Izrael to ja: ego i ideologia to klucz do Beniamina Netanjahu

Pierwszy demokratyczny premier, wobec którego Międzynarodowy Trybunał Karny wydał właśnie nakaz aresztowania, w ciągu długich lat swoich rządów radykalnie zmienił Izrael. Dlaczego? Skąd się wziął Netanjahu jako polityk? Szukając źródeł jego ideowej formacji, musimy udać się do dawnej Rzeczypospolitej i do Palestyny sprzed powstania Izraela.
Czyta się kilka minut
Premier Izraela Beniamin Netanjahu spotyka się z żołnierzami w Strefie Gazy. 26 listopada 2023 r. // AFP / East News
Premier Izraela Beniamin Netanjahu spotyka się z żołnierzami w Strefie Gazy. 26 listopada 2023 r. // AFP / East News

Kiedy w roku 1996 po raz pierwszy obejmował władzę, był najmłodszym premierem w historii Izraela i zarazem pierwszym urodzonym w niepodległym państwie (w roku 1949). Przy okazji zaś symbolem nowego, amerykańskiego stylu uprawiania polityki.

Obecnie jest najdłużej urzędującym (łącznie już 17 lat), najbardziej polaryzującym i od kilkunastu dni także pierwszym poszukiwanym przez Międzynarodowy Trybunał Karny. Dla reszty świata jest zaś twarzą współczesnego Izraela – tak jak Erdoğan jest twarzą Turcji, a Orbán synonimem Węgier.

Skąd zatem wziął się Beniamin Netanjahu?

W historii jego rodziny roi się od znajomych nazw geograficznych. Dziadek Natan urodził się w Krewie (tym od unii polsko-litewskiej z 1385 r.), nauki pobierał w słynnej wołożyńskiej jesziwie (położonej po drodze z Mińska do Wilna), a następnie, już jako wędrowny kaznodzieja, mieszkał m.in. w Warszawie i Łodzi. W tej pierwszej w 1910 r. urodził się ojciec Beniamina – Bencyjon (dosłownie: Syn Syjonu). Wedle słów późniejszego izraelskiego premiera: jego „mentor, nauczyciel i przewodnik”.

Związków rodziny z terenami I i II Rzeczypospolitej nie należy jednak przeceniać, bo przodkowie Beniamina Netanjahu byli żarliwymi syjonistami, podobno jeszcze w Polsce mówiącymi po hebrajsku (co nie było częste nawet wśród osób o podobnych poglądach). Zaś dla żarliwych syjonistów – podobnie jak dla wyznawców kilku innych wielkich XIX-wiecznych ideologii (w tym komunizmu) – to, gdzie się rodzili, było bez znaczenia. Ważna była idea.

Z perspektywy syjonistów życie Żydów w diasporze było anomalią. Błędem, który należy naprawić, i dziejowym nawiasem, który należy zamknąć. I tak jak Kraj Rad miał być „ojczyzną światowego proletariatu”, tak też upragnione państwo żydowskie w biblijnej Ziemi Izraela miało być duchową i materialną ojczyzną wszystkich Żydów. Niezależnie od tego, gdzie się rodzili, jakim mówili językiem i co sami akurat o tym sądzili.

Beniamin Netanjahu ze swoim ojcem Benem Zionem Netanjahu w jego domu. Jerozolima, 8 lutego 2009 r. // Fot. Michal Fattal / Getty Images

Netanjahu, czyli „Dany przez Boga”

W roku 1920 – na chwilę przed tym, gdy pod Warszawą rozegra się „osiemnasta najbardziej decydująca bitwa w dziejach świata” – Natan Milejkowski z rodziną opuszcza Łódź i wyrusza do Palestyny, od niedawna administrowanej przez Brytyjczyków.

On sam zachowa nazwisko. Część jego dzieci przyjmie jednak nowe – hebrajskie. Nazywać będą się odtąd Netanjahu, czyli „Dany przez Boga” (wcześniej tak brzmiał pseudonim, którym Natan podpisywał artykuły). Przyjmie je też Bencyjon, a po nim jego potomkowie.

