W XVI stuleciu Europa żyła w strachu przed potęgą Imperium Osmańskiego. Wydawało się, że jest ono niepokonane i będzie nieustannie poszerzać swoje włości. Przekonanie to podzielał Ghiselin de Busbecq, ambasador Świętego Cesarstwa Rzymskiego w Stambule z lat 1554-62.
Tak pisał w jednym ze swoich listów:
„Turcy posiadają zasoby, które czynią ich potężnym imperium: nieporównaną siłę, nawyk zwyciężania, wytrzymałość w ciężkich chwilach, jedność, dyscyplinę, wstrzemięźliwość i czujność”.
Dalej ambasador ubolewał, że po europejskiej stronie „jest ogólna bieda, prywatny luksus, nadwątlona siła militarna, upadek ducha, brak wytrzymałości i ćwiczeń”.
Najgorsze zaś jest to, dodawał Busbecq, że wróg „przyzwyczaił się do zwycięstw, a my do klęsk. Czy można mieć wątpliwości co do wyniku wojny? Jedynie Persja działa na naszą korzyść, ponieważ wróg, kiedy spieszy się do ataku, musi mieć baczenie na zagrożenie z tyłu. (...) Kiedy Turcy poradzą sobie z Persją, skoczą nam do gardeł, wspomagani potęgą całego Wschodu; nie mam odwagi powiedzieć, jak bardzo jesteśmy nieprzygotowani”.
Te spostrzeżenia mogły wówczas wydawać się trafne. Dziś wiemy, że ambasador się mylił. Europa wcale nie była bezradna wobec Osmanów. Przeciwnie: to państwa europejskie, nawet jeśli podzielone, zaczęły po latach dominować, zaś Wysoka Porta powoli traciła swój imperialny status, aby na początku wieku XX, po I wojnie światowej, dokonać żywota.
Geopolityka bez pewników
Podobnym realizmem w swoich analizach cechowali się ci, którzy w wieku XX wieszczyli długie trwanie Związku Sowieckiego. Jak również ci, którzy przepowiadali wieloletnie panowanie Pax Americana. Ambasador de Busbecq miał i będzie miał jeszcze licznych naśladowców.
Rzecz jest jednak bardziej złożona. Ghiselin de Busbecq i jego następcy się mylili, owszem, ale nie tak całkowicie. Bo przecież Imperium Osmańskie przekształciło się w Turcję, co by nie powiedzieć – regionalne mocarstwo z drugą największą armią w NATO (po amerykańskiej). Rosja zaś nie jest dziś potęgą na miarę Związku Sowieckiego, jednak nadal zaliczana jest do grona mocarstw o światowym wpływie i ma duży potencjał destrukcji.
Słowem: nawet nietrafność przewidywań ma granice, a scenariusz przyszłych wydarzeń powinien być zawsze wielowariantowy. Trudno sensownie odpowiedzieć na pytania zero-jedynkowe: czy to Chiny, czy też USA będą dominować w przyszłości. Albo: czy dojdzie do czołowej konfrontacji państw demokratycznych z autorytarnymi. Lub też, czy Globalne Południe pokona ostatecznie świat Zachodu?
Odpowiedzi powinny być tu zniuansowane, nawet jeżeli niezbyt trafia to w gusta polityków, publicystów i odbiorców lubiących proste schematy.
Dwa podejścia do światowej polityki
Nie tylko Chiny, także inne kraje Azji odgrywają coraz większą rolę w polityce Europy: Indie, Japonia, Korea Południowa, Wietnam. Rosyjska agresja w Europie ma implikacje także w Azji, a konflikty azjatyckie mogą wpłynąć na poziom bezpieczeństwa Starego Kontynentu.
Indyjski politolog Parag Khanna zwraca uwagę na różnicę w prowadzeniu polityki w świecie europejsko-amerykańskim i świecie azjatyckim. Europa, Rosja i USA często decydowały się na bezpośrednią konfrontację, na „boks” – powiada ten jeden z najciekawszych komentatorów azjatyckich – gdy tymczasem wiele krajów Azji stosuje metodę „dżu-dżitsu”: uskoków, markowania uderzeń i oszukiwania wroga, by uniknąć konfrontacji bezpośredniej, a przynajmniej zredukować ją do minimum.
Przykład Rosji nie potrzebuje rozwinięcia. Podobnie interwencje USA w Afganistanie, Iraku czy ostatnio Wenezueli. Kraje Azji działają inaczej. Chiny, choć zbroją się na potęgę, nie prowadzą znaczących interwencji poza granicami. Pekin buduje swą pozycję dzięki gospodarce, technologiom, zręcznej polityce zagranicznej (w tym korumpowaniu obcych oficjeli), wywiadowi i globalnej propagandzie.
