Tłumów nie było, ale może to kwestia aury. W deszczu i chłodzie wielkośrodowego popołudnia u stóp pomnika Piotra Skargi na krakowskim Placu św. Marii Magdaleny zgromadziło się kilkadziesiąt osób.
Z transparentami, na których wzrok przykuwały wizerunek Chrystusa Króla, nie do końca poprawne teologicznie hasło „Tylko Maryja zwycięży szatana” oraz również nie do końca fortunny w tym kontekście profil Jana Pawła II – prowadzeni przez niedawną małopolską kurator Barbarę Nowak modlili się do św. Michała Archanioła o prawdziwe przywództwo duchowe w kontekście „herezji Rysia i Episkopatu”.
Herezją w ich oczach był oczywiście list biskupów na 40-lecie wizyty Jana Pawła II w rzymskiej synagodze.

Dlaczego biskupi napisali list, który wywołał zamieszanie
Powiedzieć, że ostatnie dni Wielkiego Postu upłynęły pod znakiem wywołanej przez ów list burzy, to nic nie powiedzieć. W mediach tradycyjnych i społecznościowych trwają spory o polski antysemityzm i zbrodnicze działania Państwa Izrael. Pisze się i mówi o pełzającej w Kościele nad Wisłą tradycjonalistycznej schizmie, w której ikona Jana Pawła II nie działa już hamująco na podważanie nauczania Soboru i kolejnych papieży (wszak dokument Episkopatu składał się niemal wyłącznie z cytatów z Papieża Polaka).
Debatuje się także o tym, czy wiara w Jezusa jest niezbędnym warunkiem do zbawienia (spoiler: nie jest, a Kościół – jak uczył Benedykt XVI – przepowiada Go także przez dialog międzyreligijny).
Komentarz cenionego skądinąd niemcoznawcy prof. Stanisława Żerki na portalu X („Kościół kard. Rysia i tego drugiego ancymonka [mowa o kard. Krajewskim – przyp. MO] niech idzie swoją drogą, skoro nadal uważają się oni za »hierarchię«. Skoro postanowili oderwać się od nas, wiernych – trudno, co robić”) wydaje się w tym kontekście symptomatyczny.
Choć były i takie „reakcje”, jak pejsy dorysowane na fotografii metropolity krakowskiego, zamieszczonej w tej formie na stronie punktowanego przez MEiN czasopisma „Pedagogika Katolicka”.
Dlaczego dokument, będący w gruncie rzeczy streszczeniem doktryny dobrze już utrwalonej w Kościele ostatnich dekad, wywołał tyle zamieszania? Spróbujmy porozdzielać splątane tu wątki, zwłaszcza że niektóre prowadzą w przeszłość, a niektóre... za Ocean.
Dlaczego tłum chciał ukrzyżować Jezusa
Sądząc po gwałtowności reakcji nigdy nie ma dobrego czasu na zajmowanie się relacjami polsko- lub chrześcijańsko-żydowskimi, ale akurat okres okołowielkanocny wydaje się odpowiedni: i z racji na to, co wydarzyło się dwa tysiące lat temu w Jerozolimie, i ze względu na zapisane przez jednego z ewangelistów słowa wykrzyczane przez tłum domagający się śmierci Rodaka (Mt 27, 25), i ze względu na sposób, w jaki przez stulecia interpretowała je chrześcijańska teologia.
„Są ślepi, bo nie rozumieją tego, co czytają. Zachowują Prawo cieleśnie, co do ciała, a nie co do ducha. Nie rozumieją Pisma – i nie dzieje się to bez ich winy” – tak św. Augustyn definiował odrzuconą dopiero przez Sobór Watykański II tzw. teologię zastępstwa, wedle której Żydzi utracili (na rzecz Kościoła) status narodu wybranego.
Jak pisał będący przecież historykiem Grzegorz Ryś (cytuję książkę „Chrześcijanie wobec Żydów. Od Jezusa po inkwizycję. XV wieków trudnych relacji”): „w tekście Augustyna to zaledwie akapit, w dziejach relacji Kościoła i Izraela – kamień uruchamiający wielowiekową lawinę oskarżeń Żydów o »bogobójstwo« i »bratobójstwo«”.
