Do Krakowa wrócił po ponad 20 latach. „Nasz Adam” – mówili ci, którzy pamiętali go z przełomu wieków, kiedy był pełnym energii młodym kuratorem w Bunkrze Sztuki – wówczas najważniejszej w mieście galerii sztuki współczesnej. W 2003 r. zorganizował jeszcze w Zachęcie pierwszą polską retrospektywę Louise Bourgeois, a potem wyjechał w świat. Graz, Waszyngton, Praga, Hanower. W międzyczasie był kuratorem pawilonów na Biennale w Wenecji. Kolejno: polskiego, estońskiego i łotewskiego.
Kiedy Adam Budak w 2025 r. wygrał konkurs na dyrektora istniejącego od 15 lat Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie (MOCAK) – wszyscy rozwodzili się nad jego „bogatym doświadczeniem zawodowym”.
Niedopowiedzenia w życiorysie Adama Budaka
„Nasz Adam” ma w sobie coś uroczo nieporadnego i – mimo swych 60 lat – chłopięcego. Kiedy miękkim głosem opowiada o sztuce, czuć, że nią żyje. Do MOCAK-u, muzeum naznaczonego traumą mobbingu poprzedniej dyrekcji, przychodził z dobrą nowiną: „Czułość jest (…) punktem wyjścia dla mojego programu. Powołuję się na piękną definicję czułości, którą wyartykułowała Olga Tokarczuk. (…) Wyobrażam sobie działalność w MOCAK-u jako poszukiwanie (…) »czułego narratora« (…), który wie więcej, ale przy tym wszystkim pozostaje homo empaticus” – mówił w sierpniu 2025 r. na antenie Radia Kraków.
„Nasz Adam” przywiózł jednak do Krakowa kilka tajemnic i niedopowiedzeń w życiorysie. Choć nie były to w zasadzie sekrety, nikt z komisji konkursowej nie zauważył, że z waszyngtońskiego Hirshhorn Museum zwolniono go nagle, „z powodu rażącego naruszenia zasad etycznych i zawodowych” (cytat z informacji na stronie Ministerstwa Kultury Republiki Czeskiej, które zbadało życiorys dyrektora), a z Narodowej Galerii w Pradze m.in. z powodu „bezprzedmiotowych podróży służbowych na koszt instytucji” i „łamania zakazu konkurencji”. Okoliczności odejścia z funkcji kuratora w Kestner Gesellschaft w Hanowerze też nie są chwalebne – miał wpędzić instytucję w poważne kłopoty finansowe.
W MOCAK-u Adam Budak powołany został na najdłuższą możliwą, siedmioletnią kadencję. Po 9 miesiącach został odwołany ze stanowiska, w wyniku prac miejskiej Komisji ds. rozpatrywania zgłoszeń mobbingu i dyskryminacji.
W okresie krótkich rządów Budaka z etatowej pracy w muzeum zrezygnowało 12 osób.
Zgodnie z ustaleniami Radia Kraków, 16 marca do magistratu wpłynęła skarga podpisana przez 37 osób, czyli niemal dwie trzecie pracowników MOCAK-u. Sformułowali 79 zarzutów dotyczących niewłaściwych zachowań wobec pracowników, wywierania presji psychicznej, dezorganizacji pracy, nieracjonalnych decyzji organizacyjnych i lekceważenia procedur.
„Ty się rozpłakałaś, a ja wychodzę na przemocowca”
Niepokojące informacje o sytuacji w muzeum zaczęły docierać do mnie w marcu. Od tego czasu rozmawiałem z dziewięcioma pracownikami: związanymi z MOCAK-iem od lat, jak również tymi, których zatrudnił sam Budak.
Dawid: – Kiedy widzisz kolejne osoby wychodzące z gabinetu dyrektora z płaczem, czujesz, że nie jest to sytuacja normalna. Raz może się to zdarzyć: ktoś nie wytrzymał, ma słabe nerwy… Ale ja widywałem kilka takich sytuacji w miesiącu, w tym także z udziałem wieloletnich pracowników, przypominających kłębki nerwów.
Potwierdza to Jowita: – W ostatnich dniach przygotowań do otwarcia wystaw sezonu jesiennego 2025 codziennością był płacz z bezsilności. Dwie koleżanki dostały ataku paniki. Nie spotkałam się nigdy wcześniej z takim poziomem stresu i napięcia.
