To nie było zwykłe orędzie polityczne. Zarówno jego ton, treść, jak i odniesienia przypominały bardziej kazanie duchowego przewodnika narodu niż zapowiedź działań prezydenta największej (po Indiach) demokracji na świecie.
Choć od 20 stycznia w Stanach miało już miejsce tyle ważnych wydarzeń, że wcześniej mogłyby wypełnić kalendarz polityczny na wiele miesięcy, oddajmy na chwilę głos Donaldowi Trumpowi z tamtego dnia.
W inauguracyjnym orędziu mówił: „Złoty wiek Ameryki zaczyna się właśnie teraz. Od tego dnia nasz kraj będzie rozkwitał i znów będzie szanowany na całym świecie. Będziemy przedmiotem zazdrości każdego narodu. I nie pozwolimy się dłużej wykorzystywać”.
I dalej: „Każdego dnia będę po prostu stawiał Amerykę na pierwszym miejscu. Nasza suwerenność zostanie odzyskana. Nasze bezpieczeństwo zostanie przywrócone. (…) Ameryka wkrótce stanie się większa, silniejsza i o wiele bardziej wyjątkowa niż kiedykolwiek wcześniej. (...) Od tego momentu upadek Ameryki dobiegł końca”.
Oraz jeszcze to: „Zostałem zbawiony przez Boga, aby uczynić Amerykę znowu wielką. (…) Będziemy podążać za naszym oczywistym przeznaczeniem w gwiazdach, wysyłając amerykańskich astronautów, aby zasadzili Gwiazdy i Paski na planecie Mars. (…) Jesteśmy jednym ludem, jedną rodziną i jednym chwalebnym narodem pod Bogiem”.
Nowy prezydent USA ma głębokie poczucie misji
W tych słowach Trumpa amerykaniści znaleźliby zapewne szereg odniesień do historii idei politycznych, tych dotyczących amerykańskiej wyjątkowości i wielkości, a także dowodów na osadzenie polityki w USA w kontekście religijnym. Gdyby też analizować je pojedynczo, nie byłyby one może niczym wyjątkowym. Jednak ich nagromadzenie w jednej mowie – tej mowie – skłania do tezy, iż nie były one jedynie retorycznym ornamentem, lecz zdradzały głębokie poczucie misji nowego prezydenta.
Dla europejskiego rozumienia polityki – głęboko zsekularyzowanego i (wciąż) opartego na ideach oświeceniowych – ten quasi-religijny ton Donalda Trumpa wydaje się nie lada problemem. Sugeruje, że racjonalna przestrzeń działania – czyli gra narodowych interesów, ubrana w analizę kosztów i korzyści – może być zaburzona przez czynnik irracjonalny, którym jest misja narodu amerykańskiego. Wszak misja nie podlega żadnym negocjacjom.
Obraz staje się jeszcze bardziej zaciemniony, gdy nałożymy na niego opinię o Donaldzie Trumpie jako o pozbawionym skrupułów i twardym negocjatorze, który koniec końców jest jednak racjonalny. Jego zapowiedź o potrzebie „rewolucji rozsądku” wydaje się stać zatem w kontrze do pozostałych elementów orędzia.
Groźby Trumpa potrafią integrować Europę
Obawy o to, z którym Trumpem mamy do czynienia, doskonale pokazuje spór o przyszłość Grenlandii.
Donald Trump po raz pierwszy wyraził zainteresowanie zakupem Grenlandii w 2019 r., podczas swojej pierwszej kadencji. W prywatnych rozmowach miał rozważać możliwość nabycia tego duńskiego terytorium autonomicznego, nazywając taki zakup „strategicznie interesującym” dla Stanów Zjednoczonych.
Teraz, po ponownym objęciu urzędu, ponowił swoje starania o przyłączenie Grenlandii do USA. Zrobił to w charakterystyczny dla siebie sposób, odmawiając dziennikarzowi odpowiedzi na pytanie, czy gdyby Kopenhaga powiedziała „nie”, to użyłby wojska… Czyli zawiesił pistolet na ścianie.
Kilka dni temu media obiegła wiadomość, że Trump rozmawiał – na poważnie – o zakupie Grenlandii przez telefon z duńską premier Mette Frederiksen. Rozmowa miała ponoć zły przebieg, czyli lepiej, gdyby do niej nie doszło.
