Dwa spektakle, każdy o zgoła innej dramaturgii i temperaturze. Jeden wywołał burzę i falę komentarzy. Drugi, jak się zdaje, odnotowano tak, jakby był czymś naturalnym.
W obu przypadkach scenerią był Gabinet Owalny w Białym Domu. O spotkaniu prezydentów Ukrainy i USA, Wołodymyra Zełenskiego i Donalda Trumpa, które przerodziło się na koniec w seans poniżania ukraińskiego gościa przez gospodarza i jego zastępcę J.D. Vance’a, powiedziano już chyba wszystko. Przypomnijmy więc, co zdarzyło się w tymże gabinecie 24 lutego, cztery dni przed wizytą Zełenskiego.
Tego dnia Trump gościł prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Był on pierwszym europejskim przywódcą przyjętym w Białym Domu po monachijskiej konferencji bezpieczeństwa, fatalnej dla relacji USA-Europa.
Obaj prezydenci poklepywali się rubasznie po kolanach i po plecach, chwytali spontanicznie za ręce jak kochankowie, nie szczędzili sobie czułych słów. Macron zwracał się do rozmówcy „drogi Donaldzie”. Trump wychwalał inteligencję „Emmanuela” i wdzięki jego żony. Z sentymentem wspominali dawne rozmowy: wspólną kolację w restauracji na wieży Eiffla oraz niedawną, grudniową, wizytę Amerykanina w Paryżu z okazji ponownego otwarcia katedry Notre-Dame.
Co wolno prezydentowi Francji, a co prezydentowi Ukrainy
To atmosfera spotkania. A jego treść? Pod tym względem Macron nie różnił się tak bardzo od Zełenskiego. Kilka razy poprawił gospodarza, zaznaczając – wbrew wcześniejszym twierdzeniom Trumpa – że to Rosja napadła na Ukrainę, że pomoc europejska w tej wojnie przewyższyła pod względem łącznej kwoty pomoc amerykańską i że trwały pokój musi zawierać gwarancje bezpieczeństwa dla Kijowa.
Macron spierał się publicznie z Trumpem, nie przestając przy tym łechtać jego próżności. Z kolei Zełenski mówił potem prawie to samo, tyle że od pewnego momentu – od chwili, gdy do rozmowy włączył się Vance – nie troszcząc się o kurtuazję wobec obu gospodarzy. Co z tego może wynikać?
Nie chodzi tu (tylko) o osobiste sympatie i antypatie między politykami, lecz o nierówną pozycję geopolityczną Paryża i Kijowa. Francja, kraj posiadający broń jądrową (i będący niezależnym od nikogo w kwestii jej produkcji i serwisowania – tutaj w odróżnieniu od Wielkiej Brytanii, która też ma rakiety atomowe, ale jest uzależniona od technicznego wsparcia z USA), kraj będący wciąż siódmą gospodarką świata, kraj położony daleko od Rosji i mający gotowy do użycia korpus ekspedycyjny (Legię Cudzoziemską) – tak, Francja Macrona może sobie pozwolić na spór z pierwszym światowym mocarstwem.
Zwłaszcza jeśli gra w europejskim zespole, a nie w pojedynkę. Natomiast Ukraina, wycieńczona egzystencjalną wojną o przetrwanie i – jak pokazują boleśnie ostatnie dni – uzależniona od pomocy Stanów, jest w dużo gorszym położeniu.
Amerykański prezydent liczy się tylko z silnymi. Tylko takich szanuje. Stąd krytykę Macrona zniósł w milczeniu, a Zełenskiego wyrzucił za drzwi.
Mimo „ofensywy miłości” Macron nie przekonał Trumpa
Zasadnicze pytanie brzmi jednak inaczej: czy dyplomacja Macrona i jego poufałości z Trumpem odniosły jakiś realny skutek? Czy skłoniły prezydenta USA do zmiany zdania?
Otóż nic na razie na to nie wskazuje. Francuski dziennik „Le Monde” nazwał rozmowę Macrona z Trumpem wręcz „dialogiem głuchych”. Każdy pozostał przy swoim. Podobnie jak w przypadku nieco późniejszej wizyty brytyjskiego premiera Keira Starmera w Waszyngtonie.
Ani Macron, ani Starmer nie zachwiali przekonaniem Trumpa, że trzeba dobić targu w bezpośrednich negocjacjach z Putinem. Cóż z tego, że stanie się to kosztem Ukrainy i bez oglądania się przez Biały Dom na protesty płynące z Europy (zresztą podzielonej w tej kwestii, patrz Węgry i Słowacja).
– W czasie tego spotkania Trump powiedział Zełenskiemu: „Nie masz żadnych kart w ręku!”. Czy to się nam podoba, czy nie, jest w tym wiele prawdy nie tylko w odniesieniu do Ukrainy, ale i do całej Europy – komentuje w rozmowie z „Tygodnikiem” Pierre Haroche, politolog z Uniwersytetu Katolickiego w Lille, znawca kwestii europejskiego bezpieczeństwa.
