W słynnym skeczu „The Advantages of Extremism” z 1987 r. John Cleese – człowiek, który z grupą Monty Pythona dokonał w dziedzinie humoru czegoś na kształt przewrotu kopernikańskiego – w sposób tyleż skondensowany, co precyzyjny tłumaczy, na czym polegają zalety polaryzacji.
Stosuje w tym celu jedną z najbardziej efektywnych technik komediowych, którą chętnie posługują się tacy giganci standupu, jak nieodżałowanej pamięci George Carlin czy, współcześnie, David Chapelle albo Ricky Gervais. Polega ona na mówieniu otwartym tekstem tego, co ludzie świetnie wiedzą, czemu jednak – z uwagi na rozmaite społeczne presje, ideologiczne zaślepienia czy mechanizmy psychologii tłumu – nieustannie zaprzeczają. Tyleż przed innymi, co przed samymi sobą.
Tytułowe zalety są z grubsza trzy. Po pierwsze, całe zło tego świata przypisuje się jakimś „onym”. Po drugie, aktywnie kieruje pod ich adresem własną nienawiść, pogardę i wszelkie inne złe emocje. A po trzecie, zyskuje dla tego doskonałą wymówkę: „oni” są przecież tak źli i wstrętni, że nasza nienawiść, pogarda i agresja to postawy nie tylko usprawiedliwione, lecz także wskazane i chwalebne.
Polaryzacja potrzebuje wrogów
Po niemal 40 latach ta diagnoza nie straciła na aktualności. Owszem, jest poniekąd zabawne, że ludzie naprawdę się tak zachowują, a jednocześnie wciąż się uważają, dajmy na to, za cywilizowanych, czułych, otwartych i tolerancyjnych. Mniej zabawna jest natomiast skala tego zjawiska. W zasadzie zdominowało ono bez reszty życie publiczne i polityczne, wniknęło do głównego nurtu, stało się fundamentalną dźwignią organizującą przepływ treści w oplatającej nas coraz szczelniej infosferze.
Polem szczególnie przez nie zainfekowanym są, naturalnie, media społecznościowe. Dlatego ilekroć przetacza się tam kolejna fala gremialnego afektu i oburzenia, nieodmiennie przypomina mi się skecz Cleese’a. Ostatnio – przy okazji lektury komentarzy dotyczących wywiadu, jakiego Marta Nawrocka udzieliła Joannie Kryńskiej w TVN24.
Jednak nie sama nienawiść, pogarda czy seksizm, od których znaczna część owych komentarzy wręcz się uginała, wydały mi się symptomatyczne. Tego mamy niestety dookoła w bród.
Plemienna wybiórczość, złoty standard polaryzacji, w ramach której w odniesieniu do „nie-swoich” zawiesza się wszelkie stosowane wobec „swoich” wartości i zasady, spowszedniała już i zbanalizowała się do cna.
Marta Nawrocka w logice plemiennych relacji
Nic w tym więc nie ma zaskakującego czy niecodziennego, że feministki potrafią bezpardonowo atakować i uciszać kobietę, jeśli ma konserwatywne poglądy, a piewcy równouprawnienia i emancypacji szydzić i potępiać ją za to, że zaszła w ciążę w wieku kilkunastu lat.
Jak również, że ludzie mający się za kulturalnych i światłych miotają obelgami i wyzwiskami niczym żule. Polaryzacja i podwójne standardy, polaryzacja i hipokryzja, polaryzacja i opisywany przez psychoanalizę mechanizm rozszczepienia – idą zawsze razem, wzajemnie się warunkując. I dotyczy to, żeby było jasne, obu stron barykady.
Ale w moim przekonaniu coś jeszcze innego jest tu najistotniejsze. A mianowicie – atak na Nawrocką za to, że nie zachowywała się przed kamerą niczym doskonale wytrenowana, złotousta, przemawiająca gładkimi formułami medialna figura. Że była zdenerwowana, momentami gubiła wątki. A przede wszystkim, że nie odpowiedziała na pytania o prawny status aborcji i finansowanie in vitro z budżetu państwa.
Otóż oglądając wywiad z Nawrocką miałem wrażenie, że mimo własnych przekonań religijnych i życiowych wyborów, rozumie ona dobrze – wyraziła to wprost – że życie jest znacznie bardziej złożone niż wszelkie teoretyczne konstrukty na jego temat, nawet te najsłuszniejsze i najszlachetniejsze. Uchylenie się od odpowiedzi w kwestiach konkretnych prawnych zapisów dotyczących aborcji i in vitro widzę zaś jako unik niewynikający bynajmniej z konformizmu czy braku odwagi.
Zdaje mi się raczej, że Nawrocka świadomie nie chciała wzmacniać nakręconej już do szaleństwa polaryzacji. Wyraźnie zaznaczyła więc swoje osobiste stanowisko, ale zrobiła to taktownie, bez jednoczesnego napiętnowania tych, którzy myślą inaczej, bez jednoczesnego rytualnego uderzenia w drugie, znienawidzone plemię. Owszem, była zmieszana i zaskoczona. Mogła zapewne posłużyć się jakąś gładką formułą, wyuczoną na specjalnych zajęciach z komunikacji dla pierwszych dam. Ale przyznam, że właśnie jej zdenerwowanie i zmieszanie przemawia do mnie bardziej aniżeli złotousta erystyka i robotyczny uśmiech, do czego przyzwyczajeni jesteśmy w wydaniu klasy politycznej.
Dlaczego polaryzacja nie znosi umiarkowanych
Intensywność emocjonalna ataku na pierwszą damę ma, moim zdaniem, podłoże przede wszystkim tu. W tym jej wyłamaniu się z dominującej formuły, w jej odmowie wpisania się w plemienny tryb, odmowie napędzania piekielnej machiny polaryzacji. Nieprzypadkowo Cleese w swoim skeczu pokazuje, że ludzie umiarkowani – „moderates” – to jedyna grupa znienawidzona po każdej ze spolaryzowanych stron.
Tymczasem Nawrocka w tym wywiadzie zaprezentowała właśnie umiarkowanie. Dała w ten sposób dobry przykład, że można mieć poglądy, a zarazem nie uczestniczyć w grze nienawiści i pogardy. Wszystkich, którzy sami zapamiętale w tej grze biorą udział, musiało to naturalnie rozwścieczyć.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















