Jest ranek 25 marca, gdy zaczyna się ostatnia rozprawa w najgłośniejszym procesie w 35-letniej historii niepodległej Mołdawii. Oskarżony 60-latek jest zaskakująco śniady jak na ponad pół roku, które spędził w Zakładzie Penitencjarnym nr 13 – zrujnowanym zamku, zamienionym na więzienie. Jak na grożące mu 25 lat, czego żądają prokuratorzy, jest też zaskakująco spokojny. Jego oczy, jak zwykle, nie zdradzają emocji.
Główny zarzut: kierowanie organizacją przestępczą, która w 2014 r. wyprowadziła z systemu bankowego miliard dolarów – sumę równą połowie ówczesnych rocznych wydatków budżetowych.
Oskarżony ustawia dwie tablice magnetyczne, rozkłada notatki, nonszalanckim gestem zakłada okulary. Przez kolejnych sześć godzin, posługując się tabelami, przekonuje sędziów, że oskarżenia są bezzasadne. „Przecież to już tortura” – słychać z sali, gdy po całym wywodzie prosi on jeszcze o ostatnie słowo. To jest krótkie: „Jestem niewinny.”
Tak kończy się ostatni spektakl Vlada Plahotniuca, zwanego păpușor, po rumuńsku „lalkarz”. Na ogłoszenie wyroku, które ma miejsce cztery tygodnie później, nie stawia się. Odmawia opuszczenia „Zamku”. Werdykt, choć niższy, niż chciała prokuratura, trudno uznać za symboliczny: 19 lat (i zwrot do skarbu państwa równowartości 63 mln dolarów) to niemal dożywocie. Ale wielu uzna go za zbyt łagodny.
Jak Vlad Plahotniuc kontrolował Mołdawię
Aby zrozumieć wagę tego wyroku, trzeba uświadomić sobie pozycję, jaką miał Plahotniuc. Przed 2019 r. był najbogatszy w Mołdawii i choć powszechnie zwano go oligarchą, trafniejsze jest określenie: hegemon. Oligarchat zakłada pewien pluralizm. Plahotniuc nie miał nikogo, kto byłby mu równy. W latach 2015-19, jako lider rządzącej Partii Demokratycznej, kontrolował państwo: miał większość parlamentarną, rząd i wszystkie instytucje – choć nie pełnił żadnej funkcji państwowej.
Perłą w jego koronie był wymiar sprawiedliwości. Kontrola nad sądami, prokuraturą i policją gwarantowała mu nietykalność. Oraz umożliwiała dyscyplinowanie, szantażowanie i eliminowanie (przez skazywanie na wieloletnie więzienie, dzięki spreparowanym dowodom) swoich przeciwników politycznych i biznesowych.
Posłuszny był mu też Sąd Konstytucyjny. Potrafił wydawać kuriozalne orzeczenia, np. w 2016 r. uznał wprowadzone do ustawy zasadniczej 16 lat wcześniej poprawki za niezgodne z konstytucją. W ten sposób w kilka dni zmieniono – na potrzeby Plahotniuca – sposób wyboru prezydenta (z pośredniego przez parlament na głosowanie powszechne).
Zemsta oligarchy na przeciwnikach politycznych
Dumitru Alaiba dobrze pamięta, jak działał ten system. Alaiba to dziś jedna z czołowych postaci stworzonego przez prezydent Sandu prozachodniego obozu Partii Działania i Solidarności (PAS), który przejął władzę w 2021 r. Do zeszłego roku piastował on stanowisko wicepremiera i ministra gospodarki. Dziś pracuje w Banku Narodowym. Za czasów „zawłaszczonego państwa”, jak zwano rządy Plahotniuca, był on aktywistą obywatelskim walczącym z oligarchą.
Alaiba wspomina dziś w rozmowie: – W maju 2018 r. opublikowałem za granicą artykuł z retorycznym pytaniem w tytule: „Czy oligarcha może w ogóle zbudować demokrację w Mołdawii?”. Dwie godziny później w biurze moich rodziców zjawili się zamaskowani funkcjonariusze. Ojciec i wujek zostali aresztowani i wtrąceni do więzienia na trzy dni. Czas ten później wielokrotnie przedłużano, a następnie objęto ich aresztem domowym. Wszystko to trwało pół roku. Było jasne, że to zemsta za mnie.
