Zamach majowy 1926. Piłsudski, demokracja w II RP i cena władzy

Dlaczego Józef Piłsudski zdecydował się na zamach majowy i jak ten przewrót zmienił II RP – o tym opowiada historyk prof. Andrzej Chwalba.
Czyta się kilka minut
Marszałek Józef Piłsudski w warszawskim hotelu Bristol ogłasza wycofanie się z działalności politycznej. Zdjęcie zrobione w lipcu 1923 roku // Źródło: Wikimedia
Marszałek Józef Piłsudski w warszawskim hotelu Bristol ogłasza wycofanie się z działalności politycznej. Zdjęcie zrobione w lipcu 1923 roku // Źródło: Wikimedia

Zamach majowy 1926 roku

Zbrojny zamach stanu, dokonany w dniach 12-15 maja 1926 r. przez marszałka Józefa Piłsudskiego, zaciążył na historii II RP. Jego przyczyną pośrednią była pogarszająca się sytuacja polityczno-gospodarcza i osłabienie pozycji Polski w Europie. Czynnikiem zapalnym zaś rozczarowanie Piłsudskiego i jego sympatyków demokracją parlamentarną po zabójstwie pierwszego prezydenta Gabriela Narutowicza i serii kryzysów rządowych z lat 1925-26. 

12 maja 1926 r. Piłsudski, wspierany przez część wojska, wystąpił przeciw legalnemu rządowi Wincentego Witosa i prezydentowi Stanisławowi Wojciechowskiemu. Walki toczyły się głównie  w Warszawie i zakończyły dymisją premiera i prezydenta. Zginęło w nich 379 osób (w tym 164 cywilów), a 920 osób zostało rannych.

Po maju 1926 r. władzę przejął tzw. obóz sanacyjny. Prezydentem został wybrany Ignacy Mościcki. Formalnie zachowano instytucje demokracji, ale w praktyce władza stawała się coraz bardziej autorytarna. 13-letnie rządy sanacji zakończył wybuch II wojny światowej.


JACEK STAWISKI: Zacznijmy od definicji. Czy wydarzenia z maja 1926 r. to był zamach stanu, czy może wojna domowa? 

ANDRZEJ CHWALBA: Nie ma jednej powszechnie obowiązującej definicji wojny domowej. Najczęściej przez nią się rozumie zbrojne starcie wewnątrz państwa, rozgrywające się na rozległym terytorium i w dłuższym okresie czasu. W tym sensie maj 1926 raczej tych kryteriów nie spełnia. 

Najczęściej badacze nazywają te wydarzenia przewrotem, zamachem majowym, zamachem stanu, także ze wskazaniem na autora, czyli Piłsudskiego. W maju uniknięto rozlania się działań zbrojnych na Polskę, uniknięto wielodniowych starć zbrojnych. 14 maja w godzinach popołudniowych prezydent i premier zdecydowali się podać do dymisji, gdyż liczba żołnierzy Piłsudskiego była znacznie większa niż wojsk rządowych i nie dawała szans na zwycięstwo. Bijąc się do końca, mogliby stać się jeńcami autora zamachu. 

Poza tym prezydent, premier i ministrowie obawiali się przeniesienia konfliktu poza Warszawę, co mogłoby skłonić sąsiadów do interwencji. Choć, jak dzisiaj wiemy, ani Związek Sowiecki, ani Niemcy nie były na nią gotowe.

Jednak niezależnie od tego, czy te wydarzenia nazwiemy przewrotem, czy też zamachem, było to uderzenie w demokrację?

Tak, gdyż zdaniem Piłsudskiego demokracja jest tylko środkiem, a celem jest niepodległość Polski. Jeśli środek nie jest skuteczny, nie zabezpiecza niepodległości, to należy się z nim rozstać. Uważał on, że jego wieloletnia praca na rzecz wolnej Polski, na granicy życia i śmierci, od lat 90. XIX wieku do 1920 r., może pójść na marne. 

Bo partie są nadmiernie skonfliktowane, posiedzenia Sejmu przegadane, posłowie myślą tylko o własnych interesach, a nie o państwie, nie dbają o wojsko i jego unowocześnienie, nie widzą potrzeby sprawnego nim dowodzenia w czasie pokoju i na wypadek wojny. I co istotne, nie myślą o potrzebie zasypywania granic mentalnych odziedziczonych po zaborach

Zabory miały katastrofalne skutki dla polskiej mentalności.