Efektem tej sytuacji jest z jednej strony deklaracja solidarności z Danią ze strony kanclerza Scholza i prezydenta Macrona oraz udzielenie „pełnego poparcia dla poszanowania granic międzynarodowych”. Według słów francuskiego ministra spraw zagranicznych Jeana-Noëla Barrota, Paryż miał omawiać nawet z Danią możliwość wysłania swoich wojsk na Grenlandię – w odpowiedzi na groźby prezydenta USA.
O co gra Trump w sprawie Grenlandii?
Z drugiej jednak strony Mette Frederiksen stara się tonować nastroje, aby sojusznicy z Unii Europejskiej i NATO unikali publicznych polemik z Trumpem. Dobrze, że trafiło na zimnokrwistych Duńczyków. Na południu kontynentu podobne dyskusje mogłyby stać się początkiem poważnych lokalnych kryzysów.
W każdym razie obawa o słowną i polityczną eskalację nie jest niestety bezpodstawna.
Choć trudno wyobrazić sobie lądowanie amerykańskich marines w Nuuk, stolicy Grenlandii – i choć jeszcze trudniej wyobrazić sobie, aby w odsieczy pojawiły się tam wojska europejskich państw NATO, którego członkami są wszyscy aktorzy tego sporu – to emocje polityczne w tym lodowatym regionie świata mogą przynieść wydarzenia, z których wyjście nie będzie łatwe dla nikogo. Ostatnią rzeczą, której dziś potrzebujemy, jest polityczna „wojna o Falklandy”.
Pytanie, czy Donald Trump poważnie rozważa czynnik siłowy, czy po prostu wywiera presję, aby amerykańskie koncerny dostały kontrakty na dostęp do bogactw naturalnych Grenlandii (m.in. metali ziem rzadkich), a flota USA ustanowiła kontrolę nad nowymi szlakami żeglownymi, które powstają w wyniku topnienia lodowców w Arktyce, pozostaje więc otwarte.
Rzekomy plan pokojowy Trumpa dla Ukrainy
Podobnie otwarte jak pytanie o pokój w Ukrainie. Tutaj mamy jednak do czynienia z odwrotną dynamiką: od nierealistycznych obietnic, że uda się go wypracować w 24 godziny, do konstatacji, że potrzeba na to jednak wiele miesięcy, a konkretnie 100 dni (co jednak też może okazać się przejawem nadmiernego optymizmu).
Do opinii publicznej wyciekł ostatnio rzekomy plan pokojowy Trumpa – jego założenia opublikowała strona internetowa, którą prowadzi emigracyjny ukraiński dziennikarz, a która jest zakazana zarówno w Rosji, jak i w Ukrainie. Projekt został ponoć przekazany przez amerykańskich przedstawicieli europejskim dyplomatom.
Plan ma zakładać, że jeszcze na przełomie stycznia i lutego Trump odbędzie rozmowę telefoniczną z Putinem, a następnie prezydent USA omówi dalsze kroki z Kijowem. W kolejnym etapie, na przełomie lutego i marca, miałoby dojść do bezpośredniego spotkania Trump-Zełenski-Putin, podczas którego zostaną ustalone główne punkty porozumienia pokojowego.
Wśród tych punktów znalazła się rezygnacja Ukrainy z członkostwa w NATO. Armia ukraińska miałaby zostać wprawdzie zredukowana, ale nie byłaby zlikwidowana (jak chce teraz Rosja) i mogłaby być dozbrajana przez USA. Kijów porzuciłby próby wojskowego i dyplomatycznego odzyskania okupowanych terytoriów, choć formalnie nie uznałby ich przynależności do Rosji.
Dalej: ciężar odbudowy Ukrainy miałaby wziąć na siebie Unia Europejska, do której Ukraina miałaby dołączyć w ciągu pięciu lat, tj. do roku 2030. Sankcje na Rosję byłyby stopniowo znoszone – część natychmiast po podpisaniu traktatu, reszta w ciągu trzech lat; zniesione miałyby zostać także ograniczenia na import rosyjskich surowców do Unii. Cła z ich importu miałyby być przeznaczone na odbudowę Ukrainy.

Wojna w Ukrainie skończy się na Wielkanoc?
Zgodnie z domniemanym planem, rozejm miałby zostać ogłoszony 20 kwietnia, na Wielkanoc (w tym roku obchodzoną tego samego dnia przez chrześcijan zachodnich i wschodnich). Ukraińskie wojska miałyby wtedy wycofać się z regionu Kurska, a pod koniec miesiąca miałaby odbyć się konferencja pokojowa, z udziałem USA jako mediatora.
Do rozmów miałyby dołączyć również Chiny, państwa europejskie oraz kraje tzw. globalnego Południa. Kluczowym punktem negocjacji miałaby być wymiana jeńców na zasadzie „wszyscy za wszystkich”. Do 9 maja miałoby dojść do podpisania formalnego traktatu pokojowego.