60-letni wówczas ojciec Dumitru podupadł na zdrowiu. W międzyczasie jego kontrahenci zerwali z nim współpracę, a jego firma stanęła na krawędzi bankructwa. – Nasza rodzina i tak miała szczęście, w porównaniu z innymi – dodaje Alaiba. – Jest wiele żyć, wiele rodzin i firm, które zniszczono w tamtym okresie, by uciszyć głosy opozycji.
Skąd wzięła się potęga mołdawskiego „lalkarza”
Historia „lalkarza” sięga głębiej w przeszłość. Przydomek przylgnął do niego jeszcze w 2011 r., a pierwszych dużych pieniędzy i wpływów dorabiał się już w latach 90. XX w.
Ponieważ w pozbawionym surowców i wielkich zakładów kraju nie mógł – jak oligarchowie na obszarze posowieckim – zagarniać majątku państwa, skorzystał z dostępnego na miejscu zasobu: ludzi. Tak w każdym razie uważają jego krytycy i znaczna część społeczeństwa (tych konkretnych zarzutów, o handel ludźmi, dotąd mu bowiem nie udowodniono, czemu trudno się dziwić, biorąc pod uwagę jego wieloletnią kontrolę nad sądami i policją).
O tej pełnej przemocy i ludzkiego cierpienia „karierze” opowiada wyprodukowany w 2025 r. mołdawsko-rumuński serial „Plaha” (tytułem nawiązuje do pseudonimu oligarchy). Emitowany przez Jurnal TV, gromadził przed ekranami nawet jedną piątą Mołdawian (od stycznia dostępny jest w Mołdawii i Rumunii w serwisie Netflix).
Bohater zaczyna od handlu dziećmi, sprzedawanymi rodzinom z Zachodu, i wysyłania młodych kobiet do domów publicznych w Europie. Dostarcza też wpływowym gościom swego kiszyniowskiego hotelu „damy do towarzystwa”, a następnie nagrywa ich ukrytymi kamerami, gromadząc archiwum kompromatów (ułatwiają potem negocjacje).
Podporządkowuje też kolejnych polityków: jednych szantażuje lub wtrąca do „Zamku”, innym oferuje wsparcie finansowe na wybory. Wreszcie przejmuje cały aparat państwa. Na koniec serialu kradnie z banków miliard dolarów. Pomaga mu w tym biznesman Șoric – nazwisko nawiązuje do Ilana Șora, autora mechanizmu wyprowadzenia środków.
Upadek Plahotniuca i ucieczka z Mołdawii
Jego czas skończył się w czerwcu 2019 r., a to dzięki egzotycznemu sojuszowi. Po lutowych wyborach Plahotniuc, którego partia nie zdobyła samodzielnej większości, szykował koalicję z Igorem Dodonem, liderem prorosyjskiej Partii Socjalistów. Ale, ku jego zaskoczeniu, plan upadł.
Hegemon zaszedł bowiem w końcu za skórę trzem aktorom: Brukseli, Waszyngtonowi i Moskwie. Unia i USA, na co dzień w konflikcie z Rosją, tu się porozumiały. Kreml zakazał Dodonowi współpracy z „Plahą”, a Zachód przekonał siły proeuropejskie (jedną z ich liderek była Maia Sandu, dziś prezydentka) do taktycznego sojuszu ze znienawidzonymi socjalistami.
Plan się powiódł. Plahotniuc uciekł z kraju, a aparat państwa zaczęto z mozołem (bo taktyczna koalicja szybko się rozpadła i władzę na krótko przejęli socjaliści wraz z politycznymi sierotami po „lalkarzu”) demontować.
Przez sześć lat Plahotniuc ukrywał się w USA, Turcji, na Cyprze Północnym i w Dubaju. W lipcu 2025 r. grecka policja zatrzymała go na lotnisku w Atenach. Przy nim i w wynajętej willi znaleziono 17 fałszywych dowodów tożsamości na różne nazwiska (w tym rumuńskie, ukraińskie, bułgarskie, rosyjskie, irackie). We wrześniu Grecja wydała go Mołdawii.