Tak, zwłaszcza w zaborze rosyjskim. Znakiem tego był już zamach z 1922 r. na prezydenta Gabriela Narutowicza, który miał olbrzymi wpływ na myślenie i psychikę Piłsudskiego. Już wtedy uznał, że trzeba poświęcić demokrację, aby ratować Rzeczpospolitą przed wewnętrznymi konfliktami niszczącymi państwo i demoralizującymi obywateli. 

Dla niego demokracja była chybotliwa, niepewna i źle funkcjonowała, w czym nie pomagała konstytucja z marca 1921 r. Ciekawe, że nawet ci, którzy ją przyjęli, twierdzili, że nie spełniła oczekiwań, że utrudniała wyłanianie rządów, że dawała niewiele władzy prezydentowi i premierowi. Dlatego pogląd Piłsudskiego, że jeśli demokracja nie służy niepodległości, to możną ją poświęcić, nie był odosobniony.

Ugrupowania centrolewicowe, które odwoływały się do demokracji, jak Polska Partia Socjalistyczna czy Polskie Stronnictwo Ludowe „Wyzwolenie”, poparły zamach Piłsudskiego, czyli dryf w stronę autorytaryzmu. To kwadratura koła.

Poparły, gdyż trudno im było przewidzieć, że to będzie krok w kierunku systemu autokratycznego. Myliły się i dlatego niebawem przeszły do opozycji. Poza tym w maju 1926 r. dla lewicy najważniejsze było obalenie rządu Wincentego Witosa, który kojarzył się ze strajkami, hiperinflacją i strzelaniem przez wojsko do protestujących robotników w Krakowie w 1923 roku. W czasach PRL pisano wręcz o powstaniu robotniczym. Z dużą przesadą, ale faktem jest, że strzelano z obu stron, zginęli robotnicy i żołnierze. Politycy PPS, w tym Ignacy Daszyński, mówili od tego czasu, że Witos ma krew na rękach.

Lewica obawiała się i głośno o tym mówiła, że to prawica dokona zamachu stanu. Nawet wskazywano nazwiska generałów, którzy jakoby mieli to przeprowadzić. W pierwszej połowie lat 20. atmosfera była w ogóle taka, że dyplomaci akredytowani w Warszawie informowali swoje rządy, iż w Polsce jest takie napięcie, że nie wiadomo, kto wystąpi z inicjatywą zbrojnego przewrotu, lewica, prawica czy Piłsudski. 

Na tle ówczesnej Europy to nie był wyjątek. Ponadto, gdy mowa o atmosferze: pod koniec 1925 r. Anglia i Francja zawarły w Locarno traktaty z Niemcami, gwarantujące nienaruszalność granic Francji i Belgii. Gwarancje nie objęły granic Czechosłowacji i Polski. Po Locarno Piłsudski miał poczucie narastającego zagrożenia dla Polski. 

To fundamentalna kwestia. Po I wojnie światowej nasi sąsiedzi, Niemcy i Związek Sowiecki, nie pogodzili się z jej skutkami. Ich celem było zniszczenie powojennego ładu wersalskiego, a Polska była jego wschodnią flanką. Dlatego w 1922 r. oba te państwa zawarły traktat w Rapallo, który stanowił ostrzeżenie dla Europy, a w 1926 r., dosłownie na parę tygodni przed zamachem majowym, kolejny traktat, jeszcze bardziej dla obu stron korzystny. Źle to wyglądało, tym bardziej że we Francji popularne były nastroje pacyfistyczne. A to Francja była naszym najważniejszym sojusznikiem.

Warto zatem o tym pamiętać w kontekście zamachu majowego. W Polsce wiosną 1926 r. bardzo wielu uważało, że wobec narastającego zagrożenia nie bawmy się w obronę demokracji, tylko twórzmy sprawne rządy i postawmy na silną osobowość, którą trzeba wyposażyć w rozległe kompetencje, aby zabezpieczyć los kraju i milinów jego obywateli . 

W Pana książce „Maj 1926. Zamach, którego miało nie być” (książka ukazała się niedawno w wydawnictwie Czarne) pisze Pan, że po 1918 r., gdy państwo polskie zaczęło na nowo istnieć, jego obywatele nie odnaleźli się w systemie demokratycznym. Dlaczego?

Początkowo doskonale się odnaleźli, ale później rósł wobec niego dystans i przybywało krytyków. Kiedy w 1918 r. wraca Piłsudski z Magdeburga, jest szczerym demokratą. Dzięki niemu m.in. mamy pięcioprzymiotnikową ordynację wyborczą do Sejmu Ustawodawczego z 1919 r. oraz szereg znakomitych ustaw socjalnych. 

