Antysemityzm bez antysemitów: co o nas mówi burza po rozmowie Olejnik z Sikorskim

Czy publiczne postawienie pytania o polski antysemityzm i jego potencjalny wpływ na decyzje wyborcze to złamanie tabu? Czy pochodzenie żony szefa MSZ to faktycznie „hak”? I co właściwie mówi o nas ów dziwaczny eufemizm „pochodzenie”?
Czyta się kilka minut
Święto Purim w Wielkiej Synagodze w Tykocinie. Marzec 2008 r. // Fot. Grzegorz Dąbrowski / Agencja Wyborcza.pl
Święto Purim w Wielkiej Synagodze w Tykocinie. Marzec 2008 r. // Fot. Grzegorz Dąbrowski / Agencja Wyborcza.pl

Wrzesień 2020 r., targi zdrowej żywności w Gdyni. Piotr Jarecki, producent ekologicznych serów, wypakowując towar, kładzie na stoisku również numer czytanego właśnie „Tygodnika Powszechnego”. Potencjalna klientka pyta: „A pan z Platformy?”. „Nie jestem politykiem” – odpowiada kobiecie Jarecki. Jest świadom, że rzuciła okiem na okładkę pisma, z której – notabene obok hasła „Kto chce murów między nami” – spogląda Anne Applebaum. „A wie pan, że to Żydówka?” – słyszy kolejne pytanie sprzedawca. „Wiem, ale to nie ma nic do rzeczy, pani jest pewnie katoliczką i to też jest w porządku – zaczyna swoją odpowiedź Jarecki. – Pani Applebaum jest bardzo mądrą...” – ale te słowa lądują już w próżni, bo jego rozmówczyni odeszła.

Czerwiec 2022 r., mieszkanie na krakowskim Salwatorze. Miriam Synger, socjolożka i edukatorka prowadząca na Instagramie profil „Jestem Żydówką”, wysyła znajomej badaczce kolejną dawkę antysemickich odzywek i życzeń śmierci, jakie otrzymuje w komentarzach. Przy okazji uświadamia sobie, że kiedy usłyszała o przygotowywanym przez tą znajomą raporcie na temat mowy nienawiści, odczuła ulgę. Wcześniej nie wiedziała, co robić z hejterskimi wpisami, a zachowywanie ich w telefonie, między zdjęciami dzieci, wiadomościami czy żartami bliskich, nie robiło jej dobrze.

Listopad 2024 r., studio TVN w Warszawie. Monika Olejnik pyta ubiegającego się o nominację Koalicji Obywatelskiej w wyborach prezydenckich Radosława Sikorskiego o pochodzenie jego żony, błędnie powołując się przy tym na artykuł z „Tygodnika”, w którym miała wyczytać, iż owo pochodzenie to dla członków KO problem. „Jest już świecką tradycją, że pierwszymi damami powinny zostać osoby pochodzenia żydowskiego” – ripostuje szef MSZ, ale chwilę później oburzony wychodzi ze studia, a następnie zamieszcza na portalu X wpis, w którym żąda od TVN „przywrócenia standardów dziennikarskich”. „Uważam, że ustawianie pochodzenia żony kandydata jako tematu w wyborach prezydenckich jest niedopuszczalne. Wbrew insynuacji red. Olejnik nie jesteśmy krajem antysemitów” – dodaje.

Z czym walczą redaktorka i minister


W zaplombowanych wagonach 

jadą krajem imiona, 

a dokąd tak jechać będą,

a czy kiedy wysiędą 

nie pytajcie, nie powiem, nie wiem.


W kolejnych godzinach, jak to się mówi w nowomowie dzisiejszych portali, „nie milkną echa”. Monika Olejnik zapewnia, że od lat walczy z antysemityzmem, hejtem i agresją; przeprasza też, że nie była „dość precyzyjna i dobitna”. „Nie były moją intencją żadne insynuacje, podobnie jak min. Sikorski uważam, że Polska to nie jest kraj antysemitów!” – zapewnia. W sprawie jej programu postępowanie wszczyna Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, wyrazy wsparcia pod adresem „Anne i Radka” kieruje rywal Sikorskiego w partyjnych prawyborach, Rafał Trzaskowski, „Tygodnik” zaś prostuje pomyłkę Olejnik, bo zdanie, iż problemem dla niektórych w KO jest pochodzenie żony ministra, nigdy na naszych łamach się nie pojawiło.

