Wojciech Bonowicz: 1 września kojarzy mi się z odgłosem nadlatujących samolotów i wybuchów bomb, a urodziłem się 22 lata po zakończeniu wojny. Akademie szkolne zawsze zaczynały się od takiego nagrania.
Michał Bilewicz: W mojej szkole, z przełomu lat 80. i 90., wyglądało to podobnie. A jedna z młodszych ode mnie czytelniczek „Traumalandu” zastanawiała się podczas spotkania autorskiego, jaki wpływ miało na nią to, że dyrektor jej szkoły co roku zaczynał swoje wystąpienie od słów: „Drogie dzieci, tego dnia w 1939 roku tacy uczniowie jak wy również przyszli na rozpoczęcie swojego roku, ale zamiast dzwonka usłyszeli dźwięk bomb”.
Ta inicjacja w traumatyczną historię Polski następuje na bardzo wczesnym etapie. Myślę teraz o moim dziecku, które w przedszkolu śpiewało pieśni legionowe. Czyli pieśni o czym?
O śmierci. I o tym, że ofiara jest konieczna.
To jest coś, co wyróżnia Polskę na tle Unii – silna świadomość traumy. Nie sądzę, żeby w przedszkolach w Holandii czy Norwegii dzieci śpiewały o wojnie.
Czas płynie, ustroje się zmieniają, a kolejne pokolenia wchodzą w tę samą opowieść. Pamiętam, że na tych akademiach deklamowałem „Bagnet na broń”. Może dziś po Broniewskiego sięga się mniej chętnie...
...ale wezwanie „trzeba krwi” pozostało. Czy to będzie Broniewski, czy Rymkiewicz. Treścią polskiej tożsamości jest cierpienie kolejnych pokoleń i patriotyzm rozumiany jako ofiara z życia. Inne jej elementy – jak patriotyzm lokalny czy szacunek dla rodzimej przyrody – schodzą na dalszy plan. Ostatnio politycy PSL-u coraz częściej mówią o konieczności edukacji patriotycznej, ale znów rozumieją ją w duchu wojenno-martyrologicznym. Ja nie neguję tego, że są sytuacje, w których trzeba krwi, ale jest też wiele takich, w których potrzeba czegoś innego. I akurat dzieciom warto opowiedzieć przede wszystkim o tych drugich.
Ten traumatyczny rdzeń tożsamości jest oczywiście ważny, a naród polski ma do niego prawo. Szczególnie w sytuacji, w której na świecie jego doświadczenie nie jest powszechnie uznawane. W książce piszę sporo o szczególnej nadwrażliwości Polaków, z jaką reagują na rozmaite opinie, niekoniecznie nawet ich dotyczące.
Słowo „uznanie” jest w tym kontekście kluczowe. Ono oznacza, że nie tylko poznało się czyjeś doświadczenia, ale też przyjęło je jako część własnego dziedzictwa. O to Polakom trudno się doprosić.
Na stronach „Bloomberga” ukazał się właśnie artykuł o wojnie w Gazie i o tym, jak trudna będzie jej odbudowa. Szacuje się, że w tej chwili są tam 42 miliony ton gruzu. I pewien historyk architektury, profesor Massachusetts Institute of Technology, powiedział, że to sytuacja bez precedensu w historii świata. Gdy taką opinię czyta Polak, to sobie myśli: „Jak to bez precedensu?”. W końcu w Warszawie po wojnie też pozostało ponad 40 milionów ton gruzu. Na Muranowie, gdzie rozmawiamy, nowe budynki zostały wzniesione dosłownie z ruin, z gruzobetonu, o czym ostatnio przypomniał Jacek Leociak. To był ogromny wysiłek tamtego pokolenia.
No więc czytając tę opinię, ja sobie właśnie pomyślałem, że on nie wie, o czym mówi. A nie wie dlatego, że przeszłość tej części świata jest globalnie nieuznawana. Owszem, są tacy historycy jak Timothy Snyder, który wiele zrobił dla zrozumienia historii Europy Środkowo-Wschodniej. Ale do uznania wciąż daleko.
A głód uznania jest ogromny.
