Młodzi samotni: dlaczego Polki i Polacy nie łączą się w pary

Już niemal co drugi Polak przed trzydziestką jest singlem. Czy to tylko zgubny wpływ platform społecznościowych i kulturowego prymatu jednostki?
Czyta się kilka minut
// il. Jerzy Skakun dla „TP"
// il. Jerzy Skakun dla „TP"

Wyobraźmy sobie, że mamy połowę roku 2008. We wsi Izdebki na Podkarpaciu właśnie oddano do użytku pierwszego „Orlika”. Sławomir Mrożek ponownie wyprowadził się z Polski. Dolar kosztuje ledwie 2,02 zł, a w mediach trwają rozliczenia niedawnej porażki polskiej reprezentacji na Euro w Austrii i Niemczech. Najpopularniejszymi imionami nadawanymi dzieciom są Julia i Jakub.

Zatem nazwijmy tak również naszych hipotetycznych bohaterów. Niedawno przyszli na świat w małej miejscowości. Dokładnie za osiemnaście lat – w roku 2026 – będą chodzić do tej samej klasy tego samego, jedynego w miasteczku liceum. Być może nawet odtańczą wspólnie poloneza na studniówce. 

Ale po ukończeniu szkoły Julia i Jakub pójdą w swoją stronę. Miną się nie tylko ze sobą nawzajem: przez kolejną dekadę z hakiem każde z nich będzie się także mijać z rówieśnikami płci przeciwnej w każdym możliwym sensie: geograficznym, emocjonalnym, mentalnym, a nawet fizycznym.

Będzie to właśnie tekst o mijaniu. O tym, że spotkanie młodej Polki i młodego Polaka – zakończone trwałym związkiem, zgodnie z wyobrażeniami i przyzwyczajeniami starszych generacji – jest dziś czasami utrudnione, czasem niemożliwe, a nierzadko zgoła niechciane.

Uruchamianie odtwarzacza...

– Lubię w tym kontekście przywoływać metaforę „fistaszkową”, zaczerpniętą z amerykańskiego komiksu „Peanuts”, gdzie Charlie, jeden z bohaterów, uważał, że dorosłość zaczyna się wtedy, gdy musisz się przesiąść z tylnego siedzenia samochodu na przednie – mówi nam prof. Tomasz Szlendak, socjolog z toruńskiego UMK, badacz relacji społecznych. – Z badań nad pokoleniem Z widać, że oni się na to przednie siedzenie przenosić nie chcą. A że bycie w związku uważają za jeden z atrybutów tej zmiany miejsca, to również ten atrybut pomijają.

Julia i Jakub przyspawają się do swoich tylnych siedzeń na co najmniej kilkanaście najbliższych lat.

Młodzi Polacy wciąż mieszkają z rodzicami

Dlaczego Julia poszła na studniówkę z Kubą? Nie są parą – po prostu przyjęło się, że na taką imprezę idzie się we dwoje. W ich klasie tylko co czwarta osoba jest w stałym związku – to zaledwie siedem, osiem sparowanych osób.

W ciągu kolejnych siedmiu lat niewiele się pod tym względem zmieni – z trzydziestki byłych uczniów, którzy wyfruną już w świat, ponad połowa będzie kontynuować naukę, a tylko co trzeci znajdzie do 25. roku życia partnera lub partnerkę. Do trzydziestki aż trzynaście osób z tej byłej klasy pozostanie samotnych, mniej więcej tyle samo będzie nadal mieszkać z rodzicami.

Nie zmyślamy. To statystyki zawarte w dopiero co ogłoszonym przez Polskie Towarzystwo Polityki Społecznej raporcie „Diagnoza Młodzieży”, które pokazują, że w grupie wiekowej 18-29 lat samotnych pozostaje 44 proc. Polaków, zaś wśród starszych, bo w przedziale 25-34, ponad połowa mieszka z rodzicami.

