„Sojusze, które zawarte są pomiędzy państwami zbyt daleko od siebie geograficznie położonymi i nierównie silnymi, są często sojuszami egzotycznymi” – pisał w 1942 r. Stanisław Cat-Mackiewicz. I dodawał: „Bo sojusze są jak małżeństwa; najbardziej jest naturalne, gdy pobierają się ludzie tej samej sfery, podobnych zamiłowań i niezbyt różnego wieku. Najnaturalniejsze sojusze są sojuszami państw sąsiadujących z sobą i takie, gdy zniszczenie jednego państwa pociąga za sobą zniszczenie drugiego”.
Kryzys NATO i nowe dylematy polskiej polityki bezpieczeństwa
Dla polskiej dyskusji o sojuszach rok 1939 jest ciągłym punktem odniesienia. Nawet jeśli pozycja, bogactwo i bezpieczeństwo współczesnej Polski w niczym nie przypominają sytuacji II Rzeczypospolitej, to lęk, że w chwili próby nasze układy wojskowe okażą się bytami papierowymi, jest nadal jedną z najsilniej niewypowiedzianych politycznych emocji.
Dla Cata i jego pokolenia sojuszami egzotycznymi były te z Francją i Wielką Brytanią. Zwłaszcza pierwszy z nich okazał się ogromnym rozczarowaniem, biorąc pod uwagę fascynację Polaków kulturą i polityką Paryża, ogromną i sięgającą dziesiątki lat wstecz.
„Wciąż kocham Francję jako ojczyznę całego człowieczeństwa, ale jako Polak sądzę, żeśmy trochę w kraju przesadzali w patriotyzmie francuskim. Uważaliśmy Francję za swoją nad-ojczyznę, i każdy francuski interes polityczny był interesem, którego gotowe było bronić całe społeczeństwo polskie” – pisał Cat.
Gdy dzisiaj świat znowu trzeszczy w posadach, a NATO wydaje się – za sprawą polityki amerykańskiej – tworem coraz bardziej egzotycznym, z Ameryką w roli nowej Francji, warto się zastanowić, co możemy w tej sytuacji zrobić?
Dlaczego NATO nie było „egzotycznym sojuszem”
Zacznijmy od tego, że Cat nie miał racji, pisząc o sojuszu z Francją jako egzotycznym. Upadek Polski w 1939 r. pociągnął bowiem za sobą upadek Francji w roku 1940. Zawiodła nie geografia, czyli brak sąsiedztwa, ale zła polityka. Miarą „egzotyczności” Paryża była mentalna mapa jego ówczesnych elit: wyobrażenia o własnej potędze, pamięć o ofiarach I wojny światowej oraz brak wyobraźni w odniesieniu do świata i do celów polityki III Rzeszy.
Inaczej było w 1949 r., gdy powoływano do życia traktat waszyngtoński. Choć Sojusz Północnoatlantycki też mógł wydawać się przecież pod wieloma względami egzotyczny. Do Kanady, Francji, Wielkiej Brytanii, państw Beneluksu i członków last minute, czyli Danii i Norwegii – dołączyły Portugalia i Włochy.
Portugalia nie brała udziału w II wojnie światowej. Była państwem neutralnym, rządzonym przez dyktaturę Salazara. Włochy to z kolei państwo postfaszystowskie, dla którego Atlantyk nigdy nie był punktem odniesienia. Inaczej niż dla Irlandii, która odmówiła udziału w jednym pakcie razem ze swoim najeźdźcą, czyli Wielką Brytanią, która okupowała Ulster.
Cała ta dość egzotyczna układanka miała – jak głosiła maksyma z tamtych czasów – utrzymać Amerykanów „w pokoju” (tj. w Europie), Niemców „pod butem”, a Rosjan „za drzwiami”.
Co się stanie z NATO, jeśli zabraknie USA
Jednak mimo swej politycznej i geograficznej złożoności, NATO nie tylko przetrwało, ale okazało się najbardziej skutecznym sojuszem polityczno-wojskowym od czasów II wojny światowej. Ważniejsze niż kryzysy było bowiem przywództwo Stanów. NATO okazało się nie tylko narzędziem odstraszania Rosji, ale też politycznej kooptacji. Od członkostwa Hiszpanii w 1982 r. aż do rozszerzeń o byłe państwa komunistyczne, rozpoczętych w 1999 r., Sojusz wyznaczał również zasięg zachodnich idei.
