Znacie palmę w centrum Warszawy? Teraz Joanna Rajkowska zmienia Wawel

Umieszczając na Wawelu swoje najnowsze instalacje, Joanna Rajkowska musiała na nowo przemyśleć, kim jest i co robi jako artystka.
Czyta się kilka minut
Instalacja „Pisklę. Kos zwyczajny”, metalowe jajo wydające dźwięki wykluwającego się ptaka. Wystawa Joanny Rajkowskiej, Zamek Królewski na Wawelu // Fot. Jeremi Dobrzański / Zamek Królewski na Wawelu
Instalacja „Pisklę. Kos zwyczajny”, metalowe jajo wydające dźwięki wykluwającego się ptaka. Wystawa Joanny Rajkowskiej, Zamek Królewski na Wawelu // Fot. Jeremi Dobrzański / Zamek Królewski na Wawelu

Pewnego dnia, chwilę przed siódmą rano Joanna Rajkowska stanęła na dziedzińcu Zamku Królewskiego na Wawelu. Brama była wciąż zamknięta, wokół żywej duszy. 

– Stałam tak i czułam, jak to miejsce mnie przenika, jakby nagle zrobiło się cieplej, choć był to bardzo zimny poranek. Miałam wrażenie, że znikam.

Artystka, która w przeszłości stawiała palmę w centrum Warszawy, tworzyła „Pasaż Róży” w Łodzi czy „Minaret” w Poznaniu, traktuje to uczucie bardzo poważnie. Instynkt podpowiadający jej, w którym miejscu powinny pojawić się jej prace, uważa za swoje najważniejsze narzędzie pracy. 

A w miejscu takim jak Wawel historia przeplata się z wiarą, władzą i polityką. Okazuje się, że ta siła oddziałuje także na sztukę. Dlatego umieszczając trzy prace na wzgórzu najsłynniejszego zamku w Polsce, Rajkowska musiała jeszcze raz przemyśleć to, kim artystycznie jest i co robi.

Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich

– Za każdym razem, gdy wracałam z Krakowa, powtarzałam, że to wzgórze ma w sobie jakąś niewiarygodną moc – mówi artystka, gdy spotykamy się w Warszawie. Zza grubych oprawek okularów wita mnie promienne spojrzenie. Jesteśmy na osiedlu Domków Fińskich. Drewniane, parterowe chatki, zbudowane w 1945 r., sprawiają wrażenie, jakbyśmy przenieśli się na wieś, choć w rzeczywistości od budynku rządowej administracji dzieli nas tylko Park Ujazdowski. 

Furtka jest lekko uchylona, a w ogródku wyleguje się wielki pies, który ogonem zamiata przede mną trotuar i prowadzi do środka. W domu trwają warsztaty, na stole cerata, na niej ciasto, herbata, szare jutowe sznurki i drewniane koraliki wielkości oliwek.

– Te koraliki to daktyle, owoce palmy – mówi artystka, mając na myśli jedną ze swoich najsłynniejszych prac – sztuczne drzewo daktylowe ustawione w centrum Warszawy, nazwane „Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich”. 

W pracowni towarzyszy jej kilka osób, każda z nich pracuje nad swoją kiścią paciorków. W kącie siedzą trzy dziewczyny, rozmawiające w języku, którego nie znam. Rajkowska daje mi kilka wskazówek. Palec tu – kładzie kciuk na drewienku – pętelka tu i druga – hop. W jej rękach wygląda to jak dziecinna zabawa, więc próbuję. Po pół godzinie, z krwawiącymi opuszkami i mizernym pęczkiem źle zasupłanych korali, pasuję. 

– Dzięki i za to – odpowiada szczerze, patrząc na mój żałosny urobek. Tych korali potrzeba jeszcze dwanaście tysięcy.

Gdy wracam do pracowni dzień później, po warsztatach nie ma już śladu, nawet psy zniknęły. Rajkowska wita mnie w ogródku, gdzie na cokole stoi rzeźba przypominająca jedną z jej wczesnych prac z lat 90., „Miłość człowieka zwanego Psem”. 

Joanna Rajkowska // Fot. Marek Szczepański

– To nie moja rzeźba, stała tu, gdy się wprowadziliśmy – tłumaczy artystka, która od dwóch lat korzysta z zabytkowego domku jako pracowni. Chatka jest nieocieplana, w kaflowym piecu trzeba grzać elektrycznymi wkładami. – Ale i tak uważam, że to miejsce jest cudowne – dodaje. Sama zaaranżowała kominek, również elektryczny, ma tu warunki do rzeźbienia, stoły do rysowania i robienia kolaży. Poza tym może tu pracować z mężem. 

