Czego potrzebuje Putin do utrzymania władzy? Prognoza dla Rosji na rok 2026

Putin wykorzystuje wojnę przeciw Ukrainie jako zasłonę dla głębokiej przebudowy państwa i społeczeństwa. Mierzy się też z ekspansją Chin. USA mogą jednak sprawić, że globalny kapitał znów ruszy do Rosji.
Czyta się kilka minut
Prokremlowski aktywista z transparentem „Kursem Putina na zbawienie ojczyzny”. Moskwa, maj 2025 r. // Fot. Getty Images
Prokremlowski aktywista z transparentem „Kursem Putina na zbawienie ojczyzny”. Moskwa, maj 2025 r. // Fot. Getty Images

Dokładnie 1417 dni – tyle trwała wojna między Stalinem a Hitlerem, która zaczęła się 22 czerwca 1941 r. i skończyła 9 maja 1945 r. W sowieckiej, a dziś rosyjskiej historiografii nazywana jest wielką wojną ojczyźnianą. Triumf jednego dyktatora nad drugim, zakończony wywieszeniem flagi z sierpem i młotem nad zdobytym Reichstagiem, został okupiony milionowymi stratami i wycieńczoną gospodarką.

Wraz z końcem roku 2025 mija ponad 1400 dni od 24 lutego 2022 r. Obecna, pełnoskalowa faza wojny Rosji przeciw Ukrainie – tej rozpoczętej w istocie wiosną 2014 r. – trwa zatem już niemal tak długo, co najważniejszy konflikt w historii Związku Sowieckiego.

Dyktatorska logika Putina

Tamto zwycięstwo potwierdziło pozycję Moskwy jako globalnej potęgi i zadecydowało o trajektorii rozwoju państwa sowieckiego na kolejne dekady. Kierunek ten był wówczas podporządkowany konfrontacji z zachodnimi demokracjami.

Dla dzisiejszej Rosji podobnie fundamentalnym procesem jest agresja na Ukrainę. W dyktatorskiej logice Putina – współdzielonej ze znaczącą częścią jego rodaków – napaść ta przypomniała światu o (pożądanej) rosyjskiej potędze, z którą trzeba się liczyć. Niezależnie od ostatecznego wyniku tej konfrontacji, sama decyzja o jej rozpoczęciu wynika – to można już dziś powiedzieć – z samej istoty putinowskiego systemu.

Wykorzystał on bowiem wojnę jako wygodną zasłonę dla przeprowadzenia trwałej przemiany Rosji. Charakter tej zmiany rysuje ponure prognozy na rok 2026 i kolejne lata – zarówno dla Rosjan, jak też dla ich sąsiadów.

Rosyjskie społeczeństwo nie współczuje zabitym rodakom

Zmianę widać już na poziomie ludzkiej materii. O ile wojna przeciw Ukrainie jest dla Rosji niewspółmiernie mniej krwawa niż starcie z III Rzeszą, to i tak przez ubiegłe cztery lata straciła nieporównanie więcej żołnierzy niż w Afganistanie czy Czeczenii. Wysokość rosyjskich bezpowrotnych strat w Ukrainie (to zabici i ci ranni, którzy nie wrócili do armii) ocenia się na poziomie ponad miliona ludzi.

Jednak coraz liczniejsze groby „bohaterów specjalnej operacji wojskowej” to w Rosji marginalny skutek tej wojny – inaczej niż w przypadku Afganistanu. Pamięć o nich będzie wykorzystywana przez propagandę, ale z samym faktem ich śmierci Kreml się nie liczy. Protesty matek czy żon są skutecznie atomizowane, a model werbunku – skupiający się na zachęcie finansowej – sprawia, że reszta społeczeństwa dystansuje się od współczucia dla zabitych i idącego za tym sprzeciwu.

Podporządkowanie wojnie widać też w przemianach gospodarczych. Rosyjska ekonomia weszła na ścieżkę, z której tak po prostu zawrócić się nie da – i to nawet w scenariuszu, w którym Kreml wydaje rozkaz wstrzymania ognia.

Ile pochłaniają wydatki Rosji na wojnę

Po czterech latach wielkiej wojny rosyjska ekonomia znacząco wyhamowuje – i tego już ukryć nie sposób. Jej wcześniejsze wyniki, ilustrowane zwłaszcza wzrostem PKB na poziomie 4 procent w latach 2023-24, były napędzane wysokimi cenami ropy i wpompowaniem do gospodarki strumienia publicznych pieniędzy pobudzających zbrojenia.

Obecnie wydatki okołowojenne pochłaniają 40 proc. rosyjskiego budżetu – i to według oficjalnych danych, bo część z nich jest utajniona. Na koniec roku 2025 wojna – czyli nakłady na resorty siłowe – odpowiadała za 8 proc. całości rosyjskiego PKB, co stanowiło podwojenie wartości sprzed czterech lat.

