Co właściwie świętujemy 4 czerwca? O polskiej transformacji bez lukru

Michał Przeperski, historyk: Obecna Polska ma miliony słabości, lecz końcówka PRL-u niosła ich miliardy. No i trudno było za komuny powiedzieć, że to nasze państwo.
Czyta się kilka minut
Kampania wyborcza Solidarności przed wyborami 4 czerwca 1989 r. // Fot. Witold Jaroslaw Szulecki / East News
Kampania wyborcza Solidarności przed wyborami 4 czerwca 1989 r. // Fot. Witold Jaroslaw Szulecki / East News

Katarzyna Kubisiowska: To dobry moment, by napisać książkę o transformacji ustrojowej?

Michał Przeperski: Idealny – od pierwszych półwolnych wyborów w Polsce minęło 35 lat. Coraz bliżej do momentu, w którym wszyscy się zgodzimy, że to już historia.

I trzeba ją opisać, póki żyją świadkowie?

Spokojnie, tych długo nie zabraknie. Natomiast impulsem do napisania książki „Dziki Wschód. Transformacja po polsku 1986-1993” była niezgoda na spolaryzowane narracje towarzyszące historycznym faktom, takim jak choćby obrady Okrągłego Stołu. Pierwszej narracji towarzyszy przekonanie, że to była zdradziecka sprzedaż ideałów Solidarności, drugiej – że to porozumienie mądrych, a wszystko odbyło się elegancko i bezboleśnie.

To, o czym Pan mówi, świetnie pokazuje nastroje w mojej rodzinie. Ojciec, członek Solidarności, wyrażał sceptycyzm wobec tego, że opozycja zaczyna rozmowy z komunistami. Ja byłam przy Okrągłym Stole z ramienia Federacji Młodzieży Walczącej. Co nie zmienia faktu, że i rodzice, i ja z bratem po raz pierwszy poszliśmy do wyborów 4 czerwca 1989 r.

To był ten moment, w którym z przymusu milczący przez lata Polacy poszli głosować, mówiąc, że mają dość komuny. A zatem prawdziwie historyczny przełom, tym bardziej doniosły, że ostatnie demokratyczne wybory w Polsce odbyły się jesienią 1922 r.

Sam urodziłem się w 1986 r., siłą rzeczy tych wydarzeń pamiętać nie mogę. „Dziki Wschód” jest więc próbą kompletnie innego spojrzenia na ten złożony i niejednoznaczny proces.

Z dystansu?

Jakub Dymek napisał, że w Polsce dyskusja o transformacji sprowadza się często do obrony własnych biografii oraz do tego, kto ma prawo w pełni czerpać z dobrobytu III RP. Jestem pewien, że warto przełamać tę logikę. I zobaczyć różne fenomeny: gorączkową aktywność Polaków, ich zaradność, ich rozczarowania. Zwłaszcza że przejście od kapitalizmu do socjalizmu było w dziejach znane, odwrotnie nie.

DZIKI WSCHÓD. TRANSFORMACJA PO POLSKU 1986-1993”, Wydawnictwo Literackie 2024.

Utrzymuje Pan, że początek zmianom dał 1986 r. Wybuchła wtedy elektrownia jądrowa w Czarnobylu, a w Polsce Jaruzelski wypuścił większość więźniów politycznych.

W ówczesnej publicystyce pojawiło się sformułowanie „muzułmani”, zaczerpnięte z opisów życia w obozach koncentracyjnych. Dlaczego? Bo pod koniec PRL-u ludzie byli umordowani wiecznym brakiem, kolejkami, pustymi półkami. Jedna z bohaterek „Dzikiego Wschodu” opowiada, jak z mamą stała w kolejce po kawę. Sklep miał specyficzne położenie: przy drodze z kościoła na cmentarz. Żałobnicy, zorientowawszy się, że kolejka stoi po deficytową kawę, jak gdyby nigdy nic opuścili kondukt i do niej dołączyli. Absolutnie nikt nie uznał tego za niegodziwość. To był czas, kiedy z ludzi uszła nadzieja na pozytywny bieg spraw. A zbankrutowanemu państwu obywatel nie umiał zaufać. Powszechne było przeświadczenie: lekarz cię otruje, milicja obije, w cukierni złapiesz salmonellę, w szpitalu żółtaczkę. Polska gniła.

Moralnie?

