Patrycja Bukalska: Ostatnie dni przyniosły tyle zaskakujących wypowiedzi, deklaracji i zapowiedzi, że trudno się w tym chaosie odnaleźć. Co jest właściwie celem Donalda Trumpa?
Adam Eberhardt: Dla Trumpa zakończenie wojny to sposób na podkreślenie własnej sprawczości i wyróżnienie się na tle poprzedniej administracji. Myślę, że nie interesują go szczegółowe rozstrzygnięcia, drugorzędne jest dla niego, kto w wojnie rosyjsko-ukraińskiej okaże się zwycięzcą, a kto pokonanym. Wojna ma się zakończyć, a on ma otrzymać za to Pokojową Nagrodę Nobla.
Czy jest coś jeszcze w amerykańskim planie?
Poza postulatem zakończenia wojny na jakichkolwiek warunkach, amerykańskiej administracji na tym etapie przyświeca cel normalizacji relacji z Rosją. Wydaje się, że Trump liczy, iż reset z Rosją pomoże mu ją odciągnąć od Chin i uzyskać sojusznika w tej głównej rywalizacji, która w najbliższych latach i dziesięcioleciach czeka Stany Zjednoczone. To oczywiście się nie spełni.
Rosyjska elita rządząca jest świadoma olbrzymiej dysproporcji w potencjale Rosji i dziesięciokrotnie potężniejszych gospodarczo Chin. Rosjanie nie pójdą na konfrontację z potężnym sąsiadem, z którym dzielą ponad cztery tysiące kilometrów wspólnej granicy. Wręcz odwrotnie – kraje te łączy nieformalny sojusz, którego najważniejszym celem jest osłabianie globalnej dominacji USA. Natomiast Putin bardzo chętnie wykorzysta tę życzliwość Trumpa, nie można wykluczyć jakichś taktycznych gestów wobec Waszyngtonu.
Jak te relacje mogą wyglądać w najbliższym czasie?
Nie spodziewam się, że prezydent Trump pójdzie na wszelkie możliwe ustępstwa wobec Rosji, bo jest to administracja bardzo wrażliwa na krytykę. Amerykański prezydent będzie chciał uniknąć wrażenia słabości wobec Putina. Natomiast jeśli Rosji i Ukrainie będzie trudno osiągnąć porozumienie – a będzie trudno z całą pewnością – to Trump zrzuci bardziej winę na rzekomo nadmiernie asertywną i niechcącą pokoju Ukrainę niż na Rosję. To wynika z tej podstawowej kalkulacji, o której mówiliśmy – Trump wiąże z Rosją długofalowe nadzieje na przemodelowanie światowej architektury bezpieczeństwa.
Ale jest jeszcze jeden powód. Amerykański prezydent jest przywiązany do realistycznego postrzegania polityki, w której to silny ma zawsze rację. Widzieliśmy to w jego wypowiedziach odnoszących się do Panamy, Grenlandii czy nawet Kanady. Obawiam się, że zgodnie z tą logiką jest dla niego oczywiste, że Rosja ma prawo postrzegać Ukrainę jako swoją strefę wpływów.
Ukraina została oskarżona przez Trumpa o to, że zaczęła tę wojnę…
Myślę, że te agresywne i wyraźnie nieżyczliwe wypowiedzi Trumpa pod adresem Ukrainy to nie tylko wyraz jego postrzegania rzeczywistości międzynarodowej, ale też typowe dla niego przygotowywanie pola negocjacyjnego. Amerykański prezydent chce rozmiękczyć stronę ukraińską, zastraszyć ją, żeby ostatecznie wymusić od niej jak najwięcej ustępstw, a zarazem przybliżyć obiecany pokój.
Uważam, że powinniśmy być bardzo wstrzemięźliwi w ocenianiu konkretnych, jednostkowych wypowiedzi, rzucanych przez obecną amerykańską administrację. Mogą one wynikać albo z czystej niekompetencji, albo właśnie z cynicznie postrzeganej taktyki negocjacyjnej. Nie jest wcale pewne, że formułowane dziś amerykańskie stanowisko w jakiejś konkretnej sprawie będzie dominować w czasie całego procesu negocjacyjnego. Trump zmiennym jest. Z kolei Rosjanie mają tendencję do nadmiernej roszczeniowości, często forsują wygórowane żądania i to może obrócić się przeciwko nim.
Zastanawiam się, czy to, co w zamyśle Trumpa miało rozmiękczyć Ukrainę, nie skonsoliduje jednak Europy?
Unia Europejska dysponuje potencjałem, by wspierać Ukrainę również w obliczu braku zaangażowania Stanów Zjednoczonych. Różnica w PKB Unii Europejskiej i Rosji jest ośmiokrotna, a jeżeli do Unii dodać Wielką Brytanię, to dziesięciokrotna. Nie brakuje Europie pieniędzy, a za pieniądze można kupić broń.
Główne pytanie dotyczy tego, czy Unia będzie umiała wykrzesać wolę polityczną do wspierania Ukrainy bez, a szczególnie wbrew Stanom Zjednoczonym. Myślę, że w takim scenariuszu coraz trudniej będzie o jednolite stanowisko wewnątrzeuropejskie, a takie jest potrzebne do utrzymania sankcji na Rosję czy wydzielania pomocy Ukrainie. Asertywność poszczególnych państw nieżyczliwych względem Kijowa, jak Słowacja czy Węgry, wzrośnie.
