Polityka USA dąży do rozbicia UE. W naszym interesie jest obrona Europy

Aleksander Smolar: Znaczenie Unii spadło. W negocjacjach amerykańsko-rosyjskich o przyszłości Ukrainy jest ona usuwana w cień. Czas uruchomić drzemiący w niej potencjał.
Czyta się kilka minut
Prezydent USA Donald Trump i przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen po spotkaniu w Turnberry w południowo-zachodniej Szkocji, 27 lipca 2025 r. // Fot. Brendan Smialowski / AFP / East News
Prezydent USA Donald Trump i przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen po spotkaniu w Turnberry w południowo-zachodniej Szkocji, 27 lipca 2025 r. // Fot. Brendan Smialowski / AFP / East News

Jacek Stawiski: Czy radykalna prawica to przyszłość Europy?

Aleksander Smolar: Faktem jest, że jej wpływy są bardzo silne. Wystarczy spojrzeć na Węgry Viktora Orbána czy Włochy Giorgii Meloni, która prowadzi otwartą politykę zagraniczną – choćby w sprawie Ukrainy – przy jednoczesnym realizowaniu programu skrajnie prawicowego w polityce wewnętrznej. Podobne napięcia widzimy na Słowacji, pewien poziom niepewności dotyczy Czech po niedawnych wyborach. W wielu krajach skrajna prawica współrządzi albo ma istotny wpływ na politykę. 

Nawet w największych państwach zachodniej Europy może przejąć władzę: w Wielkiej Brytanii ugrupowanie Nigela Farage’a jest na czele sondaży, we Francji Zjednoczenie Narodowe, partia Marine Le Pen i Jordana Bardelli, wyraźnie wyprzedza konkurencję, a w Niemczech Alternatywa dla Niemiec zanotowała dynamiczny wzrost i wysunęła się na czoło przed Chrześcijańską Demokrację.

Źródłem dodatkowej niepewności jest zmiana polityki Stanów Zjednoczonych. Trudno dziś przesądzić, czy doprowadzi ona do dalszego wzmocnienia skrajnej prawicy w Europie – którą Donald Trump otwarcie popiera – czy przeciwnie: reakcją na politykę USA, opartą na lekceważeniu i dążeniu do rozbicia Unii Europejskiej, okaże się powrót partii demokratycznego głównego nurtu i dążenie do głębszej integracji. 

W pierwszej wersji amerykańskiej strategii – jak donosiła część prasy – pojawiały się nawet sugestie „wyłuskania” z Europy czterech krajów: Austrii, Polski, Węgier i Włoch. To pokazuje prawdziwe intencje obecnej administracji USA, która stała się istotnym aktorem także wewnętrznej polityki europejskiej.

Co jednak najważniejsze: Europa niewątpliwie zmaga się z wieloma problemami, ale trudno sobie wyobrazić, by skrajna prawica mogła je rozwiązać.

Minęła pierwsza ćwiartka XXI wieku. Dla Unii był to czas wprowadzenia wspólnej waluty, wielkiego rozszerzenia – także o Polskę – ale również wojny z terroryzmem, wielu kryzysów, podziałów na europejską Północ i Południe, brexitu oraz napięć w relacjach z Moskwą po rosyjskiej agresji na Ukrainę. Jakie wnioski płyną z tych 25 lat?

Europa ma za sobą niewątpliwie osiągnięcia. Jednym z największych było rozszerzenie Unii – z którego my, jako Polska, ogromnie skorzystaliśmy. Unia wciąż pozostaje projektem atrakcyjnym: nadal są państwa, które chcą do niej dołączyć. To samo w sobie jest ważnym sygnałem. 

Trzeba jednak jasno powiedzieć, że znaczenie Unii spadło. W polityce międzynarodowej jej rola została zmarginalizowana. Widać, jak jest usuwana w cień w negocjacjach amerykańsko-rosyjskich na temat przyszłości Ukrainy, choć dla bezpieczeństwa Europy ta kwestia ma zasadnicze znaczenie.

Widać to także w Strategii Bezpieczeństwa Narodowego prezydenta Trumpa, gdzie Unia jest traktowana gorzej niż Rosja i Chiny, poświęca się jej parę stron oskarżeń o upadek cywilizacyjny i gospodarczy oraz o sprzyjanie wojnie w Ukrainie.

