Mahatma Gandhi i jego przykazanie, by unikać przemocy, uosabiał Indie zeszłego wieku. W nowym stuleciu obliczem Indii jest Narendra Modi, nowy przywódca i przewodnik. Obaj wywodzą się z tego samego miejsca, Gudżaratu, stanu leżącego na zachodzie Indii, ale więcej ich różni niż łączy. Ojciec Mahatmy był zamożnym kupcem i szefem rządu na dworze maharadży Porbandaru. Modi pochodzi z niskiej kasty olejarzy, na ubogie utrzymanie rodziny jego ojciec zarabiał (a młody Narendra mu w tym pomagał), sprzedając herbatę na dworcu kolejowym.
Obaj zostali wyswatani (Mahatma jako 13-latek, Modi w wieku 18 lat), ale wyrzekli się małżeńskiego życia, by poświęcić się Wielkiej Sprawie. „Poślubili Indie” – powtarzali potem jak mantrę ich zwolennicy.
W Gudżaracie biorą początek ich życiowe ścieżki i drogi ku chwale. To tutaj, nad rzeką Sabarmati, nieopodal Ahmadabadu, Mahatma założył aśram, gdzie nauczał o potrzebie poszanowania wszelkiego życia i wyrzeczenia się przemocy. Stąd wyruszył do „marszu solnego”, najsłynniejszego z buntów przeciwko Imperium Brytyjskiemu.
W Gudżaracie, od posady stanowego premiera, zaczął marsz na szczyty Narendra Modi. Tu dał się poznać jako skuteczny zarządca. Tu także zyskał mroczną sławę, gdy za jego panowania doszło do pogromów muzułmanów.
Mahatma zapisał się w dziejach jako apostoł biernego oporu (wolał nazwę satjagraha, „siła w prawdzie”). Pokonał najpotężniejsze imperium w dziejach, któremu nie dali rady w zbrojnych powstaniach ani południowoafrykańscy Zulusi, ani pasztuńscy plemieńcy z przełęczy Chajberskiej, ani dżihadyści Mahdiego w Sudanie.
Modi podziwia Mahatmę jako pogromcę imperium, ale z jego naukami jest mu nie po drodze. Nie podziela jego odrazy do przemocy. Nie nawołuje do niej, ale uważa, że nie da się jej po prostu uniknąć. Jest nieodrodnym synem bractwa, które nawoływania Mahatmy do zgody z innowiercami uważało za zdradę. Do bractwa należał także zabójca Mahatmy, Nathuram Godse, obwiniający go za rozpad Indii i uleganie muzułmanom. Kiedy Modi objął władzę w całych Indiach, wielu jego braci w politycznej wierze domagało się rehabilitacji zabójcy Mahatmy, uznania, że choć dopuścił się zbrodni, to powodowało nim bezgraniczne oddanie ojczyźnie.
Indie dla Hindusów
Stowarzyszenie Narodowych Ochotników zostało powołane przed stu laty, by bronić hinduskiej tożsamości przed obcymi najeźdźcami, ich kulturą i wierzeniami. Założyciele i przywódcy stowarzyszenia roszczą też sobie wyłączne prawo orzekania, co jest istotą Indii, czym jest hinduskość, hindutva, kto jest prawdziwym Hindusem, a kto do tego tytułu nie ma prawa.
Nie bali się Brytyjczyków, którzy chcieli jedynie wyzyskiwać Indie jako kolonię, nie myśląc o tym, by przerabiać je na swoją modłę. Prawdziwego wroga i śmiertelne zagrożenie rycerze hindutvy widzieli w islamie, który przywędrował tu wraz z muzułmańskimi najeźdźcami prawie tysiąc lat temu. Muzułmańscy sułtanowie i cesarze zadomowili się w Indiach na kilkaset lat i uwiedli miliony hindusów swoją kulturą i egalitarną religią.