Pieniądze te to nie tylko sowite wypłaty dla wojskowych czy „trumienne”, które dostają krewni po śmierci żołnierza-najeźdźcy. To przede wszystkim środki stymulujące przestawianie się gospodarki dla szerzenia zniszczenia w Ukrainie.

Symbolem tej transformacji może być kombinat piekarniczy w Tambowie, który – obok bułek i bochenków – w 2023 r. począł „wypiekać” drony, które „pachną jeszcze chlebem” (sformułowanie użyte przez propagandę).

Miliony Rosjan korzystają finansowo z wojny

Jeśli wierzyć liczbom podawanym przez władze, w połowie 2024 r. w tzw. kompleksie obronno-przemysłowym pracowało 3,8 mln Rosjan. Od tamtej pory ta liczba z pewnością się zwiększyła. Dzięki państwowym subsydiom i gigantycznemu zapotrzebowaniu, pracownicy fabryk czołgów czy dronów dostają sowite pensje. Dotacje pozwalają utrzymać wysokie tempo produkcji, której efekt końcowy można opodatkować na krótko przed jego zniszczeniem na polach Donbasu.

Razem z uczestnikami „specjalnej operacji wojskowej” pracownicy zakładów zbrojeniowych i ich rodziny stanowią zatem rzeszę wielu milionów Rosjan, dla których wojna to sposób na społeczny awans i pewną zamożność. W sytuacji, w której konflikt się kończy – bądź choćby zmniejsza swoją intensywność – pojawia się  pytanie: co dalej?

Wyhamowanie przemysłu zbrojeniowego byłoby z punktu widzenia Kremla samobójcze – nagła pauperyzacja milionów poddanych to przepis na społeczne niezadowolenie. Utrzymanie zatrudnienia będzie więc kluczowe – tym bardziej że Kreml będzie zmuszony do odbudowania własnego potencjału, nadwątlonego stratami na froncie. Popyt zatem będzie. Pytanie tylko, czy Rosji wystarczy zasobów na jego zaspokojenie.

Jak Kreml szuka nowych wpływów do budżetu

Wraz z końcem 2025 r. stało się jasne, że dotychczasowy model wzrostu gospodarczego Rosji – oparty przede wszystkim na wrzucaniu pieniędzy w machinę wojenną – zderzył się z fizycznymi ograniczeniami swojego funkcjonowania. Wzrost PKB w 2026 r. prognozuje się na poziomie już nie wyższym niż jeden procent.

Ujawnia się też problem braku możliwości generowania nowych środków przy wciąż rozbuchanym wydatkowaniu. Węglowodorowa premia – czyli wysokie ceny ropy, windowane przez rozpoczęcie wojny i idący za tym chaos na rynkach – zakończyła się. Skutkuje to spadkiem dochodów z jej sprzedaży.

Szukając nowych wpływów, Kreml podwyższa podatki – m.in. VAT, co uderzy w siłę nabywczą zwykłych Rosjan. Skokowo zadłuża się zarówno samo państwo, jak i regiony, na które spadł obowiązek dopłacania hojnych „bonusów” dla ludzi zaciągających się na front.

Tymczasem zluzowanie wojsk z linii frontu, w razie rozejmu lub pokoju, nie będzie oznaczać, że dotychczasowe obciążenia znikną. Kreml będzie zmuszony opiekować się weteranami, by uniknąć kolejnego problemu: sfrustrowanych i obytych z bronią setek tysięcy zdemobilizowanych. Ich adaptacja do warunków pokojowych wymagać będzie kontynuacji wydatków – choćby w ramach finansowych zachęt dla pracodawców, by zatrudniali takich ludzi.

Zausznicy Putina na nowo dzielą rosyjskie aktywa

To ostatnie jest istotne, gdyż rosyjskie społeczeństwo – jak dotąd usilnie izolowane od kosztów wojny przez Kreml – boi się przemocy, która może nadejść wraz z demobilizacją żołnierzy. Rosjanie przechodzili to wiele razy. „Afgańcy” – weterani sowieckiej inwazji na Afganistan – tłumnie zasilali organizacje przestępcze, terroryzujące ulice w latach 90. XX w. Przedsmak tego już widać: niezależne media co i rusz donoszą o zbrodniach popełnianych przez weteranów.

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze rosyjska elita, wciąż głodna nowych zysków. Zachodząca transformacja gospodarki przyspieszyła procesy centralizujące całość życia gospodarczego, zmieniając reguły gry. Ich symptomem jest rozpoczęty niejako w tle wojny proces dzielenia aktywów wewnątrz Rosji.

