Palestyńczycy w Gazie „doświadczają obecnie być może najokrutniejszej fazy tego okrutnego konfliktu” – powiedział 23 maja sekretarz generalny ONZ António Guterres. I za wyjątkiem całkowicie nieadekwatnego już słowa „konflikt” (do tego, jakie jest lepsze, wrócimy) oraz partykuły „być może” i niewskazania odpowiedzialnych – miał rację.
Faza obecna trwa od 18 marca, kiedy to Izrael zerwał zawieszenie broni (przetrwało dwa miesiące) i wznowił inwazję. Przy czym w połowie maja armia izraelska rozpoczęła nową ofensywę.
Bierze w niej udział pięć dywizji lądowych (kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy), cechują ją zaś znowu zmasowane bombardowania, przepędzanie ludności z północy na południe oraz – to nowość – zamiar trwałej okupacji całej Strefy.
Bez zmian pozostaje natomiast stosowanie głodu jako narzędzia (to jedna ze zbrodni wojennych, o które Międzynarodowy Trybunał Karny oskarża premiera Beniamina Netanjahu). Na początku marca Izrael całkowicie zablokował dostawy pomocy humanitarnej. 22 maja palestyńskie Ministerstwo Zdrowia poinformowało, że w ciągu zaledwie kilku dni doszło do spowodowanej głodem śmierci 29 osób (dzieci i starszych). Od rozpoczęcia aktualnej ofensywy Izrael nadal gra dostawami żywności (tylko w inny już sposób, o czym za chwilę).
Izraelscy politycy mówią otwarcie: „Niszczymy w Gazie wszystko”
W czasie konferencji prasowej 22 maja Netanjahu stwierdził, że warunkiem zakończenia wojny jest realizacja „planu Trumpa”. A zatem rzuconej mimochodem w lutym przez prezydenta USA idei przemienienia Gazy w kurort, po uprzednim zrównaniu jej z ziemią i usunięciu mieszkańców.
Status „planu Trumpa” – jak wielu jego pomysłów – jest trudny do określenia. Jednak do zrównania Gazy z ziemią oraz do zniszczenia palestyńskiej obecności tam – w ogóle, jako takiej – Izrael dąży w sposób jasny i konsekwentny.
I mówi o tym otwarcie, np. ustami ministra finansów Becalela Smotricza, który 19 maja stwierdził: „Niszczymy w Gazie wszystko, co jeszcze zostało, bo wszystko tam jest jednym wielkim centrum terroru”. I wytłumaczył wprost, że celem operacji jest skoncentrowanie ludności na południu Strefy, a stamtąd „z bożą pomocą” usunięcie jej do „krajów trzecich”.
W przypadku części mieszkańców Gazy zniszczenie ma charakter fizyczny poprzez śmierć od kul, bomb albo głodu. W przypadku większości natomiast ma przybrać postać „dobrowolnej emigracji”, do przeprowadzenia której Izrael powołał w swoim Ministerstwie Obrony odpowiednie komórki.
Co najmniej 16 tysięcy ofiar w Gazie to dzieci
Przebieg aktualnej ofensywy w Gazie obrazuje bilans jej drugiego dnia: 19 maja izraelska armia zabiła tam 136 osób oraz zaatakowała i zniszczyła m.in. magazyn leków i sprzętu medycznego należący do szpitala imienia Nasera w mieście Chan Junus.
Ewentualne wątpliwości, czy nie są to aby „informacje Hamasu”, rozwiewa wypowiedź deputowanego izraelskiej koalicji rządzącej Cwiego Sukkota, który kilka dni wcześniej w jednym z kanałów telewizyjnych mówił: „Ostatniej nocy prawie 100 osób zostało zabitych. (…) I nikogo to już nie obchodzi. Wszyscy się już do tego przyzwyczaili, że można zabić 100 mieszkańców Gazy i nikogo na świecie to nie obejdzie”.
Przyczyną tak wysokiej liczby ofiar śmiertelnych jest m.in. to, że – jak pokazało śledztwo izraelskiego magazynu internetowego „+972” – Izrael w sposób świadomy, opierając się na wadliwych algorytmach, przeznacza do zmasowanych bombardowań obszary, w których pozostali cywile.
Oficjalny wskaźnik ofiar śmiertelnych, którego wiarygodności na obecnym etapie nikt już poza Izraelem nie kwestionuje, od pół roku oscyluje wokół 50 tysięcy. Na imiennej liście sporządzonej przez palestyńskie Ministerstwo Zdrowia są obecnie 54 tysiące osób, z czego 16 tysięcy to dzieci.