Nic dziwnego, że ta strategia doczekała się pochwał w Moskwie i Pekinie.

Jest w niej wizja świata imperialnego, zasadniczo odmienna od tej, którą Zachód, w tym demokratyczna Europa, wyznawały po II wojnie światowej. W tym sensie przypomina raczej XIX-wieczne myślenie imperialne niż rzeczywistość globalizującego się, otwartego świata. W tej wizji dominują trzy imperia: Stany Zjednoczone, Chiny i Rosja. Europa do tej kategorii podmiotów polityki międzynarodowej nie należy. A z kontekstu jasno wynika, że przynajmniej jej część postrzegana jest jako klient USA. 

Celem Trumpa i jego administracji wydaje się więc rozbicie UE i powrót do dominacji państw narodowych, z którymi Stanom Zjednoczonym łatwiej byłoby sobie radzić.

Ten spadek znaczenia Europy widać też w wymiarze ekonomicznym. Poważnie spadło tempo wzrostu gospodarczego, udział kontynentu w produkcji światowej; przede wszystkim w najbardziej nowoczesnych dziedzinach. Europa boleśnie odczuła uzależnienie od rosyjskich surowców energetycznych, a dziś mierzy się z podobnym problemem w relacjach z Chinami – choćby w kwestii metali ziem rzadkich, kluczowych dla nowoczesnych technologii.

Skala tych zależności pokazuje, jak ograniczona jest realna autonomiczność Europy. To problemy poważne i strukturalne.

Unia Europejska pozostaje jednak jedną z największych gospodarek świata. Co może zrobić, by w kolejnej ćwiartce wieku nie stracić tej pozycji?

Europa rzeczywiście dysponuje poważnymi atutami. Ogromny, zintegrowany, największy na świecie rynek daje realne narzędzia obrony przed agresywnymi działaniami innych aktorów. Widzimy to choćby w narastającym sporze handlowym z USA. Unia zaczyna też coraz twardziej reagować na zachowania wielkich firm technologicznych. Kary nakładane na koncerny big tech, regulacje dotyczące gigantów cyfrowych pokazują, że potrafi używać swojej siły. 

Jednak w obszarach tak fundamentalnych jak postęp technologiczny, innowacje czy kreatywność Europa wyraźnie odstaje zarówno od Stanów Zjednoczonych, jak i od Chin. Jeszcze niedawno była miejscem, w którym rodziły się nowe idee i technologie – dziś ten impuls osłabł.

Zasadniczym problemem jest głęboki podział wewnętrzny. To czynnik, który hamuje rozwój, zdolność do reagowania na kryzysy, a przede wszystkim dalszą integrację – zarówno w dziedzinie gospodarki, jak i obronności. Europa wydaje ogromne środki na zbrojenia, ale są one rozproszone, nieskoordynowane, podporządkowane logice narodowej. Budowa wspólnej polityki obronnej zaczyna się z opóźnieniem.

Następnym wielkim wyzwaniem jest sposób zarządzania Unią…

Trzeba ograniczać nadmierną biurokratyzację, o której tak chętnie mówią krytycy Brukseli, i stworzyć lepsze warunki dla przedsiębiorczości. Europa straciła wielu młodych, kreatywnych ludzi, którzy wyjeżdżali do USA, Kanady czy Australii, uciekając przed nadmiernymi regulacjami i opodatkowaniem.

W ostatnich kampaniach wyborczych we Francji wracało pytanie, czy Unia jest projektem promującym globalny handel i globalizację, czy raczej tarczą chroniącą Europę przed globalizacją. Z kolei takie kraje jak Niemcy widzą UE przede wszystkim jako narzędzie ekspansji handlowej i gospodarczej. Czym więc powinna być europejska wspólnota?

Opisał pan realny konflikt interesów, który jest integralnym elementem relacji niemiecko-francuskich. Niemcy tradycyjnie opowiadają się za większym otwarciem, Francja częściej skłania się ku polityce protekcjonistycznej – nie w ramach granic narodowych, choć elementy renacjonalizacji rzeczywiście się pojawiają, lecz w ramach ochrony całej Europy.

