Paulina Model: Czy są kobiety, których Bóg nie kochał?
Maria Miduch: Skąd ten pomysł?
Zatytułowała Pani swą książkę „Kobiety, które kochał Bóg”. Czyli mogą być i takie, których nie kochał.
Raczej chodziło o to, by pokazać, że czasami jedyną osobą, która kochała te biblijne bohaterki, był Bóg. One często nie miały miłości nikogo „z zewnątrz”, ale miłość Boża motywowała je do działania.
„Nigdy tak nie było” albo „zawsze tak było”. Te dwa zdania są – według Pani – największymi wrogami Ducha Świętego. Co to znaczy?
Gdy to pisałam, patrzyłam na swoje życie i myślałam o odbiorze tego, co robię w Kościele. Kiedy zostałam dyrektorem Salezjańskiego Instytutu Teologicznego, podniosło się wiele głosów, że „nigdy tak nie było, by kobieta była na stanowisku kierowniczym w seminarium”. Ale chodzi też po prostu o udział świeckich w życiu Kościoła. Często słyszymy, że „nigdy tak nie było, żeby świecki coś tam robił”. Zawsze to był ksiądz proboszcz, wikary, zawsze duchowni. A dlaczego nie świeccy?
W wiekach średnich świeccy mieli dość znaczącą rolę w Kościele.
Dlatego mówienie „nigdy tak nie było” znaczy najczęściej, że nie było tak w naszej parafii.
Prof. Aleksandra Kłos-Skrzypczak badała szklany sufit w odniesieniu do teolożek. Czasami mówi się o witrażowym suficie w Kościele czy w ogóle w religiach: do pewnego momentu kobiety mogą awansować, zrobią magisterkę, czasami doktorat, ale z zatrudnieniem już jest krucho.
To prawda, też to widzę. Ciężko się przebić. I nie chodzi o brak doświadczenia, badań naukowych czy kompetencji. Ale o to, że jeżeli o jedno stanowisko ubiega się ksiądz i kobieta świecka, wiadomo, że dostanie je ksiądz.
Wróćmy do biblijnych kobiet: dlaczego uważa Pani Samarytankę za patronkę teolożek?
Jezus wchodzi w dialog z kobietą, a przecież ta rozmowa z różnych względów nie powinna się odbyć. Mamy mężczyznę i kobietę, którzy się nie znają, więc nie powinni ze sobą rozmawiać. Mamy dwie wrogo nastawione do siebie grupy: Żydów i Samarytan. Mamy mężczyznę z tytułem rabbiego i kobietę z niepoukładanym życiorysem.
A jednak ich dialog jest niesamowicie głęboki: Jezus objawia jej bardzo wiele o sobie. Właśnie tej kobiecie. Ona może być wzorem kogoś, kto stawia pytania. I to takie, które z początku brzmią głupio: „No, przecież nie masz czerpaka, jak to się stanie?”. Ale te pytania odkrywają głębię, którą Jezus ma do objawienia. Kapitalne! Taka bezpośrednia rozmowa, która wychodzi już u samego początku poza schemat, to dobry wzór dla wszystkich teologów i teolożek. Żeby nie bać się stawiać pytań. I nie bać się odpowiedzi, które nas przekraczają.
Jakie trudne pytania pojawiają się dzisiaj?
Powiedziałabym, że trudne pytania mogą się pojawić w każdej dziedzinie teologii, jeśli wyjdziemy poza to, co już zostało opracowane, zdefiniowane i zawarte w ogólnie przyjętych podręcznikach. Jeśli zaczniemy pytać o zbawienie albo o to, czy piekło jest puste. Jeśli zaczniemy pytać o funkcjonowanie Kościoła. O interpretację Biblii. Wszędzie tam mogą się pojawić problemy, które dla jednych będą nie do przekroczenia, a dla innych będą wyzwaniem.
Myślę, że w polskim środowisku teologicznym nie potrafimy dyskutować. Nie umiemy też odpowiadać na pytania. Przypominam sobie dyskusje na zjazdach biblistów polskich czy konferencjach naukowych. Dwóch biblistów, którzy mają różne poglądy, zaczyna dyskutować i nagle wstaje jeden z autorytetów-profesorów i dyskusję kończy. Ale dlaczego? Niechby się pokłócili, niechby się nawet na siebie obrazili! Tylko niech wybrzmią argumenty, niech pobudzi to myślenie słuchaczy.