Też. Łapownictwo, oszustwo, kradzież w miejscu pracy były na porządku dziennym. Dzisiaj nie musimy się przekonywać, że to jest naganne. Znajomi lewicowi badacze często narzekają, że III RP nie dotrzymuje obietnic, że znacznie lepszą opiekę socjalną zapewniało państwo w końcówce PRL-u. Tylko że to nieprawda. Obecna Polska ma bowiem miliony słabości, lecz końcówka PRL-u niosła ich miliardy. Przede wszystkim trudno było za komuny powiedzieć, że to było nasze państwo. Bo obywatele nie mieli w nim nic do powiedzenia. Wyjątek stanowiła garstka partyjniaków i strupieszałych esbeków.

Skoro PRL był do tego stopnia gospodarczo niewydolny, sam by się nie rozmontował?

To myślenie ówczesnych i późniejszych radykałów. Twierdzili, że trzeba było poczekać, nie siadać do Okrągłego Stołu. Że parę miesięcy później doszłoby do rewolucji, przede wszystkim młodzież by się wzburzyła, zaprotestowała. Twierdzę, że może to byłoby możliwe w dużych miastach – w Warszawie, Krakowie, Gdańsku, lecz w Łomży, Małkini czy w Grudziądzu, z którego pochodzę, opozycja nie istniała. Młodzież oglądała się głównie za tym, by wyjechać do Reichu i tam przykombinować.

Nic więc nie wskazywało na to, że państwo się zupełnie załamie. Realną opcją było to, że komuniści dalej by nim rządzili. A jeśli w Moskwie pojawiłby się aparatczyk zmęczony reformami Gorbaczowa i powiedziałby: „Dosyć tej głasnosti, bierzemy wszystko za mordę”, to u nas też by się pojawił ktoś, kto ponownie oparłby się na wojsku i esbekach.

Gorbaczow jest więc głównym architektem polskiej transformacji?

Nie. I nie są też nimi polskie elity komunistyczne, opozycyjne, społeczeństwo i Kościół. Za architektów uznałbym przede wszystkim tych, którzy na przełomie lat 80. i 90. nadawali ton globalnemu ładowi. Czyli instytucje finansowe: Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy. Oraz władze USA – administracje republikańskie Ronalda Reagana i George’a Busha.

A kto jest największym beneficjentem transformacji?

Chyba ci, którzy w jakimś sensie dostali Polskę do zagospodarowania po upadku komuny. Którzy objęli stanowiska ministerialne i dyrektorskie. Którzy nadali ton debacie publicznej. Jeżeli w Polsce spojrzy się na nazwiska najważniejszych współczesnych polityków, to są one obecne w dyskursie medialnym właśnie od lat 90.

Donald Tusk i Jarosław Kaczyński?

Z pewnością to właśnie oni konsekwentnie opowiadają nam historię tego, po co zdarzyła się transformacja, przeciwko czemu była i kto z niej czerpał korzyść. Moja książka może im się w niektórych fragmentach nie podobać, zwłaszcza tam, gdzie kwestionuję czarno-białą logikę zmian i widzę głównie odcienie szarości.

A transformacyjni przegrani?

Chłopi, robotnicy, emeryci. W latach 90. poniżeni i dyskursywnie wypluci. Magda Szcześniak w kapitalnej książce „Normy widzialności. Tożsamość w czasach transformacji” pokazała, jak nagle można było stać się w Polsce niewidzialnym. Oto robotnicy: do roku 1989 byli wszędzie, właściwie w nadmiarze, stanowili dyskursywną rację bytu państwa komunistycznego.

Jednym z najtrudniejszych doświadczeń badawczych w trakcie pracy nad „Dzikim Wschodem” było uświadomienie sobie, że w tamtym czasie powszechna i akceptowalna stała się pogarda. Dobrze ją widać na przykładzie pracowników Państwowych Gospodarstw Rolnych. W prasie i w telewizji pokazywano ich jako tyleż śmiesznych, co groźnych. Złych, sfrustrowanych, roszczeniowych. Odpadki transformacji, niepożądany element w modernizującym się państwie. Nikt wtedy nie miał poczucia, że to jest nie okej. Tymczasem przekształcenia własnościowe, cięcia w wydatkach socjalnych, zamykanie zakładów pracy, masowe zwolnienia – to wszystko musiało prowokować do protestów.

W samym roku 1992 r. w Polsce zorganizowano ich ponad sześć tysięcy.

Weźmy znamienny przykład z fabryki ciężarówek w Starachowicach. Zwalniani robotnicy byli przedmiotem badań socjologicznych, dostawali do wypełnienia ankiety. Wielu nie radziło sobie z prostymi formularzami, co pokazuje, że byli fatalnie wykształceni. Ale ta dyskursywna pogarda? Automatycznie nasuwa się pytanie, kto za nią ponosi odpowiedzialność?