– Dzisiejszy dwudziestopięciolatek to pod pewnymi względami niegdysiejszy szesnasto-, siedemnastolatek – mówi prof. Szlendak, zawierając w tym skrócie myślowym prostą konstatację: i jeden, i drugi ma przed sobą jeszcze co najmniej kilka lat młodości, z różnymi jej atrybutami, takimi jak np. nauka. – W ciągu ostatniego ćwierćwiecza średnie trwanie kariery edukacyjnej młodego Polaka wydłużyło się z 14 do 22 lat. Jeśli kształcę się do trzydziestki, to siłą rzeczy nie sprzyja to krokom zmierzającym do stabilizacji – dodaje socjolog.  

Takich progów zwalniających na drodze do dorosłości jest zresztą więcej, na czele z niedostępnymi dla młodego pokolenia mieszkaniami. Jak podają autorzy wspomnianego raportu, koszty najmu i zakupu nieruchomości pochłaniają od 35 do 55 proc. dochodu rozporządzalnego młodych Polaków, „co czyni samodzielność finansowo nieosiągalną dla dużej części pokolenia”. Równocześnie aż 44 proc. młodych dorosłych, a więc Polaków między 19 a 29 lat, uznaje wyprowadzkę od rodziców za najważniejszy symbol dorosłego życia.

Oczywiście, kontynuacja nauki i mieszkanie pod dachem matki i ojca nie muszą wykluczać życia w parze – ale jednak w praktyce często je wykluczają. Bycie w stałym związku to dziś dla wielu przedstawicieli pokolenia Z nieodłączny atrybut dorosłości, którą odsuwają w czasie, bo jawi im się jako ambitny, arcytrudny życiowy projekt.

Jak pokolenie Z widzi swoją przyszłość

– Choć warto w tym względzie dokonać rozróżnienia klasowego, bo wewnętrzne różnice w ramach pokolenia Z bywają nawet większe niż pęknięcia międzygeneracyjne – zastrzega prof. Szlendak, gdy pytamy go o ten wyższy próg obaw przed projektem „dorosłe życie”. – Poczucie, że dorosłość i rodzina są czymś niesłychanie trudnym, wymagającym wielu zasobów, jak mieszkanie i praca, dotyczy młodych z klasy średniej. To na tych ludzi działa też presja kultury poppsychologii, która przedstawia związki jako ciężką robotę, także emocjonalną. Dlatego o ile trzydzieści lat temu ludzie w ten dorosły świat po prostu wchodzili, dzisiaj się kilka razy zastanawiają. A nawet antycypują porażkę.

Ta może być zresztą efektem napięć związanych z brakiem mieszkania. – Spotykałam się swego czasu z 33-letnim facetem, i dopiero na którymś spotkaniu z kolei wyznał, że mieszka z rodzicami – opowiada nam Zuzanna, 26-letnia singielka z Warszawy. – Powiem szczerze, odepchnęło mnie to od niego. Wiem, że nie jest łatwo na rynku mieszkaniowym, zwłaszcza w dużym mieście, ale są też inne opcje, choćby współdzielenia z kimś lokum. A jeśli ktoś, kto jest wyraźnie starszy ode mnie, mówi mi, że mieszka z rodzicami, to trudno mi się przy kimś takim rozwijać. W tamtej relacji więcej rzeczy się nie zgadzało, ale informacja o mieszkaniu z rodzicami była gwoździem do trumny.

Gdy pytamy Zuzannę, jak widzi własne pokolenie i jego niechęć do łączenia się w pary, 26-latka odpowiada: – Nie powiedziałabym, że to jest niechęć, ale że dzisiaj trudniej jest w te związki wchodzić. Jesteśmy generacją, która ma duże wymagania – i od siebie, i od innych. Mamy wartości, cele, których się trzymamy, i jest to ważne także w dobieraniu partnera. Dzisiaj po prostu selekcja jest większa, a przypadkowość w dobieraniu partnerów mniejsza. Jestem singielką, ale nie jest mi z tym źle. Wolę być sama, niż tkwić w relacji byle jakiej.

Młodzi Polacy rozmijają się z młodymi Polkami 

Julia i Jakub, nasi fikcyjni bohaterowie z miasteczka pokroju Chełmży, Hajnówki czy Przeworska, za moment skończą liceum. Ona przeniesie się do dużego, niezłego ośrodka akademickiego – w Toruniu, Warszawie czy Krakowie – a on zostanie na tzw. prowincji, poprzestając w najlepszym razie na studiach w filii mało znanej uczelni, ewentualnie szkole policealnej.