Andrew, Brytyjczyk, zajmuje się stolarką. Prowadzi też remont pracowni. Zanim zaczniemy wywiad, zdąży z dwójką psów wrócić ze spaceru i opowiedzieć o tym, jak przez wiele lat razem z Rajkowską podróżowali między Polską a Anglią. – To zaledwie 17 godzin autem, żaden problem – opowiada z charakterystycznym poczuciem humoru.

Od kilku lat para mieszka w Polsce, dzieląc czas między Warszawę a kujawską wieś, na której kupili dom. To tam znaleźli psy, Węgla i Bajgla, które droczą się teraz pod stołem. Jeden z nich wygląda jak rasowy pies pasterski. 

– To kundle – prostuje Rajkowska. – Jak ja. Jestem mieszanką skandynawskiej, czeskiej, francuskiej i żydowskiej krwi – mówi. Jej dziadkowie uciekli z Warszawy w czasie II wojny światowej, osiedlili się w Bydgoszczy, gdzie mieszkała przez dziewiętnaście lat. – To miasto nie odcisnęło na mnie żadnego śladu, może poza betonem, który widziałam wszędzie – mówi.

Najsłynniejsze prace artystki to właśnie te, w których sztuka koresponduje z architekturą miejską: palma, instalacja „Dotleniacz” czy wyłożony tysiącami lusterek „Pasaż Róży”. Wśród jej dokonań nie warto szukać obrazów, choć to właśnie malarstwo studiowała w Krakowie u Jerzego Nowosielskiego. Profesora wspomina życzliwie, atmosferę studiów – niekoniecznie. 

– W drugiej połowie życia czuję się bardziej wyzwolona niż w latach 90., gdy wydawało mi się, że należę do krakowskiej bohemy – tłumaczy.

Wyprawa do Izraela

Lata 90. były zresztą czasem, w którym krakowska bohema ustępowała miejsca nowej fali artystów. Widzieli oni potencjał w sztuce krytycznie konfrontującej się ze społeczeństwem. Tak tworzyli Zbigniew Libera, Katarzyna Kozyra i Artur Żmijewski

– I to ze Żmijewskim pojechałam w 2001 r. do Izraela. Podążałam za nim od kibucu do kibucu. Patrzyłam, jak pracował, jak rozmawiał z ocalałymi z getta i obozów – wspomina. Z podróży przywiozła poczucie, że Izrael to jądro konfliktu, a permanentna wojna tam to stan umysłu. Wtedy narodził się też pomysł na „Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich”: sztuczną palmę daktylową ustawioną na rondzie de Gaulle’a w Warszawie – tam, gdzie Aleje Jerozolimskie krzyżują się z Nowym Światem. Projekt miał nawiązywać do zawiłości polskiej historii, pokazywać inny świat i – kto wie – może przyszłość, w którą zmierzamy pochłonięci zmianami klimatycznymi

– To miejsce stało się pocztówką Warszawy. Mieszkańcy i turyści spotykają się tam, protestują, maszerują – mówi Szymon Żydek, pracownik Muzeum Sztuki Nowoczesnej, który dba o to, by palmie nie działa się krzywda.

Gdy w 2008 r. Rajkowska odebrała Paszport „Polityki”, w aklamacji usłyszała, że jest artystką umiejętnie ingerującą w krajobraz. Gdy wczesną jesienią zeszłego roku przyjechała na rozmowy wokół krakowskiej wystawy, nie miała jeszcze pojęcia, że przekształcanie krajobrazu miasta, choć żmudne, jest niczym w porównaniu z przekształcaniem miejsca takiego jak Wawel

– Do Wawelu sztukę współczesną wprowadza się ostrożnie – tłumaczy kuratorka wystawy Bogumiła Wiśniewska. W zeszłym roku na zamku prezentowano obrazy Łukasza Stokłosy, rok wcześniej prace Marcina Maciejowskiego. – To jednak wszystko praca we wnętrzach. Ja chciałam zaangażować Wawel w innym stopniu i wyjść z sal w przestrzeń, która Wawel otacza: do dziedzińca, ogrodu.