Nie posuniemy się naprzód w jakiejkolwiek dziedzinie teologii, jeżeli nie zaczniemy dyskutować.
Skąd ta słabość polskiej teologii?
Problem z dyskusją mamy chyba w ogóle w społeczeństwie. Z przedstawianiem argumentów zamiast obrzucania się epitetami. Widzimy to w Kościele, polityce, w wielu miejscach. A przecież dyskusja nie jest po to, by drugą stronę przekonać do swojej racji, tylko żeby powiedzieć, dlaczego ja tak uważam. Skoro o zwykłych rzeczach nie umiemy rozmawiać, to jak nagle mielibyśmy rozmawiać o czymś, co jest wymagające, albo o poglądach mocno już zakorzenionych w naszym społeczeństwie? Takie dyskusje są trudne, dlatego ich unikamy.
Pisze Pani, że kto nigdy nie odczuwa żadnych wątpliwości, ten nie jest uczniem. „Co nie jest chwiejne, jest nietrwałe” – mówił Tomáš Halík.
Wątpliwości są tym, co nas przybliża do Pana Boga. Popatrzmy chociażby na Nikodema, który przychodzi do Jezusa w nocy. Ma wątpliwości i dzięki temu ma możliwość zbliżenia się do Jezusa, słuchania odpowiedzi, które budzą w nim kolejne wątpliwości, a te z kolei znowu posuwają go dalej w poznawaniu prawdy o Bogu. To fenomenalne. Wtedy właśnie szukamy, zadajemy pytania. Boję się teologów, którzy mają odpowiedź na każde pytanie. Boję się takich księży. Życie mnie nauczyło, że odpowiedź Pana Boga może być zupełnie zaskakująca i otwierająca nowe drzwi, których wcześniej nie widzieliśmy.
Może lęk przed trudnymi pytaniami wynika z formacji? Na katechezie w szkole i na kazaniach w kościele możemy usłyszeć, że nie powinno się zadawać pewnych pytań albo czytać pewnych książek, bo to może zachwiać wiarą.
Nie rozumiem ludzi, którzy nie czytają, bo się nie zgadzają z autorem czy z treścią książki. Ja lubię czytać rzeczy, z którymi się nie zgadzam, żeby stawiać sobie pytania.
Judasz, o którym Pani pisze, zarzuca Marii, że olejek, który wylała na Jezusa, można by spieniężyć i wspomóc ubogich. To się nazywa mansplaining. Pani odpowiada: „Nie Judaszu, nie założysz Marii jarzma”.
Jest w nas, w Kościele, taki judaszowy duch wkładania jarzma na innych w ich pobożności, w wyrazie miłości do Pana Boga. Myślę, że ta opowieść powinna być przestrogą dla nas wszystkich, byśmy nie szafowali takimi stwierdzeniami, że coś jest złym sposobem oddawania czci Panu Bogu.
Bierze sobie Pani za cel „odlukrowywanie” historii kobiet z kart Ewangelii. Których najchętniej?
Weźmy na przykład historię Marty i Marii. Długo mnie od niej mdliło. Dopiero po jakimś czasie postanowiłam, że sama odkryję, jak to z nią jest. To było duże zaskoczenie. Maria i Marta też w żaden sposób nie mieściły się w schematach, które wtedy obowiązywały kobiety. Podobnie jak ich relacja z Jezusem. Natomiast ich dialogi, które często się spłyca, zawierają naprawdę głęboką teologię. Pokazuje te kobiety w zupełnie innym świetle.

Historia o tej Marii, która obrała lepszą cząstkę, i Marcie, jako tej, która jest pochłonięta przez sprawy tego świata, co znaczy, że tej cząstki nie obrała... Dla mnie to wcale nie jest zaproszenie do tego, by wszyscy siadali teraz u stóp Jezusa, jak Maria, ale żebyśmy każdy i każda z nas odkryli swoją własną cząstkę: to, co jest dla mnie ważne, dla mnie dobre. I za tym podążać. Widać, że Marta nie bardzo tę cząstkę odkryła, bo ciągle ogląda się na to, co robi Maria. A chodzi o to, by każda odkryła to, co jest jej. Wtedy nie będzie jej denerwować siostra, która robi to, co jest dobre dla tej siostry.