Dlaczego Żydzi bali się w Wielkanoc
Bo teologiczne interpretacje miały swoje konsekwencje, za które przepraszał Jan Paweł II, wyznając winy Kościoła w trakcie liturgii pokutnej Roku Jubileuszowego.
Kiedy w 1453 r. do Wrocławia zjechał franciszkański mnich Jan Kapistran, efektem wygłaszanych przezeń w Wielkim Tygodniu kazań były – podobnie jak w innych miastach Europy, które ów kanonizowany w XVIII w. zakonnik odwiedzał – antyżydowskie zajścia; ofiarą pogromu, wywołanego fałszywymi oskarżeniami o zatruwanie studni i kradzieże hostii, padło kilkadziesiąt osób, spalonych później na Placu Solnym.
Przykładów podobnych zbrodni było przez stulecia wiele; niektóre przywołuje Joanna Tokarska-Bakir w „Legendach o krwi. Antropologii przesądu”. Jak zauważa badaczka, w porze Wielkanocy Żydzi na przestrzeni wieków nagle „przestają być sąsiadami, z którymi chrześcijan łączą dobre lub złe, ale codzienne stosunki. Zaczynają być Żydami, którzy ukrzyżowali Chrystusa”.
Pamiętajmy: aż do 1965 r. w Kościele czczono pamięć Szymona z Trydentu, kilkuletniego chłopca, który zaginął przed Wielkanocą 1475 r. i o którego śmierć również obwiniono Żydów.
Dlaczego Polacy bywali wdzięczni Hitlerowi
W 1940 r. na ulicach Warszawy odbył się – zgoda, inspirowany przez Niemców, którzy wkrótce zaczęli wznosić mury getta – ale przeprowadzony polskimi rękami pogrom, rozpoczęty właśnie w Wielki Piątek. A co się wydarzyło trzy lata później?
Zekranizowane przez Wajdę opowiadanie Jerzego Andrzejewskiego „Wielki Tydzień” bywa krytykowane jako nadmiernie wybielające polskie postawy (robi to np. Tomasz Żukowski w książce „Wielki retusz. Jak zapomnieliśmy, że Polacy zabijali Żydów”), choć padające z ust jednego z bohaterów frazy typu: „W tym jednym wypadku możemy być wdzięczni Hitlerowi. Odwalił za nas uciążliwą i powiedzmy, że nawet przykrą, czarną robotę. Teraz w ogóle kwestii żydowskiej nie będzie! Gdyby nie zrobił tego Hitler, musielibyśmy po wojnie my sami zabrać się do likwidacji Żydów”, uznać można za powszednie.
Obrazy warszawskiej wiosny 1943 r. są nierozerwalnie splecione z widowiskiem opisywanym przez Adolfa Rudnickiego w opowiadaniu „Wielkanoc”: „Przez Wielki Tydzień trwały nieustanne pochody ku murom [getta]. Nie ustały i w święta. Ledwie padły słowa: »Idźcie, msza skończona, Alleluja, Alleluja«, a tłum z przepełnionych kościołów, jeszcze w duszy gorący, szumiący wiosną, z młodymi kwiatami w ręku biegł pod mury ku widowisku. Ku warszawskiemu widowisku paschalnemu”.
Oszczędzimy sobie szczegółów owego „widowiska”, ale płomienie znów odgrywały w nim kluczową rolę.
Dlaczego papież poszedł do synagogi
Piszę o tym obszernie, bo historia Kościoła i dzieje Polski tutaj się łączą.
Być może dlatego zresztą papieski biograf (a na potrzeby tego tekstu nie od rzeczy będzie dodać: amerykański neokonserwatysta) George Weigel konstatował, że wizyta w rzymskiej synagodze stanowiła zwieńczenie drogi, która dla przebywającego ją człowieka zaczęła się 60 lat wcześniej, a której etapami były „dziecięce przyjaźnie z Żydami, lekcje tolerancji swego ojca oraz nauki starego proboszcza o tym, że antysemityzm jest zabroniony przez Ewangelię, doświadczenia hitlerowskiej okupacji i wiedza o Holokauście”.