Zausznicy Putina w bezpardonowy sposób przejmują co bardziej łakome kąski gospodarczego tortu, które do tej pory pozostawały poza ich zasięgiem – jak choćby konglomeraty rolniczo-spożywcze. Animując ten proces, Kreml utrzymuje poparcie elit.

W scenariuszu dalszej gospodarczej inercji walka o aktywa będzie się jednak w naturalny sposób zaostrzać, co może prowadzić do głębszych konfliktów.

Chiny zalewają Rosję swoimi produktami

Co istotne, w horyzoncie długoterminowym nie pomagają nawet Chiny – Pekin skrzętnie korzysta bowiem z rosyjskich słabości. Utrata przez Rosjan zachodnich rynków dla sprzedaży węglowodorów poskutkowała tym, że Chińczycy „golą ich do skóry” i żądają od nich niskiej ceny za kupowaną ropę i gaz.

Dalej: spadek produkcji w rosyjskim sektorze cywilnym – głównie ze względu na to, że państwo skupia się  na zbrojeniach – doprowadził do zalania Rosji przez chińskie dobra konsumpcyjne, co pogrąża rodzime firmy. Rynek motoryzacyjny – zdominowany przez auta z Chin – jest najjaskrawszym przykładem z wielu.

Pekin jest kontent z zaistniałej sytuacji. Rosjanie wiążą bowiem militarne zasoby Zachodu, równocześnie sami skazując się na długotrwałą zależność od Chin.

I tu kryją się dla Rosji zagrożenia. W starciu z chińskim taranem ekonomicznym to Moskwa jest słabszą stroną i musi tę rolę przyjąć. Otwartym pytaniem pozostaje, czy Rosjanie są do tego gotowi mentalnie – pozycja „junior partnera” kłóci się przecież z głęboko zakodowanym poczuciem imperialnej wyjątkowości i europejskiej powierzchowności rosyjskiej kultury.

Biorąc pod uwagę dotychczasowe kroki Kremla – chociażby na poziomie propagandy, która przedstawia rosyjsko-chińskie relacje jako coś unikalnego – można przyjąć, że jak na razie Kreml jest gotowy na kontynuowanie tego procesu.

Postawa Amerykanów to dla Kremla wciąż niewiadoma

Do pewnego stopnia zawrócenie z tej ścieżki możliwe jest za sprawą tego, co może umykać naszej europejskiej percepcji. Niekorzystny dla Rosji bieg rzeki może zmienić kijem – a właściwie długopisem – jeden człowiek: Donald Trump. Ponad głowami Europejczyków czy Ukraińców.

Prerogatywy prezydenta USA pozwalają na wiele – w tym na jednostronne rozmontowanie reżimu sankcyjnego, który jest jedną z przyczyn obecnych problemów w rosyjskiej gospodarce. Jeśli Waszyngton obwoła Moskwę stolicą jak każda inna i zdejmie z niej obostrzenia, pewnym jest, że globalny kapitał znów ruszy do Rosji.

Wówczas to wygłodniały rynek rosyjski będzie mógł znów cieszyć się zagranicznymi kredytami i napływem dolarów, a nie tylko chińskich juanów. Zielone światło ze strony Stanów poskutkuje też obniżeniem kosztów dla Rosjan, gdy idzie o handel. Cena na rosyjską ropę może znów pójść w górę, skoro kupującym nie będą grozić sankcje.

Sygnały z Białego Domu świadczą, że ekipa Trumpa jest zainteresowana powrotem Rosji do zachodnich gremiów. Należy jednak uczciwie powiedzieć, że rysowane przez Kreml wizje rosyjsko-amerykańskiej współpracy gospodarczej nie ziszczą się nawet po zniesieniu sankcji – handel między tymi państwami nigdy nie był szczególnie istotny.

To jednak nie jest ważne dla tych Amerykanów, którzy lobbują za współpracą z Rosją – ci bowiem są zainteresowani głównie zyskiem dla siebie. Trudno się temu dziwić, skoro są to persony z przeszłością w branży deweloperskiej czy spekulacyjnej. Przypisywanie im niewiedzy czy złej woli jest nieadekwatne. Oni nie operują tymi pojęciami.

Rosja w amerykańskim lustrzanym odbiciu

W trwającym dziś dialogu z Waszyngtonem, jakikolwiek by on był, Kreml widzi jednak jeszcze jedną korzyść: przełamanie międzynarodowej izolacji.

Pozbycie się przez Putina reputacji złoczyńcy – i to za sprawą Amerykanów! – rosyjski dyktator przedstawi swoim rodakom jako wielki sukces, dowodzący słuszności jego linii. Propaganda grzmieć będzie: ponieśliśmy ofiary, ale postawiliśmy na swoim. Zdobyliśmy nowe ziemie i do tego szacunek – jeśli nie na całym świecie, to w każdym razie w Stanach.