Także Indie, wydające wiele na zbrojenia, unikają konfliktów, a starcia z Pakistanem są szybko kończone metodami dyplomatycznymi.
To nie oznacza, że państwa azjatyckie nie są gotowe na przejście z politycznego „dżu-dżitsu” do militarnego „boksu”. Niełatwo jednak określić, gdzie za każdym razem byłaby czerwona linia. Niewykluczone, że w jej zdefiniowaniu będą miały udział państwa Zachodu, przede wszystkim USA.
Trójkąt Moskwa–Pekin–Delhi
Nawet mocarstwa potrzebują sojuszników, by zabezpieczać interesy i realizować cele. Przykładem strategia Kremla. Już w latach 90. XX w. Rosja pojęła, że nie może sama konkurować z USA i Zachodem. Stąd Jewgienij Primakow (szef wywiadu, dyplomacji i wreszcie premier) przedstawił doktrynę „trójkąta współpracy” z partnerami nie-zachodnimi: Chinami i Indiami.
Putin potwierdził wagę doktryny Primakowa. Już wiele lat temu mówił, że dla Rosji „Azja jest głębią strategiczną”. Dziś używa jej jako zaplecza: z Iranu dostaje drony, z Korei Północnej amunicję i żołnierzy biorących udział w wojnie z Ukrainą. Ale Moskwie chodzi o coś jeszcze: konstruowanie platform umożliwiających podważanie porządku globalnego – tego, w którym świat euro-atlantycki, głównie USA, ma nadal sporo do powiedzenia.
Przykładami BRICS+ i Szanghajska Organizacja Współpracy (SzOW), których członkami są Rosja, Chiny i Indie. Obie platformy, skupiające kraje Globalnego Południa, stawiają sobie za cel budowę „wielobiegunowego świata”. Proponują alternatywne formy współpracy wobec tych struktur, w których kluczową rolę grają kraje Zachodu.
Do grupy BRICS+ zaliczają się zarówno czołowi producenci ropy (Rosja, Iran, ZEA), jak i czołowi jej konsumenci (Chiny i Indie), co umożliwia Rosji osłabianie skutków sankcji. Dzięki obniżonym cenom za rosyjską ropę, Chiny i Indie mogły dotąd taniej finansować swój rozwój, a Moskwa mogła podtrzymywać swój budżet i kontynuować wojnę.
Owszem, Rosja jest słabszym partnerem Chin. Ale uczestnictwo w BRICS+ oraz SzOW daje jej możliwości kontrowania Zachodu. Dodajmy, że stara sowiecka narracja o rzekomo antykolonialnej polityce Moskwy, choć w Europie skompromitowana, jest dobrze pamiętana w krajach Globalnego Południa. Rzecz jasna, chodzi tu o potępianie dawnego kolonializmu europejskiego, nigdy rosyjskiego. Doktryna Primakowa w wydaniu Putina ma się dobrze.
Czy Indie mogą być sojusznikiem dla Europy?
Wielu dyplomatów, akademików i polityków twierdzi, że SzOW oraz BRICS+ stają się dziś czymś na kształt „China+” – narzędziami służącymi głównie interesom Pekinu. Pogląd ten głosi, że dzięki nim Chińczycy (z poparciem Moskwy i Teheranu) mogą „reformować” współczesny świat w mocnej kontrze wobec Unii Europejskiej i USA.
Ale to nie takie proste. Nie wszyscy członkowie tych ugrupowań podzielają antyzachodnie, a bardziej nawet antyamerykańskie resentymenty Chin i ich sojuszników. Wśród nich zaś najważniejsze są Indie – najludniejsze państwo świata, mocarstwo nuklearne, a wkrótce trzecia gospodarka globu.
Delhi od lat nie kryje obaw przed chińskim ekspansjonizmem, a zwłaszcza kontrolą przez Pekin głównych arterii wodnych na Oceanie Indyjskim – nawet jeżeli przykrywa to dyplomatycznymi frazesami o współpracy korzystnej dla obu stron.
Nic zatem dziwnego, że już w 2017 r. ówczesny szef sztabu generalnego, a później dowódca armii indyjskiej, generał Bipin Rawat oświadczył, że „Indie muszą być gotowe do walki na dwa i pół frontu”. Co oznaczało stawienie jednocześnie czoła oddziałom chińskim i pakistańskim. Przy czym to „pół frontu” odnosiło się do operacji na terenie Kaszmiru, rejonu spornego z Pakistanem, skądinąd wiernego sojusznika Chin.
Rozsądną opcją zawsze jest zatem konstrukcja sojuszu Europy i USA z państwami, które – tak jak Indie – obawiają się imperialnej polityki Pekinu. Stąd też zainicjowanie w 2007 r. formatu QUAD (Quadrilateral Security Dialogue) przez japońskiego premiera Shinzo Abe we współpracy z szefem rządu Australii Johnem Howardem, indyjskim premierem Manmohanem Singhem i wiceprezydentem USA Dickiem Cheneyem.