W straumatyzowanych społeczeństwach on jest właściwie nienasycony. I prowadzi do zbiorowego narcyzmu, czyli takiej konstrukcji psychologicznej, która domaga się ciągłej uwagi, docenienia, uhonorowania bolesnej przeszłości. A w próbach upamiętniania podobnej historii innych narodów dostrzega cios wymierzony w historię własną.
Problem jest bardziej na zewnątrz Polski czy wewnątrz? Może świat przyjąłby naszą opowieść, tyle że my sami nie wiemy, co i jak chcielibyśmy opowiedzieć? Opowiadamy tę historię na kilka sposobów, niekiedy sprzecznych.
To, co jest najbardziej destruktywne w tej opowieści, to fakt, że zwracamy w niej uwagę niemal wyłącznie na historię bezradności: na to, że padaliśmy ofiarą porozumień wrogich mocarstw – od traktatów rozbiorowych po Jałtę. Koncentrujemy się na tym, że obcym nie można ufać, że są potencjalnymi zdrajcami i wrogami. Znów: jest w tym trochę prawdy, ale przecież nie cała.
Pamiętajmy, że II wojna światowa to w przypadku polskich Żydów ok. 90 proc. strat w populacji, a w przypadku nieżydowskich Polaków – jakieś 10 proc. To ogromne liczby, a w dodatku wszystko stało się w ciągu bardzo krótkiego czasu. Od ludzi, którzy doświadczyli czegoś takiego, trudno oczekiwać, że ich ocena rzeczywistości geopolitycznej będzie wyważona. I to przechodzi na kolejne pokolenia.
Podczas pogrzebu pary prezydenckiej na Wawelu u stóp wzgórza stał mężczyzna z transparentem: „Polska znowu sama. Gdzie Sarkozy, Barroso, Obama?!”.
Robiliśmy wtedy badanie dotyczące reakcji Polaków na tę sytuację. Szybko powstały dwa obozy, które okopały się na swoich pozycjach: ci, którzy uważali, że doszło do zamachu, i ci, dla których to był nieszczęśliwy wypadek. Badania pokazały, że przynależność do tych obozów jest silnie związana z tym, jak kto interpretuje polską historię. Jeśli jest skoncentrowany na cierpieniach, podkreśla momenty, kiedy Polacy zostali opuszczeni, to prędzej uwierzy, że Smoleńsk to kolejna odsłona tego samego spisku.
A z drugiej strony, z punktu widzenia psychologii społecznej, działy się wtedy ciekawe rzeczy. Np. pojawiła się „lewica smoleńska” – młodzi ludzie ze środowisk lewicowych, którzy też byli przekonani, że to zamach. Zrozumiałem wtedy, jak wielkie jest ciążenie historii.
Co musiałoby się stać, żeby wojna skończyła się naprawdę – w ludzkich emocjach, zachowaniach?
Upływ czasu sprawia, że psychologiczny wpływ wojny zanika. Ale wiele zależy od tego, co zdarzy się zaraz po wojnie. A w Polsce mieliśmy instalowanie się komunizmu, a potem mroczny okres stalinizmu, kiedy duża część pokolenia wojennego nie mogła w ogóle opowiedzieć o swoich doświadczeniach. Nie mogli o nim mówić partyzanci z AK, powstańcy warszawscy, rodziny katyńskie. Ale nie mogły też mówić np. ofiary gwałtów. W propagandzie dominował motyw odbudowy, co z jednej strony mogło być w jakiś sposób konstruktywne, dawało poczucie sprawczości, ale z drugiej strony u wielu pogłębiło traumę.
Z badań nad PTSD, czyli zespołem stresu pourazowego wiemy, że najważniejszym czynnikiem zdrowienia jest możliwość spokojnego opowiedzenia o tym, co się stało. Jeżeli to jest stłumione, nie ma kogoś, kto tę opowieść przyjmie, to wtedy pojawiają się charakterystyczne symptomy – problemy ze snem i koncentracją, niechęć do zajęcia się czymkolwiek. Przeżyte koszmary wracają do tych, którzy ich doświadczyli, a oni wychowują kolejne pokolenia w dojmującym poczuciu niepewności i nieufności wobec innych. Z tej perspektywy to, co się stało po wojnie, skazało kolejne pokolenia na ciągłe retraumatyzacje, na takie życie, jakby wojna się nie skończyła. To jeden ważny czynnik.