Znowu: to nie publicystyczne odklejenie, tylko refleks twardych statystyk, które od lat pokazują nierównomierny poziom migracji do dużych miast młodych Polek i Polaków.

Z najnowszych danych KRUS można wyczytać, że w ciągu ostatniej dekady liczba kobiet w wieku 16-49 lat ubezpieczonych w tej instytucji spadła o połowę, a w roku 2024 na wsi mieszkało o 166 tys. mniej kobiet niż mężczyzn w wieku 20-44 lat. – To trend widoczny od dawna – mówi prof. Szlendak. – Skutkuje tym, że w aglomeracjach mamy o kilkanaście procent więcej młodych kobiet niż panów.

Julka i Kuba zapłacą za to nie tylko minięciem się nawzajem. On, być może nieco sfrustrowany pozostaniem w miejscu, nie znajdzie partnerki, nawet jeśli już bardzo zechce – bo zwyczajnie nie będzie „w kim wybierać”. Ona, już wykształcona w Warszawie, Toruniu albo Krakowie, też będzie miała problem ze znalezieniem dla siebie satysfakcjonującej partii – równie wykształceni i ambitni jak ona faceci będą przecież mniej liczni, a częściowo – zwłaszcza ci starsi – zajęci.

A jeśli nawet do jakichś spotkań dojdzie, przyszłe związki będą obarczone większym ryzykiem niedobrania. Także tego światopoglądowego. Badania preferencji politycznych od lat pokazują, że o ile wśród młodych kobiet nadreprezentowana jest opcja liberalno-lewicowa, o tyle pośród młodych mężczyzn częściej zdarzają się wyborcy o poglądach prawicowych.

I choć te polityczne wybory są – jak zastrzega prof. Szlendak – pochodną innych cech, jak np. wykształcenie, a tym samym szansa na spotkanie dwóch skrajności nie jest duża, to w życiu jednak się to zdarza.

– Dla mnie bardzo ważna jest sfera wartości: nie zwiążę się z facetem, który ma skrajnie inne poglądy niż ja – wyznaje Zuzanna. – Dlatego już na pierwszych spotkaniach zdarza mi się inicjować rozmowy o polityce. Osoba, z którą masz dzielić życie i spędzać tak dużo czasu, musi mieć podobną do twojej życiową filozofię. Jestem feministką, nie zmienię się, uważam, że równość płci jest ważna, i nie wyobrażam sobie obok mnie kogoś, kto mówi: „To nic złego, że mężczyźni są częściej dyrektorami dużych firm”. Tymczasem kilka razy zdarzyło mi się, że facet, z którym korespondowałam, czuł się moim feminizmem wręcz atakowany.  

Jak działa cywilizacja samotności 

Tyle prawdziwa 26-latka, wróćmy na moment do naszych hipotetycznych bohaterów. 

Urodzili się w roku, na który przypada także ostatni polski rekord liczby zawartych małżeństw. Przed ołtarzem lub urzędnikiem stanu cywilnego stanęło wówczas ponad 257,7 tys. par, blisko dwa razy więcej niż w roku 2025. Na ten spadek wpłynęły także tendencje demograficzne: dość wspomnieć, że w 2008 r. żyło w Polsce około 9,8 mln osób w wieku 18-35, w którym najczęściej zakłada się rodzinę. W zeszłym roku mieszkańców kraju w tym samym wieku mieliśmy już mniej niż 7 mln. 

Ale to niejedyne wytłumaczenie. Sukcesywnie spada bowiem także odsetek zawieranych małżeństw w przeliczeniu na każdy tysiąc mieszkańców. W 2008 r. wyniósł on 6,8. W roku ubiegłym otarł się już o 3,5. Rzecz jasna, ślub – czy to kościelny, czy tylko cywilny – od dawna nie jest w Polsce jedyną społecznie akceptowaną formą wejścia we wspólne życie. Tylko pomiędzy rokiem 2011 a 2021 – czyli w okresie między dwoma ostatnimi spisami powszechnymi – liczba polskich par nieformalnych wzrosła niemal trzykrotnie: z 316 505 do 895 443.