Dzisiaj NATO składa się z 32 członków, których jeśli coś rzeczywiście łączy, to potrzeba lub ambicja bycia przy jednym stole z USA. Gdy zabraknie Amerykanów – a wiele wskazuje, że jesteśmy świadkami procesu deamerykanizacji NATO, czyli samoograniczania ich roli – wówczas ten misterny patchwork zacznie się pruć wzdłuż szwów regionalnych i historyczno-tożsamościowych.
Polska nie jest w stanie tego procesu powstrzymać. Jesteśmy jednak zdolni – i miejmy nadzieję, że także chętni – do przejęcia z amerykańskich barków ważnej części odpowiedzialności. Powinniśmy stać się liderem bałtycko-nordyckiej wspólnoty bezpieczeństwa, potrafiącym także budować skuteczne koalicje z udziałem Niemiec, Francji czy Wielkiej Brytanii. Oraz liderem otwartym na Ukrainę.
Jak Polska może stać się regionalnym liderem bezpieczeństwa
Bycie liderem wspólnoty bezpieczeństwa wymaga jednak ogromnej i systematycznej pracy u podstaw na każdym polu: od zwiększenia polskiej oferty kulturalnej w całym regionie, przez intensywne kontakty polityczne, aż po odważne decyzje zakupu uzbrojenia czy wsparcia wojskowego.
Polska ma mocne karty w większości tych obszarów. Braliśmy udział w misjach air-policing – polskie samoloty pilnowały przestrzeni powietrznej państw bałtyckich. Kupujemy uzbrojenie w Finlandii, Norwegii, a ostatnio także w Szwecji. Ale do bycia regionalnym liderem potrzebny jest także duży kapitał zaufania. A jak piszą w „Tygodnikowej” debacie Piotr Oleksy i Damian Szacawa, „warto się zastanowić, czy bliskość, którą odkryliśmy, jest podobnie odczuwana po innych stronach Bałtyku” („TP” nr 5/2026).
Po pierwsze, na co wskazuje z kolei w „Tygodnikowej” dyskusji Sławomir Dębski („TP” nr 6/2026), musimy zmienić strategiczną mentalność: nie tylko oczekiwać wsparcia, ale przede wszystkim być zdolni i chętni do wypowiedzenia na głos, że my to wsparcie innym w ramach artykułu piątego traktatu waszyngtońskiego też oferujemy. Czyli nie tylko przyjmiemy obce wojska, ale też wyślemy swoich żołnierzy zaatakowanemu sojusznikowi.
Po drugie, gdy nie stać nas na wysłanie kilku żołnierzy (lub przedstawicieli innych służb) na Grenlandię w politycznym akcie solidarności z Danią, to tym samym mocno ograniczamy swoje szanse gry o przywództwo w tej części Europy. Małe gesty potrafią mieć wielkie konsekwencje.
Pułapki polskiej amerykanofilii
Pamiętajmy przy tym, że to nie polska rusofobia, lecz polska amerykanofilia była tym czynnikiem, który dystansował Szwecję, Norwegię i Finlandię od współpracy z nami po roku 1989. Nordycy historycznie nie lubią mocarstw, ich polityki wymuszania posłuszeństwa i stawiania wszystkich przed wyborem „Jesteś z nami albo przeciwko nam”.
Dania była tu zawsze wyjątkiem, będąc blisko Stanów ze względu na historyczne doświadczenia sąsiedztwa Niemiec na południu, a także władztwo nad Grenlandią na północy, tuż obok Ameryki. Ale dziś, za sprawą Donalda Trumpa, już tym wyjątkiem nie jest.
Dlatego „jeśli Polska ma być wasalem USA w polityce bezpieczeństwa (którym w sumie i tak jest)” – jak pisał Zbigniew Parafianowicz w „Tygodnikowej” debacie – to nie staniemy się liderem ani bałtyckiej, ani żadnej innej wspólnoty bezpieczeństwa w ramach NATO czy Unii Europejskiej. I nie ma znaczenia, czy będziemy „chłopem z ziemią, odpracowującym pewną pańszczyznę, czy wolnym najmitą, pozostającym poza wszelkimi układami, na łasce hegemona”, jak stwierdza Parafianowicz („TP” nr 4/2026).
