Rozmawialiśmy o tym tekście od miesięcy. Obserwując rosnącą popularność Gabora Maté – tyleż lekarza, który od dekad pomagał pacjentom z uzależnieniami, ADHD i przebytą traumą, co myśliciela publicznego, stawiającego na podstawie swojej pracy diagnozę współczesnej kulturze – szukaliśmy kogoś, kto będzie umiał parę wątków uporządkować.
Gabor Maté: skąd się bierze trauma
Kto rozdzieli trafne rozpoznanie lub wartościową przestrogę (np. przed kosztami ukrytego stresu, którym Maté poświęcił książkę „Kiedy ciało mówi nie”) od czegoś, co wydaje się ryzykowne. Gdzie mówienie o związkach między przeżytą przez nas lub przez naszych przodków traumą a chorobami autoimmunologicznymi czy nowotworowymi może być uwalniające („To nie twoja wina” – streszcza przesłanie Maté jedna z osób występujących w portretującym go filmie „Mądrość traumy”), a gdzie staje się zbyt daleko idącym uogólnieniem.
Kto w fascynacji mocnymi tezami, osobistą charyzmą i siłą świadectwa urodzonego w 1944 r. w Budapeszcie żydowskiego chłopca, który wyemigrował z rodzicami do Kanady po upadku powstania węgierskiego, dostrzeże także tęsknotę za guru, a w nim samym, co tu kryć: uwiedzenie tą rolą. Kto sprawdzi, czy tzw. holistyczne podejście nie okazuje się ostatecznie redukcjonistyczne – sprowadzające wszystkie nasze problemy do jednego klucza.
Jacyś ludzie w ucieczce przed jakimiś ludźmi.
W jakimś kraju pod słońcem
i niektórymi chmurami.
Znaleźliśmy osobę, której kompetencje filozoficzne, psychoterapeutyczne, ale też społeczno-kulturowe, uprawniają ją do napisania artykułu odpowiadającego na interesujące nas pytania. Wydawało się, że czerwcowa seria wykładów Gabora Maté w kilku polskich miastach będzie doskonałym pretekstem do publikacji jej tekstu. Ale ostatecznie zrezygnowała z pisania. Dlaczego?
Kontrowersje wokół wykładów: Izrael na ławie oskarżonych
„Panowała atmosfera ogromnej czułości. Wielu słuchaczy nie ukrywało poruszenia, niektórzy mieli łzy w oczach. Od dawna nie spotkałam się z taką uważnością i otwarciem na wykładowcę” – tak warszawskie spotkanie z kanadyjskim lekarzem relacjonowała na stronie Vogue’a Justyna Kopińska.
W innych mediach jednak podkreślano raczej towarzyszące tourneé Maté kontrowersje; protesty gmin żydowskich czy wycofany patronat Uniwersytetu Wrocławskiego. Przedstawiany jako „ocalały z Holokaustu” gość z Kanady mówił bowiem i o tym, że w Strefie Gazy Izrael dokonuje ludobójstwa, a w dodatku, że – to cytat z wykładu we Wrocławiu – „jeśli ktokolwiek miałby zrozumieć walkę Palestyńczyków przeciw zewnętrznemu okupantowi, to właśnie Polacy”.
W tym kontekście – uważa osoba, na której tekst o Maté liczyliśmy – jakakolwiek analiza jego poglądów na traumę i toksyczność współczesnej kultury, nie mówiąc o próbie refleksji nad promieniowaniem jego osobowości, jest niemożliwa. Wszystko, co dotąd napisał i powiedział, cała jego droga życiowa i zawodowe osiągnięcia, cała fascynująca nieoczywistość tej sylwetki, zostaje sprowadzona do jednej kwestii.
Mówiąc nieco karykaturalnie: zgłaszasz jakiekolwiek zastrzeżenia, to znaczy bierzesz odwet za jego krytykę Izraela. Z uznaniem opisujesz lata pracy nad cierpieniem i traumą? Ranisz uczucia swoich żydowskich przyjaciół, którzy w obliczu wzbierającej w Europie fali antysemityzmu mają prawo czuć się zagrożeni.