Julia i Jakub mogliby więc – gdyby nie rozjechali się w różne strony świata – przejść przez życie razem w formule, którą pokolenie ich dziadków tyleż pobłażliwie co pogardliwie nazywało „życiem na kartę rowerową”. Ale przyjmujemy, że tego nie zrobili – i przez najbliższe lata pozostaną sami.

Również dlatego, że cywilizacja, w której funkcjonują od urodzenia jako przedstawiciele generacji nieznającej świata bez internetu i tzw. platform społecznościowych, tylko pozornie oferuje im całodobowe rozwiązanie problemu samotności. W rzeczywistości ją utrwala. Albo wręcz hoduje – jak ostrzegał już na początku stulecia Richard Florida, a za nim Eric Klinenberg, Noreena Hertz i inni ekonomiści, antropolodzy i socjologowie piszący o tzw. ekonomii samotności, coraz potężniejszej gałęzi gospodarki skoncentrowanej na singlach.

Świat urządzony z myślą o niewychodzeniu z domu to oczywiście dziedzictwo pandemii, tu covid jednak tylko pogłębił widoczną od dawna tendencję do ograniczania relacji twarzą w twarz. Widać ją m.in. w opublikowanym w ub. roku badaniu bilansu czasu ludności, przeprowadzonym przez GUS.

Gdy świat wirtualny niszczy świat realny

Nasi bohaterowie również doświadczają tego na co dzień, być może nawet stopniowo zapominając, że da się inaczej. Kino od dawna mają w swoich domach w formie serwisów streamingowych. Koncerty od biedy też da się zastąpić muzyką z sieci. Zakupy? Kursy i szkolenia? Najwygodniej online, podobnie jak sprawy urzędowe. A gdyby któreś z nich zgłodniało, problem rozwiąże kilka stuknięć palcem w aplikację do zamawiania na wynos.

Prawdopodobieństwo, że w trakcie codziennej rutyny przypadkiem wpadną na „drugą połówkę”, maleje wraz z każdą sytuacją, w której świat wirtualny wygrywa z realem. Gwoli uczciwości, temu realnemu również przesadnie nie zależy na tym, aby Julia lub Jakub założyli rodzinę. Jeśli już, to w bezdzietnej wersji, opisanej z brutalną precyzją angielskim akronimem DINK. Double Income, No Kids (ang. podwójny dochód, żadnych dzieci).

Julia i Jakub wchodzą więc w dorosłość w rzeczywistości, która nieustannie podpowiada im, by koncentrowali się na sobie. Kusi nie tylko przyjemnościami, ale także wizją samorozwoju. Kwestionuje wartość wyrzeczeń i poświęcenia, często stawiając je na równi z naiwnością. Algorytmy platform społecznościowych z chirurgiczną precyzją odczytują (lub pobudzają) kolejne konsumpcyjne potrzeby, ale milczą o tym, że życie zbudowane na innych fundamentach może być nie tylko znośne. Może być po prostu szczęśliwe.

Jak młodzi Polacy realizują potrzeby seksualne

Dodajmy od razu zastrzeżenie: singielstwo Julii i Jakuba aż do trzydziestki wcale nie musi ich przyprawiać o smutek (choć takie ryzyko istnieje: osoby w wieku między 18 a 29 lat bez partnera należą, jak podaje „Diagnoza Młodzieży”, do grupy o najwyższym wskaźniku samotności w całej populacji dorosłych).

Oboje szybko zarejestrują się na jednym z licznych randkowych portali, które jednak niewiele im dadzą poza przygodnymi relacjami. Oboje będą realizować swoje potrzeby – bliskości i seksualności – zupełnie inaczej niż starsze pokolenia.

– Gdy konsultowałem dwie dekady temu wyniki badania, które brało pod lupę ówczesnych gimnazjalistów i licealistów, już wtedy widoczne było stopniowe przechodzenie młodych ludzi z tradycyjnego systemu znanego nam „randkowania”, czyli łączenia się w pary, do funkcjonowania bardziej gromadnego – opowiada prof. Szlendak. – To drugie podejście amerykańscy badacze już dawno temu ochrzcili terminem „hooking-up”, czyli czegoś w rodzaju nienajlepiej brzmiącego po polsku „wyhaczania”. W ramach tego nowego systemu potrzeby, także seksualne, zaspokaja się właśnie w ramach gromady, grona przyjacielskiego, przeżywając przygodne kontakty, ale znacznie rzadziej łącząc się w pary.

