Najbliższy czas pokaże, czy wojna w Gazie jest wystarczająco brutalna i tragiczna, aby liderzy obu narodów się opamiętali

Amerykańscy studenci wołają dziś do Izraelczyków: „Wracajcie do Polski!”. Czyli: koloniści powinni wrócić tam, skąd kiedyś przybyli. Ale oni nie odejdą. Podobnie jak Arabowie. Żadna ze stron nie wyrzeknie się praw do ziemi od Jordanu do Morza Śródziemnego. Czy da się więc w ogóle zasypać tę przepaść?
Czyta się kilka minut
Rynek w Nuseirat (Strefa Gazy) po izraelskim ataku rakietowym w październiku 2023 r., przeprowadzonym w odwecie za atak terrorystyczny Hamasu. 8 czerwca 2024 r., podczas akcji uwalniania czterech zakładników, zginęło w tym miejscy co najmniej 100 Palestyńczyków // Fot. Samar Abu Elouf / The New York Times / East News
Rynek w Nuseirat (Strefa Gazy) po izraelskim ataku rakietowym w październiku 2023 r., przeprowadzonym w odwecie za atak terrorystyczny Hamasu. 8 czerwca 2024 r., podczas akcji uwalniania czterech zakładników, zginęło w tym miejscy co najmniej 100 Palestyńczyków // Fot. Samar Abu Elouf / The New York Times / East News

Były szef Mossadu, dziś wykładowca Harvardu i szanowana postać w Izraelu, nie wierzy, by jego następca zachował się jak mafijny gangster. „To nie może być prawdą. Niemożliwe, by coś takiego się wydarzyło. Oni chyba mówią o jakimś innym kraju, nie o Izraelu” – tak Tamir Pardo komentował wyniki śledztwa brytyjskiego dziennika „Guardian”. Opisał on izraelską operację zastraszania, której celem była Fatou Bensouda, w latach 2012-21 prokuratorka Międzynarodowego Trybunału Karnego.

„Guardian” twierdzi, że brał w niej udział Yossi Cohen, szef Mossadu w latach 2016-21. Miał osobiście grozić prokuratorce, że jeśli zacznie śledztwo w sprawie zbrodni Izraela w Gazie i na Zachodnim Brzegu, narazi siebie i swoją rodzinę. Operacja ta, twierdzi „Guardian”, trwała dziewięć lat. Dochodzenie zostało wszczęte, ale już przez następcę Bensoudy.

No i co z tego, zapytają może niektórzy. Izrael stale lekceważy rezolucje ONZ, zabija bez wyroku sądowego osoby uznane za wrogów, pozwala na bezkarne stosowanie przemocy wobec Palestyńczyków przez osadników żydowskich na Zachodnim Brzegu. W rządzie premiera Netanjahu są politycy, którzy nawołują do wyrzucenia wszystkich Palestyńczyków z terenu historycznego Izraela (nie do końca wiadomo, gdzie miałyby być jego granice; na pewno obejmują Zachodni Brzeg i Gazę). Minister bezpieczeństwa, w przeszłości skazany przez izraelski sąd za podżeganie do terroryzmu, sugeruje, by nie aresztować Palestyńczyków, lecz zabijać. Czymże jest jeszcze jeden zarzut wobec izraelskiego wywiadu?

ZMIANA OPTYKI | Tylko naiwniacy mogliby pomyśleć, że skrupuły dawnego szefa Mossadu są dziś coś warte. Nie tylko one. Wojsko izraelskie uważa, że jest najbardziej moralną armią świata. Zasada, zapisana w jej doktrynie, że „każdy żołnierz musi zachowywać się w sposób humanitarny” i „zrobi wszystko, co w jego mocy, by uniknąć wyrządzenia cywilom uszczerbku na życiu, ciele, honorze i mieniu”, dziś brzmi jak ponury żart.

Izraelscy żołnierze zabijają palestyńskich cywilów w sposób „bezładny” (to przekład słowa indiscriminate, którego użył Joe Biden), poniżają jeńców i zamieszczają w sieci triumfalne filmiki z udziałem poniżanych. Dokonują również tak brawurowych akcji jak niedawne odbicie czterech zakładników więzionych przez Hamas w Gazie – tyle że dziś, zamiast wyrażać podziw dla ich profesjonalizmu, świat zwraca uwagę, iż przy tej okazji zabili, co sami przyznają, co najmniej 100 Palestyńczyków (Palestyńczycy mówią o 280 ofiarach).