Nasi bałtyccy i nordyccy partnerzy nie będą też kibicować takiej polityce Polski, której celem byłoby wykluczenie Berlina czy Paryża. Dlatego w sferze bezpieczeństwa idea Międzymorza zawsze była (i nadal jest) jedynie projekcją polskich marzeń o wielkości, a nie koncepcją, za którą gotowi są pójść nasi północni sąsiedzi (inaczej niż w kwestii korytarzy transportowych, gdzie jest przestrzeń do szukania wspólnych projektów między Bałtykiem, Morzem Czarnym i Adriatykiem).
Skutki germanofobii polskiej prawicy mogą być fatalne
Z kolei próba budowania pozycji Polski w regionie przeciw Niemcom, na plecach Amerykanów, skończy się tym, że Waszyngton postawi na Berlin jako na strategicznego „namiestnika” w tej części Europy po epoce Pax Americana. Więzi polityczno-biznesowe elit obu państw są wciąż na tyle silne, aby pokonać nawet „niepokonywalne” sprzeczności.
„Czekam na dzień, w którym Niemcy przyjdą do USA i powiedzą, że są gotowi przejąć pozycję Głównodowodzącego Siłami Sojuszniczymi w Europie (SACEUR)” – oznajmił światu w listopadzie 2025 r. ambasador USA przy NATO Matthew Whitaker. Do dzisiaj funkcję tę zawsze pełnił generał amerykański, a Europejczycy byli jego zastępcami. Ale gdy amerykańskiego generała już nie będzie...
To jest zagadnienie, którego zwłaszcza prawa strona polskiej debaty i polityki nigdy nie potrafiła zrozumieć: że jeśli fundamentem myślenia o nowym układzie bezpieczeństwa będą polityczne (re)sentymenty, czyli bezgraniczne wsparcie dla USA i programowa germanofobia, to rolę faktycznego lidera regionu obejmą Niemcy. Którzy, dodajmy, nie nadają się do tej roli.
Samodzielność wobec USA i Niemiec to nie wrogość
Dlaczego się nie nadają? Ponieważ Niemcy zawsze brali i biorą nadal kurczowe trzymanie się planów i założeń za przejaw swojej strategicznej dojrzałości. Tymczasem dojrzałość wymaga raczej zdolności do autorefleksji i do zmiany postępowania.
Tymczasem trudno jest zdobyć się na krytycyzm w systemie politycznym opartym na przekonaniu o własnej doskonałości, w którym proces kształtowania i podejmowania decyzji jest zamknięty na opinie i na udział innych partnerów.
A tak wygląda polityka niemiecka. I dlatego jedyną szansą dla nas na uniknięcie pułapki sojuszu egzotycznego – takiego, którym byłby sojusz regionalny oparty na niemieckiej kulturze strategicznej – jest zdobycie się na intelektualną i polityczną samodzielność wobec obu partnerów: i Stanów, i Niemiec. Podkreślmy: samodzielność, a nie wrogość.
Wówczas będziemy mieć szanse na to, aby stać się liderem większej grupy państw, dla których Polska nie będzie partnerem ryzykownym, lecz partnerem dywersyfikującym ryzyko i łagodzącym obawy – w momencie wypracowywania przez elity amerykańskie i niemieckie nowego porozumienia z Rosją.
Czy Polska i Ukraina powinny być sojusznikami?
I na koniec Ukraina. Tu najtrudniej jest o dobre pomysły. Partner, sojusznik czy rywal? Każde z tych słów opisuje jakiś fragment współpracy polsko-ukraińskiej po rozpadzie Związku Sowieckiego. Czy Ukraina powinna być częścią NATO lub nowego sojuszu, który będzie kształtował się w ramach lub poza NATO, z Amerykanami lub bez Amerykanów?
Zdecydowanie tak. Trudno wręcz myśleć o członkostwie Ukrainy w Unii Europejskiej, jeśli nie poprzedzi jej członkostwo w NATO lub inna forma sojuszu z udziałem Polski. Bez jednej z najlepiej wyszkolonych i obytych w boju armii świata u naszego boku, polskie bezpieczeństwo nie będzie nigdy pełne.