Trzecia moja rozmówczyni, Grażyna, wspomina, że z czasem pojawiły się u niej problemy ze snem. Kiedy szła do pracy, chciało jej się wręcz wymiotować. Gdy poszła do psychiatry i opowiedziała swoją historię, dowiedziała się, że ma stany lękowe. I być może jest ofiarą mobbingu.
„Niestandardowych” zachowań dyrektora doświadczyła też Daria – na tydzień przed konferencją prasową o marcowych wystawach, kiedy wszyscy byli zarzuceni pracą.
– Adam zażyczył sobie, żeby do każdej z siedmiu wystaw przygotować folder. W tak krótkim czasie było to niewykonalne, więc udaliśmy się do niego, żeby zakomunikować, iż jesteśmy przeciążeni – opowiada. – Koleżanka z działu wydawnictw powiedziała, że i bez tego zadania pracuje po godzinach. On jednak zaczął ją atakować, a komunikat był jasny: nic nie robisz, a się skarżysz. Kiedy zapłakana wyszła z gabinetu, zaczął komentować, że to niestosowne zachowanie.
Agnieszka dodaje: – 3 października 2025 r. zostałam wraz z zespołem wezwana do dyrektora. Nie poinformowano nas o temacie, więc nie mogłyśmy się przygotować. Okazało się, że chodzi o niezadowolenie z naszej pracy, w tym mojej jako kierowniczki. Usłyszałam, że mam złe kontakty z prasą i nikogo nie znam. W kontekście przygotowanych zaproszeń stwierdził, że wyglądają jak „papier toaletowy”, a ja jestem „bezguściem”. Padło też zdanie: „co wy właściwie robicie?”, a potem opinia, że większość naszych działań zawodowych nie jest pracą.
Kiedy Agnieszka argumentowała, że właśnie organizują trzydniowe otwarcie wystaw, w tym kolację, usłyszała: „Przecież macie catering, ty nie musisz tego gotować”. Rozpłakała się, dwukrotnie prosząc dyrektora i jego zastępczynię o przerwanie spotkania. – Nie zareagowali, a ja pod koniec już nawet nie płakałam, tylko mną telepało. Wtedy powiedział: „Świetnie, ty się rozpłakałaś, a ja wychodzę na przemocowca”.
MOCAK: przeciążenie pracą i oskarżenia o lenistwo
Niezadowolenie z pracy zespołu dyrektor miał wyrażać często. Zdarzało się publiczne wyśmiewanie czy teatralne przewracanie oczami, kiedy ktoś coś mówił. Jednak żadna z osób, która pożegnała się z MOCAK-iem w ostatnich miesiącach, nie została zwolniona, zrobiły to same. Moi rozmówcy twierdzą, że nowy dyrektor nie wyciągał formalnych konsekwencji, ale – jak twierdzi Grażyna – „te natury emocjonalnej”. A Jowita dodaje: – Karą było umniejszanie, odsuwanie od projektów. Przy próbie konfrontacji czuło się klasyczny gaslighting, kwestionowanie naszych uczuć, karanie ciszą.
Dawid: – Niezadowolenie z czyjejś pracy wyrażał poprzez publiczne napiętnowanie. Na zebraniach, często w emocjonalny sposób, zarzucał pracownikom niekompetencję. Byliśmy świadkami, jak w ten sposób potraktował jedną z kierowniczek działów, której nie dał czasu, aby odniosła się do zarzutów; chwilę później zakończył zebranie. Pomyślałem wtedy, że to cyniczna forma upokorzenia.
Ludzie mieli być ganieni za nienależyte wykonywanie zadań, które albo wykraczały poza zakres ich obowiązków, albo przekraczały ich możliwości z powodu skrajnego przeciążenia. Sara: – To chyba mój główny zarzut wobec dyrektora. Nie można mnożyć projektów bez świadomości, ile trwa ich realizacja. Ja nawet poświęcając wolny czas nie byłam w stanie wykonać wszystkich jego poleceń. Ale dyrektora to nie obchodziło, za to pozwalało mu oskarżać nas o lenistwo.