Podobnych opinii było więcej. Kiedy 4 nisan 5746 r. – albo, wedle kalendarza gregoriańskiego, 13 kwietnia 1986 – zwierzchnik Kościoła katolickiego przekraczał próg żydowskiej świątyni, kluczowe było nie tylko poczucie, któremu dawał wyraz inny znawca tamtego pontyfikatu Bernard Lecomte, że „20 wieków wrogości, pogardy, niezrozumienia i prześladowań zostało w ten sposób odesłane w przeszłość – z chwilą kiedy katolicki papież odmówił po hebrajsku psalm »Hodu l’Adonai ki tov« [Dziękujcie Panu, bo jest dobry]”.
Wielu obserwatorów tamtego wydarzenia podkreślało, że nieprzypadkowo to właśnie papież z Polski – z jej doświadczeniem streszczonym choćby w opowiadaniu Andrzejewskiego – zamieniał teorię Vaticanum Secundum na praktykę miłości bliźniego.
Źródeł padającego z ust tego wielbiciela romantyzmu sformułowania o Żydach jako starszych braciach upatrywano zresztą w „Składzie zasad”, ogłoszonym przez Adama Mickiewicza w Rzymie. Dziesiąty punkt dokumentu z 1848 r. brzmiał: „Izraelowi, bratu starszemu, uszanowanie, braterstwo, pomoc na drodze ku jego dobru wiecznemu i doczesnemu. Równe we wszystkim prawo”.
Dlaczego ksiądz Chrostowski zmienił zdanie
Wtedy, na przełomie lat 80. i 90., ćwierć wieku po Soborze i pół wieku po Zagładzie, faktycznie wydawało się, że w Kościele – powszechnym i polskim – zaszła nieodwracalna zmiana.
„Nie można dzisiaj uprawiać refleksji teologicznej tak, jakby się nic nie stało. Chrześcijanie powinni podjąć fundamentalne pytania dotyczące kształtu i sensu własnej wiary. Ludobójstwo dokonało się przecież w środku Europy, na oczach narodów, które od wieków przyswajały sobie Ewangelię i nauczanie Kościoła” – pisał np. ks. Waldemar Chrostowski na łamach „Collectanea Theologica” w 1992 r.
Trudno się ówczesnym wrażeniom dziwić. Jan Paweł II był w pełni sił i żywo interesował się polskimi sprawami.
Kilkanaście miesięcy wcześniej Episkopat wydał list pasterski na 25-lecie soborowej deklaracji „Nostra aetate”, który w warstwie teologicznej – podobnie jak list tegoroczny – stanowił dość oczywiste streszczenie kościelnego nauczania, że „to, co popełniono podczas Jego męki, nie może być przypisane, ani wszystkim bez różnicy Żydom wówczas żyjącym, ani Żydom dzisiejszym”, bo (jak pisano już w katechizmie Soboru Trydenckiego) „chrześcijanie grzesznicy są bardziej winni śmierci Chrystusa w porównaniu z niektórymi Żydami, którzy w niej mieli udział: ci ostatni istotnie nie wiedzieli, co czynią, podczas gdy my wiemy to aż za dobrze”.
Zarzut bogobójstwa wydawał się w 1990 r. tak bardzo nieaktualny, że jedynym tak naprawdę dyskutowanym zdaniem z tamtego listu biskupów była fraza: „Choćby tylko jeden chrześcijanin mógł pomóc, a nie podał pomocnej ręki Żydowi w czasie zagrożenia lub przyczynił się do jego śmierci, każe to nam prosić naszych Sióstr i Braci Żydów o przebaczenie”.
Dlaczego Kościół zmienił nauczanie o Żydach
Raz jeszcze zacytujmy jednego z najzagorzalszych krytyków obecnego listu Episkopatu, ks. Waldemara Chrostowskiego.
„W rezultacie Szoah trzeba na nowo rozważyć związki między judaizmem a chrześcijaństwem rozumiejąc, że jest to centralny problem dla samorozumienia chrześcijan – pisał 34 lata temu ów profesor biblistyki.
– Chrześcijanie, a więc i chrześcijanie w Polsce, nie mogą dłużej określać własnej tożsamości poprzez odcinanie się lub przeciwstawianie Żydom. Wszelkie nastawienie negatywne zubaża tego i tych, którzy je w sobie noszą. Ponieważ objaśnianie Biblii obficie karmiło się antyżydowskimi uprzedzeniami, zatem wszystkie zasadnicze poziomy refleksji biblijnej, czyli egzegeza, teologia i hermeneutyka, powinny uwzględniać nastawienie oparte na nowych partnerskich zasadach”.