Inteligencja.

Która próbuje zrobić rachunek sumienia. Przykładem głos Marcina Króla, który w „Byliśmy głupi” pisze o tym, jak w czasie transformacyjnym byliśmy zaślepieni, niedoświadczeni i niewyobrażalnie naiwni. Odpowiedzialność inteligencji jest tu wyjątkowa i nie da się jej zbyć jednym esejem. Choć inna sprawa, że wszyscy – komuniści i opozycjoniści, elity i zwykli zjadacze chleba – wierzyli w to, że Ameryka podaruje dolary, dzięki którym polska gospodarka ruszy z kopyta. Polepszy się codzienność, pojawią się nowe inwestycje, usługi itd. A jakie były realia? Porozumienia polsko-niemieckie z 1991 r. zakładały fundusze dla nas w wysokości 500 milionów marek. No przepraszam: co to w ogóle są za pieniądze?

No dobrze, a te elity?

Nieempatyczne od prawa do lewa. W 1997 r. Włodzimierz Cimoszewicz do ludzi, którzy w powodzi tysiąclecia stracili dorobek życia, był w stanie tylko powiedzieć, że trzeba się było ubezpieczyć. To nie był moment, by poszkodowanym dawać złote rady. Na drugim biegunie stała Unia Wolności, z którą sympatyzowało się w moim domu, ale prawdę powiedziawszy to była partia z gębą profesorskich mądrali wypowiadających się piękną polszczyzną, w której słyszalna była nuta arogancji.

W tym wszystkim społeczne więzi?

Degradują się. Symboliczne jest to, że w latach 90. ludzie przestają się odwiedzać, a jeszcze w PRL-u normą było składanie wizyt bez zapowiedzi. A w latach 90. czas był odmierzany w zupełnie innym tempie – stał się pieniądzem. Ludzie mniej się sobą interesowali, rzadziej się spotykali, oddalali się od siebie.

Z tego deficytu mogła się brać tęsknota za PRL?

Ludzie za nim nie tęsknili. Komunizm, rozumiany jako struktura władzy w Polsce między II wojną światową a 1989 r., przyjął się bardzo słabo. Zawsze był odbierany jako coś narzuconego. Ale wbrew temu, co lubimy o sobie myśleć, nie jesteśmy narodem wiecznych powstańców: potrafimy się przystosować i przetrwać. Końcówka lat 80. pokazuje, że sporo ludzi potrafiło sobie dać radę mimo tego, że lata komuny stworzyły określone uwarunkowania i przyzwyczajenia. Drobny przemyt w celach handlowych stał się sposobem na życie dla setek tysięcy rodaków!

Pan mówi, że Polacy nie tęsknili za PRL, ale to właśnie w 1993 r. w wyborach do parlamentu zwyciężyli postkomuniści. Na scenie politycznej pojawiają się te same nazwiska, co za komuny: towarzysz Miller i towarzysz Kwaśniewski.

Wybory z 1993 r. to jednak przykład tego, że demokracja pod naszą szerokością geograficzną zaczęła działać. Społeczeństwo okazało się sprawcze. Dojrzałe.

Litości! Wynik tych wyborów to jedno z moich największych obywatelskich rozczarowań.

Postkomuniści wygrali z kilku powodów. Jednym był na pewno rebranding i to, że zaczęli „wybierać przyszłość”. Twarz Kwaśniewskiego była jednak twarzą młodego, dynamicznego, ciekawie mówiącego polityka, który był w PZPR i w rządzie Rakowskiego, ale potrafił stworzyć wrażenie, że jest człowiekiem nieuwikłanym w dawny układ. Bardzo zgrabnie mu to wyszło.

Ale do tego dochodziły nieporadność i skrajne skłócenie sił postsolidarnościowych. Poważne konflikty, np. pomiędzy Lechem Wałęsą i Unią Demokratyczną, o to, kto będzie grał pierwsze skrzypce w krajowej polityce. Jak patrzę na to dziś, mam przeświadczenie, że siły postsolidarnościowe były przekonane, iż będą rządzić Polską przez lata. Tak samo zresztą, jak komuniści początkowo byli przekonani, że czeka ich długi pobyt w politycznym czyśćcu.

Pycha zgubiła postsolidarnościowców?