Jak się dostroić do Wawelu

Rajkowską ograniczała tylko wyobraźnia, a ta podpowiadała, że artystka znalazła się we właściwym miejscu. 

– Czasem po prostu czuję, że przestrzeń, w której jestem, emanuje energią, która daje mi pewność, że to tu powinnam działać. Rozumiem wtedy Cézanne’a mówiącego, że wącha pejzaż. Ja też odczuwam go wówczas całą sobą – opowiada. 

Okazuje się jednak, że wyobraźnia sobie, a wymogi dawnego domu królów sobie. 

– Zimą robiłyśmy kolejną wizytację. Mróz kilkanaście stopni, a my stoimy na dziedzińcu, nogi ślizgają się na bruku. Próbujemy ustalić, gdzie będą pokazywane moje prace. Cokolwiek zaproponowałam, okazywało się niemożliwe. Zrozumiałam, że muszę ale też chcę się dostroić, że sztuka gra tu jedynie rolę służebną. Wawel ma aurę, która jest istotniejsza niż te parę obiektów, które przywiozłam. Chciałam to uszanować.

Negocjowanie swojego miejsca w przestrzeni artystka trenuje od lat. W 2007 r. w Warszawie na Placu Grzybowskim tworzyła „Dotleniacz” – sztuczny staw na terenie dawnego getta, otoczony zielenią. Miejsce miało służyć mieszkańcom Woli do odpoczynku i rekreacji. Dziś opisano by je hasztagami #wytchnienie, #regeneracja, #odbodźcowanie. Wówczas jednak opisywano je raczej z niechęcią. 

– Władze Warszawy nie chciały widzieć „Dotleniacza”. Deweloperzy już ustawiali się w kolejce do budowania wokół placu nowych wieżowców, a urzędnicy na pomysł reagowali parskaniem: „Aburd, kaczuszki w środku miasta?” – wspomina Rajkowska, która, gdy mówi o politykach, rzadko gryzie się w język. Ostatecznie „Dotleniacz” po kilku miesiącach ustąpił miejsca sztucznej sadzawce, otoczonej betonem. 

– Czujesz rozczarowanie? – pytam, wracając wspomnieniami do tamtego projektu. 

– Ogromne. I do dziś jestem zdruzgotana tym, co w efekcie powstało na miejscu tej pracy. Ale wtedy zobaczyłam, że samym działaniem można wprawić materię w ruch. Nagle mieszkańcy poczuli polityczną siłę, zaczęli domagać się tego, by ich miejsce wyglądało inaczej, walczyć o swoje, choć ostatecznie zwyciężyła wizja miasta korporacyjnego.

Wkrótce wszystko się zmieni

Na Wawelu nie dyskutuje się z politykami, dyskutuje się z historią. I to w niej Rajkowska znalazła sprzymierzeńca. Po wydreptaniu dziesiątek tysięcy kroków, sprawdzeniu każdego krzaka oleandru, którego nie da się przyciąć, każdego bratka, którego nie można nadepnąć, natrafiła na miejsce, w którym historia łączy się z życiem. To archeologiczne wykopki prowadzone na Wawelu. Tam, wśród średniowiecznych znalezisk i śladów pracy współczesnych badaczy, postanowiła zakopać pierwszą z trzech prac. 

„Wkrótce wszystko się zmieni” to wielokomorowa geoda, czyli przestrzeń masy skalnej naturalnie wypełniona kryształami ametystów, pochodząca z Brazylii. Artystka po raz pierwszy zobaczyła taki kamień w 2013 r. w Vale do Amanhecer (Dolinie Świtu), miejscu, w którym ludzie oddają cześć najróżniejszym bóstwom – od chrześcijańskich świętych po kryształ zawieszony w piramidzie. 

Instalacja „Wkrótce wszystko się zmieni”, geoda wypełniona ametystami zakopana w sąsiedztwie rezerwatu archeologicznego Zamku Królewskiego na Wawelu // Fot. Jeremi Dobrzański / Zamek Królewski na Wawelu

Na Wawelu ciała królów, relikwie świętych i meble władców sąsiadują z kamieniem – czakramem, który zgodnie z tym, co pisała teozofka Wanda Dynowska, ma być miejscem emitującym energię. Czy to prawda? Nie wiadomo. Wiadomo, że dzięki kamieniowi na Wawelu pojawia się zupełnie inna grupa pielgrzymów. Zespół Tool podczas pierwszej trasy koncertowej w Polsce postanowił przed występem złożyć wizytę magicznemu kamieniowi.