Tym właśnie, a nie jakimś wydumanym „chrześcijańskim syjonizmem” należy tłumaczyć wysiłki dokonujące się w ciągu ostatnich dekad – nie tylko w łonie teologii, ale i w obrębie Magisterium, bo to, co można było przeczytać w ostatnim liście biskupów, jest w nim solidnie osadzone.
Owszem, Żydzi „są nadal umiłowani przez Boga, który wezwał ich nieodwołalnym powołaniem. Bóg bowiem, wierny swym obietnicom, nie odwołał Pierwszego Przymierza. Izrael pozostaje nadal narodem wybranym”, czytamy w dokumencie. Nie jest to żadna herezja, tylko nauka Kościoła.
I twierdzenia te nie są w żadnej mierze w konflikcie z deklaracją „Dominus Iesus” z 2000 r., przywoływaną (jak twierdzą prawicowe media: polemicznie) przez abp. Marka Jędraszewskiego podczas ubiegłotygodniowego kazania w Kalwarii Zebrzydowskiej.
„Nawiązując do wspólnej nadziei eschatologicznej, św. Jan Paweł II powiedział: »Przymierze Nowe odnajduje w Starym swoje korzenie. O ile zaś Stare może odnaleźć w Nowym swe spełnienie, to jest oczywiście sprawą Ducha Świętego. My, ludzie, staramy się temu tylko nie przeszkadzać«” – piszą biskupi. Przecież to, że Jezus jest jedynym zbawicielem, a darmowy akt łaski, jakim stało się zbawienie, stanowi zaproszenie dla całej ludzkości, nie jest sprzecznością.
Dlaczego biskupom zarzuca się herezję
Skoro to wszystko takie proste, dające się wywieść z Katechizmu, soborowych dokumentów i papieskich wystąpień, skąd dzisiejsze awantury?
Czemu trzymający transparent z Janem Pawłem II u stóp pomnika Piotra Skargi (skądinąd kaznodzieja ów również przestrzegał przed Żydami, zabijającymi katolików rzekomo po to, „aby od smrodu, którym od przyrodzenia śmierdzą, tą krwią chrześcijańską wolni byli”) modlili się o prawdziwe przywództwo duchowe, a biskupów nazywali heretykami?
Czyżby ks. Józef Tischner mylił się twierdząc, że „prawdziwe dzieje chrześcijaństwa są wciąż przed nami, a nie za nami”?
Odpowiadając w 2000 r. na pytania Chantal Delsol autor „Myślenia według wartości” zauważał, że „chrześcijaństwo było dotychczas wplątane w polityczną walkę o władzę”; że przez pryzmat tej walki było interpretowane; że szukało swej tożsamości w podkreślaniu różnic, a nawet przeciwieństw w stosunku do innych wiar. „Wydaje się, że ta historia dobiegła końca. Chrześcijaństwo wyzwolone z polityki i konieczności przeciwstawiania się innym religiom może głębiej zrozumieć siebie poprzez pryzmat nadziei, jaką niesie człowiekowi”.
Otóż ostatnie lata przynoszą w tej kwestii regres, i widać go nie tylko spod pomnika Skargi. Podobny rodzaj religijności prezentuje przecież – wbrew nadziejom Tischnera zbijając na nim polityczny kapitał – Grzegorz Braun, z którym próbuje konkurować więcej polityków z prawej strony.
Lider Konfederacji Korony Polskiej podbija kraj nie tylko przekazem antyszczepionkowym, antyukraińskim czy (będzie o tym mowa za chwilę) antysemickim, ale także filmem o objawieniach w Gietrzwałdzie, z którym objeżdża parafie, jakby realizował recepty Wielkiego Inkwizytora z „Braci Karamazow”. Przypomnijmy: ów sędziwy kardynał mówił, że są tylko trzy siły, za pomocą których można zapewnić sobie panowanie nad światem, a mianowicie cud, tajemnica i autorytet.