Dla wielu ludzi na świecie Izrael pod wodzą Netanjahu zamienia się w pariasa: państwo, które ma za nic zachodnie wartości i międzynarodowe prawo, codziennie zabija cywilów w Gazie i dokonuje zniszczenia Strefy. Nawet ci, którzy współczuli Izraelczykom po zbrodniach Hamasu z 7 października 2023 r., zmieniają dziś zdanie. Kolejne kraje Europy uznają państwowość Palestyny. Pogłębia się globalna niechęć, a w niektórych krajach wręcz wrogość do Izraela. A niekiedy też kwestionowanie jego prawa do istnienia.

BEZKRYTYCZNI | Towarzyszy temu wzrost sympatii dla Palestyńczyków, często bezkrytyczny. Obsadzanie ich w roli niewinnych ofiar izraelskiego terroru, a także ofiar bierności krajów arabskich i światowej znieczulicy na ich los, ma zresztą długą tradycję.

Często nie ma w niej miejsca na krytyczne spojrzenie na Palestyńczyków, ich polityczne wybory i zbrodnie wobec Żydów. W tym na fakt, że rakiety Hamasu i Hezbollahu wciąż lecą dziś na Izrael. Jakby fakt, że Izraelczykom udaje się je strącać, przemawiał przeciw nim. Niektórzy relatywizują zbrodnie Hamasu, twierdząc, że jest on palestyńskim ruchem oporu, ruchem antykolonialnym, i że wolno mu więcej, bo walczy w słusznej sprawie.

Wobec sytuacji skomplikowanych i niejednoznacznych wielu wyłącza myślenie. Łatwiej osądzać. Zwłaszcza politykom. Premier Netanjahu uznaje, że rozpoczęcie dochodzenia przez Międzynarodowy Trybunał Karny w sprawie możliwego popełnienia zbrodni wojennych przez Izrael jest „jawnym antysemityzmem”. Niektórzy Izraelczycy porównywali 7 października do Holokaustu, a Hamas do hitlerowców.

A liderzy Hamasu, przeciw którym również toczy się dochodzenie MTK, są oburzeni, iż Trybunał „traktuje ofiary na równi z katem”. Bo dla Palestyńczyków wojna w Gazie to ciąg dalszy Nakby, katastrofy roku 1948, w wyniku której na ich ziemi powstało państwo żydowskie, a setki tysięcy ich przodków musiały uciekać z domów. Dla nich ta wojna jest więc kolejnym aktem „stuletniej wojny przeciwko Palestynie” (by użyć tytułu książki Raszida Chalidiego, która oddaje palestyńską wersję konfliktu Arabów i Żydów).

Chaos informacyjny, szantaż moralny i coraz bardziej wykluczające się narracje na temat zbrodni, winy i cierpienia: oto, czym stała się wojna Izraela z Hamasem w Gazie.

DWA NARODY | Te dwie narracje to nic nowego. Już w czasach, gdy rodził się syjonizm, a burmistrzem Jerozolimy był Jusuf Dia Pasza al Chalidi (przodek Raszida), wielu liderów syjonistycznych i arabskich uważało, że pogodzenie aspiracji żydowskich i arabskich jest nierealne.

Palestyna nie była „ziemią bez ludu”, do której zgodnie z zasadami sprawiedliwości wraca żydowski „lud bez ziemi”. Była częścią Imperium Osmańskiego, a żyło w niej ok. 500 tys. Arabów i co najwyżej 50 tys. Żydów, głównie religijnych, którzy uważali syjonizm za bluźnierczą ideologię. Syjonizm był pomysłem świeckiej i nielicznej części diaspory, która – na fali budzenia się narodów w drugiej połowie XIX w. – wymyśliła żydowskie państwo narodowe. Jego powstanie było wynikiem splotu różnych okoliczności. Weizman, Ben Gurion i inni ojcowie syjonizmu wykorzystali je skutecznie dla swojego politycznego projektu.

Syjoniści wiedzieli, że nikt nie odda im ziemi za darmo. Początkowo kupowali ją, ale Arabowi szybko zorientowali się, co oznacza dla nich coraz liczniejsza obecność żydowskich osadników. Chcieli wstrzymać ich imigrację, zakazać zakupu ziemi i nie dopuścić do powstania ich państwa. Wprawdzie twórca syjonizmu Teodor Herzl pisał, że przyszłe państwo będzie działać także w interesie ludności arabskiej, ale ta ludność wcale sobie tego nie życzyła.

