Od „linii” do granicy. Polska i Niemcy nad Odrą i Nysą

W listopadzie 1990 r. Polska i zjednoczone Niemcy podpisały traktat o granicy. Była to realizacja celu, o który zabiegali także polscy uczestnicy oddolnego dialogu z Niemcami przed rokiem 1989. Otwierało to też drogę Polski do NATO i UE.
Czyta się kilka minut
Tadeusz Mazowiecki i Helmut Kohl w Krzyżowej, 12 listopada 1989 r. // Fot. Andrzej Ślusarczyk / Fundacja „Krzyżowa" dla Porozumienia Europejskiego
Tadeusz Mazowiecki i Helmut Kohl w Krzyżowej, 12 listopada 1989 r. // Fot. Andrzej Ślusarczyk / Fundacja „Krzyżowa" dla Porozumienia Europejskiego

Tymczasowość: to chyba najlepszy opis stanu politycznego i stanu emocji. Tych towarzyszących Polakom, którzy po 1945 r. zamieszkali w poniemieckich domach – często po utracie swoich domów na ziemiach wschodnich II RP, anektowanych przez Stalina.

Choć komuniści z Niemiec Wschodnich uznali granicę na Odrze i Nysie już w 1950 r., a 20 lat później uczyniły to Niemcy Zachodnie (z zastrzeżeniem, o czym za chwilę), to sprawa jej trwałości wracała w relacjach trzech państw i obu narodów – i nie była traktowana jako rozstrzygnięta. W Polsce budziło to niepokój – wyjątkowo zgodnie tak u władz PRL, jak też w społeczeństwie, opozycji i Kościele katolickim.

Po 1945 r. stałym elementem relacji Polska-Niemcy była niepewność

Wprawdzie układ z 1970 r., zwany układem Gomułka-Brandt, był milowym krokiem na rzecz unormowania stosunków, ale w Niemczech Zachodnich jego ratyfikacja okazała się warunkowa – z zastrzeżeniem, że jeśli dojdzie do połączenia obu części Niemiec, to dopiero rząd przyszłego zjednoczonego państwa będzie mógł wypowiedzieć się wiążąco o granicy.

W PRL niemiecki „straszak” był więc często wyciągany przez władze komunistyczne – jako argument przeciwko reformom i demokratyzacji państwa. Argumentowano, że mogłoby to osłabić sojusz ze Związkiem Sowieckim, gwarantem terytorium pojałtańskiej Polski. Władze PRL miały też świadomość, że uznanie granicy przez „bratnią” NRD ma charakter fasadowy, a przyszłość tego państwa może stanąć kiedyś pod znakiem zapytania.

Polacy, zwłaszcza mieszkańcy ziem zachodnich i północnych, mieli więc obawy, że granica może stać się znów elementem roszad w polityce europejskiej, jeśli dojdzie w niej do zmian. Niepewność i tymczasowość były po 1945 r. trwałym elementem relacji Polski i Niemiec, a granica – kluczową kwestią w tych relacjach.

Tymczasowa administracja kościelna na ziemiach poniemieckich

Kruchość tej granicy objawiła się zresztą już w 1945 r. – w Szczecinie. Opierając nowe granice o Nysę Łużycką i Odrę, powojenna Polska miała mieć w ich obrębie także to miasto, choć położone na lewym brzegu Odry.

Początkowo jego przyszłość nie była jednak przesądzona: i Niemcy (w tym niemieccy komuniści, wasalni wobec Moskwy), i alianci zachodni widzieli je w sowieckiej strefie okupacyjnej. Dopiero po paru miesiącach zamieszania Stalin zgodził się włączyć Szczecin do Polski.

Także droga do uznania granicy była skomplikowana. Na konferencji poczdamskiej w sierpniu 1945 r. Wielka Trójka (Truman, Churchill i Stalin) ustaliła, że tereny poniemieckie na wschód od Odry i Nysy znajdą się pod administracją polską, ale trwałe ustalenie granicy zostanie potwierdzone dopiero na konferencji pokojowej (jak wiadomo, ta się nie odbyła – zniweczyła ją „zimna wojna”).

Alianci zachodni przypominali władzom w Moskwie i Warszawie, że granica jest tymczasowa, co komuniści od razu wykorzystywali w walce z powojenną niepodległościową opozycją (dopóki mogła legalnie działać). Dostrzegając tę pułapkę, Polskie Stronnictwo Ludowe Stanisława Mikołajczyka poparło przesunięcie granic na zachód.