Sto lat temu, gdy w Indiach panowali Brytyjczycy, muzułmanie stanowili piątą część ludności. Poza religią niczym nie różnili się od hindusów i można by uznać, że żyli tu od zawsze. Jednak według Narodowych Ochotników jedynym ludem rdzennym w Indiach są hindusi, spadkobiercy starożytnej cywilizacji. Żeby przeciwstawić się obcym i przetrwać, muszą pozostać jednym narodem hinduskim, połączonym wspólną historią, wiarą, kulturą i sposobem życia. Hinduskością, hindutvą. Dla innych też znajdzie się w Indiach miejsce, ale będąc w mniejszości, muszą uznać nadrzędność hindutvy. Muzułmanie najmniej nadają się na członków takiej wspólnoty, bo bliższe są im Mekka i Stambuł, niż Varanasi czy święta rzeka Ganges.
Stowarzyszenie Narodowych Ochotników, armia hindutvy, ma naczelnego wodza, a jego żołnierze noszą organizacyjne mundury, dbają o tężyznę fizyczną i dyscyplinę, ćwiczą musztrę i wprawiają się w szermierce na bambusowe pałki. W organizacji ceni się posłuszeństwo, pracowitość i całkowite oddanie Sprawie. Podzieleni na niewielkie zespoły narodowi ochotnicy pomagają najuboższym i ofiarom trzęsień ziemi, powodzi, huraganów czy zamieszek, organizują imprezy religijne i patriotyczne, prowadzą pracę u podstaw.
Modi przystał do nich już jako dziecko, a jako 20-latek został formalnie przyjęty do organizacji. Stowarzyszenie dało mu poczucie przynależności, a także cel i sens życia, a on odpłacał się lojalnością i uporem. Piął się po szczeblach organizacyjnej piramidy, wyżej i wyżej.
Stowarzyszenie nie jest polityczną partią, nie uczestniczy w wyborach, nie grożą mu porażki ani kompromisy, wymuszające odstępstwa od głoszonych ideałów. Naczelni wodzowie wybierają więc spośród partii te, które wydają się im ideowo najbliższe, albo poprzez które mają nadzieję najskuteczniej ziścić idee hindutvy. Do wybranych partii posyłają swoich najpewniejszych ludzi. Modi dobiegał czterdziestki, gdy Stowarzyszenie skierowało go do Indyjskiej Partii Ludowej, powstałej kilka lat wcześniej i zaliczonej do „Rodziny” hindutvy.
Szafranowy pochód Modiego
Państwo zbudowane przez Kongres Narodowy, dawny ruch wyzwoleńczy (narodowi ochotnicy nie przyłączyli się do niego uważając, że odciąga on uwagę od celu najważniejszego – walki o hinduskość Indii) i przewodzącą mu rodzinę Nehru-Gandhich pogrążało się w kryzysie. Demokracja, zaprowadzona przez zapatrzonego w Zachód pierwszego premiera Jawaharlala Nehru (1947-64) została nadwerężona przez autokratyczne rządy jego córki-jedynaczki, Indiry Gandhi (1966-77 i 1980-84). Gdy zginęła w zamachu, Indiom zabrakło równie wyrazistego przywódcy. Sanjay, syn Indiry, którego szykowała na dziedzica, zginął w 1980 r. w katastrofie lotniczej, a jego młodszy brat Rajiv nie poradził sobie z rolą premiera (1984-89), a gdy w końcu zaczynał się jej uczyć, zginął w zamachu.
Stan bezkrólewia i marazmu pogarszała zapaść gospodarki. Tworząc ją Nehru inspirował się sowiecką industrializacją, ale Związek Sowiecki rozpadł się wraz z komunizmem, na całym świecie święcił triumf wolnorynkowy liberalizm, a państwo Nehru-Gandhich zaczęło rozłazić się w szwach i stanęło na krawędzi bankructwa. Stowarzyszenie Narodowych Ochotników dostrzegło w tym wielką szansę dla siebie.