W praktyce powinna to być mieszanka obu podejść. Europa jest potężnym aktorem i przy racjonalnej polityce, otwartości oraz szybszym postępie technologicznym nie musi obawiać się konkurencji. Równocześnie musi się jednak chronić – np. przed konkurencją Chin, gdzie niskie koszty pracy stanowią poważne wyzwanie.

Czy Unia nie pada ofiarą własnego idealizmu – np. zbyt szybkiej transformacji ekologicznej i energetycznej, która może osłabiać konkurencyjność? Albo idealizmu pacyfistycznego, dziś konfrontowanego z brutalną rzeczywistością wojny?

Wiara w Europę i integrację europejską wciąż jest silna. We wszystkich społeczeństwach większość popiera projekt europejski i nie widzi przyszłości swoich krajów poza Unią. To nie jest więc kwestia idealizmu w sensie oderwania od rzeczywistości.

Ale to, o czym pan mówi, rzeczywiście istnieje. Jeśli chodzi o pacyfizm, Europa bardzo się zmieniła po rozpoczęciu rosyjskiej agresji na Ukrainę. Nawet w krajach, gdzie sympatia wobec Rosji była wcześniej stosunkowo silna, nastąpił zwrot. Wzrosła świadomość zagrożenia – nie tylko dla Ukrainy, ale dla całej Europy. Problem polega jednak na czymś innym. 

Jest to w dużej mierze efekt skumulowanych doświadczeń XX wieku: strachu przed wojną, przed ofiarami, przed samą koniecznością mówienia o przemocy. Dobrym przykładem była reakcja we Francji, gdy szef sztabu wspomniał publicznie o możliwych ofiarach wojny i został natychmiast skrytykowany przez prezydenta Macrona i klasę polityczną.

Gdzie leży istota problemu?

Wojna zawsze oznacza ofiary. A badania pokazują, że w wielu krajach – we Włoszech, ale nie tylko – zaledwie kilkanaście procent obywateli byłoby gotowych bronić ojczyzny z bronią w ręku. To bardzo niskie wskaźniki i sygnał alarmowy.

Europa, mimo doświadczeń dwóch wojen światowych, totalitaryzmów i zimnej wojny, a także na skutek wieloletniej ochrony ze strony Stanów Zjednoczonych wciąż nie oswoiła się z myślą, że musi w większym niż dotąd stopniu dbać o własną obronę, że coraz mniej może liczyć na USA, że musi realnie przygotować się na możliwość bezpośredniej konfrontacji z Rosją. Bo przecież wiele wskazuje na to, że Ukraina nie jest ostatnim celem rosyjskiej agresji.

Sekretarz generalny NATO Mark Rutte ostrzega, że jeśli Europa się nie dozbroi, to grozi jej wojna. Czy takie wezwania mogą zmobilizować europejskie społeczeństwa, czy raczej doprowadzą do tego, że Europejczycy na nie zobojętnieją?

Same słowa Marka Ruttego prawdopodobnie nie wystarczą. Ale powtarzalne komunikaty ze strony autorytetów politycznych, przywódców państw, połączone z konsekwentną „pedagogiką demokratyczną”, są niezbędne.

Trzeba jasno tłumaczyć społeczeństwom, że to, czy wojna wybuchnie, czy nie, zależy od poziomu naszego przygotowania. Potencjał Europy – gospodarczy i demograficzny – jest przecież nieporównywalnie większy niż Rosji. To fakt, o którym rzadko się mówi wprost.

Konieczna jest stała rozmowa ze społeczeństwami?

Przykład francuski, o którym wspomniałem, pokazuje raczej, jak tego nie robić – temat został zduszony w zarodku. Tymczasem media i politycy powinni spokojnie, konsekwentnie wyjaśniać, czym jest obecnie wojna i że możemy stanąć w obliczu trudnych decyzji, związanych z obroną własnej niepodległości, demokracji i bezpieczeństwa.

Unia powstała po to, by wojna między jej państwami była niewyobrażalna. Dziś jednak coraz częściej mówi się o wojnie przeciwko Europie. Czy to powinno stać się elementem zbiorowej świadomości Europejczyków?