Paweł z kolei wspomina sytuację z październikowego otwarcia sezonu, kiedy pracownicy prawie mdleli ze zmęczenia, a budżet został przekroczony; ledwo się udało te wystawy na czas otworzyć. – Skonfrontowałem się z dyrektorem i powiedziałem, że nie po to środowisko walczyło przez dwa lata o usunięcie Maszy Potockiej, żeby w tak rażący sposób łamano teraz elementarne prawa pracownicze. Mówiłem, że nikt – w tym dwójka pozostałych wicedyrektorów – nie kontroluje możliwości zespołu przy realizacji zadań. Reakcją było totalne wyparcie. Ta sytuacja była jednym z powodów mojego odejścia. Adam Budak został słusznie odwołany, ale nie tylko on powinien ponieść konsekwencje – dodaje.
Po dyrekcji Maszy Potockiej miało być inaczej
Moi rozmówcy twierdzą, że w MOCAK-u brakowało przejrzystej komunikacji. Wiele zależało od nastroju dyrektora, który uważał się za alfę i omegę, ale bywało, że zmieniał decyzję w jednej sprawie kilka razy dziennie. Odpowiedzialność za komplikacje spowodowane tym chaosem spadała na pracowników.

Na dodatek, jak twierdzi Dawid, polecenia przekazywał często mailem adresowanym do kilku osób bez precyzyjnego delegowania zadania. – A gdy kierowniczka była na urlopie, dyrektor polecenia dotyczące naszego działu wysyłał tylko do niej – opowiada Grażyna. – Później miał pretensje, że czegoś nie zrobiliśmy. Gdy tłumaczyłam, że nie mam prawa o niczym wiedzieć, bo informacja dotarła jedynie na skrzynkę szefowej, zmienił temat. Często tak robił, gdy się merytorycznie zbijało jego argumenty.
W swoim programie Budak kreślił wizję MOCAK-u jako muzeum współtworzonego przez wszystkich pracowników. Pisał tak: „Kolegialność, wzajemny szacunek i zrozumienie różnicy zdań, harmonijna wymiana i koordynacja działań, a także (…) otwartość na krytykę, i jej akceptacja (…) to (…) ważne aspekty instytucjonalnego etosu pracy. Idea czułego muzeum opiera się na zasadach zaufania i szczerości, a także redukowania hierarchiczności i jakichkolwiek innych form przywódczej dominacji i agresji”.
Była to perspektywa atrakcyjna, zwłaszcza że po skrajnie scentralizowanym modelu zarządzania przez Potocką wszyscy potrzebowali kreatywnego oddechu i poczucia, że mogą współtworzyć program muzeum. Budak o tym wiedział jeszcze przed konkursem.
Wedle większości moich rozmówców miał on być jednak jedynym kandydatem, który nie przeprowadził żadnych konsultacji z zespołem. Mimo wszystko, po obietnicach transparentnego muzeum „w dialogu”, w którym jest miejsce na wspólne działania, Sara wyobrażała sobie, iż usiądą przy stole, będą omawiać idee i dyskutować – rzeczywistość boleśnie to zweryfikowała. Najczęściej dostawali gotowe polecenia i byli obciążani odpowiedzialnością za błędy poprzedniej dyrekcji.
Magda, która w muzeum pracuje od kilkunastu lat, opowiada mi o spotkaniu z dyrektorem, na którym chciała przedstawić zakres obowiązków jej działu, a także podzielić się pomysłami na przyszłość. Zaczęła rozrysowywać swą wizję procesu zmian. Dyrektor przerwał jej: „Stop, mały update”. Po czym zakomunikował, że stworzył nowy dział: Public Program, który miał zajmować się tym, co wcześniej robił także dział Magdy. – Nie dostałyśmy nawet szansy, żeby opowiedzieć o swoim doświadczeniu. Poczułam się odsunięta – wspomina.
Czy w MOCAK-u można było chorować na zapalenie zatok
Dział Public Program wzbudził poruszenie w załodze, ponieważ Budak zatrudnił w nim bez konkursu dwie nowe osoby. – Jako szefowa PR-u ostrzegałam go, że brak konkursu jest zagrożeniem wizerunkowym. Usłyszałam, że wystarczy tej transparentności: był już przecież konkurs na wicedyrektorkę – wspomina Agnieszka.