Po części. Bo nad tymi dwiema kwestiami góruje trzecia, najważniejsza. To koszt, który siły postsolidarnościowe musiały zapłacić za swój reformatorski zapał. Z tym zastrzeżeniem, że gdyby siły postsolidarnościowe wystąpiły zjednoczone, a nie podzielone, to wynik wyborów z 1993 r. z pewnością nie byłby tak jednoznaczny.

A co z etosem Solidarności?

Zaczął się zużywać od momentu wprowadzenia stanu wojennego, który podciął skrzydła ludziom przez 16 miesięcy cieszącym się bezprecedensową swobodą. Jasne, wielu solidarnościowych liderów wiedziało doskonale, czym jest przyzwoitość. Lecz  gdy przyszło co do czego, część podporządkowała się brutalnej mechanice władzy. W tym towarzystwie byli ludzie wyjątkowi, choćby Karol Modzelewski. Piękna postać polskiej historii – obdarzona charyzmą, wrażliwością i świadomością społeczną. On był człowiekiem, który też nie unikał odpowiedzialności i potrafił zachować klasę. Czuło się w nim autentyczność. Można się było z nim nie zgadzać, ale był serio, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Był pełnokrwistym graczem i… wycofał się z polityki, wrócił do nauki.

Inni pełnokrwiści gracze?

Z pewnością Tadeusz Mazowiecki i Bronisław Geremek. Ludzie, którzy potrafili podejmować trudne decyzje. I to również dzięki nim Polska wylądowała w NATO i w UE. Co jest ważne zwłaszcza teraz, kiedy za miedzą Putin prowadzi wojnę w Ukrainie.

Mazowieckiego krytykuje się za grubą kreskę.

Gdyby miał współcześnie działać w polityce, to prawdopodobnie miejsca by dla siebie nie znalazł. Jako człowiek kameralny i uduchowiony, głęboko odpowiedzialny za Polskę, raczej nie porywał mas, ale budził zaufanie – był człowiekiem prezentującym klarowne wartości.

Ale on powiedział, że „przeszłość odkreślamy grubą linią”, a nie „kreską”. Nie miał na myśli tego, co mu potem imputowano. Nie chciał, by jego rząd ponosił polityczną odpowiedzialność za dziesięciolecia rządów komunistycznych, nie namawiał natomiast do wybaczenia wszystkich win za bezdurno. Widać też z dzisiejszej perspektywy, że Mazowiecki był kunktatorski. Choćby w sprawie zjednoczenia Niemiec czy wycofania wojsk sowieckich z Polski. Tu można było zrobić więcej i szybciej. Choć z drugiej strony, jego działania były dobrze osadzone w ówczesnej rzeczywistości; każdy, kto pamiętał II wojnę światową, miał prawo bać się zjednoczonych Niemiec.

Istnieją na pewno elementy działalności Mazowieckiego, które krytyki wymagają. Jednym z najważniejszych była gotowość do rzucenia wyzwania Wałęsie – to okazało się zabójcze dla Solidarności.

Można było tego uniknąć?

Może gdyby Mazowiecki uchylił się od wejścia w konflikt z Wałęsą, to sytuacja obozu solidarnościowego byłaby inna. Ale to już spekulacje, które historykom wręcz nie przystoją.

To na koniec proszę powiedzieć, jakie pierwsze myśli przychodzą Panu do głowy wraz z datą 4 czerwca 1989 r.

Że to piękny moment polskiej historii. I będę tego święta bronił jak niepodległości. Wtedy dotarło do nas, że mamy realną sprawczość. Mogliśmy popełniać błędy i za nie płacić, ale to jest dobre, bo na tym też polega dorosłość państwa.

Michał Przeperski // Fot. Pola Starczyńska / Wydawnictwo Literackie

Dr Michał Przeperski (ur. 1986) jest pracownikiem Instytutu Historii Nauki PAN i Muzeum Historii Polski. Wydał m.in. „Gorące lata trzydzieste. Wydarzenia, które wstrząsnęły Rzeczpospolitą”, „Nieznośny ciężar braterstwa. Konflikty polsko-czeskie w XX wieku” i „Mieczysław F. Rakowski. Biografia polityczna”. Laureat nagrody „Nowych Książek” dla najlepszej książki (2017), a w roku 2021: Nagrody Naukowej tygodnika „Polityka”, Nagrody Specjalnej Fundacji Identitas oraz Nagrody Klio. 

Michał Przeperski DZIKI WSCHÓD. TRANSFORMACJA PO POLSKU 1986-1993, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2024

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 23/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Transformacja bez lukru