Biedni Polacy patrzą: jaka jest rola mediów w opisywaniu konfliktu palestyńsko-izraelskiego
Kiedy po rozmowie o nienapisanym tekście odłożyłem telefon, miałem poczucie, że to naprawdę karykaturalne streszczenie. Ale teraz już tak nie myślę. W kwestii naszego stosunku do Izraela i Gazy jest coś, co powoduje, że w odległości dwóch i pół tysiąca kilometrów od miejsca tragedii ludzie prawi i otwarci, nawykli do uważnego słuchania siebie i innych, z zainteresowaniem przyjmujący odmienne perspektywy, nagle tracą te umiejętności.
Zostawiają za sobą jakieś swoje wszystko,
obsiane pola, jakieś kury, psy,
lusterka, w których właśnie przegląda się ogień.
Pytanie, czy istnieje znak równości między poglądem, że Izrael dokonuje w Gazie ludobójstwa, a antysemityzmem, postawiłem pod koniec czerwca podczas debaty „Biedni Polacy patrzą…”, zorganizowanej w ramach Festiwalu Kultury Żydowskiej z okazji 80-lecia „Tygodnika Powszechnego”. Przyznam, że postawiłem je, czując się dość bezpiecznie – w przekonaniu, że po tylu latach zaangażowania mojej redakcji w zwalczanie antysemityzmu i przecieranie szlaków w dialogu polsko- i chrześcijańsko-żydowskim, nie muszę nikomu tłumaczyć, z jakiego miejsca przychodzę.
Rolą dziennikarza, nie tylko tego medium, jest przecież możliwie bezstronne (choć świadome własnych ograniczeń, związanych np. z datą i miejscem urodzenia) opisywanie rzeczywistości, w której – jak w fenomenie Gabora Maté – można rozróżniać.
Jak o tym pisać: lipiec w Gazie, październik w Izraelu, Hamas i Netanjahu
Pisząc np. o kilkudziesięciu tysiącach ofiar śmiertelnych izraelskiej operacji w Gazie albo będąc świadomym, że parę dni temu dziennik „Haaretz” ujawnił, iż żołnierze izraelskiej armii dostawali rozkazy strzelania do nieuzbrojonych cywilów gromadzących się przy tamtejszych punktach dystrybucji żywności, nie unieważniać ani bestialstwa rzezi dokonanej przez Hamas 7 października 2023 r., ani faktu, że celem tej organizacji (i państw, które ją wspierają) jest zniszczenie Izraela – a w związku z tym, że skandowane również w Europie hasło „From the river to the sea” musi brzmieć w uszach obywateli tego kraju złowrogo.
Gdzie, jak nie w „Tygodniku”, można o takich kwestiach rozmawiać w atmosferze zaufania – pamiętając zarówno o tym, że po 7 października trudno znaleźć w Izraelu kogoś, kogo tragedia nie dotknęłaby osobiście, jak i o tym, że żeruje na niej polityk sądzony za korupcję i używający wojny z Palestyńczykami jako sposobu na legitymizację.
W oczach niektórych utraciliśmy jednak to zaufanie. „»Tygodnik Powszechny«, puszczający na swoich łamach antysemickie oskarżenia wobec Izraela, w tym powtarzający kłamstwo o rzekomym ludobójstwie w Gazie – współczesny wariant oszczerstw o mordzie rytualnym, które są niechlubnym dziedzictwem historii Kościoła – jest moralnie skompromitowany w kwestii żydowskiej. Zaangażowanie tego medium w dyskusję o relacjach chrześcijańsko-żydowskich jest hipokryzją godną faryzeuszy” – przeczytałem np. w komentarzu pod zaproszeniem na naszą debatę, opublikowanym w jednym z portali społecznościowych.
Spór o ludobójstwo: zbrodnie, tylko jakie?
