Siedemdziesiąte urodziny francuskiego pisarza Michela Houellebecqa przynoszą dwie niespodzianki – album muzyczny „Souvenez-vous de l’homme” („Pamiętajcie o człowieku”), promowany właśnie w paryskiej La Scali, oraz siódmy już tom poetycki „Combat toujours perdant” („Wiecznie przegrywana walka”), wydany w prestiżowej oficynie Flammarion.
Jak łatwo się domyślić, nie ma tu mowy o radosnym „sto lat” dla jubilata. To raczej łabędzi śpiew autora „Uległości”, który żegna się z literaturą, a przede wszystkim – z Europą, jaką znamy.
Houellebecq: zwierzę niesceniczne
Houellebecq przypomina o sobie cztery lata po „Unicestwianiu”, powieści, którą można uznać za częściową syntezę jego dorobku, i trzy lata po niechlubnej aferze pornograficznej opisanej w eseju „Kilka miesięcy mojego życia”. Jednocześnie powraca do końcówki lat 80., swoich poetyckich źródeł. To wtedy bowiem wykształcił się jego literacki i filozoficzny ton – katastroficzny, funeralny, zdominowany lekturą Arthura Schopenhauera i H.P. Lovecrafta (o tym pierwszym napisze w jednym ze zbiorów: „O tobie chcę myśleć, Schopenhauerze, kocham cię”).
Paryska La Scala to niepozorna scena przy Boulevard de Strasbourg, gdzie przed wiekami istniała kawiarnia teatralna, w której przesiadywał między innymi Marcel Proust. Później działało tu kino art déco sympatyzujące z francuską Nową Falą, zmienione potem – zgodnie z duchem czasów – na multipleks porno. Dzisiaj to nowoczesna scena widowiskowa z charakterystycznym ciemnobłękitnym oświetleniem. Trudno o lepsze miejsce na powrót gwiazdy literackiej i muzycznej estrady (to jego trzeci album po prawie dwudziestoletniej przerwie).
Michel Houellebecq – zwierzę niesceniczne, zjawia się cały na niebiesko, z łysiną widoczną jedynie z teatralnych balkonów. Obok niego, z czerwoną gitarą Stratocaster, w nieśmiertelnej dżinsowej koszuli, kompozytor i muzyk Frédéric Lo. Za nimi ekran, na którym przewijają się apokaliptyczne obrazy i fragmenty wideo. Ktoś z publiczności niemal po każdej piosence wykrzykuje: „merci, Michel!”.
Matowe recytacje Michela, jego voix blanche i charakterystyczna sztywność sceniczna, tworzą styl, który w Polsce podrobić mógłby jedynie Andrzej Poniedzielski (gdyby odjąć, rzecz jasna, wszystko, co kabaretowe). Dzięki Frédéricowi Lo (muzykowi współpracującemu wcześniej między innymi z Danielem Darkiem, którego „Psalm 23” grany jest także podczas koncertów w La Scali) „Souvenez-vous” to płyta pod względem muzycznym różnorodna, sprawnie balansująca między jednoznacznie pesymistyczną wymową tekstów.
Od stylistyki cold wave do czystej „elektroniki” – Lo nie przeszkadza tekstom Houellebecqa wybrzmieć z dobitną beznamiętnością, którą sam autor określił w rozmowie z Frédéricem Beigbederem „miękkim rapem”. Tylko raz po raz, choć jedynie na żywo, głos Michela łamie się pod ciężarem wzruszenia, w kawałkach najbardziej patetycznych (w „Czekając na najeźdźcę” czy „Samotnych krainach”, które rozpoczynają się dźwiękiem kościelnego dzwonu).
Do czego Houellebecq zdążył nas przyzwyczaić
Problem w tym, że wiersze pozbawione muzyki, przeniesione na kartkę papieru, tracą swój impet i całkiem przyjemny dekadencki koloryt. Co więcej, zmieniają się w monotonne skargi bezzębnego wieszczka, który opłakuje „zmierzch Zachodu”.
Już same tytuły wcześniejszych tomów wskazują na ciągłość tej tematyki: „Rester vivant” („Pozostać żywym”, 1991), „La Poursuite du bonheur” („Pogoń za szczęściem”, 1991), „Le Sens du combat” („Sens walki”, 1996), „Renaissance” („Odrodzenie”, 1999), „Configuration du dernier rivage” („Układ ostatniego brzegu”, 2013) i – jedyny przetłumaczony na polski – „Non réconcilié” („Niepogodzony. Antologia osobista 1991-2013”).
W tym zestawieniu ostatni zbiór, „Combat toujours perdant”, pobrzmiewa najbardziej katastroficznie. Połowa utworów na płycie, do której muzykę skomponował Frédéric Lo, pochodzi właśnie z tej książki.
Znajdziemy w nich zresztą dokładnie to, do czego Houellebecq zdążył już nas przyzwyczaić. Odmienia się tu przez wszystkie przypadki słowa: „koniec”, „wyczerpanie”, „łzy”, „samotność”, „zniknięcie”, „śmierć”, „Zachód”, „nicość”, lecz także (tym razem tylko w książce) „ślina” czy „ejakulacja”.
Rozciągają się przed nami typowo houellebecqowskie scenerie: autostrada, opuszczone pola, krajobrazy po katastrofie, reklamy agentów nieruchomości, ulice Trzynastej Dzielnicy Paryża. Zdaje się więc, że wierni fani ucieszą się ze znajomych motywów, a nieprzekonani nadal skarżyć się będą na płaskość stylu, mizoginię i reakcjonizm Houellebecqa.