Kwestia sankcji ma również wymiar bardziej globalny. Wprawdzie Unia Europejska może utrzymywać sankcje na Rosję bez względu na decyzje USA, ale Waszyngton dysponuje czymś, czym nie dysponuje Europa – potencjałem do wymuszania przestrzegania sankcji przez aktorów trzecich, na przykład poprzez nakładanie na nich tzw. sankcji wtórnych. Jeżeli więc Stany Zjednoczone zniosłyby sankcje na Rosję, to nawet jeżeli Unia je utrzyma, ten reżim sankcyjny okaże się znacznie bardziej dziurawy niż dotąd.
Jak to, co się dzieje, wpływa na przyszłość NATO?
Budzimy się w nowej rzeczywistości, w której zainteresowanie Stanów Zjednoczonych utrzymywaniem relacji sojuszniczych z Europą wyraźnie maleje. Nikt nie deklaruje na tym etapie likwidacji NATO, ale może nas czekać obumieranie powiązań sojuszniczych. Tym bardziej że rządy państw europejskich, w obliczu własnych wyzwań wewnątrzpolitycznych, ze strachu przed amerykańską konserwatywną kontrrewolucją mogą podchwycić konfrontacyjny ton wobec Waszyngtonu. To bardzo prawdopodobne. Na domiar złego, majaczy na horyzoncie europejsko-amerykańska wojna handlowa.
Jak w tym wszystkim powinna zachować się Polska?
Powinniśmy pielęgnować relacje transatlantyckie, ratować, co się da. Wynika to z wyzwań dla bezpieczeństwa naszego regionu. Przekonywałbym naszych europejskich sojuszników, niechętnych do ponoszenia wydatków na obronność w skali uzgodnionej na forum NATO, czyli co najmniej 2 proc. PKB, że jeśli Ameryka się od nas odwróci, to na ten cel będzie trzeba wydawać znacznie więcej. Przypomnijmy, że Rosja na zbrojenia wydaje 9 proc. PKB, to jest aż 40 proc. wydatków budżetowych.
Polska obecnie przeznacza na obronność – w kategoriach PKB – najwięcej ze wszystkich państw Sojuszu. W ubiegłym roku było to ponad 4 proc. PKB, w tym roku ma być jeszcze więcej.
Wyzwania dla bezpieczeństwa Polski składają się z dwóch elementów. Po pierwsze, w naszym interesie leży, żeby Ukraina utrzymała się jako stabilne, niezależne państwo, które jest w stanie powstrzymywać rosyjski imperializm. Po drugie, musimy zdołać powstrzymać Rosję przed działaniami destabilizującymi wschodnią flankę NATO. Przede wszystkim myślę tu o państwach bałtyckich. Często zapominamy, że w ramach Sojuszu jesteśmy nie tylko odbiorcami bezpieczeństwa, ale również gwarantami. Jakiekolwiek działanie agresywne wymierzone w Łotwę czy Estonię uruchamia sojusznicze zobowiązanie Polski. Nasz los jest zatem powiązany z losem najsłabszego ogniwa systemu sojuszniczego, w którym funkcjonujemy.
Co z samą Ukrainą? Czy zagrożone jest jej istnienie?
Jeżeli chcemy zrozumieć rosyjską strategię wobec Ukrainy, warto cofnąć się do historii rozbiorów Rzeczypospolitej w XVIII wieku. Między pierwszym a trzecim rozbiorem Polski minęło blisko ćwierć wieku. Rosyjska strategia niszczenia Ukrainy jest również podzielona na etapy. Pierwszy etap to rok 2014, kiedy Rosja zagarnęła Krym oraz część Donbasu. Teraz jesteśmy w przededniu rozstrzygnięć, które pozwolą Rosji zwiększyć zdobycze terytorialne, ale sądzę, że jej priorytetem na tym etapie jest utrzymanie instrumentów, które dadzą jej możliwość wpływania na politykę ukraińską. Żeby po drugim rozbiorze, który się obecnie rysuje, ten trzeci stał się nieunikniony.
Rosyjski cel na dzisiaj to przede wszystkim osłabienie Ukrainy w wymiarze militarnym: wymuszenie upokarzających ustępstw, które zdestabilizują jej sytuację wewnętrzną, oraz uniemożliwienie nadania jej jakichkolwiek gwarancji bezpieczeństwa przez państwa zachodnie. Rosja dąży między innymi do sabotowania zachodniej obecności wojskowej na ukraińskim terytorium. W ten sposób chce zapewnić sobie narzędzia do stopniowego likwidowania jej państwowości, częściowo przez kolejne aneksje, a częściowo przez narzucenie modelu wasalnego.
Krokodyle łzy wylewane przez Putina z rzekomą troską o ukraińską demokrację, w tym polityczną legitymizację prezydenta Zełenskiego, jako żywo przypominają obronę złotej wolności szlacheckiej przez carycę Katarzynę. Różnica jest taka, że Ukraina mimo wszystkich problemów i nadciągających ciemnych chmur, wciąż posiada potężną armię, która od trzech lat jest w stanie skutecznie powstrzymywać rosyjską agresję.

Dr Adam Eberhardt jest ekspertem w zakresie spraw międzynarodowych, wiceszefem Studium Europy Wschodniej UW. Wcześniej przez wiele lat był związany z Ośrodkiem Studiów Wschodnich im. Marka Karpia, w latach 2016-22 dyrektor OSW.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