Pojawiały się wprawdzie żydowskie organizacje, jak Brit Szalom (Przymierze dla pokoju), które proponowały przymierze arabsko-żydowskie w ramach jednego państwa. Ale to były mrzonki. Już w 1919 r. przyszły pierwszy premier Dawid Ben Gurion mówił, że nie będzie pokoju między Żydami i Arabami. Oba narody chcą tej ziemi dla siebie. „Jest między nami przepaść – uważał Ben Gurion. – I nic nie zdoła wypełnić tej przepaści”.

ZARZĄDZENIE KONFLIKTEM | Ponad sto lat po tych słowach, po kilku wojnach i setkach okrutnych zbrodni dokonywanych przez obie strony, po nieudanych próbach wypełnienia „przepaści” powołaniem dwóch państw, Arabowie i Żydzi są mniej więcej w tym miejscu co wiek temu.

Żadna ze stron nie chce wyrzec się praw do ziemi od Jordanu do Morza Śródziemnego i nawet jeśli w różnych momentach ostatnich stu lat pojawiały się nadzieje na powołanie dwóch państw, zawsze wygrywał propagowany przez skrajne odłamy Izraelczyków mit Eretz Israel (Ziemi Izraela) albo – w przypadku Arabów – „Palestyny od rzeki do morza”.

Ten konflikt żeruje na mitach, fantazjach religijno-mesjanistycznych i wrogości wobec drugiej strony, a każdy lider, który próbował odrzucić te ograniczenia i sprowadzić spór do polityki, czyli do negocjowania interesów i szukania kompromisów, kończył zwykle znienawidzony przez swoich, w splocie wewnętrznych sprzeczności (jak Jasir Arafat, lider Organizacji Wyzwolenia Palestyny) albo w grobie (jak Icchak Rabin, premier Izraela zabity przez izraelskiego ekstremistę).

Przez dekady kolejne rządy Izraela próbowały „zarządzać konfliktem”. Kolejni premierzy szukali sposobu na zapewnienie bezpieczeństwa Izraelowi, nawet za cenę rezygnacji z terytoriów (temu służyło oddanie – w zamian za pokój – Egiptowi zdobytego podczas wojny sześciodniowej Półwyspu Synaj czy opuszczenie Gazy w 2005 r.). Wielu popełniało przy tym błędy. Jednak żaden nie popełnił ich tyle co Netanjahu. To on pomógł Hamasowi przejąć władzę w Gazie, licząc, że w ten sposób, dzieląc Palestyńczyków, zmarginalizuje Fatah, partię rządzącą w Autonomii Palestyńskiej.

WRACAJCIE DO POLSKI | Netanjahu uważał, że uda mu się przekupić liderów Hamasu – czym dowiódł, że nie rozumie, na czym polega ideologia Hamasu i jak silne jest dążenie Palestyńczyków do powołania własnego państwa. Wbrew oczekiwaniom Netanjahu Hamas wykorzystał pieniądze, które za zgodą Izraela płynęły do niego z Kataru, nie tylko na luksusy dla liderów i stworzenie społecznego zaplecza w Gazie, ale zwłaszcza na zbrojenie i budowę systemu tuneli, którego po ośmiu miesiącach wojny Izrael nie jest w stanie zniszczyć.

To nie wszystko. Wskutek swojej polityki wewnętrznej, zwłaszcza próby przejęcia sądów, Netanjahu spowodował największe wystąpienia antyrządowe w historii Izraela. Służby ostrzegały go, że chaos społeczny może zostać wykorzystany przez Hamas. Jednak on parł do polaryzacji, wskutek czego jego rządy zostały uzależnione od poparcia najbardziej skrajnych postaci izraelskiej polityki.       

Fiasko tej polityki jest widoczne jak na dłoni. Powiedzieć, że prestiż Izraela jako demokratycznego państwa prawa legł w gruzach, to nic nie powiedzieć. Owszem, niektóre z zarzutów stawianych dziś Izraelowi wynikają ze znanego z historii antysemickiego odruchu obsadzania Żydów w roli sprawców najgorszych nieszczęść. Dziś dla wielu ludzi, w tym dla licznych studentów z Zachodu, Izrael jest sprawcą tego wszystkiego, co we współczesnym progresywnym świecie uznawane jest za absolutne zło: państwa kolonialnego, opresyjnego, rasistowskiego. Wiele z tych zarzutów jest niesprawiedliwych, niektóre absurdalne. Ich groteskową konsekwencją jest hasło amerykańskich studentów: „Wracajcie do Polski!”. Czyli: żydowscy koloniści powinni wrócić tam, skąd kiedyś przybyli.

