Helle Helle: Nie da się wymyślić dobrej powieści, trzeba ją napisać

Przez lata bałam się, że ktoś odkryje, że nie jestem „prawdziwą pisarką”, bo nie potrafię formułować wielkich myśli. Ale dziś już się tego nie wstydzę – mówi Helle Helle.
Czyta się kilka minut
Helle Helle // Fot. Gregers Tycho / Ritzau Scanpix / Forum
Helle Helle // Fot. Gregers Tycho / Ritzau Scanpix / Forum

Krzysztof Katkowski: Twoja najnowsza powieść opowiada o rozwodzie. 

Helle Helle: Dorastałam w rodzinie, w której rozwody były na porządku dziennym, sama jestem rozwódką. Być może dlatego moja bohaterka, Hafni, świętuje swoje rozstanie. To dla niej wyprawa, coś w rodzaju pielgrzymki. 

W Danii mamy zresztą na taki rodzaj wędrówki specyficzne określenie: smørrebrødsrejse (podróż kanapkowa). Jadłeś kiedyś takie duńskie kanapki, odwiedzając przyjaciół w Kopenhadze?

Cóż, muszę przyznać, że nie przepadam za kanapkami. 

Moja Hafni ma 48 lat. Była długo w związku i teraz, gdy dzieci dorosły i wyprowadziły się z domu, sama wreszcie może odejść. Planowała tę podróż od dawna. Małżeństwo zawarła, bo nie umiała odmówić – ktoś ją poprosił, więc się zgodziła. Rozwód to dla niej ulga, ale też coś więcej. 

Na początku myśli, że to będzie święto, ale z czasem uświadamia sobie, że rozwód to także strata, ponieważ nie wszystko da się zabrać ze sobą. Nie można zabrać rodzinnego Bożego Narodzenia, dźwięku deszczu uderzającego o szyby domu, wielu przedmiotów... 

Ale przede wszystkim tego, co nieuchwytne, nie da się zabrać. I właśnie to Hafni odkrywa w czasie swojej podróży.

I co z tego dla niej wynika?

Nie piszę książek dlatego, że mam odpowiedzi. Piszę, bo mam pytania. Nie potrafię dokładnie powiedzieć, czym jest rozwód, ale potrafię napisać książkę o kobiecie, która go przeżywa. Hafni myśli, że rozwód będzie świętem, ale z biegiem czasu wszystko się komplikuje, okazuje się, że to także żałoba. Jej podróż miała trwać siedem dni, ale przeciąga się do ponad czterech tygodni.

Przez wiele lat marzyłam, żeby sama odbyć taką podróż. Ale różne rzeczy mnie przed tym powstrzymywały. Przede wszystkim – strach przed byciem zbyt samotną w pokojach hotelowych, wieczorami... Ale tak naprawdę to także lęk przed obecnością innych ludzi. Jestem jak Hafni – trudno byłoby mi odmówić, gdyby ktoś poprosił, by usiąść przy moim stoliku.

Hafni to Ty?

Pisarze wysyłają bohaterów w swoją podróż. Chcemy, by oni robili to, czego my się boimy. Taka jest siła wyobraźni.

Łatwo pomyśleć, że literatura, by była czymś wyjątkowym, musi opowiadać o czymś wyjątkowym. Ale to niekoniecznie prawda. A może jest wręcz odwrotnie – dla mnie Hafni jest postacią wyjątkową i odważną, bo decyduje się na taką podróż. A jednocześnie jest „zwyczajną osobą”. Jej sposób bycia w świecie jest konkretny, więcej obserwuje, niż rozmyśla.

Dlaczego?

Gdy próbuję pisać o uczuciach, to po prostu nie działa. To nie jest dobra literatura. Odkryłam to już dawno. To nie jest kwestia decyzji – po prostu inaczej nie umiem. Nie potrafię pisać o „życiu wewnętrznym”, ale potrafię opisać to, co ktoś robi, mówi, widzi, słyszy. 

Moja literatura jest bardzo konkretna, tak samo jak moja percepcja świata. Nie potrafię myśleć w kategoriach abstrakcyjnych. To dlatego byłam tak fatalną studentką i uczennicą, bo wszystko rozumiałam zbyt dosłownie. Jeśli nie mogę czegoś dotknąć, poczuć, zobaczyć – to tego nie rozumiem. 

W książce jest zresztą lista słów, które są dla Hafni problematyczne. To są słowa, których sama nie rozumiem, które mylę, które są dla mnie zbyt abstrakcyjne. Długo miałam z tym problem – przez lata bałam się, że ktoś odkryje, że nie jestem „prawdziwą pisarką”, bo nie potrafię formułować wielkich myśli. Ale dziś już się tego nie wstydzę. Napisałam wiele książek właśnie w ten sposób – i to wystarczy.

Kiedy czytam literaturę – długie, pięćsetstronicowe powieści z mnóstwem opisów, refleksji, przemyśleń i uczuć – potrafię się bardzo wzruszyć. Ale nie zawsze wszystko do mnie dociera.

I co wtedy?

Nie wiem. Pisanie wiąże się co prawda z planowaniem, ale to, co najciekawsze, pojawia się, gdy nic nie jest zaplanowane. Nie da się wymyślić dobrej powieści – trzeba ją napisać. Tylko w pisaniu można ją stworzyć. Tak pracuję. 