Ośmiogodzinny dzień pracy i pięcioprzymiotnikowe wybory nie były wtedy powszechne w Europie…

We Włoszech i Francji kobiety nie miały praw wyborczych. My szliśmy dalej i temu towarzyszył entuzjazm. Szerokie prawa i wolności polityczne, prawa do strajku i manifestacji – to były fakty. Ale obywatele szybko zobaczyli, że demokracja nie jest lekarstwem na biedę, że garnki są często puste i demokracją się nie napełnią. 

Kraj był wyniszczony przez działania wojenne, które trwały od 1914 r. do 1920 r. Z fabryk niewiele pozostało, poza kominami i murami, zrównane z ziemią wsie. Brakowało środków na odbudowę, szalała hiperinflacja, poziom życia się obniżał, brakowało opału. 

To podmywało demokrację?

Ludzie coraz krytyczniej patrzyli na demokrację, bo dawała szeroki oddech, ale nie rozwiązywała skomplikowanych problemów socjalnych i materialnych. Coraz częściej zaczęto wierzyć, że do Warszawy wjedzie na „białym koniu” wódz, osoba w dziejach sprawdzona, zrobi porządek, rozpędzi Sejm i Senat, które nic dobrego nie robią, i wprowadzi silną władzę gwarantującą ludziom to, czego oczekują. 

I oczywiście w tej roli widziano Piłsudskiego. Piłsudski, obdarzony intuicją polityczną, doskonale wyczuwał nastroje i jeszcze odpowiednio je podgrzewał. On też się zraził do demokracji, a szczególną niechęć żywił do obozu politycznego współodpowiedzialnego za śmierć prezydenta Narutowicza, jego przyjaciela i kuzyna.   

Można powiedzieć, że przemiana Piłsudskiego z demokraty w autokratę miała także społeczne uwarunkowania? 

Nie odważyłbym się powiedzieć, że Piłsudski stał się w 1926 r. autokratą. Proces przekształcania się demokraty w autokratę był rozpisany na lata. Oczywiście, możemy się spierać, czy jego diagnoza o zagrożeniu niepodległości była słuszna. 

Spróbujmy zrekonstruować pracę jego umysłu. Piłsudski chciał, by jemu podlegały władze wojskowe. Pragnął mieć pełną kontrolę nad wojskiem a tym samym mieć wpływ na politykę zagraniczną, ale poza tym nie chciał nic więcej. Uważał, że na czas wojny, gdyby wybuchła, powinien być naczelnym wodzem. 

Problem w tym, że druga strona, oponenci z obozu narodowego, nie chcieli ustąpić na krok. Nie byli gotowi na porozumienie, na poszukiwanie rozwiązań kompromisowych – a to istota mądrości i demokracji. Tego po stronie oponentów zabrakło. 

Mówi Pan, że chciał się zajmować wojskiem, ale jednak zajął się całym państwem. 

Zamach dał Piłsudskiemu więcej, niż wcześniej chciał mieć. W istocie dał mu całe państwo, całą władzę. 

Czy można powiedzieć, parafrazując znane powiedzenie sprzed 36 lat, że Piłsudski „nie chciał zamachu, ale musiał”?

Nie chciał zamachu i nie miał planu przejęcia władzy z użyciem licznych sił wojskowych. Wiosną 1926 r., wbrew temu co błędnie pisano w literaturze historycznej, nie zgromadził sił wojskowych pod Warszawą. Kiedy 12 maja rankiem pojechał do Belwederu, to chciał zmusić prezydenta Wojciechowskiego, aby zdymisjonował centroprawicowy rząd Witosa i desygnował na premiera lewicowego liberała profesora Kazimierza Bartla.

Wcześniej Wojciechowski wielokrotnie mu ustępował. Piłsudski liczył zatem na powtórkę, ale żeby wzmocnić presję psychologiczną, w ślad za jego samochodem w kierunku Belwederu zmierzali ułani, którzy jemu zaprzysięgli wierność. To miało sugerować prezydentowi, że jest gotów użyć siły. Ale Wojciechowskiego nie zastał, gdyż ten pojechał do Spały. 