– Magia jest w sztuce Rajkowskiej obecna w wymiarze, który nazwałabym poszukiwaniem siły – mówi krytyczka sztuki Anda Rottenberg. Religia pojawia się u niej częściej jako element socjologiczny niż duchowy. W 2009 r. na terenie dawnej fabryki papieru w Poznaniu artystka chciała postawić minaret. Po dwóch latach projekt upadł. Poszło o podział wpływów między władzami miasta a Kościołem. Coś jednak z niego przetrwało – filozofka Monika Bobako umieściła niezrealizowany projekt na okładce książki zatytułowanej „Islamofobia jako technologia władzy”. 

Pytam Rajkowską o to, czy podjęłaby się raz jeszcze realizacji projektu. 

– Tak – odpowiada krótko. 

Gniazdo z warszawskiej palmy

Sztuka Rajkowskiej, poruszając najważniejsze tematy, potrafi budzić kontrowersje. Anka Wandzel w książce „Sztuka przetrwania” przypomina projekt „Trafostacja”. W nieużywanej od lat stacji energetycznej miało powstać miejsce swobodnego rozwoju roślin, mchów i trzmielin. 

Okazało się, że w „Trafostacji” mieszkali bezdomni, których trzeba było na potrzeby pracy przesiedlić. Ten moment w twórczości Rajkowskiej pokazuje brutalne zderzenie wizji artystycznej i realiów realizowania projektów, w których często brakuje czasu, budżetu, wreszcie: siły na realizację.

W „Trafostacji” realizuje się to, co w sztuce Rajkowskiej wydaje się naprawdę ważne: życie poza ludźmi. Takie jest też gigantyczne jajo zrobione z gipsu akrylowego, druga z trzech prac pokazywanych na Wawelu. Jest ono zarazem formą rzeźby i instrumentem. To pudło rezonansowe wzmacniające nagranie, które artystka puszcza mi w trakcie rozmowy. Z abstrakcyjnych dźwięków wyłania się stukot. Jakby coś próbowało przebić ścianę. To wykluwające się pisklę kosa. 

– Nowe życie – podnosi się z krzesła Rajkowska i unosząc ręce, mówi: – Kosmos!

– Wiesz, że co roku na palmie ptaki wiją gniazdo? Pierwszy raz zobaczyłam je, gdy musieliśmy wymieniać liście. Wyjechałam wówczas na wysięgniku pod sam jej czubek i usłyszałam ptaki, które wiły tam swój dom – mówi. 

Gniazdo z palmy jest trzecią pracą pokazywaną na wystawie wawelskiej. Na moment wracamy do tego, że wczoraj supłaliśmy figi na palmę. Do tego, że w ostatnich latach stała się ona świadkiem historii – to tam spotykaliśmy się, by protestować w obronie praw kobiet czy klimatu. W liście, który palma „napisała” do mieszkańców Warszawy, Joanna Rajkowska i kurator Sebastian Cichocki ślą pozdrowienia i życzą, by drzewo uważało na silne wiatry i na „anioła historii”. To nawiązanie do pracy Paula Klee „Angelus Novus”, w której anioł – zamiast przeszłości – widzi katastrofę.

– Ten anioł historii przyszedł tu wczoraj – mówi artystka. – Wiesz, że jedna z dziewczyn, które siedziały przy stole, wyemigrowała w proteście z Izraela, a dwie pozostałe to ocalone z Gazy? Pracowały razem – mówi. Nie wiedziałem, milczymy.

Po chwili pytam: – Czy to jest właśnie sens sztuki – tworzenie takich miejsc, w których możliwy jest dialog? 

– Ale jaki dialog? – mówi Rajkowska. – Jak ja mam rozumieć kogoś, kto przeżył ludobójstwo w Gazie? Jak mam się porozumieć? Sztuka nie jest od tego. Sztuka nie jest po to, żeby leczyć, żeby tworzyć dialog. W ogóle nie jest „po coś”. Sztuka to jest żywioł, którego nie da się wykorzystać w jednym celu. On się może do czegoś przydać, ale nie da się go ani zaprojektować, ani zrealizować. Sztuka jest jak słońce: można zamknąć oczy i poddać się fali energii.

Instalacje Joanny Rajkowskiej można oglądać na Wawelu do 4 października.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 19/2026

W druku ukazał się pod tytułem: W poszukiwaniu siły