W Palestynie nastoletni Bencyjon – przyszły ojciec przyszłego premiera – przystaje do syjonistów-rewizjonistów, zwolenników Ze’ewa Żabotyńskiego. Ten świecki nacjonalista głosi kult siły, narodowej dumy i czynu zbrojnego. I zagrzewa zwolenników do politycznej walki o Wielki Izrael (tj. obejmujący także dzisiejszą Jordanię).

Jak pisał Żabotyński (w broszurze wydanej w latach 20. po polsku): „Przemiana Palestyny w państwo żydowskie jest postulatem najwyższej sprawiedliwości, a każdy opór przeciwko niej jest tym samym niesprawiedliwością. Z niesprawiedliwością nie można zawierać układów, niesprawiedliwości nie można udzielać koncesji (...). Niesprawiedliwość należy jedynie zwalczać środkami pokojowymi, dopóki się nie wyraża w gwałtach – natomiast innymi środkami, jeśli się dopuszcza gwałtów” [pisownia uwspółcześniona – red.].

Trzy właściwości Beniamina Netanjahu

Krótko przed śmiercią Żabotyńskiego w 1940 r. Bencyjon zostanie jego współpracownikiem. Zaś zwolennikiem jego myśli będzie do końca życia (dożyje 102 lat, umrze w 2012 r.). Natomiast pół wieku później, w roku 1993, Beniamin, który politycznie pójdzie w ślady ojca, po raz pierwszy stanie na czele partii Likud. Formacji, dla której Żabotyński jest ideowym patronem, i której siedziba w sercu Tel-Awiwu nosi nazwę Fortecy Ze’ewa.

Ta rodzinna i ideowa genealogia jest kluczowa dla zrozumienia Beniamina Netanjahu. Jako polityka wyróżniają go bowiem trzy cechy.

Pierwsza to osobiste predyspozycje: talent, inteligencja, charyzma i ciągła praca nad sobą. A także głód władzy, niezatapialność i łatwość „mijania się z prawdą nie bez udziału świadomości”. Polityczne cmentarze pełne są ludzi, którzy orzekali jego polityczną śmierć, a z tych, których okiwał, złożyć można ligę piłkarską (z prezydentami Obamą i Bidenem jako galacticos).

Drugą właściwością Netanjahu jest wyjątkowa jak na Izrael biografia: dzieciństwo w USA, dyplomy Harvardu i MIT, stanowiska dyplomatyczne w Waszyngtonie i Nowym Jorku, regularne występy w amerykańskich mediach, a w rezultacie amerykański akcent, luz, koneksje, doskonała znajomość tamtejszego systemu politycznego i bezpośredni dostęp do opinii publicznej w USA.

Trzecią natomiast – właśnie zakorzenienie w określonej politycznej ideologii i wierność jej aksjomatom. Niezależnie od doraźnych zwodów, wolt i fikołków.

Etniczny nacjonalizm, kult siły i letnia pobożność

A tradycja polityczna, którą izraelski premier przejął po ojcu? Tę scharakteryzować można jako twardy i bezkompromisowy etniczny nacjonalizm. Nominalnie świecki, jednak rutynowo odwołujący się do żydowskiej tradycji, do „odwiecznych wartości narodu Izraela”, do „Boga na niebie” czy do zapisanych w Biblii praw historycznych.

I to pomimo tego, że sam Netanjahu – trzykrotnie żonaty – nie tylko nie jest szczególnie pobożny, ale regularnie przyłapywany bywa przez media w niekoszernych restauracjach (co w Izraelu zawsze jest mini-skandalem). Tymczasem elektorat Likudu to zazwyczaj ludzie o tradycjonalistycznych poglądach, a partia pod kierownictwem Netanjahu regularnie wchodzi w koalicje z ugrupowaniami ultrareligijnymi i narodowo-religijnymi.

Na tradycję, z której Netanjahu wyrasta, i której sam jest przedstawicielem, składają się też kult siły, przekonanie o bezwarunkowej słuszności własnej sprawy (partyjnej, narodowej i państwowej) oraz niechęć do lewicy. Słowo „lewicowy” jest w jego ustach wręcz inwektywą, która służy do dezawuowania wszystkiego, co mu się w krajowej polityce nie podoba. Podobnie jak epitet „antysemicki” w polityce zagranicznej.