A drugi?
Życie w stabilnym, przewidywalnym środowisku. Istotnym elementem traumy jest doświadczenie bezradności, utraty kontroli nad własnym życiem. Jestem zależny od innych, od okupanta, od ludzi, którzy mogą ze mną zrobić, co zechcą. Żeby się z tym uporać, trzeba odzyskać poczucie sprawstwa. Dlatego wspomniałem o tym wysiłku odbudowy. Ono na pewno wielu ludziom pomogło odzyskać kontrolę. Ale miało też cenę. A ponadto okres stalinizmu trudno nazwać okresem stabilizacji, pozwalającym na indywidualną sprawczość.
Przyjęło się mówić, że doświadczone cierpienia trzeba wybaczyć, ale nie wolno zapomnieć. Tyle że w praktyce to nie działa. Wystarczy mały powiew i rozpalają się emocje związane ze zbrodniami z przeszłości. Nie sądziłem np., że uda się raz jeszcze w Polsce wzbudzić tak silną niechęć do Niemców i zbudować na tym strategię polityczną.
Razem z Martą Penczek i Katarzyną Hamer z Instytutu Psychologii PAN przeprowadziliśmy badania dotyczące właśnie powojennego wybaczenia Niemcom. Okazało się, że tu również największą przeszkodą jest narcystyczna tożsamość, przekonana, że Polska ciągle nie spotyka się z uznaniem, na jakie zasługuje. Ludzie, którzy w ten sposób myślą, nie są zdolni do wybaczenia. Widać to choćby w dyskusji dotyczącej ewentualnych rekompensat. Pojawił się np. pomysł, że może dobrą rekompensatą byłoby wyposażenie Polski w okręty podwodne. To byłoby racjonalne, bo nam takiej floty brakuje, a mamy co chronić. Ale zaraz podniósł się krzyk, że jak to? Przehandlujemy cierpienia narodu za kilka okrętów?
Jak wysokie powinny być reparacje, żeby można było powiedzieć: „Tak, teraz pojednanie jest możliwe, możemy wybaczyć”?
Jak wskazują nasze badania, dla osoby narcystycznej nie ma takiej kwoty. Żeby pojednanie było możliwe, nie wystarczy wypłata odszkodowań, nawet bardzo wysokich. Materialne wsparcie jest ważne, bo wojna to ogromna utrata zasobów. Ale musi być coś jeszcze oprócz pieniędzy.
Jak tak Pana słucham, to myślę, że słowo „narcyzm” może działać odstręczająco. Ja wiem, że dla psychologa ono znaczy coś innego niż dla człowieka z ulicy...
Tak, to wyłącznie opisowe pojęcie. Nie chciałbym, żeby zabrzmiało tak, jakbym wytykał jakąś psychopatologię jednej trzeciej polskiej populacji. Badania pokazują, że jeśli ktoś mocno utożsamia się z narodem, do którego należy, to ma też skłonność, żeby w tak pojmowany narcyzm wpadać. I wtedy np. źle reaguje na wszelką krytykę tego, do czego jest przywiązany. Choćby na odkrycia historyków, którzy odsłaniają jakieś mroczne aspekty narodowej historii.
Ale oczywiście grupowy narcyzm nie dotyczy tylko narodu. Mogę narcystycznie utożsamiać się z instytucją, w której pracuję, czy z partią. Istotne jest to poczucie zbiorowego niedocenienia.
W książce zwraca Pan uwagę, że w żadnym innym kraju nie publikuje się tylu historycznych dodatków do czasopism.
Jak się porówna kiosk z gazetami w Polsce i w Belgii czy Niemczech, to ta różnica jest uderzająca. Podobnie jeśli chodzi o liczbę godzin historii w szkołach. No i zainteresowanie rekonstrukcjami historycznymi, które są czym właściwie? Z jednej strony narzędziem pedagogiki społecznej, z drugiej – rozrywką, ale osobliwą. Bo przecież odtwarza się nie tylko bitwy, ale np. pacyfikacje wsi, rozstrzelania, wywózki.