Zakładając, że taki „plan” w Waszyngtonie w ogóle powstał, należałoby go traktować bardziej w kategoriach balonu próbnego. Nie byłby to gotowy przepis na (wątpliwy zresztą) pokój – jego zadaniem byłoby sprawdzenie reakcji (polityków i opinii publicznej).
Dopóki Rosją rządzi Putin
Lecz nie zmienia to faktu, że dopóki Rosją rządzi Putin, na Zachodzie nie ma dobrego pomysłu na zakończenie tej wojny. Dzisiejsza Rosja to jednak nie późny Związek Sowiecki – od śmierci Stalina w partii komunistycznej zachodziły zmiany, a wewnętrzne procesy zmuszały kierownictwo tamtego państwa do racjonalnego oglądu świata i odpowiedzialności przed własnym aktywem. Natomiast Putin będzie trwał do końca. Swojego albo Rosji. Nadzieje, że presja ekonomiczna i kryzys wewnętrzny wypromują w Rosji jakiegoś nowego Gorbaczowa, nie mają jakichkolwiek podstaw.
Jaki interes ma Rosja w wygaszaniu wojny, gdy przejęła inicjatywę na froncie i gdy w zachodniej „rodzinie” mamy już spór o Grenlandię, a w ciągu paru miesięcy nowa administracja USA może „otworzyć front” w Ameryce Łacińskiej wokół Panamy? Napięcia mogą powstać też wokół odsyłania nielegalnych imigrantów do krajów Europy. A w perspektywie mamy jeszcze wojnę celną USA z Unią Europejską i/lub Chinami.
Dwa scenariusze dla USA: renesans lub katastrofa
Pytania, które z naszej europejskiej perspektywy przyniosły pierwsze dni rządów Donalda Trumpa, dotyczą w zasadzie jednego: czy i jaki jest plan na wpisanie Nowej Wielkiej Ameryki w zarządzanie światem, w system sojuszy i partnerstw? Bo to, że druga kadencja Trumpa będzie czasem głębokiej transformacji, jest rzeczą pewną.
Patrząc na emocje, na determinację i na pierwsze działania pod drugiej stronie Atlantyku, można sobie wyobrazić, że transformacja ta przyniesie albo faktyczny renesans Ameryki, który na nowo zdefiniuje także jej globalną misję, albo polityczną katastrofę, która jeszcze bardziej pogłębi jej wewnętrzne problemy i osłabi pozycję Stanów w świecie.
Oba scenariusze nie są dobre dla Europy. Przynajmniej dla tej jej części, która wciąż wierzy – choć już na szczęście nie naiwnie – w idee świata opartego na zasadach współpracy, negocjacji i poszanowania prawa oraz instytucji. Czyli w konieczność adaptacji ładu liberalnego do nowych uwarunkowań geopolitycznych, a nie wyrzucenie jego założeń do kosza.
Ameryka Trumpa mocarstwem bez ograniczeń
Ten pierwszy, optymistyczny dla Ameryki scenariusz zakłada, że odrodzi się ona jako nowe mocarstwo wyzwolone spod jakichkolwiek ograniczeń. Zapewni bezpieczeństwo sobie, ale innym już nie. Użyje swojej wyjątkowości i misji dziejowej do usprawiedliwiania dowolnych działań. Będzie nowym imperium, którego ram i misji jeszcze nie znamy.
Przedsmakiem takiej perspektywy były słowa nowo mianowanej ambasadorki Stanów przy ONZ, Elisy Stefanik. Oświadczyła, że zgadza się z opinią, iż Izrael ma „biblijne prawo” do aneksji Zachodniego Brzegu Jordanu.
To otwiera drogę dla innych „praw” nie tylko na Bliskim Wschodzie, ale w każdym zapewne zakątku świata. Jednym z powodów, dla których Putin zaatakował Ukrainę, było wszak przekonanie, że Rosja ma do niej „prawo”, bo Ukraina to kolebka cywilizacji rosyjskiej (co, jak wiemy, jest dalekie od prawdy historycznej). Także wieloletni spór między Grecją a Macedonią o nazwę tej ostatniej był podszyty „prawami” do dziedzictwa Aleksandra Macedońskiego.
Nie jest na szczęście tak, że słowa stają się od razu początkiem nowej polityki. Ale puszczanie oka do tych, którzy w zestawie obowiązujących w świecie reguł widzą tylko nieuzasadnioną barierę dla swoich działań (i, bywa, nie mają świadomości konsekwencji ich likwidacji), zawsze otwiera drzwi do większego chaosu i większej przemocy.