Prawa terytorialne Izraela według Netanjahu

Z kolei w kontekście konfliktu izraelsko-palestyńskiego jest to tradycja, zgodnie z którą naród żydowski ma prawo do całej biblijnej Erec Jisrael. Być może już bez Jordanii (z którą Izrael 30 lat temu zawarł pokój), ale za to ze Strefą Gazy i Zachodnim Brzegiem Jordanu.

Wedle tej wykładni Palestyńczycy są ludem bez historii i jakichkolwiek historycznych praw do ziemi, którą zamieszkują. Ot, generycznymi Arabami, nieróżnymi od tych w Syrii, Egipcie czy Libanie, którzy mogliby wyprowadzić się do któregoś z 21 istniejących już państw arabskich. Co, nawiasem mówiąc, jest takim argumentem jak sugestia, że na swoje państwo nie zasługują np. Słowacy, bo obok istnieją już Polska i Czechy.

W tym ujęciu państwo żydowskie może – przymuszone zewnętrznymi okolicznościami lub z ważnych dla siebie przyczyn – dobrowolnie zrezygnować z części tej ziemi. Czy taką decyzję jednak podejmie, kiedy, w odniesieniu do jakich terenów i na jakich warunkach, jest już wyłącznie jego sprawą, jego decyzją.

Dopóki nie powstanie zaś taka potrzeba, to powiększanie żydowskiego stanu posiadania przez budowę kolejnych osiedli na terytoriach palestyńskich jest nie tylko uprawnione, ale także politycznie sensowne. Korzystnie zmienia bowiem status quo i przesuwa punkt wyjścia do ewentualnych rozmów.

Palestyńczycy 

To dopuszczanie pewnej minimalnej elastyczności w sprawach terytorialnych (a w każdym razie nieodrzucanie jej a priori) jest istotne. Odróżnia bowiem Netanjahu i jego partię np. od jego aktualnych fanatycznych koalicjantów.

Nie zmienia to jednak faktu, że w oczach premiera i jego środowiska Palestyńczycy liczyć mogą co najwyżej na niechętne tolerowanie ich istnienia. Oczywiście dopóki się zachowują, bo np. w wyniku ataku Hamasu z 7 października 2023 r. wszyscy mieszkańcy Gazy przywilej ten ewidentnie stracili (o czym świadczy nie tylko liczba ofiar i poziom zniszczeń, ale też trwająca właśnie czystka etniczna na północy Gazy).

Ewentualny palestyński sprzeciw wobec izraelskiej supremacji (polityczny, a tym bardziej zbrojny) jest z perspektywy Netanjahu zwyczajnie niedopuszczalny. I nawet jeśli posiada on pewne materialne przyczyny, to po prostu nie są one istotne, bo wynikają z oporu wobec czegoś, co jest słuszne i sprawiedliwe. Jak stwierdzał Żabotyński: „Z niesprawiedliwością nie można zawierać układów”. Można ją jedynie zwalczać.

Świat

W konsekwencji utrzymywanie od niemal 60 lat okupacji terenów palestyńskich, a także aneksja Wschodniej Jerozolimy są w tej optyce stanem de facto przezroczystym. Nie uprawniają nikogo do krytyki Izraela ani do podważania jego statusu „jedynej demokracji na Bliskim Wschodzie”, a już zwłaszcza do zbrojnego oporu przeciw Izraelowi.

Ulubione credo Beniamina Netanjahu – „pokój poprzez siłę” – oznacza zaś w tym kontekście, że region i świat pewne rzeczy po prostu muszą zaakceptować. Np. to, że kwestia Palestyny jest de facto wewnętrzną sprawą Izraela, którą ten pokieruje tak, jak uzna za stosowne.

