Palestyńczycy na Zachodnim Brzegu Jordanu. Codziennie doświadczają bezprawia ze strony Izraela

Codzienność Palestyńczyków żyjących na Zachodnim Brzegu Jordanu to ciągłe szykany, a przede wszystkim bezprawie. Wojskowe buldożery mogą dowolnie niszczyć ich domy. I robią to – jak w tej wiosce.
z Al-Nabi Samwil (Palestyna)
Czyta się kilka minut
Niszczone przez wojskowe buldożery domy Palestyńczyków w Jerozolimie. Styczeń 2025 r. // Fot. Archiwum prywatne
Niszczone przez wojskowe buldożery domy Palestyńczyków w Jerozolimie. Styczeń 2025 r. // Fot. Archiwum prywatne

Rodziny Aeeda i Nawal nikt spoza ich wioski nie może odwiedzić. Mieszkają na Zachodnim Brzegu Jordanu w strefie C, czyli na terenach kontrolowanych przez izraelskie wojsko. W zasadzie ich tu już nie ma. Mają zniknąć.

Podział Zachodniego Brzegu na strefy A, B, C to efekt podpisanych w 1993 i 1995 r. porozumień z Oslo. Zakładały wzajemne uznanie się Izraela i Organizacji Wyzwolenia Palestyny oraz miały być fundamentem procesu pokojowego na Bliskim Wschodzie.

Porozumienie to stało się prawną podstawą do zaistnienia Autonomii Palestyńskiej. Przewidywało, że w kolejnych latach nastąpi transformacja ku pełnej palestyńskiej niezależności. Tymczasem lata mijają, okupacyjna prowizorka utrwala się, a Izrael nigdy jednoznacznie nie określił swojej wschodniej granicy. Tak okupacja stała się codziennością.

Wieś przy grobie proroka Samuela, za murem separacyjnym

Wioska, w której mieszkają Aeed i Nawal, położona jest w administracyjnych granicach Jerozolimy, w obrębie tzw. muru separacyjnego. Ale jest wyłączona spod jerozolimskiej władzy i uznana za część Zachodniego Brzegu. Nikt z wioski nie ma prawa wjechać do miasta. Chyba że dostanie specjalne pozwolenie, ale po 7 października 2023 r., czyli ataku Hamasu, to w zasadzie jest niemożliwe.

Szanse nie są równe. We wsi od pewnego czasu mieszkają osadnicy żydowscy. Mają największy dom na początku, przy bramie. Im nic nie grozi. Nikt nie ogranicza ich praw, do Jerozolimy mają pełny dostęp. Mogą wszystko.

Wyrwane z korzeniami drzewa. Może uda się je uratować, zasadzić jeszcze raz. Al-Nabi Samwil, Zachodni Brzegu Jordanu, strefa C // Fot. Joanna Sarenecka

Wieś położona jest przy grobie proroka Samuela, stąd jej nazwa: Al-Nabi Samwil. Prorok Samuel to wspólna postać imaginarium trzech religii monoteistycznych, podobnie zresztą jak wszyscy biblijni prorocy. Mogłoby to być więc miejsce spotkania. Ale tu nie chodzi o wiarę ani o dostęp do miejsc uważanych za święte, nawet jeśli tak się to przedstawia. Izrael używa biblijnych opowieści do celów politycznych.

W wielu miejscach uznanych za biblijne można demolować Palestyńczykom życie, odbierać przestrzeń, burzyć domy, by tworzyć biblijny Disneyland. I kreować narrację, która niweluje fakt obecności rdzennej ludności na tej ziemi i pozwala anektować kolejne tereny.

Wieś jest ogrodzona. Co pewien czas jeżdżą wojskowe samochody. Droga jest kręta, a widoki oszałamiające. Wzgórza porastają oliwne sady i drzewa cytrusowe. Właśnie dojrzewają cytryny. Mógłby to być przemiły zakątek, gdzie żyje się spokojnie, mając piętnaście minut do pobliskiej Jerozolimy. Mógłby, ale nie jest.

Izraelskie buldożery zniszczyły dom, choć nie było wyroku sądu

Rodzina Aeeda i Nawal już trzy razy rozbierała swój dom, a po jakimś czasie, gdy Izraelczycy przestawali się nimi interesować, budowała od nowa prowizoryczne schronienie. Osiem razy musieli też rozbierać stajnie (tradycyjnie hoduje się tu owce i kozy). Rozebrano też prowadzony wraz z rodziną biznes – małą myjnię samochodową.

Nawal jest nauczycielką, uczy matematyki w podstawówce we wsi. Jest koło pięćdziesiątki, tak jak ja. Ma spokojną, poważną twarz, w której dziś – jak się dłużej przyjrzeć – daje się zauważyć napięcie.

