Wojna z Iranem a sprawa polska. Nowa lekcja globalnych powiązań

Atak Izraela i USA na Iran pokazuje, że konflikty – od Ukrainy po Bliski Wschód – tworzą dziś jeden system naczyń połączonych. Co to oznacza więc dla nas?
Czyta się kilka minut
Toksyczne dymy nad stolicą Iranu po izraelskim nalocie na rafinerie i magazyny paliw, położone na obrzeżach Teheranu. 8 marca 2026 r. // Fot. AFP / East News
Toksyczne dymy nad stolicą Iranu po izraelskim nalocie na rafinerie i magazyny paliw, położone na obrzeżach Teheranu. 8 marca 2026 r. // Fot. AFP / East News

Atak USA i Izraela na Iran wprowadził wojnę jeszcze głębiej do naszego codziennego życia. Towarzyszy nam ona już nie tylko za wschodnią granicą Polski, ale i podczas zamorskich urlopów. Kosztem jest utrata kolejnej warstwy poczucia bezpieczeństwa. Zyskiem – świadomość realiów świata, w którym żyjemy. 

Najmniej pamiętamy wojny sukcesyjne lat 90. XX stulecia w byłym Związku Sowieckim i byłej Jugosławii. Zajęci swoją transformacją, patrzyliśmy na nie jak na element chaosu tamtych lat. Chaosu, z którego my wyszliśmy. Ale powstałe w wyniku tamtych wojen państwa do dziś zmagają się z konsekwencjami przelewu krwi. 

Potem przyszły wojny w Afganistanie (od jesieni 2001 r.) i Iraku (od marca 2003 r.). Pierwsze konflikty, w których wzięliśmy udział u boku Stanów Zjednoczonych – już jako kraj członkowski NATO

Chcieliśmy je widzieć jako wojny sprawiedliwe. Afganistan miał być karą za atak Al-Kaidy z 11 września 2001 r. na Nowy Jork i Waszyngton. Irak miał uwolnić naród iracki od krwawych rządów Saddama Husajna i jego broni masowego rażenia (której potem, gdy Husajn upadł, szukano, ale nie znaleziono). Wyszło inaczej. Do Afganistanu wrócili talibowie, a Irak pogrążył się w chaosie, zakażając swoimi ranami całe połacie Bliskiego Wschodu

Bliski Wschód bez złudzeń

Gdy w grudniu 2010 r. bezrobotny sprzedawca uliczny Mohamed Bouazizi podpalił się na targu w Sidi Bu Zajd w Tunezji, w proteście przeciw brakowi perspektyw na poprawę swojej sytuacji życiowej, jego dramat połączył się z dramatem Iraku i uruchomił łańcuch wydarzeń, który zmiótł przywódców Tunezji, Egiptu, Libii, a na końcu też Syrii (tu dopiero pod koniec 2024 r.). Arabska wiosna – wolność i demokracja dla świata arabskiego – okazała się jednak niespełnioną obietnicą.

Po latach terroru Państwa Islamskiego, które wypełniło próżnię po upadłych reżimach i naszych złudzeniach, w regionie Bliskiego Wschodu nie ma ani demokracji, ani wolności. Nawet Izrael dał się uwieść idei silnego przywódcy narodu i poszedł w stronę cynicznej i niepozbawionej rasistowskich haseł polityki agresji, prowadzonej pod hasłem prawa do obrony obywateli. 

Gdy zatem patrzymy na amerykańsko-izraelski atak na Iran, mamy już w sobie wystarczająco dużo doświadczeń i dojrzałości, aby widzieć wydarzenia bez złudzeń. Ale też bez przesadnych obaw. 

Nowy impuls dla globalnego wyścigu zbrojeń

Odpowiedź na pytanie, dlaczego Donald Trump zdecydował się na ten atak w roku wyborów do Kongresu (są w listopadzie) i wbrew obietnicom wyborczym, wciąż pozostaje w sferze domysłów. Może przekonał go premier Izraela Benjamin Netanjahu, obiecując przy tym zyski biznesowe jego rodzinie? A może chodziło o słabe notowania Trumpa w polityce wewnętrznej i „przykrycie” akt Epsteina?