O kulisach powstawania nowego działu opowiada mi Paweł, jedna z zatrudnionych w nim przez Budaka osób. – Adam zaproponował mi pracę, w której chodziło o kuratorowanie programu wykładów, dyskusji i konferencji. Miałem działać autonomicznie, w obrębie osobnego działu z własnym budżetem. Najpierw okazało się, że w ogóle nie da się stworzyć takiego działu jak Public Program, bo od strony administracyjnej to skomplikowany proces, z czego dyrektor nie zdawał sobie sprawy. Nie było więc mowy o osobnym budżecie. Ostatecznie okazało się, że fikcją jest również autonomia merytoryczna, a do decydującej rozmowy na temat akceptacji programu w ogóle nie doszło, ponieważ dyrektor dosłownie uciekł z muzeum przed spotkaniem. Nie pierwszy raz spotkało mnie coś takiego w krakowskiej instytucji.
Potwierdza to Agnieszka, która opowiada, jak wraz z wicedyrektorem ds. finansowych sygnalizowali Budakowi, że nowy dział wymaga zmiany struktury organizacyjnej i akceptacji organizatora instytucji. Usłyszała wtedy: „Boże, nic się nie da zrobić w tym mieście”.
Jowita dodaje: – Adam wielokrotnie na zebraniach szydził z faktu, że musi poinformować o czymś miasto albo że musimy przeprowadzić przetarg. Gdy pracownicy informowali o ograniczeniach prawnych, stawali się wrogami. Obrywało się nam, że „psujemy mu humor”.
Podczas takich spotkań często brakowało miejsca na merytoryczne dyskusje, ale na osobiste wycieczki zawsze był czas. Sara: – Kiedy zespół zaczął się rozpadać, postanowiłam porozmawiać z dyrektorem. Im bardziej starałam się przedstawiać argumenty, tym częściej rozmowa przesuwała się w stronę ocen personalnych. W końcu usłyszałam, że już dwukrotnie zawiodłam jego zaufanie – wspomina. – Nie wiedziałam, do czego się odnosi, a potem pożałowałam, że poprosiłam o doprecyzowanie. Okazało się, że chodzi o moją nieobecność na imprezie zorganizowanej z okazji podpisania porozumienia o minimalnych wynagrodzeniach dla artystów. Byłam wówczas na ślubie brata ciotecznego, a mój urlop był wcześniej zgłoszony. Dyrektor uznał jednak, że nieobecność to przejaw braku oczekiwanego przez niego „commitment”.
Budak miał też pretensje, że Sara nie oprowadziła po wystawach jego znajomych kolekcjonerów sztuki, choć zapewniła im godne zastępstwo, bo sama leżała wtedy w domu z ostrym zapaleniem zatok. – Usłyszałam, że dyrektora to nie musi interesować. Poczułam się nie jak człowiek, ale jak przedmiot.
Jowita i Sara mówią, że kwestionowanie L4 i urlopów miało zdarzać się regularnie. – Dyrektor stwierdził w mojej obecności, że zwolnienia lekarskie pracowników wynikają z niskiego etosu pracy i że w dzisiejszych czasach można je sobie „załatwić” – opowiada Jowita.
Stawianie granic dyrektorowi Budakowi
„Harmonijna praca zespołowa to gwarancja sukcesu każdej instytucji” – pisał w programie Adam Budak.
Dziś brzmi to jak kiepski żart. Jowita uważa, że dyrektor zgodnie współpracował jedynie z frakcją złożoną z części nowo zatrudnionych, czym doprowadził do ogromnych podziałów. – Nawet przy Maszy nie były tak głębokie – zapewnia.
Z relacji Magdy wynika z kolei, że dyrektor zatrudniał osoby, które miały zadaniowy czas pracy i mniej obowiązków niż „zwykli” etatowcy. Jednak Budak tych dysproporcji nie dostrzegał. – Wciąż słyszeliśmy, że nic nie robimy.
Do jawnego konfliktu między starą gwardią a nową na szczęście nie doszło. Tak tłumaczy to Paweł: – Każdy dyrektor ma prawo zatrudnić nowych ludzi, ale on niepotrzebnie podgrzewał napięcia. Te konflikty zdołaliśmy jednak rozbroić – zapewnia. – Granica przebiegała moim zdaniem trochę w innym miejscu niż na linii „stara” i „nowa” ekipa. Część osób ze starego zespołu, w tym osoba, która broniła Maszy Potockiej na łamach prasy, miała na przykład bardzo dobre relacje z nowym dyrektorem.