Agresja Rosji na Ukrainę już to uświadamia. I nie chodzi tylko o klasyczne działania militarne, ale także o formy wojny hybrydowej: propagandę, dywersję, sabotaż, zamachy. Przypomnę głośny przypadek sabotażu infrastruktury kolejowej w Polsce, który na szczęście nie pociągnął za sobą ofiar.

Jak tę świadomość przełożyć na konkretne działania? Co powinniśmy robić – jako Unia, jako państwa, ale też jako obywatele – żeby realnie zmniejszyć zagrożenie? To dziś jedno z najpoważniejszych pytań. Na poziomie Unii odpowiedź wymaga odwagi politycznej i gotowości do podjęcia tematu wspólnego wysiłku militarnego. Nawet jeśli poszczególne państwa – jak Polska – wydają relatywnie dużo na obronność, to, jak wspomniałem, wciąż są to potencjały rozproszone i przez to ograniczone. Działając wspólnie, Unia mogłaby reprezentować zupełnie inną skalę siły.

Skrajna i narodowa prawica przekonuje, że masowa imigracja zagraża Europie kulturowo – że przyjeżdżają ludzie niechętni europejskiemu dziedzictwu. Natomiast Europa potrzebuje imigrantów. Czy da się pogodzić ochronę europejskiego modelu życia z odpowiedzią na potrzeby demograficzne i gospodarcze?

Jeśli nie znajdziemy rozwiązania, które odpowiadałoby na obawy obu stron, sytuacja stanie się bardzo niebezpieczna. Problem migracji jest dziś głównym czynnikiem mobilizującym wyborców Trumpa w USA, ale także skrajną prawicę i siły populistyczne w całej Europie. To są realne obawy, które nie wynikają wyłącznie z rasizmu czy uprzedzeń. 

W języku angielskim słowo home oznacza jednocześnie dom w sensie fizycznym i dom jako wspólnotę, miejsce zakorzenienia, źródło tożsamości. Trudno zaakceptować w swoim „domu” ludzi o zupełnie innej kulturze, innym systemie wartości, innym stosunku do spraw podstawowych. To reakcja w dużej mierze naturalna.

Problem polega na skali zjawiska. Na świecie mamy dziś ponad 60 milionów uchodźców i migrantów. Grozi nam napływ ogromnej fali z przeludnionej Afryki. Europa nie jest w stanie przyjąć wszystkich, którzy pragną się do niej dostać. 

Dlatego potrzebne są rozwiązania selektywne, polityka, jaką prowadzi np. Dania: przyjmowanie ludzi zagrożonych w swoich krajach ze względów politycznych, rasowych czy religijnych, zgodnie z zasadami azylu. Oraz przyjmowanie imigrantów zgodnie z realnymi potrzebami rynku pracy i kwalifikacjami, a nie masowe otwieranie granic.

Porozmawiajmy więc o tych potrzebach.

Europa wymiera. Wskaźniki demograficzne – także w Polsce – są dramatyczne. Nawet Francja, do niedawna jedyny kraj starej Europy z dodatnim przyrostem naturalnym, notuje wyraźny spadek. Bez imigracji nie będziemy w stanie utrzymać systemów emerytalnych ani tempa rozwoju. Dlatego potrzebna jest kontrolowana imigracja, połączona z otwartością kulturową i religijną – ale nie naiwna wielkoduszność, która ignoruje realne obawy społeczeństw.

À propos: czy obawy przed dominacją Niemiec w Unii Europejskiej mają związek z rzeczywistością, czy to raczej polityczne manipulacje – szczególnie chętnie podsycane przez prawicę w Polsce?

W dużej mierze to manipulacje. W Niemczech istnieją jedne z najsilniejszych środowisk popierających dalszą integrację europejską – podobnie jak w większości starej Europy, która ma długie doświadczenie współżycia w ramach Unii.

Straszenie Niemcami, szczególnie w Polsce, jest niebezpieczne. To kraj głęboko „przetrącony” przez II wojnę światową i jej konsekwencje. Jego zdolności przywódcze – także polityczne – są znacznie bardziej ograniczone, niż się to często przedstawia. Gdyby chciał dominować, inne państwa Unii bez trudu mogłyby temu przeciwdziałać w imię równości i wspólnych zasad. 