Przypadek zrządził, że historia potoczyła się inaczej, niż Piłsudski zaplanował. A jak się wkrótce okazało, Wojciechowski nie miał bynajmniej ochoty na kolejną kapitulację. Limit jego ustępstw się wyczerpał. Obie strony, rząd i Piłsudski, zaczęły gromadzić wojska. Przy czym żołnierze, którzy przeszli na stronę Piłsudskiego, nie posiadali nawet planów i map Warszawy, które kupili dopiero w sklepie na Pradze. Nie mieli początkowo sztabu, który by koordynował działania, gdyż, podkreślmy, zbrojny zamach nie był brany pod uwagę. Jednym słowem, to była improwizacja „w polskim stylu”. 

W maju 1926 r. walki objęły wiele punktów w stolicy, rozlały się po Warszawie. 

Istotnie, walki ogarnęły wtedy wiele miejsc w mieście. Gen. Orlicz-Dreszer i ppłk Beck, którzy zaczęli dowodzić siłami Piłsudskiego, wyprowadzają najpierw natarcie przez Most Kierbedzia na obszar Starego Miasta i Krakowskie Przedmieście, gdzie jest siedziba rządu w Pałacu Namiestnikowskim. Dziś to siedziba prezydenta, a w okresie międzywojennym Rady Ministrów. 

Tam przebywa Witos, dosłownie kilkadziesiąt godzin wcześniej wybrany premierem, i ministrowie. Siły rządowe cofają się w kierunku Belwederu, wraz z nimi politycy. Czekano na posiłki wojskowe, głównie z Polski zachodniej, z Pomorza i województwa poznańskiego, bo to było główne zaplecze rządu. Tam prawica narodowa miała zdecydowaną przewagę. 

Decyzja Piłsudskiego o zamachu, czy też na początku o demonstracji zbrojnej, zapada dosłownie na godzinę po powstaniu rządu Witosa. 

Witos, zanim został premierem, opublikował w prasie mocny w słowach wywiad, prowokujący Piłsudskiego do działania. Zagrał jak pokerzysta. Piłsudski mu odpowiedział, także wywiadem, ale komisarz rządowy skonfiskował nakład gazety, tak aby wywiad z Piłsudskim się nie ukazał. Wtedy uznał, że karty zostały rzucone, że musi przejść do akcji, bo inaczej jego plany będą znów na długi czas odłożone, a jego obóz, piłsudczycy zostaną z wojska i stanowisk państwowych wyrugowani, a co znaczyło, że dalej wojsko nie będzie miało naczelnego wodza.

Pana zdaniem zamach był od pewnego momentu nieuchronny?

Zawarłem to w tytule książki: „Zamach, którego miało nie być”, a opowieść o tym wymaga dłuższej chwili. Zatem tylko skrótowo. Cofnijmy się o trzy lata. W 1923 r. powstaje rząd Witosa, porozumienie endecji z formacją chłopską. Rząd hrabiów z chłopami. Ten rząd mówi: drogi Józefie Piłsudski, nawojowałeś się, zrobiłeś swoje, różnie z tobą było w czasie tego wojowania w 1920 roku i twoje zasługi na niepodległości są też wątpliwe. Tak czy inaczej, teraz zasłużona emerytura, żegnaj „Dziadku”. 

To była brutalna próba pożegnania go?

A nawet uznania publicznie, że jest nic nie wart. Dla polityka, który jeszcze nie ma sześćdziesiątki i ma dokonania oraz ambicje, to upokarzające. Przez kolejne trzy lata Piłsudski będzie grać o kształt ustawy o naczelnych władzach wojskowych, tak aby zapewnić sobie decydujący wpływ na armię. To można też nazwać „wojną domową w obozie legionowym”. 

Bo legioniści-weterani z I Brygady Piłsudskiego stanęli przeciw weteranom z II Brygady?

Tak to się wszystko poukładało. Nienawiść między legionistami I Brygady z jednej strony, a legionistami II Brygady i Komendą Legionów z drugiej narastała z roku na rok. Miała swoje korzenie jeszcze w latach Wielkiej Wojny. Legioniści II Brygady i Komendy identyfikowali się z obozem narodowym (Szeptycki, Haller, Zagórski). 

A wracając do lat 1923-26: projekty ustaw w kwestiach dowodzenia armią, które przygotowano, były śmieszne z punktu widzenia oczekiwań Piłsudskiego i coraz bardziej wywoływały jego irytację.

Czy można powiedzieć, że armia była kręgosłupem II RP i dlatego była tak istotna dla Piłsudskiego, czy to jednak uproszczenie?

To nie jest uproszczenie. Biorąc pod uwagę słabość innych ogniw państwa, jego aparatu wykonawczego wojsko było najważniejszą siłą spajającą państwo.