Dlatego też, kiedy po masakrze dokonanej przez Hamas 7 października 2023 r. izraelscy przywódcy na czele z Netanjahu grzmieli, że zbrodni tej nie wolno kontekstualizować, wyrażali tylko to, w co sami rzeczywiście wierzą. Czyli przekonanie, że przemoc palestyńska nie ma kontekstu. W każdym razie takiego, nad którym warto by się było w ogóle zastanawiać. Nietrudno się zatem dziwić, że z perspektywy izraelskiego premiera spływająca nań krytyka powodowana może być wyłącznie antysemityzmem.

Netanjahu wydaje się nowoczesny, ale głęboko tkwi w minionym wieku

Trwałym elementem tradycji politycznej, którą reprezentuje Netanjahu, jest też wizja cykliczności żydowskiego losu w diasporze, gdzie zawsze – na końcu – czeka katastrofa. To też dziedzictwo m.in. Żabotyńskiego, który całe lata 30. XX w. alarmował o nadciągającym kataklizmie. To też nauka Bencyjona, historyka i badacza antysemityzmu w średniowiecznej Europie, który stwierdzał, że „żydowska historia jest historią holokaustów”. Wnioskiem stąd płynącym jest zaś aksjomat, że tylko w Izraelu Żydzi mogą być bezpieczni. Nawet jeśli fakty tego nie potwierdzają (atak Hamasu i ostrzały Hezbollahu nie wydarzyły się w Europie).

Wreszcie, w tradycji tej jest także coś nieuchwytnego. Pewne niewypowiadane wprost przekonanie, że mimo ponad 75 lat istnienia Izraela, nie jest on zwyczajnym państwem narodowym sięgającym „odtąd-dotąd”, ale niedomkniętym projektem, którego podstawowe parametry (np. terytorialne) nie zostały dotąd zdefiniowane (i być może nigdy nie zostaną).

Wprawdzie w swoich wystąpieniach Netanjahu chętnie mówi o imponujących osiągnięciach Izraela (m.in. w medycynie, genetyce, rolnictwie, energetyce, IT czy przemyśle zbrojeniowym). Jak mało który polityk rozumie też nowe technologie komunikacyjne i dynamikę mediokracji, tej krajowej i tej w USA (co może ważniejsze). Robi tym samym wrażenie człowieka, który – mimo ukończonych 75 lat – jest za pan brat z nowoczesnością.

Zarazem jednak jest też politykiem głęboko tkwiącym w „wieku ideologii”. A przez to także zauważalnie niedzisiejszym – i biegunowo odległym od modelu zachodniego przywódcy: kalkulującego technokraty, który szuka korzystnych kompromisów.

Krytyka Netanjahu: czy Izrael i świat są zakładnikami szaleńca?

W miarę narastającej w ostatnich latach krytyki Netanjahu, krajowej i międzynarodowej – związanej najpierw z próbą zamachu na niezależność izraelskiego sądownictwa, a obecnie z jednoznacznie zbrodniczym sposobem prowadzenia wojen w Gazie i Libanie – popularne stało się tłumaczenie jego posunięć przez pryzmat osobistego położenia i cech charakteru.

A zatem – według setek artykułów i komentarzy prasowych – sytuacja w Izraelu, a w konsekwencji także w Palestynie, Libanie, regionie i świecie (bo izraelska polityka ma globalne implikacje), ma zależeć od jego problemów z prawem (trzy sprawy kryminalne o korupcję m.in. w postaci przyjmowania drogich cygar i skrzynek ekskluzywnego szampana), jego obaw przed utratą władzy, jego megalomanii, domniemanej psychopatii, upojenia władzą, autorytarnych ciągot, demonicznej żony itp., itd.

W skrócie: według tej wizji cały świat jest zakładnikiem szaleńca, nieomal małpy z brzytwą, człowieka, nad którym nie ma kontroli. Zaś izraelskie społeczeństwo nie tylko nie ponosi za niego odpowiedzialności, ale jest wręcz jego pierwszą ofiarą.

Ego i polityczna ideologia Beniamina Netanjahu

Być może część z tego jest prawdą, a kluczem do zrozumienia Netanjahu rzeczywiście jest – przynajmniej w jakimś stopniu – jego wybujałe ego, przyspawanie do stołka i strach przed konsekwencjami własnych działań.