Same potrzeby, dodaje socjolog, też podlegają zmianom – i różnią się w zależności od płci. – Młodzi mężczyźni znacznie częściej realizują je za pośrednictwem sieciowej pornografii, która niejednokrotnie im wystarcza – mówi prof. Szlendak. – Młode kobiety mają potrzebę bliskości daleko bardziej rozbudowaną, ale i one przeżywają ją zupełnie inaczej niż kobiety kiedyś.

Pewne siebie dziewczyny i niepewni faceci

O minięciu się – przyznajmy: dość spektakularnym – właśnie na tym newralgicznym polu opowiada nam Karolina (imię zmienione), 30-latka z Krakowa: – Na randkę zaprosił mnie kolega, z którym robiłam doktorat. Poszliśmy na kolację. Było zaskakująco miło, wręcz intymnie i zaczęłam myśleć, że może faktycznie będzie z tego coś więcej niż jeden wieczór. Po kilku kolejnych spotkaniach w mieście zaprosiłam go do siebie. Lubię gotować, on zresztą o tym wie, zaproponowałam więc kolację. Tak, to miała być kolacja z epilogiem. Zadbałam o nastrój, założyłam prowokującą sukienkę. Przyszedł, zjadł. Rozmawialiśmy, atmosfera gęstniała – po czym on nagle powiedział, że musi lecieć. Rano w pracy gadał ze mną jak z kumplem z siłowni. A wieczorem napisał, że w myślach widzi ciągle moje plecy. Odpisałam, że może ma ochotę wpaść jeszcze raz. Nie doczekałam się odpowiedzi.

O podobnym, choć niedotyczącym tylko sfery erotyki doświadczeniu, mówi nam też 26-letnia Zuzanna: – Spotykam masę pewnych siebie dziewczyn, a niewielu podobnych facetów. Są często wycofani, nie wiedzą, czego chcą.

Realia portali randkowych

Jak do tych podlegających dynamicznym zmianom norm ma się technologia, na czele z portalami randkowymi typu Tinder? Gdy ponad dekadę temu stawały się rewelacją, określano je mianem platform dla kobiet, które szukają swojej „drugiej połówki”. Dziś nie są ani tylko dla kobiet, ani – tym bardziej – nie służą łączeniu się w pary. Nie tego zresztą, tylko rozrywki, oczekuje po nich większość odbiorców. Ci zaś, którzy chcieliby za ich pośrednictwem znaleźć parę, odchodzą często rozczarowani.

– Szczerze nienawidzę portali randkowych, z których zdarzyło mi w przeszłości korzystać – wyznaje Zuzanna. – Wierzę w opowieści, że ktoś znalazł tam męża czy żonę, ale mechanizm działania tych platform nie ma tego na celu. One mają tylko zatrzymać nas przy aplikacjach, dlatego bardzo trudno jest tam znaleźć kogoś na stałe. Po pierwsze dlatego, że na pierwszym miejscu jest wygląd, a jedynie na nim nie da się bazować. Po drugie, w działanie tych portali wpisany jest mechanizm, w ramach którego zawsze ci się wydaje, że następnym razem znajdziesz „kogoś lepszego”. Po trzecie, tych kontaktów jest tak wiele, że z czasem powszednieją, doprowadzając nawet do sytuacji, w których bywasz odczłowieczana, traktowana jak „profil”, któremu nie trzeba nawet odpisać, jeśli nie ma się w tym interesu. A nawet jeśli się z kimś już spotkamy, ryzyko, że nic z tego nie wyjdzie, jest wielkie – przecież nie poznaliśmy się na koncercie zespołu, który oboje lubimy, ani nawet w kawiarni, do której i on, i ja chodzimy – spotykamy się, bo przydzielił nas sobie algorytm. W dodatku algorytm służący interesowi właściciela, a nie łączeniu w pary.