Również i po debacie długo rozmawiałem z tymi, którzy zostali jeszcze w Żydowskim Muzeum Galicja, wysłuchując uwag do tego, co i jak piszemy o tej wojnie, a może bardziej – o czym nie napisaliśmy lub pisaliśmy za mało (np. o opływających w bogactwa przywódcach Hamasu, świadomie traktujących ludność Gazy jak żywe tarcze – choć akurat o tym pisaliśmy). Im dłużej to trwało, tym bardziej pytanie, które postawiłem w trakcie dyskusji, nikło pod innymi. Rzec by można: bliższymi ciału.
Mają na plecach dzbanki i tobołki,
im bardziej puste, tym z dnia na dzień cięższe.
Istnieje oczywiście grupa czytelników, dla których jasne stanowisko w tej kwestii ma fundamentalne znaczenie. Przypomnijmy: o ludobójstwie – wedle obowiązującej wciąż Konwencji ONZ – mówi się wtedy, gdy sprawca ma zamiar „wyniszczenia w całości lub części” danej grupy narodowej, etnicznej, religijnej lub rasowej „jako takiej” (ludobójstwem nie byłoby więc zrzucenie bomby na Hiroszimę: celem było wygranie wojny, nie wymordowanie Japończyków).
Terminem tym w kontekście Gazy posłużył się w „TP” kilka tygodni temu Marek Matusiak, powołując się na międzynarodowe autorytety prawnicze, związane z ONZ czy organizacjami obrońców praw człowieka, ale też na badaczy Holokaustu, którym i konsekwencja, z jaką działa armia, i jednoznaczność deklaracji członków rządu Izraela („Niszczymy w Gazie wszystko, co jeszcze zostało, bo wszystko tam jest jednym wielkim centrum terroru” – to minister finansów Becalel Smotricz; „Ten obszar zostanie zupełnie odcięty od dostaw żywności, elektryczności i paliw. Walczymy z ludźmi-zwierzętami i postępujemy adekwatnie” – to minister obrony Joaw Galant) kojarzy się jednoznacznie.
Inaczej jednak rzecz widzi – i tu również cytuję tekst z „TP” – Dariusz Rosiak: „W wojnie prowadzonej w terenie miejskim ofiary cywilne są nieuniknione. W trakcie ofensywy sił alianckich na Mosul i Rakkę w latach 2016-17 ginęli liczni cywile niemający związków z Państwem Islamskim. Mimo to działania aliantów i ich miejscowych sojuszników były akceptowane przez rządy zachodnie i arabskie (i krytykowane przez organizacje praw człowieka). Nie znaczy to, że nie należy rozliczyć Izraela ze zbrodni, które zapewne popełnia w Gazie. Ale wśród nich nie ma zbrodni ludobójstwa” – pisze twórca „Raportu o stanie świata”.
Izrael i Gaza: to skomplikowane
Jasne: wielu doniesień z Gazy nie sposób zweryfikować. Na teren konfliktu od dawna nie są wpuszczani niezależni obserwatorzy, obie strony toczą go również w warstwie propagandowej. Ale z tekstu Rosiaka zapamiętałem także zdanie: „Wobec sytuacji skomplikowanych i niejednoznacznych wielu wyłącza myślenie. Łatwiej osądzać”.
Coś podobnego mówił niedawno w rozmowie z „La Repubblica” izraelski pisarz Etgar Keret, którego trudno nazwać zwolennikiem rządu Netanjahu: „Żyjemy w świecie uproszczonych narracji: kiedy ktoś z nas rozmawia z kimś spoza naszego kraju, od razu zauważa, że ludzie zawsze przejawiają silną potrzebę określenia się albo za Palestyną, albo za Izraelem, i nikt nie jest gotowy do słuchania czy prawdziwego dialogu. Nikt nie podważa krzywdy Palestyńczyków, bo z rąk Izraela zginęły ich tysiące. Ale my też mamy listę zarzutów wobec innych dookoła, moglibyśmy np. bez końca mówić o terroryzmie”.
Odbywa się po cichu czyjeś ustawanie,
a w zgiełku czyjeś komuś chleba wydzieranie
i czyjeś martwym dzieckiem potrząsanie.