Co się stanie, jeśli Trump poniesie fiasko
Drugi scenariusz – katastrofy – zakłada fiasko trumpowskiej rewolucji. W takim scenariuszu zniszczenie instytucji liberalnej demokracji nie spowoduje powstania w ich miejsce nowych. Przyśpieszy proces erozji siły i pozycji Ameryki. Centrum świata przeniesie się ostatecznie do Azji, co zresztą dzieje się już od długiego czasu, ale jak dotąd było spowalniane potęgą amerykańskiej floty i siłą dolara jako waluty globalnej.
Gdyby jednak Ameryka wpadła w głęboki kryzys wewnętrzny i rozbiła obecny ład w Europie oraz w regionie Azji i Pacyfiku (zbudowany przecież przez siebie po II wojnie światowej), nie proponując przy tym nic w zamian, to nasz czas na odnalezienie się w nowym świecie skurczy się ogromnie. A nigdy nie było go zbyt dużo.
Nie jest oczywiście tak, że między tymi skrajnymi wizjami przyszłości nie ma stanów pośrednich. W końcu polityka jest zawsze nieprzewidywalna, podobnie jak emocje i interesy ludzi, którzy ją prowadzą. Siła państw jest też zawsze względna, a rola przypadku (lub logiki niezamierzonych konsekwencji) stale niedoceniana w opisie dziejów.
Jak Europa może obronić swoją pozycję?
Jakkolwiek potoczą się sprawy za oceanem, dla Europy „rewolucja trumpowska” pozostanie poważnym ostrzeżeniem.
Nie tylko – i nawet nie przede wszystkim – dlatego, że będziemy teraz (właściwie już jesteśmy) świadkami polityki „dzielenia i rządzenia”, „rozgrywania i przekupywania”. Co najmniej od czasów Victorii Nuland, byłej asystentki sekretarza stanu USA, i jej słynnego „Pieprzyć Unię Europejską!” (miała rzucić te słowa w 2013 r., gdy służyła w administracji Baracka Obamy), wiemy przecież, że Europa brukselska nie jest mile widzianym partnerem w Waszyngtonie. Czemu zresztą trudno się dziwić.
Kluczem do obrony swoich pozycji politycznych przez nas, Europę, są trzy rzeczy.
Po pierwsze, zachowanie jedności politycznej głównych stolic. To sprawa niełatwa, ale konsensus strategiczny musi w Europie powstać. Inaczej zostanie jej narzucony z zewnątrz.
Druga rzecz to zwiększenie wydatków na obronę ponad obowiązujące dziś (choć dla wielu tylko w teorii) 2 procent PKB.
Wprawdzie to nie jest tak, że wydatki na wojsko w Europie są panaceum na problemy NATO. Motywy, dla których państwa wstępowały do Sojuszu (i chcą w nim być), były i są bardziej złożone niż obawy przed Rosją, a kiedyś przed Sowietami. Członkostwo w NATO było przede wszystkim symbolem przynależności do wspólnoty bezpieczeństwa Zachodu. Stąd wśród państw założycielskich była i Portugalia dyktatora Salazara, i demokracje Beneluksu.
Jednak bez daniny pieniądza nie da się dzisiaj ukoić gniewu Waszyngtonu, a tym samym zamknąć tematu, który jest przedmiotem sporów wszystkich administracji amerykańskich – i to właściwie od 1949 r., gdy powstało NATO.
Wreszcie rzecz trzecia, najważniejsza. To mocny zwrot w stronę „europejskiej rewolucji rozsądku”, bez której nie będzie wzrostu gospodarczego, a tym samym spokoju społecznego.
Z rewolucji Trumpa możemy wyjść mądrzejsi i wzmocnieni
Nie chodzi o to, aby „być jak Trump”, lecz o usłyszenie (a nie tylko słuchanie) głosów wyborców. Tych, którzy oczekują, że ich życie stanie się bardziej przewidywalne, ich bezpieczeństwo na co dzień będzie zagwarantowane, a ich portfele pozwolą na w miarę dostatnie życie – nawet jeśli powrotu do „starych dobrych czasów” nie będzie.
Chciałoby się powiedzieć: tylko tyle i aż tyle dzieli nas od tego, czy wpadniemy w młyny rewolucji Trumpa, czy też będziemy tymi, którzy ją przetrwają – mądrzejsi i wzmocnieni.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