RÓŻNĄ MIARĄ | Izrael nie jest krajem wolnym od dyskryminacji, a Prawo Podstawowe przyjęte przez Kneset w 2018 r. przez niektórych prawników (choć nie przez Sąd Najwyższy Izraela) uważane jest za rasistowskie i niedemokratyczne. Jednak Arabowie, będący jego obywatelami, mają zapewnione większość praw obywatelskich (choć w praktyce nie wszystkie i nie takie same jak Żydzi).

Krytyka Izraela jest usprawiedliwiona i zrozumiała. Jednak jej skala, a zwłaszcza argumenty wysuwane przy tej okazji, już mniej. Zwłaszcza twierdzenie, że celem armii izraelskiej jest wymordowanie palestyńskich cywilów, a to zakłada zarzut ludobójstwa, jest chybione. W wojnie prowadzonej w terenie miejskim ofiary cywilne są nieuniknione. W trakcie ofensywy sił alianckich na Mosul i Rakkę w latach 2016-17 ginęli liczni cywile niemający związków z Państwem Islamskim. Mimo to działania aliantów i ich miejscowych sojuszników były akceptowane przez rządy zachodnie i arabskie (i krytykowane przez organizacje praw człowieka). Nie znaczy to, że nie należy rozliczyć Izraela ze zbrodni, które zapewne popełnia w Gazie. Ale wśród nich nie ma zbrodni ludobójstwa.

Na dziesiątkach zachodnich uniwersytetów, a ostatnio także na kilku polskich studenci i profesorowie domagają się zerwania kontaktów z uczelniami izraelskimi – choć to tam jest najwięcej krytyków polityki Netanjahu. Na izraelskich uczelniach studiuje też 60 tys. Arabów, często korzystając z rządowych programów pomocy.

Na świecie jest mnóstwo krajów, gdzie panuje prawdziwy apartheid, w których np. kobiety czy mniejszości pozbawione są większości praw, uznawanych przez zachodnich liberałów za oczywiste. Ale jakoś nikt na zachodnich uczelniach nie wzywa do zerwania kontaktów z uniwersytetami chińskimi czy katarskimi.

PREMIER IDEALNY | Wojna w Gazie jest kulminacją dekad polityki, która nie traktowała poważnie narodowych aspiracji Palestyńczyków, a w najgorszych momentach je po prostu dławiła.

Za czasów Netanjahu władze ostatecznie odeszły od prób zachowania równowagi w stosunkach nawet z tą grupą liderów Autonomii Palestyńskiej, którzy uznają istnienie Izraela. Na Zachodnim Brzegu – czyli na terenie Autonomii – żyje dziś 750 tys. Żydów, wspieranych przez rząd. Choć nie mieszkają na obszarze Izraela, są w praktyce traktowani jak Izraelczycy, korzystają z ochrony armii i sądów izraelskich. Również wtedy, gdy popełniają przestępstwa.

Netanjahu robi dziś wszystko, by zachować władzę. Jednak nie jest on uzurpatorem narzuconym Izraelczykom przez wrogie siły. To polityk, który z półtoraroczną przerwą rządzi od 2009 r. Dziś jest on w dużym stopniu ucieleśnieniem aspiracji, a zwłaszcza strachów Izraelczyków sparaliżowanych 7 października, gdy dowiedzieli się, że widmo narodowej zagłady ciągle nad nimi wisi, że istnienie Izraela nie gwarantuje im bezpieczeństwa.

Ze swoim uporem, skrajnością, niechęcią do kompromisu i bezwzględnością wobec mieszkańców Gazy – Netanjahu jest idealnym premierem na czas szoku, który Izraelczycy przeżywają po 7 października, a z którego do dziś nie mogą się otrząsnąć.

Dla wielu ludzi znających Izrael zaskoczeniem może być fakt, że jest tam dziś tak niewiele współczucia dla Palestyńczyków. Sondaże pokazują, że zdecydowana większość Izraelczyków popiera sposób, w jaki ich armia prowadzi wojnę w Gazie – są wśród nich także ci, którzy chcą odsunięcia Netanjahu od władzy. Przygniatająca większość uważa, że Hamas należy całkowicie zniszczyć, inaczej Izrael nigdy nie będzie bezpieczny.