Teorii jest wiele, ale wszystkie one mają już dziś wartość historyczną. Bo bez względu na motywy, atak na Iran jest faktem, który ma i będzie miał wiele konsekwencji. Choć za wcześnie na podsumowania, kilka wniosków wydaje się być bezspornych.

Zacznijmy od dominacji technologicznej USA i Izraela, która staje się źródłem dwóch problemów.

Po pierwsze, daje złudzenie politycznej sprawczości przy obietnicy braku własnych strat, a tym samym ułatwia decyzję o podjęciu ataku. To nie jest oczywiście nowe zjawisko w historii świata. Ale rozwój technologii (także sztucznej inteligencji i opartych na niej systemów wojskowych) daje dziś USA i Izraelowi siłę oraz precyzję rażenia, która jest nieosiągalna dla innych państw.

Problem jest tym większy, gdyż obok tradycyjnie rozumianego odstraszania – czyli posiadania armii zdolnej do zadania wrogowi wymiernych strat – pojawił się jeszcze nowy czynnik ryzyka związanego z technologią: zdolność namierzenia i porwania (Maduro) lub zabicia (Chamenei) głowy państwa. Dla wielu dyktatorów taka perspektywa oznacza, że samo niedopuszczenie wroga do swojego terytorium to za mało, aby czuć się bezpiecznie.

Dlatego atak na Iran doda wyścigowi zbrojeń na świecie – rozpoczętemu po agresji rosyjskiej przeciw Ukrainie – nowy impet. Także (i niestety) w obszarze broni nuklearnej

Powrót logiki broni jądrowej 

Przez dekady analitycy spierali się, czy irański program nuklearny ma na celu zaatakowanie Izraela (ten posiada arsenał głowic jądrowych, mógłby więc w odpowiedzi zniszczyć Iran), czy raczej uchronienie się przed atakiem ze strony USA i/lub Izraela. 

Przedłużanie się wojny z Iranem może mieć fatalne skutki dla Ukrainy. Na zdjęciu: skutki rosyjskiego nalotu na dzielnicę mieszkalną w Charkowie, w którym zginęło co najmniej 11 cywilów. 7 marca 2026 r. // Fot. Pavlo Pakhomenko / NurPhoto / AFP / East News

Podobna kwestia pojawiła się po agresji Putina na Ukrainę, która, oddając Rosji w latach 90. XX w. arsenał głowic, jaki przypadł jej w udziale po rozpadzie armii sowieckiej, dostała iluzoryczne, jak się okazało, gwarancje bezpieczeństwa.

I choć posiadanie głowic atomowych jest bardziej obietnicą pełnego bezpieczeństwa niż jego rzeczywistą gwarancją, to rosyjski atak na Ukrainę i amerykańsko-izraelski na Iran będą odtąd argumentem na rzecz rozwoju narodowych arsenałów jądrowych. 

Dziś każde państwo, które może sobie pozwolić na ten potężny wydatek, będzie go zapewne rozważać w nadchodzących latach. 

Dowodem tego jest zapowiedź prezydenta Francji Emmanuela Macrona, dotycząca rozbudowy własnego arsenału jądrowego. Powiększony francuski parasol atomowy miałby zostać też zaoferowany europejskim sojusznikom, w tym Polsce. Dowodem są też słowa Elbridge’a Colby’ego, zastępcy sekretarza wojny USA, że „Stany nie poprą rozwoju niezależnych zdolności nuklearnych przez takie kraje jak Polska, Niemcy czy państwa skandynawskie”.

Wchodzimy więc w nową erę polityki bezpieczeństwa międzynarodowego.

Między Iranem a Wietnamem: technologia nie zastąpi celu

Drugim efektem ubocznym fascynacji technologią jest to, że przesłania ona polityczne cele wojny: co chcemy osiągnąć i za jaką cenę. Technologia wojny – zadanie ciosu wrogowi – staje się celem, a nie narzędziem prowadzenia polityki. 

Tymczasem nawet najbardziej spektakularne i intensywne ataki z powietrza nie przełożą się na wygraną, jeśli cele operacji są niejasne. Lub pozostają w oderwaniu od sposobu prowadzenia działań wojskowych. Atakowana strona, świadoma swojej militarnej słabości, zyskuje wtedy względną przewagę. 

