do naszych rywali? Schodząc z huśtawki, tracimy swoją tożsamość, fake identity, jak pisze James Alison.
Kiedy widzisz pacjenta, zwykle pytasz go, co go boli. Uważam, że jest ważniejsze pytanie, które powinno się zadać w terapii mimetycznej: kto jest twoim bólem?
Kto jest twoją chorobą? Czyli jaki jest twój ukryty model?
Jeśli zapytam, kto jest twoim bólem, zdasz sobie sprawę, że ból jest tylko symptomem. Symptomy rozwija się, ponieważ człowiek nie jest świadomy ich przyczyn. Np. nie może zobaczyć tego, że bliska osoba sprawia, iż jego życie staje się bardzo trudne, ponieważ właśnie jest to bliska osoba, którą kocha lub szanuje. Nie może tego zaakceptować. Kiedy już to zauważy, stopniowo będzie w stanie się od niej uwolnić.
Tak dzieje się w rodzinach, w parach, we wszelkiego rodzaju sytuacjach, w których ktoś przywiązuje się do kogoś innego, „wisi” na nim, myśląc, że nie może bez niego żyć.
Co to znaczy?
Za powstanie symptomu odpowiedzialna może być siostra, matka, mąż lub ktoś zupełnie inny. Zamiast rozpoznać rywalizację z nimi, wyrażasz to poprzez symptom. Bolą mnie plecy. Nie mogę spać. Czuję niepokój. Mam kryzys lękowy. Płaczę. Wszelkiego rodzaju rzeczy, które są związane z faktem, że nie potrafisz się uniezależnić od swojego modelu. Uwolnić się od toksycznej sytuacji.
Żeby zachować zdrowie psychiczne, musisz unikać rywalizacji. Nigdy, przenigdy nie należy otwierać drogi rywalizacji.
Jak to przełożyć na życie codzienne?
Pierwszym krokiem do wyzwolenia jest świadomość. Kiedy z kimś rozmawiasz, masz w pewnym sensie nowe, inne Ja. Nie rozmawiasz z żoną tak, jak rozmawiasz z szefem. Zmieniasz się. Dostosowujesz swoją tożsamość do rozmówcy. Do jego pragnienia. Naśladujesz innych, którzy wiedzieli i pokazali ci, jak odnaleźć się w danym kontekście. Z czasem widzisz, że w danej sytuacji uruchamia się w tobie ta część, która naśladuje jeden z twoich modeli. Jeśli uważnie się obserwujesz, zdasz sobie z tego sprawę.
Czy to dotyczy też społeczeństw i narodów? Twierdzi Pan, że psychologia bez polityki jest bezsilna, a polityka bez psychologii płytka.
Mogę wskazać na podobieństwa między reakcjami liderów państw a reakcjami pacjentów w moim gabinecie. W „Psychopolityce” starałem się pokazać, że narody działają podobnie jak ludzie. Wszystkie narody, państwa, ludy, podobnie jak osoby, uwikłane są w mimetyczną rywalizację. Na arenie międzynarodowej są dla siebie na zmianę modelami, przeszkodami i rywalami.
O co dziś toczy się walka?
O pokój. Państwa i narody rywalizują o to, by zająć miejsce ofiary i oskarżyć tego, kto jest przeciwko niemu, o bycie prześladowcą. Nagle nikt nie jest agresorem. Wszyscy mówią, że się bronią. Trwa globalna walka o to, kto jest największą ofiarą. To główne pragnienie, które jednoczy wszystkich. Ale ponieważ postrzegamy się jako ofiary, to w drugim kroku zauważamy, że naszych wrogów można zgładzić. Nawet Putin mówi, że broni Rosjan na Ukrainie i odpowiada na agresję NATO.
Patriarcha moskiewski Cyryl podkreśla, że Rosjanie i Ukraińcy są bratnimi narodami. Ale ponieważ Ukraińcy nie chcą uznać tego braterstwa, musimy ich zabijać.
Cyryl nie zdaje sobie sprawy, że jest więźniem mimetycznej rywalizacji. Właśnie tak. Przecież konflikt między braćmi zaczął się od Kaina i Abla. Brat zabił brata z powodu rywalizacji o błogosławieństwo Boga. Teraz Cyryl usprawiedliwia Kaina, choć sam z siebie robi Abla. To się powtarza przez całą historię ludzkości.
Girard mówił o tych „rzeczach ukrytych od założenia świata”: mordach założycielskich ludzkiej kultury. Amerykański biskup Robert Barron powiedział nawet, że Girard powinien zostać ogłoszony świętym albo ojcem Kościoła.
Dla mnie Girard, w przeciwieństwie do Paula Ricœura, z którym też się przyjaźniłem, nie był myślicielem chrześcijańskim. Był antropologiem, który zajmował się analizą rzeczywistości społecznej i postaci w wielkich dziełach literatury.
A między nimi też była rywalizacja?
Dawno temu próbowałem nakłonić Girarda do rozmowy z Ricœurem. Akurat był w Chicago, gdy Ricœur wykładał na tamtejszym uniwersytecie.
To byłaby dopiero debata! Na Uniwersytecie w Chicago wykładał też wtedy Mircea Eliade...
On też miał wziąć udział w tym spotkaniu!
I jeszcze Leszek Kołakowski!
Ale nie udało mi się tego zorganizować. Wszyscy mieli jakieś wymówki. Moim zdaniem nikt z nich nie chciał przyznać, że w myśli kolegów też jest trochę prawdy (śmiech).

JEAN-MICHEL OUGHOURLIAN jest neuropsychiatrą. Emerytowany profesor psychopatologii klinicznej na Sorbonie i szef oddziału psychiatrii w American Hospital of Paris, jeden z najbliższych współpracowników René Girarda, współautor teorii mimetycznej, książki „Rzeczy ukryte od założenia świata” oraz wielu publikacji na temat pożądania, psychologii relacji i „jaźni międzyosobowej”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