Gdy rano usłyszała, że przyjechały buldożery i wojsko, bała się, że to znowu idzie o jej dom. Natychmiast wróciła, by sprawdzić, co się dzieje. Tym razem padło na brata jej męża i jego rodzinę. Zaraz do nich pobiegła. Chciała być z nimi i pomóc ratować, co się da.

– Żeby móc niszczyć domy Palestyńczykom, Izrael wykorzystuje wszystkie możliwe prawa, także historyczne: prawo z czasów Otomanów, jordańskie, brytyjskie, prawo cywilne i wojskowe. To, co im akurat pasuje, byle skutecznie pozbawić nas domów – tłumaczy potem palestyński znajomy. To samo mówią organizacje praw człowieka.

Zwykle jednak przynajmniej zachowuje się pozory, czeka do końca sprawy sądowej, jeśli taka się toczy. Rodzina, której dom dziś rozjechały buldożery, była w trakcie procedury sądowej. Teoretycznie to powinno czasowo wstrzymać rozbiórkę. Rodzinę wspiera dobry izraelski prawnik. Wszyscy zrobili, co mogli.

Ale Izrael nie liczy się z prawem. Prawo dotyczy tylko żydowskich osadników.

Zatem wojsko z niczego nie musiało się tłumaczyć. Po prostu przyjechali i zrobili, co chcieli. Izraelska wersja demokracji.

Koło gospodyń wiejskich we wsi pod Jerozolimą

Nawal prowadzi też centrum dla kobiet. Spotykają się, wspierają, pomagają sobie. Czasem razem gotują, zwłaszcza gdy we wsi są uroczystości, np. ślub. Tworzą też tradycyjne rękodzieło. Takie koło gospodyń wiejskich w podjerozolimskiej wsi.

Kilka lat temu buldożery rozjechały także centrum dla kobiet. Zaledwie w kilka miesięcy po jego wybudowaniu. Bez żadnego nakazu, żadnej decyzji.

Teraz wszystkie kobiety schodzą się więc w domu Nawal. A w zasadzie w altanie z desek, w której teraz siedzimy, a która spełnia rolę salonu. Pijemy kawę z termosu. Jeszcze jest ciepło, ale wieczorem temperatura spadnie do 10 stopni. – Robimy, co się da, żeby wesprzeć ludzi. Są bardzo zmęczeni – mówi Nawal.

Niby to wciąż Jerozolima, a jednak nikt z mieszkańców wsi nie ma prawa wstępu do miasta. Mają dokumenty z Zachodniego Brzegu, czyli teoretycznie innego kraju. Rzecz w tym, że ta odrębność działa tylko wobec Palestyńczyków. Izraelczycy mogą przemieszczać się, dokąd chcą.

Palestyńscy mieszkańcy wsi po zakupy muszą więc jeździć do Ramallah, głównego miasta Autonomii Palestyńskiej. Ale i to nie jest proste. Najpierw trzeba poprosić o zgodę wojsko i zgłosić, co będą wieźć. Mając zgodę i tak muszą przejść kontrolę na checkpoincie przy wjeździe do Ramallah. Z możliwością wjazdu bywa różnie. Na każdym kroku problem – po arabsku mushkila.

Palestyńska codzienność. Ludzie tu muszą być cierpliwi. Zresztą chyba zaczęli uważać cierpliwość za swoje narodowe dziedzictwo, bo wielokrotnie słyszę: mamy za sobą 70 lat okupacji, możemy poczekać. Nie spiesz się, czekamy już 70 lat, mamy czas. Nawet na lekcji arabskiego, zwracając uwagę na wymowę, nauczyciel odwołuje się do cierpliwości: nie ma się co spieszyć, Palestyńczycy czekają już wiele lat.

Hana jest Żydówką, ale jako żona Palestyńczyka nie ma pełni praw 

Niemniej w takich sytuacjach, kiedy traci się dom, cierpliwość się kończy. Tym razem padło na dom Hany i Ameera. Hana jest ze społeczności żydowskiej. Nie zasłania włosów, trochę inaczej się ubiera, ale to nic nadzwyczajnego. Małżeństwa mieszane dziś zdarzają się rzadziej, kiedyś były bardzo częste.

Jednak jako żona Palestyńczyka Hana nie ma przywilejów przynależnych obywatelom i obywatelkom Izraela. Jest częścią tej społeczności i razem z innymi znosi opresję.

Tego dnia, patrząc, jak buldożery zamieniają jej dom w kupę gruzu, próbowała je zatrzymać. Została aresztowana. Gdy docieramy na miejsce, właśnie wraca do rodziny, zwolniona już z aresztu. Inna osoba, która też nie miała siły biernie przyglądać się dewastacji, jest w szpitalu. Ma złamaną rękę.