Dlaczego trumpiści grają Jezusem
Autorytet, władza, ale też przemoc – to coś, co przez lata współtworzyło historię chrześcijaństwa (o czym zresztą również Jan Paweł II mówił w swoich przeprosinach z 2000 r.) i co dziś próbuje wypreparować z niego ruch MAGA.
Zapewne: w czasach wszechogarniającego chaosu tak jednoznaczny przekaz wydaje się atrakcyjny, rzecz w tym, że – jak zauważa na łamach „The Atlantic” Peter Wehner – „Jezus ruchu MAGA nie jest prawdziwym Jezusem”.
Wehner (skądinąd w swoim pisarskim CV mający przemówienia wygłaszane przez trzech republikańskich prezydentów) zauważa, że Jezus nie wzywał uczniów do wygrywania wojen kulturowych, tylko do niesienia krzyża – i nie do pokonywania nieprzyjaciół, tylko do ich miłowania. Ale w dobie wzmożeń i jednoznaczności napędzanych jeszcze przez media społecznościowe ta prawda się nie przebija, a z perspektywy Wielkich Inkwizytorów tego świata – wydaje się wręcz śmieszna.
Miłość bliźniego? Przebaczenie? Nadstawianie drugiego policzka? Błogosławieni ubodzy w duchu? Potrzymajcie mi piwo, najlepiej w kuflu ze złotą podobizną Donalda Trumpa. To się przecież kompletnie nie opłaca – w polityce i w życiu. Tu się nie bierze jeńców, no quarter, jak zapowiedział w pierwszym tygodniu wojny z Iranem (ściągając na siebie dość bezpośrednią krytykę Leona XIV) amerykański sekretarz obrony Pete Hegseth.
Dlaczego Braun mówi „Szczęść Boże”
Zarazem jednak czujemy, że chrześcijańskie imaginarium wciąż działa. Tyle że sprowadzone do karykatury. O tym, co robi z nim np. guru Doliny Krzemowej Peter Thiel, już w „Tygodniku” pisaliśmy; to w polemice z amerykańskim miliarderem przewodniczący Papieskiej Akademii Teologicznej bp Antonio Staglianò wygłasza znamienne zdania: „Przez dziesięciolecia wierzyliśmy, że sekularyzacja jest nieuniknionym losem kultury zachodniej. Dziś zauważamy, że kategorie teologiczne wcale nie zniknęły, tylko wyemigrowały w nowe miejsca”.
Wehner z kolei przypomina zamieszczony w mediach społecznościowych przez Departament Bezpieczeństwa Krajowego USA filmik przedstawiający umundurowanych mężczyzn wdzierających się do czyjegoś domu z bronią i psami; sugestywnym obrazom antyimigranckiej przemocy towarzyszy cytat z Kazania na Górze: „Błogosławieni pokój czyniący, albowiem oni synami Bożymi będą nazwani”.
Doprawdy, nie jesteśmy tu daleko od nienawistnych wypowiedzi Grzegorza Brauna poprzedzonych frazą „Szczęść Boże”.
Jak widać, awantura wokół ostatniego listu Episkopatu jest fragmentem większej całości. I nie chodzi w nim tylko o Żydów.
Dlaczego antysemityzm stał się politycznym orężem
Ale o Żydów też chodzi, bo symbolicznym początkiem regresu – już nie tylko w polskim Kościele, a w polskiej polityce – był atak Brauna na chanukowy świecznik w Sejmie, w grudniu 2023 r. Na ów jawny przejaw antysemityzmu (i towarzyszącą mu przemoc wobec zaatakowanej gaśnicą kobiety) zareagował wówczas tylko jeden hierarcha, kardynał Ryś. Opieszały wymiar sprawiedliwości stworzył wrażenie, że również na tym polu agresja wobec czegoś, co żydowskie, może być bezkarna.
Kilkanaście miesięcy później nadszedł niewątpliwy sukces Brauna w wyborach prezydenckich. I nie chodzi tu tylko o jego wysoki wynik, ale o poprzedzające go w trakcie kampanii faktyczne znormalizowanie nienawiści wobec Żydów.