Komu szkodzi presja partnera idealnego

Portale randkowe to jednak tylko wierzchołek góry. Młodzi dorośli – jak podkreślają autorzy „Diagnozy” – mają coraz większy problem z odróżnieniem partnera realnego od idealizowanego. „Algorytmy – czytamy w raporcie – wzmacniają treści związane z idealnym wyglądem, perfekcyjnym związkiem czy »virality romance«, co buduje nierealne punkty odniesienia dla relacji offline”. Ekspozycja na takie wzorce powoduje, że „młodzi zaczynają postrzegać jako normę ciągłą dostępność partnera, perfekcyjną komunikację i natychmiastową responsywność”, a „rozczarowanie rzeczywistością może prowadzić do unikania relacji”.

Michał (imię zmienione), 22-letni student z Krakowa, ujmuje to samo następująco: – Głębsza relacja coraz częściej zaczyna przypominać teleturniej, w którym można tylko tracić punkty. Mój ostatni związek zakończył się tak, że usłyszałem od mojej dziewczyny ciąg bliżej niesprecyzowanych zarzutów o wspólnym mianowniku: „Nie zasługujesz na kogoś tak fajnego, jak ja”.

Przeciążenie wyborami, ich wielość prowadzą – jak piszą we wnioskach autorzy raportu – „do hamowania decyzji o wejściu w związek oraz chronicznego poczucia »mogę znaleźć kogoś lepszego« […] W badaniach krajowych zauważa się, że młodzi coraz częściej deklarują brak partnera z powodu braku odpowiedniej osoby, co jest powiązane z wysokimi wymaganiami wobec wyglądu, stabilności emocjonalnej i sukcesu zawodowego”.

– Z wieloma spośród tych wniosków się zgadzam – mówi nam Zuzanna. – Widzę w naszej generacji niską gotowość do kompromisu. Sama staram się go szukać, ale w wielu sytuacjach jest faktycznie trudno. Im dłużej jest się samemu, tym trudniej. Ma to jednak też dobre strony: bycie samemu jest moim zdaniem lepsze niż tkwienie z związku byle jakim. Sądzę zresztą, że naszym pokoleniowym problemem nie jest brak relacji romantycznych, tylko kryzys relacji w ogóle. 

Świat singli zamiast małżeńskiego konwenansu

Wspomnijmy na koniec, że nasi Julka i Kuba mają o dekadę młodsze rodzeństwo: ośmiolatków, których sposób przeżywania świata i relacji się jeszcze kształtuje. Czy coś można dla nich zrobić, by ich losy potoczyły się inaczej niż brata i siostry? A może wypada pogodzić się z faktem, że przechył w stronę świata singli to urealnienie ludzkich potrzeb po stuleciach rządów małżeńskiego konwenansu? 

Nawet jeśli to częściowo prawda, nie sposób nie widzieć jej drugiej części. „Diagnoza Młodzieży”, która powstała na zamówienie Ministerstwa Edukacji Narodowej, wiele mówi o cyfrowej higienie, zdrowiu psychicznym, wyrównywaniu szans. Wspomina w rekomendacjach o budowaniu instytucji – także szkół – jako „platform relacji”. Tyle że ten sam MEN buduje i wzmacnia od dekad szkołę skoncentrowaną na indywidualnym sukcesie, przydzielając w rekrutacji do liceum punkty nawet za działalność charytatywną. 

Więc jeśli nic się nie zmieni, rodzeństwo Julki i Kuby tylko przez kilka najbliższych lat – powiedzmy do ukończenia czwartej, piątej klasy – będzie chodziło do szkoły, w której ważna jest grupa. Później znajdą się niemal niepostrzeżenie na poligonie walki o tzw. sukces edukacyjny – na egzaminie ósmoklasisty, na maturze, na studiach. W dodatku w świecie, w którym jedyny możliwy trening relacji (np. na przerwach) zagłuszany jest dźwiękiem smartfona.

W tym świecie Zuzia i Antoś (to najpopularniejsze imiona w roku 2018) raczej nie odnajdą się jako para. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 15/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Pierwsza osoba liczby pojedynczej