Wyrafinowana strategia Delhi
QUAD nie jest wyłącznie platformą polityczną, ma też wymiar militarny, którym są wspólne ćwiczenia morskie. W 2017 r. premierzy Abe, Turnbull, Modi i prezydent Trump obwieścili plany ściślejszej współpracy w regionie Indo-Pacyfiku. Co było wyzwaniem wobec Chin, które już wcześniej nazwały ów sojusz „azjatyckim NATO” (raczej nietrafnie).
Kilka lat później, w marcu 2021 r., czterej sygnatariusze oświadczyli, że „podzielają wizję wolnego i otwartego Indo-Pacyfiku” oraz „opartego na regułach porządku morskiego na akwenach Mórz Wschodnio- i Południowochińskiego”. Napięcia między Chinami a QUAD (i każdym z partnerów osobno) opisywano w kategoriach „nowej zimnej wojny” w regionie. W końcu w marcu 2022 r. szef chińskiej dyplomacji Wang Yi oświadczył, że Pekin „obawia się powtórzenia w Azji takiego konfliktu, jaki trwa między Rosją a Ukrainą”.
Indie realizują w ten sposób politykę „równego dystansu”: budują dobre relacje z Rosją i współpracę gospodarczą z Chinami, ale zbroją się na potęgę – bojąc się ich dominacji, a dodatkowo pragnąć wzmocnić swoją pozycję w relacjach z USA i krajami Azji, głównie Japonią. Owszem, uczestniczą w BRICS+ i SzOW, zgadzają się na swoją obecność w „trójkącie Primakowa”. Ale głównie po to, by nie dopuścić do zbyt mocnych związków Pekinu z Moskwą. To wyrafinowana strategia, pasująca do metafory „dżu-dżitsu”.
Teraz sprawy nabrały przyspieszenia: rząd w Delhi zadeklarował właśnie, że rezygnuje z zakupów rosyjskiej ropy (a przynajmniej znacząco je zredukuje). W odpowiedzi Trump wycofuje się z ceł na indyjskie towary. Co z tego wyniknie? Bliskie partnerstwo USA-Indie byłoby opłacalne dla obu stron. Oczywiście pod warunkiem, że Trump będzie postępować racjonalnie (przynajmniej w konwencjonalnym znaczeniu tego słowa).
Francja gra o Indie
Tymczasem Rosja, choć osłabiona gospodarczo wojną, nie rezygnuje z imperialnych ambicji. BRICS i SzOW są wyzwaniem dla Zachodu. Chiny budują sieć sojuszy, które mogą zagrozić stabilności Europy, a Trump osłabia więzy transatlantyckie. Do tego dochodzą podziały ideologiczne w samej Europie, ciągłe zagrożenie masową migracją, słabnąca gospodarka. Tak, to może budzić niepokój o Europę, jak w czasach ambasadora de Busbecqa.
Z drugiej strony jej potencjał technologiczny, jej innowacyjność (zgoda, że podważana przez przedsięwzięcia USA i Chin), wielkość demograficzna czy możliwości militarne wciąż dowodzą wysokiej globalnej pozycji Europy. Co więcej, zniuansowana polityka zagraniczna (unijna i realizowana indywidualnie) pozwala na jej odpowiednie usytuowanie na euroazjatyckiej mapie.
Przykłady dają do myślenia. Za pierwszej kadencji Trumpa, gdy Stany wycofały się z porozumień o wolnym handlu w Azji, Unia Europejska pospieszyła z własnymi ofertami, podpisując takie umowy z Japonią i Wietnamem. Teraz, za drugiej kadencji Trumpa, Unia finalizuje porozumienia z Indiami i Indonezją. W 2023 r. Wielka Brytania i Japonia podpisały umowę o współpracy wojskowej, a Francja rozważa podobną z Filipinami.
Paryż jest zresztą od dawna aktywny w Azji, budując relacje z Indiami w obszarze wojskowym i technologii jądrowej. Francja dostarcza sprzęt lotniczy i udostępnia armii indyjskiej własne bazy na Oceanie Indyjskim i południowym Pacyfiku. Uczestniczy też we wspólnych ćwiczeniach i jest zainteresowana zacieśnieniem współpracy z krajami QUAD.
Aparna Pande z think-tanku Hudson Institute uważa nawet, że to Francja zastąpi w przyszłości Rosję jako partner strategiczny dla Indii, podważając tym doktrynę Primakowa. Dziś nie jest to realistyczne. Ale w ciągu najbliższych lat, kto wie?