Szykując się do napisania tego tekstu, przeczytałem m.in. książkę Pawła Mościckiego „Gaza. Rzecz o kulturze eksterminacji” – najmocniejsze dotąd w polszczyźnie oskarżenie Izraela o dążenie do „ostatecznego rozwiązania kwestii palestyńskiej”, szczegółowo zbierające wszelkie argumenty za określeniem tego, co dzieje się w Gazie mianem ludobójstwa, a zarazem zdumiewająco łatwo przechodzące do porządku dziennego (choć teoretycznie autor poświęca temu cały rozdział) nad zbrodniami z 7 października 2023 r.
Daruję sobie cytowanie pojawiających się w wywodzie świetnego eseisty teorii spiskowych na temat zachowań izraelskich służb przed atakiem Hamasu albo organizacji festiwalu Supernova w tym akurat miejscu i czasie. Pominę też milczeniem kwestionowanie liczby ofiar „palestyńskich organizacji bojowych” i przypisywanie odpowiedzialności za część z nich Izraelczykom. Interesuje mnie osobność światów, w których tkwią obserwujący tę samą rzeczywistość autorzy.
Europa się przygląda: Palestyna jest w modzie
„Izrael – niezależnie od swojej polityki wobec Palestyńczyków – wciąż traktowany jest przez rządy krajów zachodnich z pobłażaniem” – twierdzi np. Mościcki. Rosiak pisze: „Dla wielu ludzi na świecie Izrael pod wodzą Netanjahu zamienia się w pariasa: państwo, które ma za nic zachodnie wartości i międzynarodowe prawo, codziennie zabija cywilów w Gazie i dokonuje zniszczenia Strefy. Nawet ci, którzy współczuli Izraelczykom po zbrodniach Hamasu z 7 października 2023 r., zmieniają zdanie. Kolejne kraje Europy uznają państwowość Palestyny. Pogłębia się globalna niechęć, a w niektórych krajach wręcz wrogość do Izraela. A niekiedy też kwestionowanie jego prawa do istnienia”.
Opisu europejskich i amerykańskich demonstracji czy aktów przemocy wymierzonych w Izrael i Żydów w zasadzie u Mościckiego nie znajdziemy, a jeśli, to służą mu do wzmocnienia tez o „kulturze eksterminacji”, w której „w złym tonie jest urazić oprawców albo ich zwolenników. To oni mają mandat do tego, by uciszać protestujących, są w stanie ich zaszczuć, szantażować moralnie, wywierać instytucjonalną, symboliczną, finansową i fizyczną presję. W kulturze eksterminacji moralne autorytety – pisarze, filozofowie, artyści, działacze – milczą na temat dokonywanego mordu albo jawnie popierają jego sprawców”.
Przed nimi jakaś wciąż nie tędy droga,
nie ten, co trzeba most
nad rzeką dziwnie różową.
Autor „Gazy. Rzeczy o kulturze eksterminacji” nie jest w tej obserwacji odosobniony: o „ogłuszające milczenie” w sprawie palestyńskiej tragedii pytała Jacka Leociaka Hanka Grupińska w rozmowie opublikowanej przez Oko.Press. Choć przecież nawet w książce Mościckiego znajdziemy wypowiedzi czołowych humanistów naszej epoki niezostawiających na polityce Izraela suchej nitki, a zapoznawałem się z nimi równolegle z – niewątpliwie ważniejszymi, jeśli idzie o oddziaływanie na zbiorową wyobraźnię Europejczyków – relacjami z festiwalu w Glastonbury, gdzie nad tłumami powiewały palestyńskie flagi, a punkowy duet Bob Vylan wzywał ze sceny do mordowania izraelskich żołnierzy. Chodząc po ulicach europejskich miast, siadając na widowni koncertów czy meczów, trudno nie odnieść wrażenia, że bycie propalestyńskim stało się wręcz modne.