– Zwykle przychodzą o świcie, jest dużo wojska, zamykają ulicę – mówi F., znajomy Palestyńczyk. – Potem przyjeżdża buldożer i dewastuje budynki. Jeśli rodzina nie wiedziała, że jest nakaz rozbiórki, i nie zdążyła zabrać swoich rzeczy, wszystko zostaje pod gruzami.

Hana i jej rodzina po rozbiórce domu nie mają prawa przebywać w wiosce. Już ich nie ma. Nie istnieją w systemie. Nie mogą tu być, nie mogą się przemieszczać, dostać zgody na zakupy w Ramallah. – Jestem teraz gościem w mojej własnej wsi – mówi Hana, gdy spotykamy się niedługo później.

Dron o świcie: jak wygląda burzenie palestyńskich domów

Wyburzenie odbyło się tak.

– Rano zobaczyłam izraelskiego drona, który latał nad wsią – mówi Nawal. – Zniżył lot i był właściwie na wysokości mojej twarzy. Chciałam mu pomachać – śmieje się.

Była ósma rano. O ósmej czterdzieści pod domem Ameera pojawiło się około stu żołnierzy. Otoczyli dom, zaczęły się przepychanki. Tymczasem buldożer robił swoje.

Ameer z braćmi zbudowali ten dom pięć lat temu. Był wygodny, w sam raz dla rodziny z trójką dzieci. Wokół posadzili drzewa i właśnie dojrzewały na nich pierwsze owoce.

Wysiadamy z samochodu. Na ziemi, między kawałkami gruzu, leżą rozdeptane mandarynki. Pachnie tynkiem i świeżym sokiem. Powoli zachodzi pomarańczowe słońce.

Rodzina jest już spokojna, pogodzona, bo i cóż dadzą płacz czy krzyk. Każdy zbiera, co może. Zaraz przyjdzie noc. W wiadrach stoją wyrwane z korzeniami drzewa. Może uda się je uratować, zasadzić jeszcze raz. Meble, drobiazgi, obrazy. Ciotki, sąsiadki i koleżanki pomagają kobietom. Mężczyźni dźwigają większe rzeczy. Naradzają się.

Spotykamy gospodarza nieistniejącego domu. Drobny mężczyzna koło pięćdziesiątki. – Strasznie nam przykro z powodu tego, co się stało – mówimy. Ameer uśmiecha się delikatnie i pokazuje na niebo. Zawsze i wszędzie tam, gdzie nie zostaje nic, wiara przynosi nadzieję.

Przeczekiwanie to filozofia niezbędna do przeżycia

Rodzina i społeczność tu to najcenniejsze, co się ma. Nikt nie jest sam. Zawsze wokół są ludzie. Hana, Ameer i ich dzieci znajdą schronienie, to pewne. A potem? Może znów odbudują dom albo dokleją pokoik dla siebie i dzieci do domu brata czy kuzyna?

Tymczasowość ma wpływ na architekturę, materiały budowlane, formy. Gdy się mieszka w strefie C, budując, można tylko mieć nadzieję, że pozostanie się niezauważonym, że system przynajmniej na jakiś czas o nas zapomni.

Rzeczywistość okupacyjna jest jednak bezwzględna: nic, co tu i teraz, nie jest stałe, pewne, nic nie jest na zawsze. Wobec tego potrzeba znów tej cierpliwości, która przynosi nadzieję. Wszak wszystko, co się zaczyna, ma też swój koniec. Każda władza, każda dyktatura pewnego dnia upada. Trzeba przeczekać.

Tak o tym mówią, wiele osób. Czekanie, przeczekiwanie to niezbędna do przeżycia filozofia. Podczas spotkania w jednym z tutejszych protestanckich kościołów słyszę o „rewolucyjnej cierpliwości”. Faktycznie tak to wygląda. Najsilniejszy opór toczy się w codzienności. A tym, co pomaga przetrwać, prócz wiary, są relacje: wspierająca ludzka sieć.

W świetle zachodu słońca ludzie zbierają swój dobytek

Za jakiś czas spotkamy się znowu z Haną. Dostaną pomieszczenie, które wcześniej służyło ich dalszej rodzinie jako magazyn. Tu mogą się zatrzymać. Co dalej? Nie wiadomo.

Tego wieczora odjeżdżamy. W złotym świetle zachodu ludzie zbierają swój drobny rozsypany dobytek. Rozjechane gąsienicami buldożerów życie.

Widoki wkoło są na swój sposób obłędne, ale jest w tym coś intymnego. Jakbyśmy, nieproszeni, wkroczyli do sypialni. Milczymy zawstydzeni.

JOANNA SARNECKA jest antropolożką i animatorką kultury, od grudnia 2021 r. działa na granicy polsko-białoruskiej. Od listopada do lutego przebywała w Palestynie jako wolontariuszka EAPPI, zajmując się monitoringiem łamania praw człowieka.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 9/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Mandarynki i gruz