Jaką potrzebę to zaspokaja?
Myślę, że odpowiada po prostu naszym wyobrażeniom: że historia to przede wszystkim cierpienia, śmierć, martyrologia. Z jakiegoś powodu nie rekonstruujemy chociażby wielkich ceremonii.
Koronacji królewskich.
Albo sejmików.
To mogłoby wyglądać widowiskowo i cieszyłoby się powodzeniem.
No właśnie trudno powiedzieć, czy cieszyłoby się powodzeniem.
Koronację króla angielskiego oglądamy.
Ale czy chcielibyśmy oglądać koronację króla Stasia? Niekoniecznie. Rekonstruujemy to, co jest w tych dodatkach do czasopism. Albo na półkach z popularnymi książkami na poczcie. Straumatyzowane historycznie społeczeństwa są szczególnie wyczulone na tragiczne momenty historii.
Paradoksalnie czerpią z nich poczucie dumy.
Ciekawe, że pokolenie, które wojnę przeżyło, próbowało też innych opowieści. Takie filmy jak „Skarb” czy „Zezowate szczęście” starały się zmierzyć z traumą za pomocą humoru. Pokazywano ludzi handlujących mięsem, śpiewających w tramwajach zakazane piosenki. Takich, którzy potrafili przechytrzyć okupanta. Ta codzienna zaradność przywracała wiarę, że człowiek nawet w najtrudniejszych okolicznościach potrafi dać sobie radę.
Całe pokolenia oglądały przygody Franka Dolasa, który „rozpętał drugą wojnę światową”. One też miały być kompensacją: oto Polak, który co prawda wszystko stracił, ale nie stracił wiary w to, że do Polski wróci, i że wojna jest do wygrania. Nie pomogło.
Trudno powiedzieć, czy nie pomogło. Wyobraźmy sobie, że nie byłoby tych prób opowiedzenia wojny inaczej. Jestem pełen podziwu dla ludzi, którzy mając świeżo w pamięci to, co tragiczne, próbowali jakoś to przekroczyć, wyjść z okupacyjnej bezradności. Musieli milczeć o wielu sprawach, a jednak udawało im się powiedzieć rzeczy ważne i zrobić to inaczej.
Dla ludzi z pokolenia wojennego istotne było, żeby sztuka, literatura, film z jednej strony odbijały to, co przeżyli, a z drugiej – żeby nadały temu jakiś bardziej symboliczny kształt, pomogły się od tego uwolnić. Istnieje coś takiego, co historycy kultury nazywają „pornografią przemocy”, „pornografią Zagłady”. Naturalistyczne przedstawienia na ogół nie służą wyzwoleniu od traumy. Chociaż myślę też o tym, że więźniowie Auschwitz potrafili zakładać pasiaki i iść w nich w pochodach pierwszomajowych.
A ile traumy da się zmieścić w dziecięcych podręcznikach?
Na pewno nie powinno być jej za dużo. Trzeba oczywiście, zwłaszcza młodzież, przygotować do konfrontacji z historią. Robiliśmy w swoim czasie dosyć rozległe badania wśród licealistów odwiedzających w ramach wycieczek szkolnych Muzeum Auschwitz-Birkenau. Mniej więcej co dziesiąty z badanych miesiąc po odwiedzinach miał objawy typowe dla zespołu stresu pourazowego, czyli nocne koszmary, problemy z koncentracją, natrętne myśli. Tam nie da się przyjechać i po prostu zwiedzać, trzeba się do takiej wizyty przygotować, trzeba o tym, co się zobaczyło, porozmawiać.
Podkreślam: 10 proc. w miesiąc po wizycie miało flashbacki i inne objawy wskazujące na PTSD. Podobny procent obserwuje się wśród weteranów wracających z wojny!
Co to oznacza?
Że uczymy w szkole o traumach, ale uczymy źle. Teraz mówi się o tym na lekcjach polskiego, na historii i na tym przedmiocie, który do niedawna nazywał się historia i teraźniejszość. Mówi się dużo, ale to jest zupełnie niezsynchronizowane. I nie myśli się o psychicznych kosztach takiej konfrontacji.