Żydzi się niepokoją: coraz więcej antysemityzmu
Miriam Synger, biorąca również udział w debacie na FKŻ, podkreśla, że Polska wciąż pozostaje dla Żydów jednym z najbezpieczniejszych miejsc w Europie, ale w ubiegłorocznej rozmowie z „Tygodnikiem” mówiła też o wrogości doświadczanej ze strony środowisk, które zawsze wspierała: LGBT+ czy feministycznych: „Rozumiesz to? Boję się walczącego o prawa Palestyńczyków geja bardziej niż faceta spod hasła »Polska dla Polaków«”…
Niby nie ma w tym nic nowego. „Chaos informacyjny, szantaż moralny i coraz bardziej wykluczające się narracje na temat zbrodni, winy i cierpienia” towarzyszą konfliktowi dwóch narodów o jedną ziemię od zawsze – przypomina Rosiak.
W dodatku konflikt ten żeruje na mitach i fantazjach religijno-mesjanistycznych, a „każdy lider, który próbował odrzucić te ograniczenia i sprowadzić spór do polityki, czyli do negocjowania interesów i szukania kompromisów, kończył zwykle znienawidzony przez swoich, w splocie wewnętrznych sprzeczności (jak Jasir Arafat, lider Organizacji Wyzwolenia Palestyny) albo w grobie (jak Icchak Rabin, premier Izraela zabity przez izraelskiego ekstremistę)”.
Widok cudzego cierpienia: co czuje świadek
Zawrzeć pokój to zapomnieć: by doszło do pojednania, pamięć musi być wybrakowana – to jedna z myśli, które Susan Sontag rzuciła w „Widoku cudzego cierpienia” niemal na marginesie: „Jeśli celem jest posiadanie odrobiny przestrzeni, w której można przeżyć życie, warto, żeby relacja konkretnych niesprawiedliwości rozpłynęła się w ogólniejszym zrozumieniu, że istoty ludzkie wszędzie wyrządzają sobie nawzajem okropne krzywdy”.
Ale w obecnej fazie konfliktu zacytowanie takich słów wydaje się aktem naiwności. Może lepiej przywołać inny fragment eseju amerykańskiej pisarki i aktywistki, analizującej postawy wobec relacji z wojen i kataklizmów (także postawy dwuznaczne, związane z ekscytacją i poczuciem komfortu widza z dalekiego kraju):
„»My« – my, czyli każdy, kto nigdy nie przeżył niczego takiego jak to, przez co przeszli oni – nie rozumiemy. Nie dociera do nas. Naprawdę nie potrafimy sobie wyobrazić, jak to było. Nie potrafimy sobie wyobrazić, jak potworna, jak przerażająca jest wojna; ani jak normalna się staje. Oto, co uparcie czują wszyscy – każdy żołnierz, każdy dziennikarz, każdy pracownik pomocy humanitarnej i niezależny obserwator – którzy spędzili dużo czasu pod ostrzałem i mieli szczęście wymknąć się śmierci, która obaliła innych, w pobliżu”.
Dokoła jakieś strzały, raz bliżej, raz dalej,
w górze samolot trochę kołujący.
Nie rozumiemy więc, ale patrzymy na obrazy stamtąd. Ze zgrozą, płomiennym oburzeniem, wydaje nam się także: ze szczerą empatią. Z bagażem dostępnych nam w tej części Europy – na „Skrwawionych ziemiach”, w „Traumalandzie” – skojarzeń i pojęć. Z erozją wyobraźni religijnej, powodującą wypieranie metafizyki przez moralizm.
Niektórzy również ze świadomością, że postawa świadka straszliwych wydarzeń rodzi ambiwalentne emocje (Michael Steinlauf w „Pamięci nieprzyswojonej” pisał wręcz o „winie wobec śmierci”, odczuwanej przez tych, którzy zachowali bierność). Czasami: z lękiem o bliskich, znanych osobiście ludzi. To też pewnie są powody, dla których trudno nam o tym rozmawiać. Ale są jeszcze inne.
Zagłada i kolonializm: wyrzuty sumienia naszej cywilizacji
Nie wykluczam, że część czytelników „Tygodnika” oburza samo przywoływanie książki Mościckiego, zawiera ona jednak obserwację, nad którą trzeba się zatrzymać:
„W Gazie spotykają się i krzyżują dwie wielkie historyczne formacje, dwa wielkie historyczne paradygmaty, których koegzystencja, jak się okazuje, tworzy raczej szereg tragicznych zderzeń niż konstelację nowego międzynarodowego porządku opartego na pokoju. Chodzi oczywiście o Zagładę i kolonizację. Dziedzicem jednej linii jest Izrael, dziedzicem drugiej zaś – Palestyna. Tyle że obie przeglądają się w swoich historiach i rywalizują ze sobą o pierwszeństwo, biorąc udział w osobliwej psychomachii.