Tak było w Wietnamie, gdzie w latach 60. i na początku lat 70. XX w. Amerykanie i ich sojusznicy walczyli z wietnamskim narodowym komunizmem metodami, które jedynie zwiększały determinację Wietnamczyków do walki. Tak było w Iraku i Afganistanie, gdzie próbowano powtórzyć sukces powojennych Niemiec i Japonii (budowy demokratycznego państwa), a jedynie zniszczono lokalne struktury społeczne i państwowe, pozostawiając w ich miejsce próżnię. 

Taki sam błąd popełniany jest teraz. Netanjahu i Trump chcą doprowadzić do szybkiego paraliżu politycznego, a ostatecznie do zmiany reżimu w Iranie na powolny sobie, a przynajmniej niewrogi.

Jednak taki cel, nawet zakładając, że jest realny (moim zdaniem nie jest), wymagałby dużo więcej niż zabicia przywódców politycznych i wojskowych. Wymagałby operacji lądowej. Ta natomiast zwiększyłaby ryzyko strat ludzkich po stronie USA, więc jest wykluczona. Izrael – jak pokazuje jego ofensywa w Libanie – ma tu więcej przestrzeni politycznej.

Ryzyko, paradoks i pycha amerykańskiej interwencji

Znając ograniczenia Waszyngtonu, Teheran odpowiada strategią wybiórczej, ale kontrolowanej eskalacji działań, aby zwiększyć polityczne koszty po stronie przeciwnika. Stąd rakiety spadające na sąsiadów i zarazem sojuszników Ameryki w regionie, dla których wojna jest nie tylko ogromnym, ale przede wszystkim niechcianym ryzykiem.

Za mozolnie budowaną fasadą nowoczesnych, bezpiecznych i stabilnych „rajów na ziemi” w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Katarze czy Arabii Saudyjskiej kryją się bowiem niepewne swojego jutra, brutalne i autorytarne rządy, które nie chcą być kojarzone z jakimkolwiek bliskowschodnim chaosem. Tak samo, jak niechętnie widziałyby demokratyczny Iran, w którym religia byłaby prywatną sprawą jego obywateli.

Jest w tym zresztą paradoks, że celem ataku jest Iran, który na tle swoich sąsiadów i sojuszników Ameryki jest dziś pod wieloma względami państwem bardziej stabilnym, świadomym swojego miejsca i tożsamości historycznej, a także – za sprawą silnego społeczeństwa oraz roli i pozycji kobiet – bardziej „demokratycznym” niż np. Arabia Saudyjska.

Tymczasem w podejściu administracji Trumpa do Iranu od początku tej wojny pobrzmiewa pycha i przekonanie o zacofaniu Iranu („przegrany Bliskiego Wschodu”), które ma skazywać go na klęskę. Z podobnie błędnym nastawieniem Władimir Putin ruszał na Kijów cztery lata temu. „Epicka furia”, nazwa operacji, może okazać się epicką porażką.

Skutki wojny z Iranem dla USA i Izraela

Nie wiemy, jak długo potoczy się ta wojna i jaki będzie jej rezultat. Ale już dziś można postawić tezę, że atakując Teheran, zarówno Stany, jak i Izrael dokonały kolejnego kroku na drodze erozji swoich wpływów w świecie.

Po zniszczeniu Strefy Gazy, ataku na Iran i kolejnym wejściu do Libanu, Izrael jest dziś niekwestionowanym regionalnym mocarstwem. To daje polityce izraelskiej poczucie siły i sprawczości. Ale zarazem przyniesie nowych adwersarzy, którzy bacznie obserwują wzrost jego potęgi. 

A także tych, zwłaszcza w młodym pokoleniu w Europie, USA czy Kanadzie, dla których Izrael na zawsze będzie już nie ofiarą historii, lecz państwem przynoszącym cierpienia innym. Polityczna i kulturowa więź Izraela z demokratycznym Zachodem nigdy nie była tak słaba jak dziś, o ile jeszcze w ogóle istnieje. 

Z kolei dla Ameryki ta „dziwna wojna” – dziwna, bo przynosząca wiele ryzyka i żadnych korzyści – jest też kolejnym momentem przełomowym. Zwiększy samotność Waszyngtonu w polityce światowej. Polityka amerykańska staje się bowiem coraz większym źródłem ryzyka nie tylko dla globalnej stabilności, ale też dla bezpieczeństwa i dobrobytu sojuszników USA.