Czyli że nasze szufladki nie muszą być wąskie: Maria – „dobra”, „kontemplatyczka” i Marta – jeszcze „nienawrócona”, „światowa”. Proste opozycje.
Pracuję z różnymi kobietami i uderza mnie ich różnorodność. Są takie, z którymi bym się łatwo zaprzyjaźniła, i takie, z którymi chyba nie. Ale to dobrze, że takie jesteśmy. Są takie, które będzie urzekać spotykanie się w kobiecym gronie i wspólne układanie bukietów, ale i takie, które odnajdą się we wspólnym działaniu w wolontariacie czy chodząc razem na strzelnicę. Świetnie. To jest piękne, że jesteśmy różne. Różnorodność to coś bardzo Bożego.
Bliskie mi jest także odczytanie kobiety cierpiącej na krwotok jako patronki tych, którzy chcą zawalczyć o siebie.
Dla mnie to też było odkrycie. Musiałam trochę pochodzić z tą Ewangelią, poczytać, poszukać. Determinacja tej kobiety robi na mnie duże wrażenie. Po 12 latach stania w cieniu, na marginesie, znajduje siłę, by zawalczyć, i to w taki niestandardowy sposób, który wymaga złamania kilku zakazów i wyjścia z cienia. Myślę, że ona może i chciałaby dotknąć Jezusa potajemnie, ale jednak musiała wejść w tłum, zaryzykować, że ktoś ją zobaczy, rozpozna.
Różne Ewangelie różnie przedstawiają Jezusa, ale też różnie piszą o kobietach.
Ewangelia Janowa pokazuje na przykład, że Jezus o tych najważniejszych rzeczach rozmawia właśnie z kobietami: Martą, przy wskrzeszeniu Łazarza, Marią Magdaleną, Samarytanką. Ta Ewangelia jest mi najbliższa.
Była nawet kiedyś taka myśl wśród egzegetów, że autorem tej ewangelii może być kobieta. Nawet podejrzewano, że to Maria Magdalena. Zbagatelizowano ten pomysł i końcowo odrzucono, ale zwrócono uwagę, że w tej Ewangelii narracja jest jednak inna. Ewangelia nie jest kroniką wypadków, tylko teologią życia ziemskiego Jezusa. W tej rzeczywiście kobiety odgrywają szczególną rolę. Maria z Magdali została posłana do głoszenia ewangelii o zmartwychwstaniu. Zastanawiano się więc, czy spisujący nie konsultował pewnych rzeczy z tą kobietą. Zastanawiano się, czy ona nie była inspiracją albo przynajmniej konsultantką treści.
Czy biblijne wzory kobiece są dla wszystkich?
Jeśli postacie kobiece czynimy wzorem tylko dla kobiet, odbieramy bogactwo, które jest w Kościele. Bo gdy bierzemy Abrahama, mówimy, że „to jest wzór wszystkich wierzących”. Ale gdy bierzemy Esterę, to mówimy: „to jest wzór dzielnej kobiety”. Dlaczego nie powiedzieć, że to wzór dzielnego człowieka i że niejeden mężczyzna mógłby się od niej sporo nauczyć?
Pewnie ma znaczenie, kto te teksty pisze. Jak zauważa prof. Kalina Wojciechowska, która opisywała obraz Boga w kazaniach kobiet.
Tak, to ma duże znaczenie. Gdy napisałam „Biografię Syna Bożego”, trzecią część trylogii o Trójcy Świętej, na spotkaniu autorskim jeden ksiądz teolog zapytał, po co taka książka, skoro już tyle o tym Synu Bożym napisano. Przecież napisał papież Benedykt, i inni też, więc po co jeszcze? Zapytałam, czy ksiądz zwrócił uwagę na to, że niemal wszystkie poprzednie książki napisali mężczyźni, a kobieta może mieć inny punkt patrzenia. I że to może być wzbogacające także dla mężczyzn.
Dr MARIA MIDUCH – teolożka, biblistka, judaistka, autorka książek, m.in. „Kobiety, które kochał Bóg. Nowy Testament”, „Boskie świętowanie” (z Szymonem Żyśką). Wykładowca przedmiotów biblijnych w krakowskich seminariach. Dyrektorka Salezjańskiego Instytutu Teologicznego. Zakochana w Ziemi Świętej i jej kulturze.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