W rzeczywistości sformułował je publicysta „TP” Piotr Śmiłowicz na portalu Gazeta.pl w analizie prezydenckich ambicji Sikorskiego i Trzaskowskiego. „Teoretycznie wygrana Donalda Trumpa w USA mogłaby zwiększać szanse obecnego szefa MSZ, bo ma większe niż Trzaskowski doświadczenie międzynarodowe, jest też, jak można usłyszeć od jego zwolenników w KO, »fighterem na trudne czasy« – pisał Śmiłowicz. – Tak naprawdę jednak wygrana Trumpa zmniejsza szanse Sikorskiego, bo jego żona Anne Applebaum jest nie tylko silnie związana z amerykańską Partią Demokratyczną, ale jeszcze w ostatnim okresie mocno atakowała rywala Harris, porównując go do Hitlera i Stalina. W otoczeniu Trumpa zostało to zapewne zapamiętane. Poza tym, jak można usłyszeć już zupełnie »na offie« w KO, w naszym społeczeństwie dobrą rekomendacją nie jest pochodzenie Applebaum”.

Śmiłowicz, dodajmy, nie jest jedynym obserwatorem polskiej polityki, który poruszył tę kwestię. O tym, że „można usłyszeć w otoczeniu prezydenta Warszawy”, iż żona Sikorskiego „może nie zostać zaakceptowana przez Polaków w roli pierwszej damy, szczególnie jeżeli w kampanii prawica wyciągnie antysemicką kartę”, napisał np. Rafał Kalukin w „Polityce”.

Kuchnia kampanii


Imię Natan bije pięścią w ścianę, 

imię Izaak śpiewa obłąkane, 

imię Sara wody woła dla imienia 

Aaron, które umiera z pragnienia.


Miejmy za sobą to proste zdanie: fakt, że szykujące się do wyborów partie analizują silne i słabe strony kandydatów, jest rzeczą normalną. Wglądu w tę polityczną rutynę dostarczają np. sierpniowe dywagacje Jarosława Kaczyńskiego, że „w czasie wojennym” kobieta nie ma wielkich szans, mężczyzna zaś „musi być młody, wysoki, okazały, przystojny”, musi mieć rodzinę, znać bardzo dobrze język angielski, a najlepiej dwa języki.

Znajomość kampanijnej kuchni każe zresztą podejrzewać, że tak wytrawny polityk jak Radosław Sikorski miał na pytanie o żonę przygotowaną ripostę. Jest wszak rzeczą normalną również i to, że sztaby kandydatów oraz oni sami próbują przygotować się na ataki, rozbroić bomby i wytrącić przeciwnikom z ręki haki, którymi tamci mogliby się ewentualnie posłużyć.

Tylko czy publiczne postawienie pytania o polski antysemityzm i jego potencjalny wpływ na decyzje wyborcze jest złamaniem jakiegoś tabu? Czy pochodzenie żony szefa MSZ to faktycznie „hak”? I co właściwie mówi o nas ten dziwaczny eufemizm „pochodzenie”? Przecież używając go, nie mówimy o Anne Applebaum jako absolwentce prowadzonej przez kwakrów renomowanej Sidwell Friends School w Waszyngtonie, gdzie pod okiem zafascynowanej Solidarnością panny Cleaver śpiewała polskie pieśni renesansowe, na lekcjach pana Hershera czytała Prousta, a poza tym słuchała z koleżankami Grateful Dead.

Między pochodzeniem a uprzedzeniem


Nie skacz w biegu, imię Dawida. 

Tyś jest imię skazujące na klęskę,

nie dawane nikomu, bez domu,

do noszenia w tym kraju zbyt ciężkie.


Psycholog społeczny prof. Michał Bilewicz jest zdania, że antysemickie są raczej insynuacje, iż pytanie Olejnik było niestosowne. „Wydawało mi się, że w Polsce o tym można mówić na luzie – tak jak minister Sikorski. A nie obrażać się za samo podniesienie tematu, jak to uczynił w późniejszym tweecie. Wracamy do złych czasów, gdy do żydowskiego pochodzenia »się przyznawano«, jak do jakiegoś występku?” – zapytał na portalu X szef Centrum Badań nad Uprzedzeniami UW. „Jeśli życzliwe lub neutralne wspomnienie o żydowskim pochodzeniu bliskiej osoby jakiegoś człowieka uznajemy za »atak na jego rodzinę«, to sami powielamy antysemickie uprzedzenie. I nieważne, czy chodzi o rodzinę Radosława Sikorskiego, Andrzeja Dudy czy Jezusa Chrystusa” – dodał.