Obarczani winą za zabójstwo Mahatmy, zostali zepchnięci z politycznej sceny, a powrotu na nią bronił im Nehru, agnostyk i wyznawca liberalnej demokracji, oraz Indira, nieznosząca wszelkich konkurentów do władzy. Teraz słaby Kongres, pochłonięty w dodatku przestawianiem gospodarki na wolnorynkową modłę, nie był w stanie przeciwstawić się hindutvie.
Na początku lat 90. w całych Indiach ruszyły procesje pod szafranowymi sztandarami hindutvy, organizowane przez narodowych ochotników. Zwłaszcza pochód do Ajodhji, miejsca urodzin Ramy, jednego z najważniejszych hinduskich bogów, zgromadził wielotysięczne tłumy oraz rozpalił emocje. Zakończył się zburzeniem meczetu i wybuchem zamieszek między muzułmanami i hindusami, w których zginęło kilka tysięcy ludzi.
Modi był jednym z najważniejszych organizatorów szafranowych pochodów. Trzymał się jednak w cieniu, przewodzili im inni. Marsze zyskały narodowym ochotnikom zwolenników, dodały im animuszu. Hindutva przestała być słowem zakazanym, a w 1996 r. jej głosicielka, Indyjska Partia Ludowa, wygrała wybory. Przywódcy Stowarzyszenia docenili zasługi Modiego i wyznaczyli go na premiera Gudżaratu.
Modi gospodarczym cudotwórcą
Sprawdzian w Gudżaracie zaczął się fatalnie. Zaraz po tym, jak Modi objął władzę, znów wybuchły zamieszki między hindusami i wyznawcami islamu. Zginęło kilka tysięcy ludzi, głównie muzułmanów, a Modi i podległa mu policja zostali oskarżeni, że nie zrobili nic, by pogromy przerwać. Padły nawet oskarżenia, że premier, wyznawca hindutvy, sam podburzał hindusów przeciwko muzułmanom. Sąd Najwyższy oczyścił go potem z zarzutów, ale i tak został zapamiętany jako ksenofob, człowiek pozbawiony skrupułów. Nawet przywódcy jego własnej partii zaczęli powątpiewać, czy można powierzać mu rządy.
Zapędzony do narożnika, złożył dymisję, ale jeszcze w tym samym 2002 r. stanął do wyborów stanowych i je wygrał. No i zrobiło się o nim głośno, stał się znany w całym kraju. Znów okazało się, że rozruchy między hindusami i muzułmanami wcale nie szkodzą sprawie hindutvy, ale zyskują jej raczej zwolenników.
Potem sprawy poszły jak z płatka. Z Gudżaratu zaczęły nadchodzić wieści, jak wspaniale radzi sobie jako gospodarz. Gudżarat, jeden z kilku najbardziej rozwiniętych stanów Indii, dobrze nadawał się na miejsce, gdzie Modi mógł się wykazać jako przywódca nowoczesny, rzutki i skuteczny. Gudżaracka gospodarka zawsze radziła sobie lepiej niż w większości stanów, ale za panowania Modiego przyspieszyła jak nigdy wcześniej. Tak bardzo, że zaczęto mówić o „gudżarackim cudzie”.
Być może gdzie indziej, w biednym Radżastanie albo skrępowanym biurokracją Zachodnim Bengalu „gudżaracki cud” nie mógłby się zdarzyć, ale i w Gudżaracie nie zdarzyłby się bez Modiego. Odważniej niż inni postawił na wolnorynkowy liberalizm i najnowocześniejsze technologie, uprościł przepisy, zwalczał biurokrację i korupcję, remontował stare drogi i linie energetyczne, budował nowe, wspierał rolników, otwierał uniwersytety i sprowadzał do Gudżaratu najzdolniejszych. Ściągał inwestorów zagranicznych, ale przede wszystkim krajowych, współczesnych nababów, takich jak motoryzacyjny potentat Ratan Tata czy wywodzący się z Gudżaratu bracia Ambani i Adani. Modi przychylał im nieba, a oni pomnażali bogactwo, w podzięce nie żałowali mu grosza i wyświadczali wszelkie przysługi.