Także Watykan długo – aż do 1972 r. – był gotów akceptować polską administrację kościelną na tych ziemiach jedynie jako tymczasową.

„Granica przyjaźni” między Polską a NRD była pilnie strzeżona

Po tym, jak w 1950 r. PRL i NRD podpisały układ graniczny w Zgorzelcu (po czym, kilka miesięcy później, w specjalnym protokole wytyczono ją topograficznie na obu rzekach), komuniści z Warszawy i Berlina Wschodniego nazwali ją „granicą pokoju”. Rząd Niemiec Zachodnich ignorował jednak układ zgorzelecki, USA i Wielka Brytania stały zaś na stanowisku, że dopiero konferencja pokojowa może potwierdzić przebieg nowej granicy.

O tym, jak kruche było uznanie granicy przez NRD, bez przełożenia na akceptację społeczną, świadczy fakt, że w 1953 r., podczas kilkudniowego powstania antykomunistycznego w NRD, jednym z postulatów jego uczestników – w tym tych z Görlitz (po drugiej stronie Zgorzelca) – było przywrócenie starych granic.

Granica PRL-NRD była więc pilnie strzeżona, można było ją przekraczać rzadko. Niewiele było nawet urzędowych kontaktów po obu stronach nadgranicznych regionów.

W Niemczech Zachodnich długo mówiono o „linii Odry”

Dopiero druga połowa lat 60. przyniosła zmianę, a swój wkład wnieśli tu biskupi polscy i niemieccy i ich wymiana listów z 1965 r. Wtedy też PRL i RFN zaczęły nawiązywać ostrożne kontakty. A gdy w 1970 r. kanclerzem został socjaldemokrata Willy Brandt, RFN otworzyła się na uznanie granicy. Wcześniej nie używano tam nawet tego słowa – politycy i media mówiły o „linii Odry i Nysy”, obniżając jej rangę.

Idąc za zmianami w RFN, także Stany Zjednoczone zaczęły skłaniać się do tego, by uznać polski stan posiadania, o co zabiegał m.in. wpływowy już wtedy ekspert Zbigniew Brzeziński.

Konieczność uznania przez RFN polskiej granicy zachodniej popierały zarówno polski Kościół, jak i ośrodki emigracyjne. Herbert Hupka, działacz Związku Wypędzonych, próbował w Londynie nakłonić gen. Władysława Andersa do rozmów o konieczności zmian granicznych na wypadek zjednoczenia Niemiec i wyzwolenia się Polski z komunizmu. Anders odparł kategorycznie, że sprawa granicy jest poza dyskusją.

Efekty układu Gomułka-Brandt były ważne także dla życia codziennego. Odprężenie w Europie i ograniczona, ale jednak normalizacja relacji między PRL i NRD a bogatą RFN sprawiły, że Warszawa i Berlin Wschodni na osiem lat otworzyły się dla ruchu turystycznego. W efekcie w latach 1972-80 miliony Polaków i Niemców z NRD odwiedzały się wzajemnie.

Berlin Wschodni zamknął wprawdzie na powrót granicę jesienią 1980 r., po powstaniu Solidarności. Ale efekt „socjalistycznego Schengen” miał znaczenie dla poznania się Polaków i Niemców.

Zjednoczenie Niemiec i interesy Polski

W roku 1989 zmiany w Polsce i NRD nie przebiegały podobnie. O ile w Polsce i na Węgrzech zaczęły się wcześniej, o tyle NRD przeżyła własną rewolucję dopiero jesienią. Gdy zaś załamał się już reżim NRD, a granica RFN-NRD została otwarta, na porządku dziennym stanęła szybko kwestia zjednoczenia.

Pytanie, które zadawać zaczął sobie niekomunistyczny już rząd w Warszawie, brzmiało: w jakich granicach powstaną nowe Niemcy? Niepokój był duży – władze RFN, nadające ton tempu jednoczenia, w tym kanclerz Helmut Kohl, na początku nie chciały deklarować, iż kwestia granicy jest zamknięta. Kohl chciał pozyskać tym wsparcie tej części społeczeństwa niemieckiego, która wciąż nie pogodziła się z granicą na Odrze i Nysie. Potrzebował go w kontekście pierwszych ogólnoniemieckich wyborów, planowanych na grudzień 1990 r.

