Co o nas mówi burza wokół Gabora Maté

Gabor Maté, Jordan Peterson i Juwal Noach Harari to „myśliciele publiczni”, których tezy – niezależnie od intencji nadawcy – służą nie do debatowania, tylko do chłonięcia. Komu trzeba bezkrytycznie wierzyć, tego po czasie strąca się z piedestału.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

Dlaczego z taką satysfakcją ludzie detronizują i odwracają się od swoich idoli, których jeszcze wczoraj słuchali pełni wiary? Zmiana preferencji czy potrzeb to rzecz zwyczajna i rzadko kiedy ktoś przechodzi przez swoje życie w stanie nienaruszonym przez rozmaite doświadczenia i okoliczności. Bywa jednak, że taka zmiana nadchodzi w trybie masowym i gwałtownym: niespodziewanie ktoś, komu powierzano kompletne zaufanie, nagle, jakby znikąd, traci je i staje się prorokiem fałszywym, uzurpatorem, persona non grata. Ci, którzy symbolicznie postanawiają obalić jego pomnik, czynią to z satysfakcją, ulgą i jakby zniecierpliwieniem.

W łagodnej wersji to zjawisko daje się zaobserwować w przypadku popularnych filmów, seriali, piosenek czy przekąsek, które zyskują taką siłę rażenia, że ludzie czują się wręcz w obowiązku je lubić i zapewne często jest tak naprawdę. Przez pewien czas ich pierwszorzędna jakość wydaje się bezdyskusyjna do tego stopnia, że ten, kto nie dołącza się do entuzjastów w jednoznaczny sposób, może uchodzić za malkontenta.

Ktoś jednak po dłuższym czasie wychodzi z głosem kontra: „zawsze uważałem, że Wes Anderson to efekciarz” albo „nigdy nie rozumiałem fenomenu polskich kryminałów”, co zachęca innych do kolejnych oświadczeń: „nareszcie ktoś to powiedział!”, a może wręcz „miał odwagę powiedzieć” (zupełnie jakby wcześniej ktoś tego zabraniał i obowiązywała cenzura – istotnie najskuteczniejszy cenzor to człowiek sam dla siebie). Wówczas można odnieść wrażenie, jakby tak naprawdę nikt tych dzieł kultury czy artystów nie szanował, tylko wszyscy tkwili we władzy matriksa.

To oczywiście sprawy dość błahe, przynajmniej w porównaniu z sytuacjami, gdy ktoś oddaje w czyjeś ręce swój sposób rozumienia świata czy kompas etyczny albo zawierza mu w nadziei znalezienia słusznej drogi życia. Co zaobserwowałam ostatnio w przypadku kanadyjskiego lekarza i mówcy Gabora Maté, którego niedawny wykład w Polsce wywołał nieoczekiwany dysonans i potrzebę zrzucania z cokołów. Nieoczekiwany, gdyż dotychczas mało kto kwestionował jego autorytet, a na pewno nie na taką skalę i z taką gwałtownością.

Prace Gabora Maté, przyznaję, nie leżą w kręgu moich zainteresowań. Do tez o powszechności i trwałości traumy mam szczególnie wiele rezerwy. Interesuje mnie jednak to, czego ludzie szukają w czyichś słowach i dlaczego, stąd nadstawiłam uszu. Wielu moich rówieśników i znajomych interesuje się współczesną psychologią i neuronaukami, widząc w nich skuteczne klucze do paradoksów rzeczywistości i, być może, receptę na ulepszenie życia człowieka, drogę do porozumienia się czy upragnionego spokoju ducha. Być może mają też cichą nadzieję na pociechę dla samych siebie. Może obietnica ta jest zbyt duża, zbyt wszechogarniająca – stąd, gdy na horyzoncie pojawia się pierwsza chmurka wątpliwości, ci, którzy zaufali, wolą wycofać się całkowicie i porzucić wyrocznię, która może się mylić.

Gabor Maté dzisiaj jest znany jako jeden z „myślicieli publicznych”, których tezy – niezależnie nawet od intencji nadawcy – służą nie do debatowania, lecz do chłonięcia. To naukowcy lub byli naukowcy, którzy dziś przemawiają ze scen, na których prace powołują się światowi liderzy i którzy pełnią rolę globalnego autorytetu lub przewrotnego kontrautorytetu. Problem z ich pozycją polega jednak na tym samym, w czym tkwi źródło pierwotnej popularności: że nie ma zezwolenia na wyciąganie z ich słów własnych wniosków czy częściową akceptację i częściową kontestację; trzeba bezkrytycznie wierzyć.

Oprócz samych mówców i ich działów PR odpowiada za to najbardziej zagorzała publiczność, skłonna do obrony swoich przewodników duchowych za wszelką cenę. Oczywiście do czasu. Przez podobny cykl wyniesienia na szczyt, a następnie zrzucenia go zeń z hukiem przechodzili inni popularni intelektualiści-prorocy, Jordan Peterson czy Juwal Noach Harari. Łączy ich fakt, że choć mają konkretne specjalizacje w swoich dziedzinach, stopniowo zaczęli oferować gotowe systemy rozumienia, rodzaj wiedzy czy idei kompletnej, monolitycznej, przykładalnej do niemal wszelkich pytań ludzkości.

To wiedza, która jednym daje ukojenie nie do odparcia, a innych oszałamia i olśniewa tak, że nie są w stanie zadawać pytań. Co staje się jej przekleństwem. I nauka, i filozofia jest bowiem ostatecznie bytem dynamicznym, służącym do tego, by wątpić, szukać i dyskutować, a w monolit nie da się wbić szpilki. Być może dlatego gdy szpilka ostatecznie się pojawia, zmienia się w dłuto.

Nawet tak mała chmurka wątpliwości potrafi naruszyć monolit zaufania // Fot. Olga Drenda
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 27/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Klątwa wyroczni