„Często jestem pytana, czy moje żydowskie dzieci nie mają problemów przez swoje pochodzenie” – napisała z kolei na Facebooku Miriam Synger. Dodała, że nie uraża jej to pytanie: „Nawet jeżeli osoba je zadająca sugeruje, że żydowskie pochodzenie może być dla kogoś problemem. No bo ja wiem, że nim bywa. Przecież sama tego doświadczam”.

W książce „Jestem Żydówką” (jak głosi podtytuł: „pamiętniku religijnej feministki, patriotki, wielodzietnej matki Polki”) Synger opisuje m.in. wizytę z synem u pediatry. Chłopiec ma jarmułkę i pejsy, ona sama zaś – chustę, długie rękawy i długą spódnicę. Zaciekawiona lekarka pyta kolejno, czy są długo w Polsce („Od zawsze” – słyszy w odpowiedzi...), a następnie, czy są Izraelitami, judaistami, Izraelczykami, względnie hebraistami. Słowo na „ż” nie chce jej przejść przez gardło.

Biedni Polacy patrzą


Syn niech imię słowiańskie ma,

bo tu liczą włosy na głowie,

bo tu dzielą dobro od zła

wedle imion i kroju powiek.


„Wbrew insynuacji red. Olejnik nie jesteśmy krajem antysemitów”... Ale zaraz, chwileczkę, czy to zdanie czegoś nam nie przypomina? Czy owego mechanizmu gorliwego zaprzeczania nie analizowano już na tych łamach w opublikowanym, bagatela, 37 lat temu tekście „Biedni Polacy patrzą na getto”? Jan Błoński pisał w nim m.in., że nie umiemy rozmawiać o relacjach polsko-żydowskich spokojnie dlatego, że – świadomie czy nieświadomie – boimy się oskarżenia.

To oczywiście prawda, że zwłaszcza w ostatnich miesiącach, kiedy ulicami europejskich miast suną demonstracje żądające likwidacji Izraela, Polska wydaje się dla mieszkających w niej Żydów krajem bezpiecznym. Tutejszych synagog nie strzegą policyjne patrole. Ubiegłoroczny eksces Grzegorza Brauna w Sejmie spotkał się z jednomyślnym potępieniem klasy politycznej. „To, że Giertych jest dzisiaj przyjacielem domu, jest osobliwą puentą mojego osobistego doświadczenia antysemityzmu w Polsce” – opowiada w książce „Matka Polka” Anne Applebaum, opisując ewolucję dawnego lidera Młodzieży Wszechpolskiej, którego od antyżydowskich uprzedzeń uwolniło objawienie religijne na widok chusty Weroniki („Zobaczył na niej twarz o tak semickich cechach, o jakich go uczono za młodu. Zobaczył ten stereotyp, wiesz, Żyd wygląda tak i tak... I zrozumiał, że antysemityzm jest wymierzony w Jezusa” – relacjonuje Applebaum).

Zarazem jednak „przyglądając się napisom na murach, wsłuchując w kibicowskie przyśpiewki albo śledząc dyskusje w mediach społecznościowych, nietrudno dostrzec, że antysemityzm pozostaje żywym elementem wyobraźni zbiorowej. Potwierdzają to badania. Większość Polaków przyznaje, że styka się ze stereotypami nieprzychylnymi wobec Żydów.

Kwestia jest tym poważniejsza, że tego rodzaju rozpoznawany, wyrażony wprost antysemityzm stanowi wierzchołek góry lodowej. Jeszcze istotniejszą rolę odgrywa antysemityzm nieświadomy. To zestaw wyobrażeń, kalek językowych, praktyk czy scenariuszy opowieści, które przez same osoby posługujące się nimi nie są w ogóle rozpoznawane jako dyskryminujące. Tego rodzaju uprzedzenia łatwo stają się jednym z »kodów potoczności« – niewidocznymi dla nas okularami, przez które spoglądamy na świat”.

Spisek i lobby


Nie skacz w biegu. Syn będzie Lech. 

Nie skacz w biegu. Jeszcze nie pora. 