Biznesmeni chcą Modiego, naród też
Na zarzuty, że na gudżarackiej „modinomice” (tak zaczęto nazywać jego rządy) korzystają głównie bogaci, odpowiadał, że jeśli bogaci się kraj, to wcześniej czy później wzbogacą się wszyscy. „Takiego przywódcy potrzebują Indie” – powtarzali przedsiębiorcy. Modi uwiódł ich też swoim jedynowładztwem. Panował w Gudżaracie jak maharadża. Wprawdzie stawał do wyborów, lecz po zwycięstwach rządził już samowładnie, otoczony wiernym dworem z Amitem Shahem na czele, „prawą ręką” i „człowiekiem od brudnej roboty” (był ministrem policji podczas gudżarackich pogromów).
W sondażach trzy czwarte indyjskich biznesmenów wskazywało Modiego jako przywódcę, jakiego życzyliby sobie w Delhi. Sława dobrego gospodarza z Gudżaratu zauroczyła także zwykłych obywateli, którzy mieli dość zastoju, afer i wiecznych kłótni politycznych elit.
Sprawdziły się bowiem obawy głosicieli hindutvy. Przymuszona do koalicyjnych rządów i kompromisów, Indyjska Partia Ludowa utraciła impet, a w 2004 r. przegrała wybory i do władzy wrócił Kongres. Ale i on nie radził sobie z wyzwaniami nowej epoki. Rozczarowane Indie domagały się nowego, innego typu przywódcy.
Naczelni wodzowie hindutvy uznali, że trzeba sięgnąć po Modiego. W starych czasach taki awans byłby pewnie niemożliwy, ale liberalna epoka ceniła przede wszystkim skuteczność i dawała szansę outsiderom jak Modi, człowiek ze społecznych nizin, ćajwalla, herbaciarz z kolejowego dworca, który do wszystkiego doszedł sam, niczego nikomu nie zawdzięczał i niczego nikomu nie był też winien. Zastąpił na czele Indyjskiej Partii Ludowej nobliwych braminów, a w 2014 r. poprowadził partię hindutvy do wygranej w wyborach. Jako nowy przywódca najludniejszego państwa świata (prawie 1,5 mld ludzi), przeniósł się z Gudżaratu do stolicy wraz z wiernym dworem i „modinomiką”, która miała teraz odmienić Indie. A także z hindutvą.
Premier Baharatu, a nie Indii
Nie zapomniał o niej podczas kilkunastoletniego panowania w Gudżaracie, ale po przenosinach do Delhi mógł oddawać się Sprawie na wielką, indyjską skalę. Pod jego rządami Indie z każdym rokiem coraz bardziej odchodzą od reguł państwa świeckiego i liberalnej demokracji.
Głosiciele hindutvy uważają, że świeckość narzucona krajowi, w którym trzy czwarte ludności stanowią hindusi i którego korzenie tkwią w starożytnej hinduskiej cywilizacji jest dla niej obelgą. „To mniejszość musi się dostosować do większości” – powiadają i nazywają świeckie państwo Nehru-Gandhich dowodem postkolonialnego kompleksu niższości zapatrzonych w Zachód i kulturowo zwesternizowanych elit.
Modi za powód do dumy poczytuje sobie nawet to, że nie pobierał nauk w brytyjskich akademiach. Mówi po angielsku (w Indiach wciąż jest on drugim obok hindi językiem urzędowym), ale w ONZ przemawia wyłącznie w języku hindi, w hindi udziela rzadkich wywiadów. Nawet nazwę państwa, nadaną krajowi przez cudzoziemców, wolałby zmienić na sanskryckie Bharat.