Zdaniem Pawła najgorzej byli traktowani ci, którzy postawili mu granicę, zaproponowali inne rozwiązanie albo powiedzieli uczciwie, że wykonanie jakiegoś zadania nie jest możliwe. – Taka osoba prawie zawsze traktowana była jak ktoś, kto „oszukał” i „zawiódł”, więc spotykała ją nieprzyjemna emocjonalna reakcja. Często ujawniał się też snobizm oraz klasizm dyrektora, stojący w sprzeczności z konsekwentnie budowanym przez niego wizerunkiem sympatycznego kuratora, przyjaciela artystów.
Preview dla elity i wernisaże dla „plebsu”
Jedną z metod kierowania MOCAK-iem była zasada „dziel i rządź”. Agnieszka przypomina sobie, jak nią manipulował, twierdząc, że kierowniczka innego działu zwala na nią robotę. Tyle że obie kobiety pracowały ze sobą wcześniej i nie dały się skłócić.
Zdarzały się też niestosowne żarty. Daria opowiada, jak kiedyś poprosił ją, żeby nakręciła rolki z montowania wystawy i nagle nazwał osoby pracujące przy montażu „brudasami”.
– Podczas trwającego tydzień marcowego otwarcia pełniłam podwójną rolę: fotografa i pracownika działu promocji. Siadło mi wtedy kolano do tego stopnia, że ciągnęłam nogę za sobą. Niemniej przyszłam do pracy; to było spotkanie z Ewą Partum. Dyrektor stał w towarzystwie jakichś artystów i zwrócił się do mnie słowami: „Wyglądasz jak ofiara III wojny światowej” – wspomina Daria.
Sara pamięta podobne zdarzenie. Podczas omawiania instalacji Konrada Smoleńskiego i zagrożeń dla budynku poprzez działanie tzw. wytrząsarki basów, którą chciano zamontować pod trybunami, dyrektor miał powiedzieć, że proponuje z niej zrezygnować i rozdać wszystkim wibratory.
Były już dyrektor twierdził, że MOCAK ma tworzyć wyjątkowy model relacji z publicznością. Swoje podejście nazywał „specjalną formą gościnności” – „hospitality” to jedno z jego ulubionych pojęć. Metodą miały być tzw. spotkania preview, „w mniejszym gronie, żeby zobaczyć wystawy w inny sposób”. W praktyce – co pokazał październik 2025 r. – była to np. wystawna kolacja dla ok. 100 osób, kosztująca prawie 30 tys. zł (połowę dał sponsor). „Gościnność” w MOCAK-u była gościnnością dla wybranych.
Agnieszka przypomina przy tej okazji, że poza preview trzeba było również dopiąć kwestie właściwego wernisażu.
– Dyrektor nakazał wyrzucenie z zaproszeń formułki RSVP, czyli prośby o potwierdzenie przybycia. Zdziwiło mnie to i zwróciłam uwagę, że potrzebujemy informacji o obecności poszczególnych gości, żeby chociaż wiedzieć, kogo przywitać. „Przecież ja nie będę nikogo witał na tym wernisażu. To jest wernisaż dla plebsu. Wszyscy ważni goście pójdą na preview” – usłyszała Agnieszka.
Osobliwa terminologia, której dyrektor używał w odniesieniu do „zwiedzających otoczonych opieką” miała powrócić. Sara pamięta, jak podczas spotkania online Budak przekonywał sponsora do wyłożenia pieniędzy na preview. Użył argumentu, że nie chce, aby jego goście musieli się mieszać z „krakowskim plebsem”.
– Muzeum przestawało być egalitarne, ale Adam nie widział w tym problemu. Traktował MOCAK jak folwark – podsumowuje Daria.
Krzesła za 80 tysięcy. Co z tego, że bez podłokietników
Rozpoczynając pracę w MOCAK-u w styczniu tego roku, Daria nie zdawała sobie sprawy ze skomplikowanej sytuacji wewnętrznej instytucji. Choć o swoich doświadczeniach mówi dziś z dystansem, sama została doprowadzona do łez.