Nie skacz. Noc się rozlega jak śmiech 

i przedrzeźnia kół stukanie na torach.


Powyższy akapit zaczerpnąłem z ubiegłorocznego raportu „Kogo widzą Polacy, kiedy widzą Żyda”, podsumowującego badania realizowane przez Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, a zredagowanego przez obecnego p.o. dyrektora Muzeum Historii Polski Marcina Napiórkowskiego. Z badań tych wynika, że Żydzi, „nawet nieobecni, pozostają kluczowym elementem tożsamości polskiej jako definiujący ją i dopełniający obcy”. Polski rasizm, stereotypy antyukraińskie czy antymuzułmańskie są budowane m.in. przez złożenie w nową całość starych kodów antysemityzmu.

Dominujące motywy narracyjne na temat Żydów, z którymi zetknęli się badacze, to: wiara w istnienie „żydowskiego lobby”; poczucie, że Żydzi tworzą negatywny obraz Polski i Polaków; przekonanie, że Żydzi nie okazują Polakom należytej wdzięczności; postrzeganie Żydów jako obcych agentów; przypisywanie winy za nieszczęścia Żydów samym Żydom; opisywanie Żydów jako władców świata; odezwy do „walki z żydostwem”; opisywanie „żydostwa” jako choroby i znaku zepsucia; wiara, że Żydzi zarabiają na krzywdzie; wezwania do uczenia się od Żydów.

Doświadczenia Anne Applebaum potwierdzają aktualność tych mechanizmów. Kiedy Polska po przejęciu władzy przez PiS zaczęła mieć w świecie złą prasę, to – zdaniem ówczesnej propagandy rządu – nie dlatego, że w naszym kraju dochodziło do łamania konstytucji czy ataków na sądownictwo. „Jak wytłumaczyć, że »The New York Times«, w domyśle organ światowego żydostwa, który do tej pory chwalił, teraz krytykuje? – ironizuje żona Radosława Sikorskiego. – Najprościej żydowskim spiskiem. Nie, nie, to nie tak, że jakieś »Wsieci« czy »Do Rzeczy« napisze to otwartym tekstem albo powiedzą to w TVP. Na to są już za sprytni. Napiszą, że to Anne Applebaum kieruje zachodnią prasą przeciwko Polsce”.

„Wyobraźmy sobie, że kongresmen lub senator pyta cię: »Ms Applebaum, czy Polacy są antysemitami?«. Co odpowiesz dzisiaj?” – pyta Paweł Potoroczyn. „Przecież pytają. Mówię, że nie. Ale myślę, że w tej chwili partia rządząca używa podobnych narzędzi polaryzacji. To dziwne, bo to nie jest prawdziwy antysemityzm, to znaczy, że nie ma na ulicy bandytów, którzy szukają i biją Żydów, jak w latach 30.” – odpowiada autorka „Zmierzchu demokracji”. Dalej mówi nie tylko o „antysemityzmie bez Żydów”, ale i nowej wersji tego paradoksu: „antysemityzmie bez antysemitów”. I choć opisuje rzeczywistość kraju rządzonego przez PiS, w którym pamiętna nowelizacja ustawy o IPN miała zamknąć usta historykom zajmującym się badaniem polskiego współudziału w Zagładzie, to jej opis brzmi niepokojąco aktualnie nawet po zmianie władzy.

Toksyczne tabu


Chmura z ludźmi nad krajem szła, 

z dużej chmury mały deszcz, jedna łza, 

mały deszcz, jedna łza, suchy czas.

Tory wiodą w czarny las.


Wróćmy do kwestii owego „pochodzenia” Anne Applebaum. Czy da się o nim mówić wprost? I czy w ogóle... potrzeba? Przodkowie matki mającej polskie obywatelstwo dziennikarki, laureatki Pulitzera, autorki fundamentalnych dla naszego rozumienia sowieckiego aparatu represji książek „Gułag”, „Czerwony głód” i „Za żelazną kurtyną”, przybyli do Stanów Zjednoczonych na początku XIX w. z Alzacji i szybko wrośli w amerykański establishment. Przodkowie ojca uciekli z carskiej Rosji pod koniec XIX w. i błyskawicznie się zasymilowali. „Kiedy dorastałam, ani z jednej, ani z drugiej strony rodziny nikt nie miał poczucia, że pochodzimy z Europy, zapomnieliśmy o tym” – opowiada w rozmowie z Potoroczynem. Pojawiająca się w siódmym czy ósmym zdaniu jej biogramu na amerykańskiej Wikipedii fraza, że pochodzi z rodziny żydów reformowanych, dla przytłaczającej większości czytelników ma charakter czysto informacyjny.