Zapytani o najważniejsze zabytki kraju, wyznawcy hindutvy nie wskażą grobowca Taj Mahal, ani Czerwonego Fortu w Delhi, gdyż wzniesione zostały przez muzułmańskich najeźdźców, których najchętniej wykreśliliby z dziejów Indii wraz z muzułmańską architekturą i sztuką. Indyjskich muzułmanów (15 proc. ludności czyli prawie 200 milionów ludzi) uważają za potomków kolaborantów, którzy nie tylko wysługiwali się najeźdźcom, lecz przyjęli ich wiarę. Nie należą się więc im żadne specjalne prawa, żadne przywileje. Jeśli chcą żyć w Indiach – powiadają – muszą przestrzegać praw, według których żyją hindusi. W 2019 r., po drugich wygranych wyborach, Modi rozwiązał stan Kaszmir, jedyny, w którym muzułmanie stanowili większość.
Modi; mędrzec, guru, i autokrata
Jako przywódca państwa Modi przypomina na każdym kroku, że Indie hinduskie są i basta. Państwowym świętom nadaje charakter religijny, a gdy w styczniu uczestniczył w uroczystości poświęcenia świątyni Ramy, zbudowanej na miejscu zburzonego meczetu w Ajodhji, wcielił się w hinduskiego kapłana. Przywrócił dawne nazwy miastom, którym muzułmańscy władcy nadali własne, i święty dla hindusów Allahabad znów jest Prajagradżem.
Po nowemu opowiada też historię Indii. Podziwia Mahatmę i podkreśla jego zasługi jako bojownika o wolność, ale udział Jawaharlala Nehru woli przemilczać, wychwalając innego z towarzyszy Mahatmy, Sardara Patela, zresztą Gudżaratczyka. Wzniósł mu w Gudżaracie największy na świecie, prawie dwustumetrowy pomnik.
Kruszy po kawałku zręby liberalnego państwa Nehru-Gandhich. Oplata stany autostradami i liniami kolejowymi, wiążąc je ze sobą, okrawa autonomię, by uzależnić od stolicy. Ostatnio zabrał się za wytyczanie nowych granic okręgów wyborczych, by łatwiej podporządkować sobie drawidyjskie południe, najoporniej przyjmujące hindutvę i widzące w niej przejaw dominacji zachłannej północy, królestwa starożytnych Ariów.
Rządowe gazety i stacje telewizyjne zawsze prześcigały się w służalczości. Pod rządami Modiego kapitulują jednak także redakcje niezależne. Jedne, żeby przypodobać się premierowi i nie narażać się na finansowe kłopoty, inne – milkną po propozycjach nie do odrzucenia, jakie składa im Amit Shah, którego Modi zabrał ze sobą do Delhi i tu również zrobił ministrem policji. Przed ministrem policji drżą niezależni dotąd sędziowie.
Niechęć do starych elit, słabość opozycji i sukcesy gospodarcze, jakie odnoszą Indie pod rządami Modiego sprawiają, że nie obawia się rywali, a rodacy bez sprzeciwów godzą się na jego hinduski populizm i oświecony autorytaryzm.
Prof. Piotr Kłodkowski, znawca Azji i były ambasador w Indiach, w swoich książkach („Imperium Boga Hanumana”, 2018 i „Azjatycka wielka gra”, 2024) pisze o Modim, że to urodzony przywódca o niezwykłej charyzmie: „Dla wielu to niemal guru, mędrzec, który zrozumiał więcej od innych”. Prof. Kłodkowski przyznaje, że w osobistym kontakcie Modi jest człowiekiem ujmującym. Ale stwierdza też, że „Modi jest typowym autokratą, za nic ma wszelkie procedury państwa prawa i swobodę jednostki (…) Tak naprawdę Modi i Indira mają ze sobą wiele wspólnego: oboje nie znoszą jakiegokolwiek sprzeciwu, uważają się za nieomylnych”.
Po pogromach w Gudżaracie Zachód ukarał Modiego infamią i przez prawie dziesięć lat nie chciał mieć z nim nic do czynienia. Dziś jest jednym z władców świata, wystrojony jak maharadża jeździ, dokąd chce i wszędzie jest witany jak najmilszy gość. Mawia, że skoro pod jego rządami Indie wybiły się na mocarstwo, to on sam podołałby roli duchowego przewodnika, viśvaguru, Nauczyciela Świata.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