To straszenie Niemcami jest więc bardziej szkodliwe dla Polski niż dla samych Niemiec.

A co z Francją?

No właśnie: znacznie bardziej sceptyczna wobec dalszej integracji jest Francja – ale to wynika z jej osłabienia. Rozszerzenie Unii, w tym o Polskę, osłabiło jej dominującą rolę z pierwszych dekad integracji. Dzisiejsze reakcje Paryża są często defensywne, motywowane lękiem, a nie pozytywną wizją przyszłości. 

W Niemczech wciąż jest więcej optymizmu i wiary w projekt europejski, choć i one borykają się z problemami gospodarczymi – w dużej mierze z powodu uzależnienia od Rosji w kwestii surowców energetycznych i od Chin jako rynku zbytu.

Wspólne działanie na rzecz przezwyciężenia tych kryzysów mogłoby wzmocnić także pozycję Polski w Unii. Tymczasem widzimy, jak ta rola osłabła. Był moment, gdy Polska współtworzyła – obok Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii – układ kluczowy dla przyszłości Europy. Dziś to się skończyło: z powodu naszych konfliktów wewnętrznych, osłabienia władzy wykonawczej i dwuznacznej polityki wobec Europy i Ukrainy. Dlatego budowanie konsensusu wewnętrznego i przezwyciężanie antyeuropejskich nastrojów jest dla Polski sprawą fundamentalną.

A jak Polska ma nie popaść w megalomanię ani w niepotrzebne umniejszanie własnych możliwości? Często oscylujemy między tymi dwoma biegunami…

Po pierwsze, Polska niewątpliwie dysponuje poważnym potencjałem. Wynika on nie tylko z wielkości kraju – demograficznej i terytorialnej – lecz także z osiągnięć po 1989 r. Transformacja przyniosła nam wyjątkowe sukcesy gospodarcze i handlowe, które są dziś realnym kapitałem.

Polska oczywiście nie powinna ani nie może być „przywódcą” Europy – zresztą nie byłby to dobry model, gdyby jeden kraj dominował nad innymi. Ale może i powinna należeć do grona państw wiodących. Może odgrywać istotną rolę obok Wielkiej Brytanii, Francji czy Niemiec, właśnie dlatego, że reprezentuje inną tradycję, inne doświadczenie historyczne i inne postrzeganie świata. Mogłaby też być rzecznikiem regionu, który dziś odgrywa coraz większą rolę demograficzną i polityczną, ale też wnosi szczególne doświadczenie. 

Na Zachodzie coraz częściej przyznaje się, że Polacy i Bałtowie od dawna wiedzieli, czym jest Rosja i jakie zagrożenia niesie. To pokazuje, jak możemy przyczyniać się do poszerzenia europejskiej wyobraźni geopolitycznej – w oparciu o własne doświadczenia, ale też o gotowość do obrony i poświęcenia.

Wspominałem wcześniej o słabości takich postaw w niektórych państwach Zachodu. Tymczasem Polska, podobnie jak kraje bałtyckie, przeznacza dziś znacznie większą część PKB na obronność niż państwa starej Europy. To fakt zauważany i doceniany – i widzę w nim potencjalnie ważną rolę Polski – rolę kraju, który jest wiarygodny zarówno na wschodzie, jak i na zachodzie Europy. To mogłoby istotnie wzmacniać nasze bezpieczeństwo, ale także budować poczucie spokojnej pewności siebie i godności: świadomość, że Polska jest ważnym aktorem i realnie współkształtuje europejską scenę polityczną, naszą wspólną przyszłość.

Aleksander Smolar // Fot. Grażyna Makara

ALEKSANDER SMOLAR jest politologiem i socjologiem. W czasach PRL działacz opozycji demokratycznej, po Marcu ’68 więziony, a następnie zmuszony do emigracji, pracował m.in. w Centre National de la Recherche Scientifique w Paryżu (CNRS). Po 1989 r. doradca premierów Mazowieckiego i Suchockiej, w latach 1991-2020 prezes Fundacji Batorego.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 1-2/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Europa nie porywa