– Tuż po wpłynięciu skargi na Budaka do urzędu miasta dowiedziałam się, że dyrektor chce rozmawiać ze mną i koleżanką z mojego działu – opowiada. – Zaczęło się zastraszanie i dręczenie psychiczne. Powiedział, że wie, kto zorganizował zbieranie podpisów pod skargą, oraz to, że my się też podpisałyśmy. Odmówiłyśmy udzielania tej informacji, ale on w kółko powtarzał: „Podpisałyście czy nie podpisałyście?!”.
Potem, jak twierdzi Daria, miał mówić: „Nie dałyście mi nawet szansy!” oraz „Pracujemy ze sobą dopiero dwa miesiące!”.
Po informacji Radia Kraków o rozpoczęciu prac miejskiej komisji w sieci zawrzało. Pojawiły się m.in. (prawdziwe) informacje o zakupionych do gabinetu dyrektora (i przez niego wybranych) meblach o wartości niemal 24 tys. zł (lampa, krzesło, stół, trzy fotele). A także o nowych 120 krzesłach do sali konferencyjnej – za 80 tys. zł.
– Dowiedziałam się o zakupie krzeseł przypadkiem – opowiada Magda, która pełniła w MOCAK-u funkcję koordynatorki dostępności. – Napisałam maila, że nie mają podłokietników i nie spełniają standardów dostępności. Dodałam, że podobne zakupy dobrze uzgadniać z muzealnymi koordynatorami. Odpowiedź na maila była złośliwa: „Informuję, że zakupiliśmy (…) także stojącą lampę do mojego gabinetu, poproszę, by skonsultowano z Tobą jakość tej lampy pod względem dostępności”.
W kontekście finansów pojawił się również temat podpisanego przez MOCAK porozumienia w sprawie gwarantowanych minimalnych wynagrodzeń dla artystów za udział w instytucjonalnych wystawach. Deklaracje Budaka w trakcie zorganizowanego 4 grudnia 2025 r. spotkania, że „podpisaliśmy, choć nas nie stać”, część środowiska artystycznego odebrała z sympatią. Te odczucia przydały się w chwili kryzysu wizerunkowego „czułego” dyrektora.
Urok dyrektora, czyli artyści za Adamem Budakiem
Ilekroć były już szef MOCAK-u ma problemy, pojawia się list w jego obronie. Tak było w 2019 r. w Pradze, gdy tuż po odwołaniu Budaka artyści z całego świata (był wśród nich Ai Weiwei) wnioskowali do czeskiego ministra kultury o zmianę decyzji. Podobnie było w 2024 r. w Hanowerze.
W Krakowie też powstał list: podpisało się pod nim kilkadziesiąt osób, głównie artystów. Wyrazili poparcie dla dyrektora, uznanego kuratora i krytyka sztuki, którego działalność – ich zdaniem – „daje nadzieję na rozwój placówki i jej włączenie do grona najlepszych muzeów tego typu w Europie”.
Jednak zdaniem pracowników MOCAK-u, Budak uprzedmiotowił muzeum, a zarazem skupił się na grupie artystów, wobec których był niezwykle miły i którym stworzył doskonałe warunki, przy okazji mocno drenując budżet. Jeśli ktoś z nich znał tylko tę jego stronę, mogło mu się wydawać nie do pomyślenia, by jacyś tam – pewnie zblazowani – pracownicy odwoływali tak dobrego dyrektora.
Ludzie z MOCAK-u długo nie chcieli nagłaśniać tematu. Sara tłumaczy: – Mieliśmy takie podejście po zwolnieniu dyrektor Potockiej, że jesteśmy rodziną po przejściach, ale wszystkim zależało, by ludzie na zewnątrz nie wiedzieli o kolejnych problemach. Żeby wreszcie uwaga skoncentrowała się na tym, co robimy, a nie na wewnętrznych sprawach.
Sara postanowiła zabrać głos, bo skala nieprawidłowości – jej zdaniem – po prostu przekroczyła granicę. Mówi, że ludzie traktowali trudności jako chwilowe, które trzeba przeczekać. Potem, gdy w MOCAK-u było już bardzo źle, odchodzili w ciszy, nie mając żadnego zabezpieczenia. Robili to, bo byli na skraju wytrzymałości.