Polska odwołała się do państw zachodnich i Związku Sowieckiego. Rząd Tadeusza Mazowieckiego odniósł sukces – i mocarstwa, które wciąż kontrolowały formalnie oba państwa niemieckie, potwierdziły, iż Niemcy jednoczą się w granicach RFN i znikającej NRD, ani centymetra dalej.

Nowa epoka w relacjach polsko-niemieckich

Półtora miesiąca po zjednoczeniu, 14 listopada 1990 r., Polska i nowe Niemcy podpisały układ o potwierdzeniu granicy. Po 40 latach, w nowych warunkach, granica – już nigdy więcej jakaś „linia” – stała się prawdziwą Friedensgrenze, granicą pokoju.

Już wiosną 1991 r. Niemcy zniosły wizy dla Polaków, a granica zaczęła na dobre łączyć. W czerwcu tego roku Polska i Republika Federalna zawarły zaś układ o przyjaźni i dobrym sąsiedztwie – realny fundament symbiozy w wielu obszarach.

Kilkanaście lat później, 1 maja 2004 r., rzeki Odra i Nysa stały się jedną z wielu wewnętrznych granic Unii Europejskiej. Chwilę później, w 2007 r., Polska przystąpiła do układu z Schengen, co oznaczało zniesienie kontroli paszportowych między Polską a Niemcami.

Ich niedawne przywrócenie przez rządy niemiecki i polski, motywowane presją migracyjną, to zatem, mimo wszystko, krok wstecz we współpracy obu społeczeństw, a także regionów nadgranicznych.

Dobre relacje z Niemcami służyły polskiemu celowi nadrzędnemu: wejściu do NATO i UE

Rok 1990 symbolizuje wielką zmianę w polsko-niemieckiej rzeczywistości. Traktat graniczny zamknął problem granicy, który po 1945 r. definiował relacje obu narodów. Szereg polskich rządów i przywódców w latach 90. postawiło na ścisłe relacje z Niemcami, widząc tym szansę na przyspieszenie integracji z Zachodem – cel wówczas nadrzędny.

Zamknięcie kwestii granicy i deklaracje o potrzebie pojednania i przezwyciężenia wrogości nadały więc nowy rytm tym relacjom. Po 1990 r. Niemcy dosyć szybko opowiedziały się za powiększeniem NATO i ówczesnej Wspólnoty Europejskiej o Polskę, dostrzegając konieczność takiej przebudowy Europy, która doprowadziłaby do tego, aby nowa RFN otoczona była sojusznikami.

Polska potrzebowała Niemiec także do przebudowy gospodarczej, a niemiecki biznes szybko zaczął wykorzystywać szansę nowego położenia państwa niemieckiego. Jeszcze w początku lat 90. obawiano się, że granica na Odrze i Nysie będzie miejscem pęknięcia cywilizacyjnego. Tak się nie stało i jest to sukces obu państw i społeczeństw. Od kilkunastu lat obszar Europy Środkowej plus Niemcy to potężny organizm gospodarczy.

Inwestycje w relacje polsko-niemieckie nie było naiwnością

Po 1990 r. dominowało przekonanie, że Polska i Niemcy mają więcej wspólnych interesów niż rozbieżności. Przyjęcie takich założeń zaowocowało sukcesami Polski, w tym przyjęciem Polski do NATO i UE. Rozbieżności pojawiły się istotnie później, a za ich symbol można uznać budowę gazociągu Nord Stream i fatalną politykę Berlina wobec Rosji.

Nie znaczy to jednak, że w latach 90. XX w. inwestowanie w relacje polsko-niemieckie było naiwnością. Przeciwnie: było to wyciągnięcie wniosków z przekleństw ostatnich stuleci.

Autor jest redaktorem naczelnym „TP”. W listopadzie w wydawnictwie Znak ukazuje się jego książka „Trzecia transformacja, czyli historia odzyskana. Polska 1989-1995”.


Artykuł czytasz w otwartym dostępie. Powstał w ramach projektu popularyzacji wiedzy realizowanego przez Fundację Tygodnika Powszechnego z finansowym wsparciem Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej oraz Fundacji Renovabis. Inicjatywie partneruje Instytut Goethego


 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 46/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Od „linii” do granicy

Artykuł pochodzi z dodatku Pojednanie polsko-niemieckie