Tymczasem kwestia „uznania” rosyjskiego powodzenia przez Amerykanów jest nie do przecenienia. Po Związku Sowieckim putinowska Rosja odziedziczyła wiele, w tym również swoistą fiksację na punkcie USA. Waszyngton jest potrzebny Putinowi – i Rosjanom – jak lustro, w którym się przeglądają. Jeśli zwierciadło nie wykrzywia obrazu niekorzystnie, tym lepiej – taki bowiem obraz można zaprezentować ku uciesze rosyjskiego społeczeństwa. 

Do czego dąży Władimir Putin

Ten sposób myślenia udziela się również osobiście Putinowi, rzutując na przyszłość Rosji. To zresztą nic dziwnego, że były funkcjonariusz KGB właśnie w ten sposób postrzega świat.

Nie wdając się w deliberacje nad jego stanem psychicznym, powiedzmy tyle, że personalna izolacja satrapy – zapoczątkowana jeszcze w czasach pandemii covidu – skutkuje tym, że jest on coraz mniej skłonny do rewizji własnych poglądów.

Te zaś wykrystalizowały się już przed laty, o czym on sam ustawicznie przypomina. Putin nie uznaje ukraińskiej suwerenności i jednym z jego celów jest jej demontaż. Dalej: powodowany głębokim resentymentem w związku z upokorzeniem Związku Sowieckiego w toku zimnej wojny, dąży do przywrócenia Rosji należnego jej – jak sądzi – miejsca na globalnej arenie. Stąd konieczność wybicia zębów każdemu, kto się temu przeciwstawia.

Ewentualne zniesienie sankcji czy taktyczny triumf w wojnie z Ukrainą – w postaci chociażby uzyskania całości Donbasu – wzmocni pozycję Putina wewnątrz elity. Ale nie sprawi, że jego apetyt do dalszego ryzyka zmaleje. Wręcz przeciwnie.

System władzy w Rosji jest głęboko spersonalizowany

Co zatem teraz? Dalsza mobilizacja gospodarki na potrzeby wojenne – uzasadniana koniecznością pozostawienia armii i społeczeństwa w gotowości na zakusy Europejczyków czy na „dogrywkę” z Ukrainą – jest Putinowi niezbędna, aby utrzymać kraj w ruchu.

Pojawiające się wątpliwości o sens wojny zagłuszy się propagandowym skowytem, podbudowując poczucie jedności z pomocą nieustających represji. Nauczony historycznym doświadczeniem dyktator wie, że jakakolwiek „odwilż” zwiększa ryzyko rozhermetyzowania się systemu.

Tutaj ponownie pojawia się analogia z czasów końca II wojny światowej – przy tym niezwykle złowróżbna. Za krótkotrwałą euforią po 9 maja 1945 r. – jaką do dzisiaj upamiętnia Pobieda, Dzień Zwycięstwa, centralny punkt zbiorowej pamięci w Rosji – nie przyszło wytchnienie. Stalin błyskawicznie przystąpił do przygotowywania kraju na wypadek kolejnej wojny, tym razem z Zachodem.

Prześladowania nie zelżały, a „kremlowski góral” – jak pisał o Stalinie poeta Osip Mandelsztam – dalej straszył i w swej paranoi gotował też następną masową czystkę we własnych szeregach. „Odwilż” przyniosła dopiero jego śmierć – osiem lat po pokonaniu III Rzeszy.

Dla jakichkolwiek zmian w głęboko spersonalizowanym systemie władzy w Moskwie – tak stalinowskim, jak i putinowskim – konieczne jest bowiem fizyczne odejście głównodowodzącego.

Bez wojny Putinowi trudno będzie utrzymać totalny system władzy

Jednak 73-letni Władimir Putin na tamten świat się nie wybiera – i jest gotowy na kolejne 1400 dni konfrontacji, aby urzeczywistnić swoje wizje.

Do tego zresztą wojna jest mu niezbędna. Bez tego elementu trudno mu będzie utrzymać tak totalny system władzy, który jawi mu się jako niezbędny – nie tylko dla niego samego, ale również dla prawidłowego, w jego oczach, funkcjonowania kraju.

Patrząc z perspektywy przyszłości, dla Rosji – ale także dla Europy – jest to wiadomość zła. Wszystkie negatywne trendy, zintensyfikowane przez ostatnie cztery lata wielkiej wojny, ulegną w niej dalszemu nasileniu.

Jednak z perspektywy Putina czynniki obiektywne nie powinny stanowić przeszkody. Dla realizacji jego wizji konieczne jest przede wszystkim jedno – triumf woli.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 1-2/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Drony zamiast masła