Jak widać, są u nas jednak tacy, którzy czytają ją w kontekście małżeństwa z polskim politykiem i w kontekście owego „antysemityzmu bez antysemitów”. I to nie jest insynuowanie czegokolwiek naszemu społeczeństwu, raczej stwierdzenie faktu. Gdyby Adam Wajrak zechciał kiedyś kandydować na prezydenta (dalibóg, głosowałbym...), „pochodzenie” Nurii Selvy Fernández nie byłoby przedmiotem rozważań w wystawiającej go partii, a pytająca o to dziennikarka nie musiałaby tłumaczyć, że nie insynuuje Polakom iberofobii.

„Myślę, że tajemnicą toksycznych relacji społecznych jest tabu. Jeśli jesteśmy w stanie mówić wprost o tym, co się wydarzyło, to nawet jeśli w trakcie jest ciężko, w końcu można znaleźć spokój. Ale tu wszystko, co związane z Żydami, jest tabu. No, może poza »Skrzypkiem na dachu« i Jankielem” – mówił mi kiedyś Mikołaj Grynberg.

Słowo na „ż”


Tak to, tak, stuka koło. Las bez polan.

Tak to, tak. Lasem jedzie transport wołań.

Tak to, tak. Obudzona w nocy słyszę

tak to, tak, łomotanie ciszy w ciszę.


Przyznam, że od czasu burzy, jaką wywołała rozmowa Olejnik–Sikorski, myślę głównie o tym, dlaczego w ustach Polaka słowo na „ż” rzadko brzmi neutralnie, a czołowi politycy i dziennikarze zachowują się tak, jakby samo jego użycie w przestrzeni publicznej mogło uwolnić z butelki jakiegoś straszliwego dżina. A przy okazji: czy da się poruszyć problem polskiego antysemityzmu i przez samo omawianie zagadnienia nie podsycać i nie wzmacniać antysemickich stereotypów? Mam przecież mocne poczucie, że broniąc się przed rzekomym insynuowaniem Polakom antysemityzmu, liderzy opinii publicznej nie tylko – jak twierdzi Bilewicz – powielają uprzedzenia, ale także fałszują rzeczywistość.

Miriam Synger pisze, że pytania o antysemityzm stara się zbywać, odpowiadając z uśmiechem, że to nic takiego. „Chyba boję się powiedzieć całą prawdę” – komentuje. A kiedy próbuje tę prawdę wypowiedzieć, spotyka się z postawą, dzięki której poznaje nowe słowo, „whataboutyzm”, opisujące technikę odwracania kota ogonem. „No a co z” antypolonizmem, żydokomuną, Gazą...

„Z rozmów z nauczycielami i z rodzicami żydowskich dzieci wiem, że w szkołach znowu się pojawia sformułowanie »mydło«, że się słyszy »do gazu« i »będziecie mieszkać w getcie«” – relacjonował mi Grynberg wkrótce po burzy o nowelizację ustawy o IPN, ale napis „Żydzi do gazu” pojawił się na Wydziale Filozofii UJ we wrześniu 2024 r., podczas protestu studentów domagających się wstrzymania izraelskiego ludobójstwa w Gazie. Zresztą: ile razy widzieliście go na murach?

„Co się z nami wydarzyło, że po kilku wojnach, milionach zgładzonych istnień, ofiarach poniesionych przez naszych przodków, byśmy mogli żyć w wolnym, szczęśliwym kraju, w przyjaźni, wzajemnym szacunku i miłości, na nowo budzą się w nas demony niosące nienawiść i zniszczenie” – zastanawiał się Piotr Jarecki po spotkaniu z niedoszłą klientką na targu w Gdyni. Nie umiałem i nie umiem mu odpowiedzieć. Wiem jednak, że problemem rozmowy Olejnik–Sikorski nie było to, że dziennikarka coś Polakom insynuowała. Nasz „antysemityzm bez antysemitów” jest faktem.

Motta do kolejnych śródtytułów tekstu są strofami wiersza Wisławy Szymborskiej „Jeszcze”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 47/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Słowo na „ż”