Wyrok na Plahotniuca jako test reform w Mołdawii
Skazanie Plahotniuca ma ogromne znaczenie dla rządzącego Mołdawią obozu prozachodniego. Dziś PAS kojarzy się głównie z integracją europejską. To pod jej rządami Mołdawia w 2022 r. uzyskała status kandydata do UE, a w 2024 r. zaczęła negocjacje akcesyjne, których koniec planuje na 2028 r. Ale PAS doszła do władzy przede wszystkim na hasłach antyoligarchicznych i obietnicy naprawy wymiaru sprawiedliwości.
Reforma ta okazała się jednak niełatwa. Demontaż „systemu” jest żmudny. Sama lustracja sędziów i prokuratorów oraz wymiana kierownictwa ich samorządów zawodowych zajęła kilka lat. Brakuje też nowych kadr. Wszystko to rodzi wśród wyborców frustrację, poczucie rozczarowania, a nawet podejrzenia o korupcję wewnątrz samego PAS.
Wyrok na Plahotniuca, choć zapadł dopiero w pierwszej instancji, to namacalny dowód, że reforma, choć powolna, przynosi realne zmiany. Świadczy o tym nie tylko sam werdykt, ale też tempo postępowania: od ekstradycji minęło zaledwie siedem miesięcy. Sąd zwoływał po dwie-trzy rozprawy tygodniowo. Tak efektywnego procesu Mołdawia jeszcze nie oglądała.
Inni oligarchowie poza zasięgiem sądów
Dumitru Alaiba uważa, że to najbardziej wyczekiwany wyrok skazujący od czasu uzyskania przez Mołdawię niepodległości: – Nasze społeczeństwo, które nie ma w ogóle zaufania do wymiaru sprawiedliwości, spodziewało się, że zostanie on uniewinniony albo dostanie symboliczną karę. Tymczasem wygląda na to, że nasz system zdał ten egzamin.
Co więcej, Plahotniuc stał się też pierwszą z ikon epoki „zawłaszczonego państwa”, którą nie tylko udało się skazać, ale też faktycznie zamknąć w więzieniu. Inni przedstawiciele ancien regime’u, nawet jeśli wydano w ich sprawie wyrok, dotychczas pozostają poza zasięgiem mołdawskiego wymiaru sprawiedliwości.
Wspomniany już Ilan Șor, skazany ostatecznie w 2023 r. na 15 lat więzienia, mieszka spokojnie w Moskwie i pomaga Kremlowi w destabilizowaniu Mołdawii. Veaceslav Platon, inny milioner zaangażowany w aferę bankową, w marcu 2025 r. został wprawdzie zatrzymany w Wielkiej Brytanii, ale wypuszczono go za kaucją; ekstradycja stoi w miejscu.
Co oznacza skazanie Plahotniuca dla Mołdawii
Sprawa Plahotniuca nie jest jeszcze zamknięta. Obrona chce apelować i deklaruje, że zaskarży wyrok do Strasburga. Ale trudno sobie wyobrazić, by „Plaha” się jakoś wykaraskał – czekają go jeszcze co najmniej cztery kolejne procesy.
Jedno jest więc pewne: Plahotniuc przechodzi do historii. Ale choć jego skazanie budzi zrozumiałą satysfakcję społeczeństwa i władz Mołdawii, nie jest to koniec drogi reform. Przeciwnie, to jej początek.
Gdy pytam dziś Dumitru, czy czuje radość z wyroku, ten tylko kręci głową: – Nie. Tak naprawdę przestałem przejmować się jego losem, gdy uciekł z kraju. Wtedy postanowiłem zostawić ściganie go tym, którzy mają to w zakresie obowiązków, a samemu skupić się na tym, o co naprawdę chodzi: na budowaniu lepszego kraju. A tu pracy wciąż jest mnóstwo.
Kamil Całus jest analitykiem Ośrodka Studiów Wschodnich im. Marka Karpia, autorem książki „Mołdawia. Państwo niekonieczne”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