Warto jednak – choćby dla eksperymentu – zastanowić się, czy klucza interpretacyjnego nie dałoby się znaleźć gdzieś indziej. Np. właśnie w jego politycznej ideologii. I sprawdzić, czy to nie ona jest przypadkiem tym brakującym ogniwem, które pozwala wytłumaczyć to, co z pozoru jest niewytłumaczalne.

Choćby upór, z jakim rząd izraelski odmawia traktowania kwestii palestyńskiej jako politycznej (traktuje ją bowiem wyłącznie jako problem bezpieczeństwa). Względnie upór, z jakim wspiera rozwój osadnictwa. Wreszcie zaś niezwykłą determinację do kontynuowania wojny w Gazie pozornie bez żadnego celu politycznego.

To wszystko zaś w sytuacji, kiedy – na tak zwany zdrowy rozum – to Izraelczycy powinni być najbardziej zainteresowani trwałym uregulowaniem konfliktu z Palestyńczykami. Także dlatego, gdyż najbardziej stratny byłby na tym Iran (ten z rzekomej obrony Palestyńczyków uczynił wytrych do tłumaczenia swej destrukcyjnej działalności). No i aspekt trzeci: w takim uregulowaniu konfliktu Izrael może liczyć na pełne poparcie USA, UE i znacznej części świata arabskiego.

Jednak z jakiegoś powodu tak się nie dzieje.

Izrael w rękach swojego premiera

Jeśli zaś kluczem do zagadki pt. „Beniamin Netanjahu” (a w każdym razie jednym z kluczy) rzeczywiście byłaby ideologia – ta, którą izraelski premier od dekad głosi, i dzięki której przez 17 lat pozostaje u władzy – wówczas mogłoby się okazać, że problemem nie jest tylko ten jeden polityk i jego przymioty.

Izrael zaś – nieoczekiwanie – wylądować mógłby na podium dla najbardziej zideologizowanych i najbardziej destabilizujących region państw Bliskiego Wschodu. Tylko szczebel poniżej swojego głównego regionalnego przeciwnika, Iranu.

Bardzo daleko natomiast od większości państw arabskich. Te bowiem, po dekadach wojen i dewastujących konfliktów, marzą dziś głównie o spokoju, stabilizacji i liczeniu pieniędzy (oczywiście te państwa, które wciąż jeszcze w ogóle istnieją jako państwa nieupadłe). Tymczasem w ostatnim roku zostały one sprowadzone do roli widzów konfrontacji między rozjuszonym Izraelem a Palestyńczykami, Iranem i regionalnymi sojusznikami Teheranu.

Przyszłość Beniamina Netanjahu

Zmierzając do zakończenia: w ciągu ostatnich 20 lat izraelskiej historii Beniamin Netanjahu był u władzy przez 14 lat. Tworzył w tym czasie koalicje ze wszystkimi siłami politycznymi, jakie w tym kraju istnieją (poza Arabami): z lewicą, centrum, prawicą świecką, prawicą narodowo-religijną i ultrareligijną.

Obecnie zaś, po ponad roku wojny, jego partia Likud – mimo dużego elektoratu negatywnego – zajmuje w sondażach naprzemiennie pierwszą lub drugą pozycję (w zależności od badania). Natomiast ewentualni kandydaci do zastąpienia go na stanowisku premiera, tacy jak Naftali Bennett czy Beni Ganc, przekonują elektorat ofertą, którą podsumować można jako: „Netanjahu minus błędy i wypaczenia”.

W tej sytuacji granica między aktualnym przywódcą a krajem, któremu on przewodzi, staje się momentami naprawdę wyjątkowo cienka.

Samego Beniamina Netanjahu zaś zdecydowanie nie należy odsyłać na polityczny cmentarz. Do końca obecnej kadencji pozostały mu dwa lata, które zapewne przetrwa. A nawet jeśli później odejdzie, z pewnością nie bez walki. Oraz z zapowiedzią: „I’ll be back!”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 49/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Izrael to ja