Faktyczna liczba zabitych może być wyższa niż dane palestyńskie
W praktyce jednak, biorąc pod uwagę metodologię zbierania danych (opartą na raportach ze szpitali i zgłoszeniach od rodzin zabitych), statystyka ta od miesięcy nie jest już miarodajna.
Spośród 36 szpitali, które działały w Gazie przed wojną, obecnie częściowo działa ich tylko 19 (dane WHO z końca maja). Natomiast ciągłe ataki, przymusowe przemieszczenia ludności (tylko od marca dotknęło to 632 tys. osób), a często śmierć całych rodzin pod gruzami uniemożliwiają zbieranie danych w systematyczny sposób.
Łączna liczba zabitych jest zatem wyższa. O ile? Nie wiadomo. Szacunki opublikowane na początku maja przez tygodnik „Economist” – oparte na metodologii przedstawionej wcześniej na łamach medycznego pisma „Lancet” – wynoszą od 77 tys. (szacunek niski) do 109 tys. (szacunek wysoki). A zatem, przy populacji liczącej 2,2 mln osób, jest to między 3,5 proc. a 5 proc. ogółu. Na warunki polskie byłoby to między 1,3 a 1,8 mln.
Kogo nie przekonują statystyki, może przekonać się o tym, co dzieje się w Gazie, naocznie. Każdy dzień przynosi nowe zdjęcia i nagrania ludzi okaleczonych lub zabitych – dowolnego wieku i obojga płci – spalonych, rozerwanych, zmiażdżonych. Są one dostępne w internecie w ilości nieograniczonej i łatwo je znaleźć.
Głód mieszkańców Gazy
Oprócz stałego zagrożenia śmiercią, mieszkańcy Gazy także głodują albo są na granicy głodu. W pięciostopniowej skali kryzysu żywnościowego, którą posługują się organizacje pomocowe, 470 tys. ludzi w Gazie znajduje się obecnie w fazie piątej („głód”), a 1,1 mln w fazie czwartej („kryzys humanitarny”).
Rozpatrywanie tej sytuacji przez pryzmat statystyk samo w sobie przyczynia się do dehumanizacji. Jednak w sytuacji, kiedy strona izraelska zabija palestyńskich dziennikarzy (od początku wojny ponad 200), a tych międzynarodowych do Strefy nie dopuszcza, wielkie liczby stają się bardziej dostępne niż perspektywa jednostkowa.
„Nie mamy podstawowych artykułów spożywczych – mąki, cukru, oleju, masła, ryżu czy roślin strączkowych. Mamy trochę konserw i trochę lokalnie uprawianych warzyw” – stwierdzał w rozmowie z amerykańskim Komitetem Obrony Dziennikarzy Mohammad Al-Hajjar, freelancer współpracujący m.in. z Associated Press (materiał z 28 maja).

Relacja człowieka, który głoduje
Saleh Al-Natoor, miejscowy korespondent katarskiej telewizji Al-Araby, opisał 9 maja na Facebooku swoje doświadczenie głodowe. Pisał: „Czujesz, jakby ściany żołądka zapadały ci się do środka, a w ustach pojawia się gorzki smak, jakby dotarły tam kwasy żołądkowe. Rozpoczyna się silny ból w górnej części czaszki, a mózg otacza pustka”.
I dalej: „Kiedy próbujesz wstać, dostajesz zawrotów głowy i tracisz równowagę. Wtedy starasz się podeprzeć i zamykasz na chwilę oczy, próbując pozwolić krwi ponownie dotrzeć do mózgu. Masz wtedy trochę czasu, by wyjść i znaleźć cokolwiek, co możesz włożyć do ust i co dotrze do żołądka, dając ciału fałszywy, tymczasowy sygnał, że zaczęło się odżywiać. Dzięki temu chwilowo przełamujesz atak głodu i czekasz na kolejny”.
Dalej Saleh Al-Natoor: „Z czasem nasze ciała zaczynają trawić same siebie, masa mięśniowa znika i pojawia się skrajne wycieńczenie organizmu. Jeśli trwa to zbyt długo, organy zaczynają się poddawać, a u niektórych dochodzi do ich niewydolności i ciało zaczyna chorować aż do stopniowej śmierci”.
„Nie musimy czekać na oficjalne ogłoszenie głodu w Gazie, żeby wiedzieć, że ludzie już tam głodują, chorują i umierają w sytuacji, kiedy żywność i lekarstwa czekają zaledwie o parę minut drogi po drugiej stronie granicy” – stwierdzał w połowie maja dyrektor generalny WHO Tedros Adhanom Ghebreyesus.
Żywność, o której wspomniał, nie tylko czekała, ale na skutek upału gniła i była po egipskiej stronie masowo utylizowana, nie dotarłszy do tych, dla których była przeznaczona.