Czuję, że osoby w moich książkach są bardzo blisko mnie i mojego sposobu bycia w świecie. Ponieważ mam w głowie refleksje, uczucia, myślę o różnych rzeczach, to osoby, które pojawiają się w moich książkach, podzielają je. Ale nie tracę czasu na próbę tłumaczenia, czym te uczucia i refleksje są.

Jesteś za to kolekcjonerką przedmiotów. 

Nie interesuje mnie pisanie o szklance wody tylko dlatego, że ona tam jest – w świecie przedstawionym. Jeśli ktoś w książce pije wodę, chcę wiedzieć, dlaczego. Muszę czuć, że to ma sens, że coś znaczy. Może ta woda... Wiesz co, jestem jednak fatalna w objaśnianiu tego. Czy możesz zadać łatwiejsze pytanie?

Opowiedz o Hafni.

Ona jest bardzo skupiona na tym, jak inni ją postrzegają. Nieustannie się zastanawia, czy dobrze coś powiedziała, czy dobrze się zachowała. I przez to wszystko się jej wymyka. Mówi nie to, co trzeba. Nieustannie daje się wciągać w różne sytuacje, mówi „tak” zamiast „nie”, idzie w kierunkach, w których iść nie planowała.

I to też jest charakterystyczne dla moich książek – ich fabuła często odzwierciedla sposób, w jaki piszę. Jest w tym dużo czekania, błądzenia, skrętów, których wcześniej nie przewidziałam i nie planowałam. Proces pisania powieści odzwierciedla strukturę samej książki.

Co masz na myśli?

Moja najnowsza powieść to część większego uniwersum literackiego, nad którym pracuję. Zaczęło się od książki z 2018 roku, która opowiada o 16-letniej dziewczynie i jej matce. Mieszkają razem w małym miasteczku na południu Danii. I nagle coś zaczyna się rozpadać, bo matka dostaje diagnozę – choroba terminalna.

Po wydaniu tej książki przez jakiś czas myślałam, że to koniec mojego pisania. Miałam poczucie, że wykorzystałam większość materiału. Pisałam już sporo o tym miasteczku – o samotnych matkach, młodych ludziach.

Ale potem zdałam sobie sprawę, że ta powieść może być nowym początkiem. Od tamtej pory opublikowałam trzy kolejne książki osadzone w tym samym uniwersum. Wszystkie krążą wokół tej dziewczyny w różnych odsłonach – czasem jest narratorką, czasem niewidzialnym głosem w pierwszej osobie, czasem tą, do której Hafni mówi. Głównymi bohaterami są również młodzi ludzie z jej liceum. 

W moich książkach – zwłaszcza ostatnich czterech i tych, które jeszcze nadejdą – staram się, by forma, język, gramatyka, perspektywa narracyjna, sam akt opowiadania – stawały się częścią treści.

Starasz się pisać bardzo prostym językiem.

To podstawowe pytania przed rozpoczęciem pisania każdej powieści: czas teraźniejszy czy przeszły? Pierwsza osoba czy trzecia? Skąd się opowiada? Staram się podejmować te decyzje tak, by sam sposób narracji – lub fakt, że piszę w czasie teraźniejszym – coś mówił o treści powieści.

Co to mówi o powieści?

Jeśli powieść jest napisana w radykalnym czasie teraźniejszym, wszystko dzieje się „teraz” – nawet wydarzenia z wczoraj czy sprzed roku. To potrafi doprowadzić do dziwnych sformułowań w książce. Ale ten radykalny czas teraźniejszy to także rodzaj uporczywego trwania. On przecież odmawia przeszłości, która oznaczała, że ktoś musi odejść, umrzeć. Czas teraźniejszy to desperackie „teraz”, próba zatrzymania czasu.

Tworzysz sobie inny, równoległy świat?

Ale to wcale nie tak. Wręcz przeciwnie. Chcę, żeby czytelnik poczuł, co czas znaczy. Dlaczego wolelibyśmy nierzadko odrzucać przeszłość. Ja, jako pisarka, też wyparłam przeszłość w swoim warsztacie, bo kiedy piszemy w czasie przeszłym, to znaczy, że jest już „po wszystkim”. A to potrafi być nużące.

To życie bez nadziei?

Chyba po prostu życie. Ono ma swoje prawa. Czas ma swoje prawa. 

Kiedy jesteś młody, matka nieustannie robi ci awantury o to, że zostawiasz brudny nóż na krawędzi zlewu. Albo przez całą młodość słyszysz, że jajka należy gotować w jak najmniejszej ilości wody, żeby nie marnować zasobów – ale nie słuchasz i na złość nalewasz pełny garnek, po brzegi. A potem się wyprowadzasz i zaczynasz robić dokładnie to, co twoja matka.

Potem masz chłopaka, mieszkasz z nim, on nagle zostawia nóż na zlewie, a do tego trzyma pomidory w lodówce. Możecie się o to kłócić przez lata. Aż w końcu się rozwodzicie i nagle sam zaczynasz trzymać pomidory w lodówce. Tak po prostu jest.

Helle Helle, „Hafni mówi”, wydawnictwo Filtry // materiały prasowe
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 19/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Co znaczy czas