Skoro państwo Izrael, jak głosi jego doktryna, powstało po to, żeby dać schronienie ludowi, który padł ofiarą tak okropnej zbrodni jak ludobójstwo Żydów europejskich dokonane przez nazistowskie Niemcy, nie można odmówić mu prawa do istnienia. Skoro jednak, jak uważają Palestyńczycy, powstało ono jako projekt kolonialny od ręki pozbawiający miliony rdzennych mieszkańców Palestyny praw do własnej ziemi, jego istnienie nie jest absolutem, a może nawet stanowi formację, którą jak najszybciej należy unieważnić”.
Palestyńczycy uznający się za ofiary czystki etnicznej, czyli Nakby, żyją obok Izraelczyków uznających się za potomków ofiar Shoah: „Ten trudny do rozwikłania splot historycznych katastrof ma jeszcze jeden istotny napęd, który być może odpowiada za »popularność« tego konfliktu na świecie – pisze Mościcki. – Chodzi o to, że zarówno Zagłada, jak i kolonializm stanowią dwa najbardziej wstydliwe, a zarazem potężne elementy dziedzictwa europejskiej historii, dwa nawiedzające naszą tradycję, nieprzepracowane wyrzuty sumienia”.
Przydałaby się jakaś niewidzialność,
jakaś bura kamienność,
a jeszcze lepiej niebyłość
na pewien krótki czas albo i długi.
Do tych wyrzutów sumienia – nieprzepracowanych i jednak przepracowywanych – odwołują się osoby, które na pytanie o ludobójstwo odpowiadają radykalnie odmiennie.
Polacy o Żydach: wciąż w cieniu Holokaustu
„Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tym, co dzieje się w Gazie, leczymy sobie w Polsce wszystkie bolesne debaty na temat Holokaustu” – uważa np. Miriam Synger [czytaj: wreszcie możemy powiedzieć, że Żydzi też nie są w porządku – MO]. „Polacy mówią o niej, że sytuacja jest »skomplikowana« [czytaj: nie potrafią jednoznacznie potępić Izraela – MO], m.in. dlatego, że dźwigamy tu poholokaustowe poczucie winy wobec Żydów” – mówi Hanka Grupińska w rozmowie z Adanią Shibli, palestyńską pisarką przenoszącą traumę swojego narodu w wymiar literatury pięknej.
Jest i poczucie winy, o którym opowiadał w rozmowie z Grupińską Leociak. Dla niego pozostawanie w „paraliżującej aurze Holokaustu” i zawierzeniu ofiarom Zagłady długo wiązało się z przeniesieniem tego zawierzenia na współczesnych Izraelczyków, a w konsekwencji: z niewidzeniem Palestyńczyków.
O tym ostatnim mówił, szczęśliwie, w czasie przeszłym. Trudno nie dostrzec, że rozważając żydowskie i polsko-żydowskie sprawy, otworzyliśmy się również na Palestynę. Na półkach księgarń coraz więcej dzieł tamtejszych pisarzy – oprócz Shibli np. Rajy Shehadeha (oboje gościli na współorganizowanym przez „TP” Festiwalu Conrada). Wydawnictwo Literackie opublikowało właśnie „Palestynę: wojnę stuletnią. Opowieść o kolonializmie i oporze” Rashida Khalidiego.
Z zachodnich uczelni szerokim strumieniem dociera opowieść o Izraelu toczona w dyskursie antykolonialnym i antyrasistowskim. Narracja o „splocie historycznych katastrof” stała się polifoniczna.
Coś jeszcze się wydarzy, tylko gdzie i co.
Ktoś wyjdzie im naprzeciw, tylko kiedy, kto,
w ilu postaciach i w jakich zamiarach.