Izraelski system dystrybucji żywności
W odpowiedzi na krytykę Izraela za głodzenie Gazy jego władze ogłosiły 19 maja decyzję o przepuszczeniu niewielkiej ilości pomocy. Miało to jednak głównie znaczenie propagandowe. Przyznał to zresztą Netanjahu: stwierdził, że zdecydował się przywrócić „minimalny poziom pomocy”, aby zadowolić „najbliższych przyjaciół Izraela” z zagranicy, którzy w pełni Izrael popierają, ale nie zniosą widoku masowego głodu.
Przede wszystkim jednak, wraz z rozpoczęciem nowej ofensywy uruchomiono – anonsowany od kilku miesięcy – nowy system dystrybucji żywności. Izrael powtarzał bowiem, że dotychczasowy, w którym główną rolę odgrywały międzynarodowe organizacje, sprzyja przejmowaniu pomocy przez Hamas (Światowy Program Żywnościowy i Biuro ONZ ds. Koordynacji Pomocy Humanitarnej temu zaprzeczały).
Za nowy system odpowiada Gaza Humanitarian Foundation (GHF), utworzona w lutym i formalnie amerykańska. W istocie jednak – jak się szybko okazało – jest to przedsięwzięcie zaplanowane, nadzorowane, a także finansowane przez izraelski rząd, o czym najpierw informował polityk opozycji Ja’ir Lapid, a następnie, na podstawie własnego śledztwa, telewizyjny Kanał 11.
Jak zdobyć pożywienie w Gazie
Fundacja GHF zastąpiła de facto w Gazie międzynarodowe organizacje humanitarne. Zatem to Izrael – pod innym szyldem – ma dziś kontrolę nad dystrybucją tego, co niezbędne do przeżycia. Może decydować, czy, gdzie, komu i co będzie wydawane. Dzięki temu może np. zmuszać ludność do koncentracji w pożądanym miejscu. W tym modelu bowiem to nie pomoc dociera do potrzebujących, lecz oni muszą docierać do niej. Inaczej – nie będą jedli.
Dotąd powstały cztery „centra dystrybucyjne” – ochraniane przez amerykańskich najemników (ubezpieczanych z kolei przez rozlokowanych za nimi izraelskich żołnierzy): trzy w południowej części Strefy i jedno w centralnej. Są położone na otwartym terenie i składają się z szeregu korytarzy wygrodzonych stalowymi płotami, które prowadzą do placu, gdzie wyłożone są paczki z żywnością.
Aby uzyskać pożywienie, mieszkańcy Gazy muszą najpierw do nich dotrzeć (często z daleka i pieszo), a następnie w wyznaczonym momencie de facto przebiec – tłocząc się i tratując – metalowymi korytarzami. Mechanizm działa bowiem na zasadzie „kto pierwszy ten lepszy”. Tym, którzy nie zdążyli – a zapasy kończą się szybko – uzbrojeni Amerykanie mówią, żeby „spróbowali jutro”.
Masakry przy dystrybucji żywności
W tych warunkach najlepiej radzą sobie najsprawniejsi, co potęguje chaos i rywalizację o ograniczone zasoby. Trudno uwierzyć, że nie jest to celowe.
Przede wszystkim jednak: przy dystrybucji żywności niemal codziennie dochodzi do masakr. I tak, 1 czerwca armia izraelska zastrzeliła w ten sposób 31 osób, 2 czerwca – trzy, 3 czerwca zaś kolejnych 27 osób.
Dzięki opublikowanemu 5 czerwca śledztwu amerykańskiej telewizji CNN wiadomo, że do pierwszego z tych wydarzeń doszło przed świtem, w odległości ok. 800 m od „centrum dystrybucyjnego” w Tel al-Sultan, gdzie Palestyńczycy czekali na jego uruchomienie o piątej rano (aby zdążyć, zanim paczki się skończą). Nagrania dokonane telefonami komórkowymi pokazują ludzi kryjących się przed seriami z broni automatycznej, w tym – według 17 świadków – z karabinów zainstalowanych na izraelskich czołgach.
Dokładne okoliczności tego wydarzenia (i kolejnych) nie są na razie znane. Nie ma jednak wątpliwości, że ich przyczyny są systemowe i związane z warunkami, jakie Izrael z premedytacją w Gazie wytworzył. Mieszkańcy Gazy stają tym samym w sytuacji, gdy szansa na pozyskanie żywności łączy się z bezpośrednim ryzykiem śmierci.
Masowe wyburzenia w Gazie
Oddzielnym aspektem izraelskich działań w Gazie jest jej wyburzanie. Według danych Centrum Satelitarnego ONZ (UNOSAT) z września 2024 r. już po pierwszych 11 miesiącach inwazji zniszczonych lub zburzonych było 66 proc. wszystkich budynków.