Wersja dyrektora Budaka: tam nie było ludzkiej krzywdy
Z dyrektorem Budakiem spotykam się kilka dni po jego odwołaniu. Jest rozczarowany, nie sądził, że kiedykolwiek do tego dojdzie. Pytam, jak ocenia fakt, że to już czwarta instytucja, z którą rozstaje się w atmosferze skandalu. Przytaczam słowa jego przełożonego z Pragi, który publicznie zarzucił mu brak kompetencji komunikacyjnych. – Gdyby zrobił pan głębszy research, dotarłby do ludzi, którzy myślą inaczej – słyszę.
Zwracam uwagę na liczne historie o płaczu na spotkaniach w gabinecie. Wyżej przytoczoną opowieść Darii Adam Budak traktuje jak nieporozumienie. – Pani, która się rozpłakała, myślała, że będzie musiała dużo robić, a ona nie miała nic do roboty – mówi.
Były dyrektor MOCAK-u prosi, by nie robić z niego potwora: – Pan wyolbrzymia. Tam nie było ludzkiej krzywdy. To jest po prostu niekompetentny zespół, który wymaga większej dyscypliny. Wcześniej nie było stresu, bo pracy było mało – dodaje.
Wszystkie „nieporozumienia” wynikały – zdaniem Budaka – z tego, że było za mało czasu, żeby się poznać. – Cóż to jest dziewięć miesięcy – mówi. Uważa, że po trzech latach rozumiałby się z zespołem bez słów.
Pytam o „krakowski plebs”. – Kłamstwo, pomówienie – zapewnia. Kiedy naciskam, irytuje się. Pyta wręcz, czy ma odejść od stołu, przy którym siedzimy.
W kwestii zarzutu o wystawną kolację Budak informuje mnie, że w całości sfinansował ją sponsor (choć z dokumentów wynika, że ten pokrył koszty w połowie), a zakup mebli do gabinetu i krzeseł do sali konferencyjnej precyzyjnie konsultował z kierownikiem działu administracji (ten sam kierownik godzinę później przez telefon mówi mi, że dyrektor po prostu wydał polecenie zakupu).
Dopytuję, czy lampa w gabinecie za trzy tysiące to nie przesada. – No ale jaki jest problem? Wydaje mi się, że nowy dyrektor na to zasługuje.
Po serii zaprzeczeń (także w sprawie rzekomego kwestionowania L4), pytam, co jako dyrektor MOCAK-u ma sobie do zarzucenia. – Może brak cierpliwości, zbyt szybkie wprowadzanie zmian, uznanie, że to, co oczywiste dla mnie, oczywiste będzie też dla innych?
Potem dodaje, że zależało mu, by zespół był bardziej rozpoznawalny, a kuratorzy pokazywali się za granicą. Niewiele osób – zdaniem Budaka – było tym zainteresowanych. – Oczekiwałem, że zespół będzie bardziej otwarty, przyjazny i włączy się w proponowane zmiany – twierdzi.
Adam Budak potrafi urzekająco opowiadać o ideach. Jestem pewien, że szczerze w nie wierzy. Jednak w odpowiedzi na zarzuty mówi o nieporozumieniach, powołuje się na dorobek kuratorski, przerzuca odpowiedzialność na innych, mówi, że jego słowa wyrwano z kontekstu. Na koniec wręcza mi papierowe oświadczenie, w którym prace miejskiej komisji uznaje za pośpieszne, a odwołanie go ze stanowiska za bezpodstawne. Twierdzi, że komisja nie stwierdziła mobbingu.
MOCAK. Z daleka widok jest piękny
W marcu 2025 r. głosowało za nim 9 z 11 członków komisji konkursowej. „Pan Budak posiada cenne kontakty branżowe i umiejętności zarządcze, które umożliwią realizację ambitnych projektów na wysokim poziomie” – podawał w komunikacie Urząd Miasta Krakowa.
Sara jest zdania, że MOCAK za jego kadencji przypominał designerską wazę. Z daleka świetnie się prezentowała, wystarczyło jednak się zbliżyć, by dostrzec, że jest popękana i ucieka z niej woda. Dla Sary wodą było to, co tworzy muzeum, czyli ludzie. O nich nikt nie pomyślał.
Imiona bohaterów zostały na ich prośbę zmienione
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