To jest ten sam proces, który pogrążył regionalne sojusze Rosji, gdy agenda imperialna stała się priorytetem Kremla, a porwanie (lub zabicie) Wołodymyra Zełenskiego miało być sposobem na zmianę układu sił w Ukrainie

Dobre wieści dla Putina

Czy skorzystają na tym Chiny? Jeśli nie ulegną pokusie własnej wojny (inwazji na Tajwan), to mają szansę zwiększyć swój prestiż i wpływy w świecie przez zwykły fakt kurczenia się wpływów USA. To nie jest dobra wiadomość dla nas.

A Putin? On nie jest zapewne szczęśliwy z faktu ataku na Iran. Ale nie wydaje się, aby był też przesadnie smutny. Jego waszyngtoński partner może równać z ziemią Teheran, ale dla Putina istotniejsze jest to, że opinia publiczna w Europie, Azji czy Ameryce już domaga się tańszej ropy i gazu, a zaraz może zażądać też bezpiecznych lotów na wakacje. Przestrzeń powietrzna Rosji byłaby dobrą alternatywą dla wielu kierunków.

Sekretarz skarbu USA, Scott Bessent, już pozwolił (na razie tymczasowo) na zakup rosyjskiej ropy przez Indie, by wypełnić lukę w dostawach tego surowca na świecie, która jest skutkiem blokady Cieśniny Ormuz (podczas gdy dopiero niedawno Indie, pod naciskiem Stanów, obiecywały zrezygnować z jej importu).

Bessent dodał, że USA mogą w ogóle znieść sankcje na rosyjską ropę, by zwiększyć globalną podaż surowca i obniżyć jego cenę. Szanse Putina na kolejne wyłomy w sankcjach wydają się kwestią czasu, jeśli działania wojenne na Bliskim Wschodzie nie przyniosą powrotu do status quo ante. Na co się nie zanosi. 

Złe wieści dla Ukrainy

To zaś jest zła wiadomość dla Ukraińców. Kijów cały czas potrzebuje uwagi i wsparcia Waszyngtonu, dociskania Rosji sankcjami; potrzebuje też pieniędzy Europy, za które stabilizuje budżet i kupuje broń – także ze Stanów (zwłaszcza rakiety przechwytujące). Przy scenariuszu przedłużania się wojny z Iranem wszystkie te elementy ukraińskiej strategii mogą znikać. Wtedy presja na zły pokój będzie rosła.

Najpewniejsze wydaje się wsparcie dla Ukraińców ze strony Unii Europejskiej. Jeśli przed atakiem na Iran wiedzieliśmy, że Ukraina to także nasz problem i nasza wojna, teraz będziemy odczuwać to jeszcze bardziej.

Jednak czy konieczność przyśpieszonej adaptacji do nowej rzeczywistości na Bliskim Wschodzie, przy chwiejnej i pełnej sprzeczności postawie prezydenta USA i napięciach w Europie, pozostawią czas i cierpliwość na zarządzanie problemami wojny w Ukrainie? We Włoszech, Hiszpanii czy Francji sytuacja wewnętrzna nie sprzyja sprawie ukraińskiej, a irytacja postępowaniem Trumpa w tych krajach rośnie. Podobnie jak w Polsce.

Światowy system naczyń połączonych

Wojna z wyboru, której podjął się Trump na Bliskim Wschodzie, nie jest dla nas bezpośrednim zagrożeniem – inaczej niż wojna z wyboru Putina przeciw Ukrainie. Jednak obie te wojny przynoszą nam jedną wspólną lekcję: pokazują, że świat jest systemem naczyń połączonych. Każda polityka, która tego nie dostrzega, jest skazana na porażkę. 

Warto więc przygotować się na jej nadejście, by nie stać się jej mimowolnym udziałowcem. Konsekwentnie zwiększać samodzielność polityczną wobec Waszyngtonu. Zadbać, by w warunkach ewentualnego „pokoju” w Ukrainie zaistniał także polski punkt widzenia. I zaakceptować fakt, że tegoroczne plany wakacyjne muszą uwzględniać sytuację geostrategiczną. Takie czasy.

Tekst ukończono 9 marca rano.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 11/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Irańskie lekcje