Łuk bezpieczeństwa euroazjatyckiego
Tymczasem w państwach Azji Wschodniej i w Australii, podobnie jak w Indiach, imperialna polityka Chin jest od lat powodem do niepokoju o własne bezpieczeństwo, zaś sojusz Pekinu z Moskwą budzi skojarzenia agresji w Ukrainie z sytuacją wokół Tajwanu.
Nic dziwnego, że Japonia, Korea Południowa i Australia są wśród czołowych donatorów pomocy dla Kijowa, w tym amunicji dostarczanej bez rozgłosu. Tokio przeznaczyło ponad 15 mld dolarów dla Ukrainy (i planuje wydatkowanie kolejnych 3,5 mld). Japończycy są zresztą gotowi do współpracy z Europejczykami: wspólnie z Włochami i Brytyjczykami planują konstrukcję myśliwca szóstej generacji, co byłoby zapowiedzią mocniejszych relacji wojskowych. Podobne procesy mają miejsce w naszej części kontynentu – przykładem polska kooperacja z Koreańczykami.
Unia Europejska nadaje instytucjonalne ramy wzajemnym kontaktom, podpisując w 2024 r. umowy o współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa i obronności z Japonią i Koreą Południową, a Australia zacieśnia relacje z NATO.
W ten sposób stopniowo tworzy się nieformalny „łuk bezpieczeństwa euroazjatyckiego” – choć trudno dziś stwierdzić, jaki przybierze kształt i jaka będzie w nim rola USA.
To „łuk” o charakterze obronnym, z założenia blokujący ekspansjonistyczne plany Rosji i Chin, próbujący zredukować wspomnianą „głębię strategiczną” Kremla w Azji. Zadanie jest piekielnie trudne i rozłożone na lata. Wymagające działań dyplomatycznych w stylu „dżu-dżitsu”, ale z zachowaniem potencjału do militarnego „boksu”.
Europa między Ameryką a Chinami
Oczywiście największym wyzwaniem – i dla Unii, i dla jej poszczególnych krajów – są stosunki z Chinami. Nie ma co ukrywać: polityka Pekinu szkodzi bardziej interesom amerykańskim niż europejskim, choć współpraca z Moskwą i pośrednie finansowanie jej awanturniczej strategii są zagrożeniem także dla Europy i Polski.
Jednak czołowa konfrontacja z Rosją i Chinami jednocześnie, i to z niepewnym wsparciem USA, byłaby samobójcza. Dlatego warto brać pod uwagę koncepcję prezydenta Macrona o strategicznej autonomii Europy w konflikcie USA-Chiny.
Innymi słowy:
optymalnym rozwiązaniem byłoby usytuowanie się Europy nie jako strony w sporze Chin z Ameryką, lecz jako trzeciego bieguna trójkąta strategicznego.
Dzięki czemu nie tyle unika się wciągnięcia w konflikt, ile stara się osłabić ryzyko zbyt mocnego konfliktu między dwoma mocarstwami. Trochę to przypomina strategię indyjską wobec Pekinu: współpracę tam, gdzie to korzystne obopólnie, i blokowanie ekspansji Chin przez system sojuszy tam, gdzie to konieczne ze względów bezpieczeństwa.
Rzecz jasna czerwoną linię stanowiłaby agresja Chin na Tajwan: wówczas trudno byłoby mówić o jakiejkolwiek współpracy. Ale to scenariusz dystopijny, o skutkach niemożliwych do przewidzenia.
Współczesny naśladowca ambasadora de Busbecqa powiedziałby, że zagrożenie znów czyha ze Wschodu, tym razem w postaci sojuszu chińsko-rosyjskiego, a Europa nie jest przygotowana do jego odparcia. Niewykluczone jednak, że znów by się pomylił, i że Europejczycy, mimo podziałów i sporów, będą w stanie wyjść zwycięsko z konfrontacji, a przynajmniej uchronić cały kontynent przed agresją militarną czy ekonomiczną. I to dzięki współpracy na całym kontynencie euroazjatyckim.
Bezpieczeństwo Polski w czasach kryzysu NATO
USA, najważniejszy gwarant porządku zrodzonego po II wojnie światowej, traktuje półkulę zachodnią jako swoją strefę wpływów: nie chce dalej zapewniać bezpieczeństwa Europie ani wspierać Ukrainy w jej walce z Rosją. Co to oznacza dla bezpieczeństwa Polski?
- Powinniśmy wciąż stawiać na USA?
- Skupić się na zacieśnieniu współpracy z europejskimi członkami NATO?
- A może budować alternatywną koalicję państw zagrożonych przez Moskwę?
Ten tekst jest piątym głosem w debacie Tygodnika Powszechnego o polskiej strategii bezpieczeństwa. Poznaj pozostałe:
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