– Nie jesteśmy w stanie zmusić Stanów do zrobienia tego, czego one nie chcą. Można nawet mieć wrażenie, że im bardziej Europa i Ukraina mówią o gwarancjach bezpieczeństwa dla Kijowa, tym bardziej stanowisko USA się usztywnia. Tak odbieram też tło kłótni w Białym Domu – ocenia Haroche.
Nowy alians francusko-brytyjski
Pierre Haroche jest mimo to umiarkowanym optymistą: uważa, że stanowisko Waszyngtonu może z czasem ewoluować. Jednak aby tak się stało, europejska koalicja proukraińska musi zmienić metodę działania wobec Trumpa.
Haroche: – Trump nie ma empatii dla słabych. Powtarzanie mu, że potrzebujemy Ameryki, bo bez niej przegramy, do niczego nie prowadzi. Ale jeśli Europa pokaże swoją determinację w pomocy dla Ukrainy, to prezydent USA może w końcu potraktuje ją poważnie.
Pewną zmianę metody już widać. Rolę liderów w mobilizowaniu Europejczyków przejęły dwa państwa posiadające broń jądrową: Francja i Wielka Brytania. Do zbliżenia francusko-brytyjskiego doszło w ciągu ostatnich tygodni, właśnie po powrocie Trumpa do Białego Domu.
– Ten alians francusko-brytyjski wziął się z konieczności. W Europie są tylko te dwa kraje, które mają równocześnie tak silny potencjał militarny, są członkami Rady Bezpieczeństwa ONZ i mają broń jądrową. Fakt, że wcześniej Wielka Brytania opuściła Unię Europejską, nie mógł być tutaj przeszkodą – komentuje dla „Tygodnika” Dominique Moïsi, znany francuski politolog i ekspert od spraw międzynarodowych.
– Ponadto w Niemczech trwa przekazanie władzy. Wiadomo, że kanclerzem będzie Friedrich Merz, choć nie wiadomo jeszcze, z kim będzie rządzić. To sprzyja formowaniu się sojuszu Paryża i Londynu, który w sensie historycznym można widzieć jako powrót do entente cordiale, aliansu sprzed I wojny światowej – uważa Dominique Moïsi.
Paryż i Londyn za sterem Europy
Przypomnijmy kolejne kroki Macrona.
Najpierw, nazajutrz po Monachium, zorganizował w Paryżu zlot przywódców największych krajów Unii, w tym Polski, a także Wielkiej Brytanii. Spotkanie ujawniło głównie rozbieżności i nie doprowadziło do konkretów. Może poza jednym: potwierdzono, że w Unii będzie można wyłączyć wydatki na obronność z zasady dyscypliny budżetowej, obowiązującej państwa unijne (deficyt budżetowy nie może przekraczać 3 proc. PKB).
Kolejnym etapem akcji, już francusko-brytyjskiej, było nadzwyczajne spotkanie 2 marca w Londynie z udziałem kilkunastu krajów, w tym także Kanady i Turcji. Macron i Starmer zaproponowali na nim plan pokojowy dla Ukrainy, mający poparcie Zełenskiego, a przewidujący w pierwszym etapie częściowe zawieszenie broni na miesiąc (na morzu i w powietrzu, ale już nie na lądzie).
Jakie są szanse powodzenia tego pomysłu? – Atutem propozycji francusko-brytyjskiej jest to, że wbrew temu, co głosi Trump, pokazuje on wolę Zełenskiego do zawarcia rozejmu, a jednocześnie przerzuca piłeczkę na stronę Putina. To on musi teraz pokazać, czy na serio chce zawieszenia broni. Ale to nic pewnego – twierdzi Pierre Haroche.
Macron dwoi się i troi, by mobilizować Europejczyków
Plan Macrona i Starmera przewiduje też, że jeśli dojdzie do podpisania pokoju, do Ukrainy pojedzie wojskowa misja stabilizacyjna na czele z Francją i Wielką Brytanią, w której skład wejdą siły innych krajów z tzw. koalicji chętnych.
Nie wiadomo, co z tego planu wyjdzie – zwłaszcza iż Kreml otwarcie mówi, że jest przeciw i takiemu rozejmowi, i misji. Ale faktem jest, że od czasu Monachium Macron znów gra pierwsze skrzypce na scenie światowej dyplomacji.

Dwoi się i troi, by mobilizować Europejczyków do zwiększenia nakładów na zbrojenia, i stara się za wszelką cenę odgrywać rolę mediatora między USA a Ukrainą. Według informacji z Pałacu Elizejskiego, już po kłótni między Trumpem a Zełenskim francuski prezydent dzwonił kilkakrotnie do jednego i drugiego, aby wrócili do rozmów. Jednak mimo pojednawczych deklaracji prezydenta Ukrainy, Trump zawiesił pomoc wojskową dla Kijowa i odciął go od pomocy wywiadowczej.