W tym jednak rzecz, że o ile płyta broni się muzycznie i tekstowo, to książka pozostawia uczucie znużenia zbyt dobrze znanymi hasłami o bliskiej apokalipsie.
Houellebecq rymuje
Houellebecq w każdym wierszu ma do powiedzenia z grubsza to samo (w skrócie: „koniec będzie smutny”, jak pisze wprost w inaugurującym tekście o beckettowskim tytule „Końcówka”). Ponadto, oby autoironicznie, czyni z siebie proroka, który „zna nasze bolączki” i zachęca do pójścia jego śladem. Dyskurs apokaliptyczny ma rzecz jasna długą brodę. Zawsze jednak jego najbardziej podejrzanym elementem była postać proroka czy – jak określał to Kant – „mistagoga”, tego, kto uzurpuje sobie władzę odkrywania tajemnic przyszłości.
Nie wiadomo też, jakiego rodzaju katastrofę się tu zapowiada (nuklearną, technologiczną, demograficzną, ekologiczną czy metafizyczną), zdaje się, że raczej wszystkie po trochu – ważne, że można przemienić lamentacje w całkiem dopracowane aleksandryny.
Houellebecq rymuje i rytmizuje bowiem ze szczególnym zapamiętaniem. W rozmowach przyznaje nawet, że w poezji „rym i dźwięk poprzedza sens”. Okazuje się jednak, że to, co sprawdza się w piosenkach (powtarzalność fraz, nieskomplikowane rymy), niekoniecznie działa na papierze.
Niemniej skrywają się tu gratki dla profesorów literatury (w końcu Houellebecq to laureat Nagrody Goncourtów). Wyczuwa się fascynację turpistyczną wyobraźnią Baudelaire’a, a także rewolucyjną energią Rimbauda (szczególnie w wykrzyknieniach: „Naprzód! Trzeba ruszać”). Widać subtelne mrugnięcia w kierunku Alfreda de Musseta, a nawet Fernanda Pessoi (zdanie „Śmierć nie wystarcza” z końcowego wiersza jest odwrotnością słynnej frazy portugalskiego poety: „Literatura jest najlepszym dowodem na to, że życie nie wystarcza”).
Niektórzy z francuskich krytyków dopatrzyli się również nawiązań do, zapomnianego już nieco, Charlesa Péguy, poety z przełomu XIX i XX wieku, który z antyklerykała stał się pod koniec życia, podobnie jak Huysmans (o którym po części jest „Uległość”), piewcą chrześcijaństwa.
Houellebecqowi jest żal
W tomie znajdziemy fragmenty cokolwiek dwuznaczne, gdy chodzi o stosunek do religii. W jednej z czterech próz poetyckich Houellebecq pisze o absurdzie wiary w zmartwychwstanie ciała (rozumianej tu naiwnie – jako proste przywrócenie do życia). Pod koniec pada jednak zagadkowe wyznanie: „Ilekroć klękamy przed grobem, żywimy w głębi tę niewypowiedzianą nadzieję”. To skłoniło niektórych francuskich krytyków do pisania o „ni świętym, ni bohaterze”, który roztkliwia się nad ludzką nędzą, nie tracąc przy tym „nadziei wbrew nadziei”.
Ten czułostkowy motyw przenika zresztą twórczość Houellebecqa już od pewnego czasu. Wystarczy przypomnieć sentymentalne (jak na „króla mizantropów”) opisy prostych, epikurejskich radości umierającego bohatera czy kontemplacji piękna zachodzącego słońca w ostatniej powieści, by zrozumieć, że autor „Unicestwiania” stępił nieco ostrze krytyki, a nawet trochę spotulniał.
Kiedy czytamy o „oczach pełnych łez” na wieść o końcu Zachodu, niedarowanej „ostatniej chwili szczęścia”, o „zagubionym na autostradzie” czy nawet o tytułowej „przegranej walce”, zaczynamy wierzyć, że Houellebecqowi faktycznie żal jest współczesnego Europejczyka. Gdyby dodać do tego jego ostatnie publiczne wypowiedzi przeciwko eutanazji (jako o rozwiązaniu „wstecznickim” i „dekadenckim”), można nabrać podejrzeń, że mamy do czynienia z samozwańczym obrońcą chylącej się zachodniej cywilizacji.
W wywiadzie udzielonym niegdyś dziennikowi „Le Monde” Houellebecq przyznał nawet, że „literaturę tworzy się z dobrych uczuć”. Wydaje się jednak dokładnie odwrotnie – to w najbrutalniejszych fragmentach „Cząstek elementarnych” Houellebecq bywał najszczerzej współczujący, „humanistycznie” dekadencki.
Czekamy już tylko na Michela
W każdym razie zostaliśmy ostrzeżeni – jest źle i lepiej nie będzie. Świat, jaki znamy, kończy się, przychodzi nowy, zapewne barbarzyński. Chrześcijaństwo nie dało rady, nadzieja na duchowe odrodzenie Europy to zaklinanie rzeczywistości, do którego coraz mniej jesteśmy zdolni.
Ugrzęźliśmy w beckettowskim „nic się nie da zrobić”. Gorzej nawet – coraz mniej nad tym rozmyślamy. Kiedyś czekaliśmy na Godota, dzisiaj już tylko na Michela. Ten ostatni jednak przychodzi, obwieszcza złą nowinę, roni łzę i schodzi ze sceny.
Merci, Michel!
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