W tle jest coś jeszcze: wykorzystywanie kodów językowych związanych z Holokaustem do opisu dzisiejszej wojny. Niby to też nic nowego: „Może płynę [do Gazy – MO], bo na placu Krasińskich kręciła się karuzela, kiedy po 19 kwietnia 1943 getto płonęło, walcząc” – pisał np. Roman Kurkiewicz na łamach „Tygodnika”, tłumacząc swój udział w tzw. Flotylli Wolności, która w 2011 r. usiłowała przełamać morską blokadę Strefy.
Ostateczne rozwiązania: ludobójstw było więcej
Mościcki mówi jeszcze mocniej: to, co dzieje się dziś w Gazie, dotyczy całej ludzkości, tak jak wcześniej całej ludzkości dotyczyło Auschwitz. Mówiąc o tym, wręcz trzeba odwoływać się do Zagłady, ba: to być może sposób ocalenia Auschwitz przed całkowitą instrumentalizacją.
O tym, czy Zagłada była czymś wyjątkowym, powstają filozoficzne traktaty i historyczne opracowania (książka Konstantego Geberta o współczesnych ludobójstwach, od działań cesarskich Niemiec w Namibii po wyniszczanie Ujgurów przez Chiny, nosi tytuł „Ostateczne rozwiązania”). To dyskusja, której nie sposób zamykać, niezależnie od dobiegających z Izraela pomruków gniewu.
Można jednak dostrzegać, oprócz analogii, także fundamentalne różnice – nie traktując tego jako próby pomniejszania dziejącej się w Gazie tragedii. Nie trzeba sakralizować Shoah, wystarczy zachowywać intelektualną precyzję. A zachowując ją, opowiadać się także przeciw dyskursowi, w którym (ostatni raz zacytuję Mościckiego) „antysemickie staje się jednocześnie i w tym samym stopniu: sprzeciwianie się wojnie, antysyjonizm, solidarność z palestyńskimi ofiarami, zadawanie pytań wobec izraelskiej wersji wydarzeń oraz wątpliwości w sprawie działań odwetowych, antyimperializm, rzeczywisty antysemityzm”.
„Odruch moralny nie powinien zastępować myślenia – i vice versa” – to zdanie wypowiedział ważny uczestnik debat na temat Izraela, Palestyny, antysemityzmu, ludobójstwa i losu polskich Żydów. Zanim sprawdzicie który, sprawdźcie, czy uważacie je za słuszne.
Jeśli będzie miał wybór,
może nie zechce być wrogiem
i pozostawi ich przy jakimś życiu.
Wobec zła: czy jesteśmy bezradni
Siadając do pisania tego tekstu, nie miałem gotowej konkluzji. Szukając jej, wynotowałem sobie i tę obserwację Susan Sontag:
„Dla Żyda z Izraela zdjęcie dziecka rozerwanego na strzępy w pizzerii Sbarro w centrum Jerozolimy jest przede wszystkim zdjęciem żydowskiego dziecka zabitego przez Palestyńczyka w samobójczym ataku. Dla Palestyńczyka z Gazy zdjęcie dziecka rozerwanego na strzępy pociskiem wystrzelonym z czołgu jest przede wszystkim zdjęciem palestyńskiego dziecka zabitego pod izraelskim ostrzałem. Dla bojownika tożsamość jest wszystkim. I wszystkie zdjęcia czekają, aż podpis wyjaśni je lub zafałszuje”.
Patrząc na samo zdjęcie, nie wiem przecież, jakiej narodowości jest ofiara – tak samo jak nie wiem, jakiej narodowości są „jacyś ludzie” z wiersza Wisławy Szymborskiej, którym ten tekst kontrapunktuję. Bardzo się obawiam, że w poszukiwaniu jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o ludobójstwo i antysemityzm zaczynam widzieć podpis zamiast obrazu. I że przestaję widzieć splatające się z tymi pojęciami poczucie winy, uświadomioną i nieuświadomioną traumę, utknięcie w przeszłości, bezradność wobec cierpienia i zła.
Szkoda, że ten tekst o Gaborze Maté dotąd nie powstał.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