PLAN BIDENA | Przyszłość Netanjahu wisi na tym przekonaniu Izraelczyków. Nawet jeśli kolejni byli szefowie służb specjalnych – jak wspomniany Tamir Pardo czy Ami Ayalon, były szef Szin Bet – przekonują, że nie da się wygrać wojny z Hamasem, Netanjahu kontynuuje atak na Gazę, a Izraelczycy po 7 października najwyraźniej nie widzą alternatywy.

Niedawne odejście z gabinetu wojennego Netanjahu dwóch liderów opozycji – Benny’ego Gantza i Gadiego Eisenkota, którzy po 7 października współtworzyli „rząd jedności” – niewiele zmienia. Może tyle, że jeszcze bardziej będzie on zależny politycznie od wspierających go żydowskich szowinistów, którzy najchętniej wymordowaliby albo wysiedlili wszystkich mieszkańców Gazy, bo „wszyscy są winni”.

W ostatnich dniach pojawił się kolejny plan „zasypania przepaści” – tym razem ogłoszony przez prezydenta Bidena, poparty rezolucją ONZ. Amerykanie uważają, że bez choćby przypudrowania palestyńskiej rany nie da się rozwiązać najważniejszego problemu w regionie, którym z ich punktu widzenia nie są Palestyńczycy, lecz Iran. Chcą, by Gaza stała się w istocie protektoratem krajów arabskich, w którym władzę przejęłaby odrodzona Organizacja Wyzwolenia Palestyny.

Netanjahu z początku kluczył, licząc, że Hamas odrzuci plan jako pierwszy, zdejmując z niego odpowiedzialność. Tymczasem Hamas plan wstępnie przyjął, co chwilowo nic nie oznacza. W interesie Hamasu leży kontynuacja wojny, ofiary po obu stronach i przetrzymywanie zakładników, bo tylko to zapewnia mu osłabianie Izraela, sianie w nim podziałów i dalsze niszczenie jego prestiżu na arenie światowej.

Zarazem Netanjahu wie, że każdy układ kończący wojnę może oznaczać również jego polityczny koniec (wisi nad nim proces o korupcję). Tylko że alternatywą dla amerykańskiego planu jest kontynuacja tego, co teraz: zabijanie Palestyńczyków, destrukcja Gazy, rosnące zagrożenie ze strony Hezbollahu i Iranu, a także postępujące niszczenie reputacji Izraela w świecie. Oraz narażanie nie tylko izraelskich polityków, ale też żołnierzy na ściganie przez instytucje międzynarodowego wymiaru sprawiedliwości.

WYBÓR | Według strony palestyńskiej w Gazie zginęło już 40 tys. ludzi. To liczba niemożliwa do zweryfikowania, podobnie jak nie da się zweryfikować tezy Izraelczyków, że niemal połowa ofiar to członkowie Hamasu. Jednak twierdzenie, że „wszyscy Palestyńczycy są winni”, jest ogromnym nadużyciem, którego nie usprawiedliwia trauma, jaką przechodzi Izrael po rzezi z 7 października 2023 r. Cierpią zwykli ludzie. Najważniejsi liderzy Hamasu żyją, pławiąc się w bogactwie, a poparcie dla Hamasu wśród Palestyńczyków rośnie (choć nie tak gwałtownie jak na początku wojny).

Izrael ma wybór: albo poprze plan Bidena i na jego podstawie zacznie odbudowywać choćby pozór relacji z Palestyńczykami, a także z państwami arabskimi, albo będzie kontynuować zabijanie i niszczenie Gazy. Czego konsekwencją będzie okupacja Strefy, czyli kolejna polityczna i wizerunkowa klęska Izraela i kolejne nieszczęścia dla Palestyńczyków.

W 1956 r. Ben Gurion wyznał, że jeśli wierzyłby w cuda, to chciałby, by morze połknęło Gazę. Nie połknie. Palestyńczycy nie znikną. Izraelczycy też nie. Najbliższy czas pokaże, czy obecna wojna jest wystarczająco brutalna i tragiczna, by liderzy obu narodów opamiętali się i dokonali wyboru – zweryfikowali swoje aspiracje, oparte na niemożliwych do realizacji mitach, które sieją spustoszenie wśród najsłabszych i niewinnych.

Jeśli polegać na historii, szanse na takie rozwiązanie są mizerne.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 25/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Czy można zasypać przepaść