Skądinąd ciekawe, że inne badania, przeprowadzone przez Marię Lewicką i Adriana Wójcika, pokazały, że wśród osób silnie utożsamiających się z polskością, nastawionych nacjonalistycznie, częste jest przekonanie, że historia nie jest jakąś prawdą, którą się odkrywa, tylko raczej pewną opowieścią, która ma uzasadniać nasze dzisiejsze dążenia czy wzmacniać poczucie narodowej tożsamości. Innymi słowy: pewna część społeczeństwa sądzi, że historia akademicka sobie, a historia w szkole sobie. Ten instrumentalny stosunek do historii powoduje, że trudno znaleźć wspólną ramę dla naszej opowieści, bo różne formacje polityczne będą ją przystrzygać dla swoich potrzeb.
A może problem jest głębszy? Może chodzi o zasadnicze narodowe imaginarium, niezależne od bieżącej polityki, wedle którego prawdziwa historia to po prostu historia wojen, a w przypadku Polaków – wojen z przeważającymi siłami wroga?
Przydałby się dobry podręcznik historii gospodarczej Polski, prawda?
Już widzę, jak rodacy na hasło „historia gospodarcza” rzucają wszystko i czytają.
Taki podręcznik już nawet powstał, napisał go historyk Piotr Koryś, tyle że ukazał się jedynie po angielsku, polskie wydawnictwa nie były zainteresowane. Niby wiadomo, że nie da się opowiedzieć naszych dziejów bez uwzględnienia tych rozmaitych przedsiębiorców, fabrykantów, kupców, którzy musieli iść na kompromisy z zaborcami, potem z okupantami, a w końcu z władzą komunistyczną. Ale czy ktoś jest taką opowieścią zainteresowany? Nie mówię, że ona ma wyprzeć tę wojenno-martyrologiczną wizję, ale powinna przynajmniej funkcjonować obok.
Inną alternatywą jest to, co nazywane bywa „ludową historią Polski”. Zwrócenie się ku chłopskim korzeniom, chłopskiej perspektywie. Choć widzę, że ona też ma tendencję do popadania w martyrologię, skupiania się na cierpieniach chłopów, a nie na ich sprawczości, zaradności, samoorganizacji. Może „Chłopki” to zmienią.
Więc jak, Pańskim zdaniem, należy opowiadać historię „skrwawionych ziem”?
Na pewno powinien się znaleźć w tych opowieściach jakiś element konstruktywny. Kiedy zwiedzający wychodzą z Yad Vashem, najważniejszego dla Żydów miejsca upamiętnienia Holokaustu, pojawia się przed nimi pejzaż dzisiejszego Izraela: niesamowity widok na wzgórza otaczające Jerozolimę. I oczywiście kryje się za tym myśl, że jednak Izrael ma swoje państwo. Że ten rozproszony po świecie naród ma miejsce, o którym może myśleć, że jest jego. Oczywiście, wiemy, że daleko tu do happy endu, a ostatnie miesiące jeszcze bardziej ten obraz skomplikowały. Ale podjęto próbę.
Wczoraj przed naszą rozmową pojechałem obejrzeć kopiec Powstania Warszawskiego, który według mnie jest trochę takim warszawskim Yad Vashem. Ten kopiec został usypany z ruin, kiedy się po nim chodzi, widać kawałki zburzonego miasta: fragmenty ścian czy kolumn, które zdobiły portale jakichś przedwojennych reprezentacyjnych budynków. A kiedy się zejdzie z tej góry ruin, porośniętej zresztą niezwykłą przyrodą, to trafia się na jeden z najbardziej atrakcyjnych warszawskich placów zabaw dla dzieci, gdzie maluchy bawią się na tyrolkach, w piaskownicach, na zjeżdżalniach. Pomyślałem sobie, że to niesamowite – pokazać, że po tych wszystkich strasznych doświadczeniach to miasto żyje, rozwija się, odradza.

MICHAŁ BILEWICZ jest psychologiem społecznym i socjologiem, profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, kierownikiem Centrum Badań nad Uprzedzeniami UW. Jego najnowsza książka, „Traumaland. Polacy w cieniu przeszłości”, ukazała się nakładem wydawnictwa Mando.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