Obecnie obraz ten jest radykalnie gorszy, a to za sprawą systemowych i masowych wyburzeń. Weźmy np. miasteczko Chuza’a, liczące przed wojną kilkanaście tysięcy mieszkańców – przestało ono istnieć. W sensie dosłownym: wszystkie budynki metodycznie zniszczono. Podobnie wygląda znaczna część miasta Rafah na południu (kiedyś 170 tys. mieszkańców), a także miasta Dżabalija na północy oraz wiele innych.
Podobnie wygląda tzw. korytarz Necarim – wojskowa arteria komunikacyjna, którą Izrael przebił w poprzek Strefy, burząc doszczętnie wszystko zarówno po drodze, jak i w promieniu kilku kilometrów dookoła. Włącznie z ukończonym w 2017 r. Turecko-Palestyńskim Szpitalem Przyjaźni.
Żołnierze, którzy rozmawiali na temat wyburzeń z izraelskim magazynem internetowym „+972”, opowiadali, że jeden opancerzony buldożer potrafi zniszczyć dwupiętrowy budynek w ciągu godziny, a oni niszczyli ich po 50 tygodniowo, i to przez szereg miesięcy. W innych przypadkach Izrael – z sobie znanych przyczyn – zaminowuje i wysadza w powietrze całe kwartały.
Izraelczycy popierają tę politykę
Wszystko, co powyżej opisano, odbywa się w dalszym ciągu przy – w najlepszym razie – obojętności, w najgorszym zaś przy aktywnym poparciu izraelskiego społeczeństwa. Konsekwentnie potwierdzają to wszystkie przeprowadzane od początku wojny sondaże opinii.
Przykładowo, 20 maja Kanał 13 izraelskiej telewizji opublikował wyniki badania, w którym zapytano, czy Izrael powinien wpuścić do Gazy pomoc humanitarną. 53 proc. respondentów odpowiedziało „nie powinien”, a przeciwnego zdania było 34 proc. Można spokojnie założyć, że po odliczeniu respondentów arabskich (których w Izraelu jest ponad 20 proc.), wynik ten byłby jeszcze bardziej jednoznaczny.
W przestrzeni publicznej niezmiennie bez większego sprzeciwu przechodzą również wypowiedzi takie jak ta Nissima Vaturiego, wiceprzewodniczącego Knesetu z partii Likud. Stwierdził on 23 maja, że w Gazie kobiety i dzieci należy oddzielić od mężczyzn, a tych ostatnich zbiorowo rozstrzelać.
Jak nazwać to, co dzieje się w Strefie Gazy?
Adekwatne nazwanie tego, co Izrael robi w Gazie, od początku budziło w świecie ogromne kontrowersje. Zwłaszcza odkąd – już na początku – padł w tym kontekście termin „ludobójstwo”. Krytycy jego użycia wskazywali, że nie każda zbrodnicza wojna – nawet taka pochłaniająca dziesiątki tysięcy istnień – nosi znamiona ludobójstwa, i że ludobójcza retoryka, nawet jeśli słychać ją w słowach izraelskich przywódców, nie jest jeszcze ludobójczym aktem.
Ich oponenci wskazywali jednak, że postępowanie Izraela jest ludobójstwem wręcz podręcznikowym. Nie tylko ze względu na niebywałą brutalność, ale przede wszystkim właśnie na – kluczowe w przypadku tej zbrodni – otwarcie komunikowane intencje.
W miarę upływu czasu do drugiego z tych poglądów przyznawała się coraz większa grupa badaczy-specjalistów z zakresu zarówno prawa międzynarodowego, jak i badań nad historycznymi ludobójstwami. Dziś trudno już znaleźć w tym środowisku głosy odmienne.
***
W gronie tych, którzy nie mają w tej sprawie wątpliwości, są również badacze Zagłady Żydów z czasu II wojny światowej, tacy jak Omer Bartov (jego książki tłumaczono na polski), Amos Goldberg czy Daniel Blatman, a także Taner Akçam (jeden z najważniejszych badaczy ludobójstwa Ormian), William Schabas (były prezes Międzynarodowego Stowarzyszenia Badaczy Ludobójstw, IAGS) oraz wielu innych.
Szukając adekwatnego określenia na to, co opisano powyżej, kierować można się opinią takich postaci. Ale przede wszystkim własnymi oczami.
MAREK MATUSIAK jest analitykiem Ośrodka Studiów Wschodnich im. Marka Karpia w Warszawie, stale współpracuje z „TP”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