Jednak zasadniczy problem sprowadza się do tego, czy będziemy chcieli być akuszerem nowej roli Ukrainy w systemie europejskich sojuszy, czy też jedynie przyjmiemy ten fakt z dobrodziejstwem inwentarza, jako wynik uzgodnień bez naszego udziału?
Dalej: czy wyjdziemy poza ograniczenia polityki wewnętrznej, która na zawsze pozostanie częścią naszej debaty o Ukrainie (choćby ze względu na ogromną rzeszę Ukrainek i Ukraińców, którzy mieszkają z nami), czy też uznamy, że nie warto? I czy po stronie ukraińskiej powstanie siła polityczna traktująca Polskę jako kluczowego partnera w Europie, o którego się aktywnie zabiega? Bo w tym tangu kroki mylą obie strony.
Uważam, że chowanie się za „Tarczą Wschód” jako symbolem naszego wkładu w bezpieczeństwo Europy jest nazbyt asekuracyjne. Zarówno wobec północnych sąsiadów, jak i wobec Ukrainy. Nie da się budować polityki w nowym kontekście geopolitycznym, odwołując się do mentalności „nowej linii Maginota”. Choć warto docenić konkretne działania i decyzje. Może nadejdzie czas, gdy staną się one filarem nowych sojuszy.
Bez „wielkiej strategii”: jak Polska może działać tu i teraz
Sławomir Dębski i Rajmund Andrzejczak postulują stworzenie dla Polski „wielkiej strategii”, aby w erze globalnych turbulencji nie dopuścić do wojny i zniszczenia naszych osiągnięć. Choć bliskie jest mi zarówno myślenie w dłuższym horyzoncie, jak i tworzenie własnego języka opisu i analizy rzeczywistości, to mam jednak wrażenie, że hasło „wielkiej strategii” jest ucieczką od problemów, a nie zachętą do ich przezwyciężenia.
Warunkiem strategii jest bowiem posiadanie wspólnej diagnozy i elementarnej spójności ideowej. W realiach polskiej demokracji obie rzeczy nie występują.
Jesteśmy podzieleni społecznie, politycznie i ustrojowo między tych, którzy uważają, że musimy budować niezależność od USA (gdyż Stany stają się wątpliwym sojusznikiem i nieprzewidywalnym partnerem) oraz tych, dla których dogmat sojuszu z USA pozostaje niewzruszony, a każdy przejaw naszej samodzielności jest traktowany niemal jak zdrada stanu. Obrona skandalicznego wpisu ambasadora USA, który zrywa kontakty z marszałkiem Sejmu, czyli instytucją państwa polskiego, bo ten nie poparł wniosku o przyznanie Trumpowi nagrody Nobla, jest tego ostatnim przykładem.
Podobny podział jest między tymi, którzy uważają, że Ukraina może być sojusznikiem Polski, a Polska jej, oraz tymi, którzy obu stronom tego prawa odmawiają.
Jednak cele strategiczne można również osiągać robieniem tego, co słuszne, bez popadania w egzotyczne skrajności. Czyli: zarówno domagając się pochówku dla ofiar rzezi wołyńskiej, jak też wspierając walczącą Ukrainę. Współpracując z Waszyngtonem i kupując uzbrojenie także w Europie. Zacieśniając współpracę w regionie i będąc aktywnym na forum całej Unii i NATO. Inwestowanie zaś w „Tarczę Wschód” musi iść w parze z tłumaczeniem społeczeństwu naszych sojuszniczych powinności.
To działania, które stworzą przestrzeń dla nowej polityki i dla nowych sojuszy lepiej, niż stworzyłaby ją najlepsza nawet strategia. Choć na zapowiedzianą książkę Dębskiego i Andrzejczaka czekam z niecierpliwością.
Bezpieczeństwo Polski w czasach kryzysu NATO
Stany Zjednoczone ograniczają swoje zaangażowanie w Europie. Ukraina wciąż walczy z Rosja.
Co to oznacza dla Polski:
- Stawiamy na USA?
- Budujemy silniejszą Europę?
- A może tworzymy nową regionalną koalicję państw zagrożonych przez Moskwę?
Ten tekst jest czwartym głosem w debacie Tygodnika Powszechnego o polskiej strategii bezpieczeństwa
Przejdź do cyklu:
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