Czy to było nieuchronne, że skutkiem zamachu majowego będzie autorytaryzm lub nawet elementy ustroju dyktatorskiego? Innymi słowy, od którego momentu pomajowy ustrój zmierza jednoznacznie do rządów autorytarnych? 

Ciekawe, że wielbiciele Piłsudskiego jeszcze w trakcie walk w Warszawie ogłosili, że zwyciężył i ogłosił się dyktatorem. Byli przekonani, że zmierza w tym kierunku. Ale on odparł: nie, nie chcę być dyktatorem. Jeśli idzie o ustrój, prawo i konstytucję, to po maju 1926 r. nic się nie zmieniło. 

Powstał rząd zgodnie z prawem, Ignacy Mościcki został wybrany prezydentem przez dotychczasowy skład Sejmu i Senatu. Zagraniczni dyplomaci raportowali tak jak sugerował Piłsudski, że to rewolucja bez rewolucyjnych konsekwencji.

Po zamachu Piłsudski nie musiał mieć formalnej władzy.

Tak, formalnie urząd, ten czy inny, nie był mu potrzebny. Nie musiał być ogłoszony dyktatorem, aby nim realnie być. Po 1926 r. ma władzę, choć jest tylko ministrem spraw wojskowych. Stopniowo przykręca śrubę, zmierza do rozwiązań autorytarnych, aczkolwiek nie jest w tym konsekwentny. 

Około 1930 r. rośnie znaczenie przemocy w jego polityce, tak jak wobec Witosa, Korfantego, proces, więzienie, słynny Brześć, fałszerstwa wyborcze na dużą skalę. Brześć jest tą wyraźną granicą między dwoma okresami jego rządów. Jest też nią obóz w Berezie Kartuskiej.

Niemniej do końca Rzeczypospolitej działają samorządy miejskie, choć rząd nieraz w ich sprawy ingeruje, istnieją kluby i partie polityczne, wychodzi prasa opozycyjna, choć jest cenzurowana. Gazety się ukazują, ale często z białymi plamami. Szereg dawnych składników, wolnościowych, zachowano, ale autokratyzm był coraz głębszy. Śmierć Piłsudskiego w 1935 r. przyspieszy jeszcze wzrost tendencji autorytarnych i nacjonalistycznych w obozie rządowym, wzrost przemocy wobec opozycji i wobec mniejszości narodowych.   

Bez Piłsudskiego, jego wiedzy i zgody, nic ważnego nie mogło się w kraju wydarzyć. 

Symboliczne, że przenosi się do Belwederu, który dotąd był siedzibą prezydenta. Mościcki będzie rezydował w Zamku. Piłsudski decyduje o wszystkich najważniejszych sprawach państwa, choć niekoniecznie dotyczących gospodarki, finansów, służby zdrowia, edukacji, bo na tym szczególnie się nie zna i to go bliżej nie interesuje.

Jak oceniać stan państwa po maju 1926 r.?

Lata 1926-29 to czas przyspieszonej modernizacji i scalanie państwa oraz niskiego bezrobocia. Ale czym dalej, tym gorzej. Mamy ciężki kryzys gospodarczy i sanacja nie wypracowała dobrego pomysłu, jak sobie z nim poradzić. Polska znalazła się w zapaści ekonomicznej i socjalnej. Nawet modernizacja armii się ślimaczy, a poważniejsze inwestycje wstrzymano.

Czy to się może powtórzyć? Bratobójcze starcia, zamach? Tyle się mówi o polaryzacji i nienawiści politycznej w Polsce.

To raczej trudno sobie wyobrazić i tegoż konsekwencje. Żyjemy jednak w innym czasie historycznym. Wojsko jest zintegrowane w NATO, jesteśmy w Unii Europejskiej, a obywatele znają swoją wartość. Niedawno były wybory na Węgrzech. Wiemy, jaki był system Orbána, a jednak uznał swoją klęskę. Bo tak powinno być w dojrzałej demokracji. Przegrany ustępuje zgodnie z wyrokiem wyborców. Tak to w Europie, jak do tej pory, funkcjonuje. Oby nie było inaczej.

Rozmawiał Jacek Stawiski


Andrzej Chwalba „Maj 1926. Zamach, którego miało nie być”, Wydawnictwo Czarne // materiały prasowe

Książka Andrzeja Chwalby „Maj 1926. Zamach, którego miało nie być” ukazała się 29 kwietnia 2026 r. nakładem Wydawnictwa Czarne.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”