„Przyszłość Europy nie może się decydować ani w Waszyngtonie, ani w Moskwie”
Ceniony za granicą, Macron ma natomiast bardzo złą opinię wśród swoich rodaków. Francuzi obwiniają go o rosnące znów bezrobocie i polityczną niestabilność (cztery rządy w roku 2024). Na początku tego roku notowania Macrona w sondażach były najniższe od czasu ruchu antyrządowych Żółtych Kamizelek (z lat 2018-19) i oscylowały w granicach 20 proc. poparcia.
W ostatnich tygodniach, po raz pierwszy od pół roku, prezydent odbił się w tych notowaniach, choć tylko o kilka punktów procentowych. Można to przypisać docenieniu przez Francuzów jego aktywności dyplomatycznej.
W ubiegłym tygodniu, w swoim pierwszym od wielu miesięcy telewizyjnym przemówieniu, Macron uderzył w dramatyczne tony. Mówił o zagrożeniu rosyjskim, które, jak podkreślił, dotyka już codziennie Francuzów np. za sprawą fali cyberataków na francuskie szpitale czy dezinformacji w sieci kierowanej z Moskwy.
„Kto może jeszcze wierzyć, że Rosja zadowoli się tylko Ukrainą?” – pytał Macron. Jednocześnie krytykował, choć mniej frontalnie, administrację Trumpa, mówiąc o niepewności dotyczącej dalszego wsparcia USA dla Kijowa i „niezrozumiałej decyzji” wprowadzenia amerykańskich ceł na europejskie towary. „Przyszłość Europy nie może się decydować ani w Waszyngtonie, ani w Moskwie” – podkreślał.
W orędziu Macrona do Francuzów kluczowy był jeden przekaz: na przekór trudnościom gospodarczym i wysokiemu długowi publicznemu musimy zacisnąć pasa i znaleźć pieniądze na zbrojenia. Podał przy tym jako wzór, nie po raz pierwszy, Polskę, a także kilka innych państw (Niemcy, Danię i kraje bałtyckie), które raptownie podniosły nakłady na obronność.
Następnego dnia minister obrony Sébastien Lecornu skonkretyzował zapowiedź prezydenta: Francja ma zwiększyć budżet na obronność z obecnych 51 mld do 90 mld euro rocznie.
Rozciąganie francuskiego parasola jądrowego
W swojej ofensywie dyplomatycznej z ostatnich tygodni Macron wyciągnął z rękawa jeszcze jednego asa: francuską broń atomową.
Uczynił to po tym, jak przyszły kanclerz Merz zapowiedział, że zamierza dyskutować z Brytyjczykami i Francuzami o możliwym rozszerzeniu ich parasola jądrowego na Niemcy. W odpowiedzi Macron odparł, że postanowił rozpocząć „debatę strategiczną” na ten temat z partnerami europejskimi. Dał też do zrozumienia, że francuska broń atomowa mogłaby – w razie konieczności – chronić także kraje sojusznicze. Podkreślił jednak, że tylko prezydent Francji zachowuje i zachowa kontrolę nad „guzikiem” atomowym.
Według francuskiej doktryny obronnej broń atomowa może być użyta tylko „w razie zagrożenia żywotnych interesów” Francji. Ale te ostatnie nie zawężają się do terytorium kraju, stąd, jak wcześniej wspominali poprzednicy Macrona i także on sam, możliwe jest rozszerzenie francuskiego parasola.
Haroche: – Nowością jest przede wszystkim zainteresowanie francuskim parasolem ze strony innych krajów. Wcześniej nie chciano o tym mówić, bo wszyscy liczyli na ochronę nuklearną ze strony USA. Na razie nie ma podstaw do tego, by mówić o zwinięciu amerykańskiego parasola jądrowego, ale o wzmocnieniu go francuskim i brytyjskim atomem.
Podobnie jak inni francuscy specjaliści, Pierre Haroche zauważa, że w sytuacji napięć na linii USA-Europa oferta Macrona, wciąż dość mglista, jest szczególnie interesująca, poza Niemcami, także dla krajów Europy Wschodniej: Polski, państw bałtyckich, Rumunii.
Rozszerzenie parasola jądrowego rodziłoby wiele pytań. Począwszy od tego, że propozycja „podzielenia się” bronią nuklearną oburza we Francji zarówno nacjonalistyczną prawicę Marine Le Pen, jak i radykalnie lewicową Francję Nieujarzmioną. Czyli dwie siły, które łącznie mają ok. 40 proc. miejsc w parlamencie.
„Do sojuszu Paryża i Londynu powinna dołączyć Warszawa”
Inną kwestią jest konsolidacja tzw. koalicji chętnych mającej bronić Ukrainy. Które kraje, oprócz Wielkiej Brytanii i Francji, mogłyby być jej silnym ogniwem?
– Jestem zdania, co wielokrotnie już powtarzałem, że do sojuszu Paryża i Londynu powinna dołączyć Warszawa jako trzeci element tego trójkąta. Po prostu w koalicji chętnych jest to kraj najmocniej broniący sprawy ukraińskiej. I który wydaje dziś na obronność, w stosunku do swojego PKB, najwięcej wśród krajów NATO – mówi „Tygodnikowi” Dominique Moïsi.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