Choć kandydat otwarcie wzywał do „dejudaizacji”, był pożądanym gościem najpopularniejszych mediów. Między bajki włóżmy tłumaczenia o wolności słowa: zerwanie z antysemickim tabu – uznawanym dotąd ponad podziałami, warto dodać, że chanukową tradycję ze względu na pamięć o milionach żydowskich współobywateli kultywowali i Lech Kaczyński, i Andrzej Duda – przyciągało odbiorców jak lep muchy, a internetowe algorytmy grzały się do czerwoności. W elektoracie krzepło przekonanie, że antysemityzm to po prostu jedna z wielu ofert na politycznym rynku, a nie czyn karalny.
Uwaga na marginesie: Braun urósł tak bardzo, że dziś trudno wyobrazić sobie prawicowy rząd bez jego udziału, ale w tym miejscu drogi wielu nadwiślańskich populistów z ruchem MAGA się rozchodzą.
O ile obie strony łączy redukcja wiary do słownictwa uszlachetniającego siłę (jak to ujął bp Staglianò), to za Oceanem nienawiść do Żydów nie uchodzi. „Obchody pogromu w Jedwabnem podżeganego przez nazistów w 1941 r. zostały karygodnie zakłócone przez bandyckich ekstremistów, którzy szydzili ze zmarłych i hańbili żywych” – mówił w zeszłym roku Thomas Rose, jeszcze jako kandydat na ambasadora USA, krytykując braunowskie ekscesy.
Dlaczego trzeba mówić o teologii
Trudno w tym tekście abstrahować od polityki, skoro okazało się, że antysemityzm znów jest u nas politycznym paliwem, a do stałego repertuaru oskarżeń Żydów o niewdzięczność i antypolonizm można jeszcze dołożyć (i to nie tylko po prawej stronie) zrozumiałe oburzenie na zbrodnie dokonywane przez rząd Netanjahu w Strefie Gazy. Choć niektórzy powiedzieliby pewnie, że za gniewnymi reakcjami na list Episkopatu stoi nie tylko polityczna kalkulacja, ale autentyczna ulga, że w obecnym klimacie można znów powiedzieć, co się tak naprawdę myśli.
O tym jednak nie chcę więcej pisać. Nawet jeśli biskupi polscy zrobili w ostatnich latach wiele, by utożsamiać ich wypowiedzi na temat publicznych spraw z linią jednej partii, mam nieodparte wrażenie, że stawką, o którą zagrał przygotowując list Episkopatu kard. Grzegorz Ryś, nie była polityka czy władza, ale Ewangelia. Której przesłanie – może jednak Tischner miał rację – wciąż pozostaje przed nami.
I jeszcze jedno, w związku z tym, ile powyżej znalazło się pojęć związanych z naukową refleksją o Bogu.
„Są tacy, którzy uważają, że mówienie publicznie o teologii jest nie na czasie. W rzeczywistości jest to pilniejsze niż kiedykolwiek. Bo gdy ideologie przebierają się w język wiary – jak dzieje się to u Thiela i innych nowych proroków przemocy – jedyną odpowiedzią nie może być ani zakłopotane milczenie zwolenników laicyzmu, ani nostalgia tradycjonalistów” – pisze cytowany już bp Antonio Staglianò, dodając trzeźwo, że „człowiek nie jest ani aniołem, ani bestią, ale zranioną istotą, która może się wyleczyć tylko wtedy, gdy zgodzi się być kochana”.
Dokument Papieskiej Akademii Teologicznej również ukazał się w Wielkim Tygodniu.
Spotkaj się ze mną podczas ZLOTU POWSZECHNEGO: już 29 maja w Krakowie!
Zlot Powszechny to ogólnopolski zjazd sympatyków Tygodnika Powszechnego, którego centralnym punktem będą rozmowy z udziałem redaktorów, dziennikarzy i współpracowników.
Chcemy, aby Zlot Powszechny był miejscem pogłębionej debaty na najważniejsze dziś tematy społeczne. Miejscem nawiązywania kontaktów, twórczej energii i prawdziwej dyskusji. Bez pośpiechu. Bez uproszczeń. Z uważnością. Wydarzenie odbędzie się w piątek 29 maja w Krakowie w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha. Uświetni je koncert Grzegorza Turnaua.
Bilety na ZLOT POWSZECHNY są dostępne w serwisie Evenea >>>

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















