Historie równoległe” Asghara Farhadiego, film napędzany producencką wizją zmarłego w dniu canneńskiej premiery Krzysztofa Piesiewicza, oraz właściciela praw do „Dekalogu” Macieja Musiała, to całkiem zabawne kino, które traktuje Krzysztofa Kieślowskiego przede wszystkim jak krynicę cytatów oraz fabularnych zapalników.
Wygląda jednak na to, że mało kto dał się nabrać. Recenzje są bezlitosne.
Jak się udała nowa adaptacja „Dekalogu”
„Wiesz, czym się różnią ludzie od zwierząt?” – pyta zaskoczoną sąsiadkę zakochany w niej podglądacz, chłopak zdradzający talenty złodzieja, poety, pielęgniarza i gońca. „Zwierzęta nie wiedzą, że umrą” – dodaje po chwili krępującego milczenia. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, co to znaczy.
Nic w filmie Farhadiego nie sugeruje podobnej, deterministycznej narracji; niczyje losy nie są ilustracją faktu, że w przeciwieństwie do człowieka, antylopa nie zmieni swoich zwyczajów wyłącznie z powodu istnienia lwa.
Bohater filmu jest dalekim krewnym bohatera „Krótkiego filmu o miłości”, którego Olaf Lubaszenko zamienił w kliniczny przypadek samotności. Sąsiadka to z kolei długi cień Grażyny Szapołowskiej. Dwukrotny laureat Oscara wikła ich w kolejne narracyjne szarady i metatekstowe gierki. Stawką w nich jest „nowy Kieślowski”, czyli heros popkultury na postironiczne czasy. Filmowe historie są nie tyle równoległe, co spiętrzone, a następnie sprasowane w cieniutką warstwę fabularnych motywów i stylistycznych ornamentów.
Najpierw zblazowana pisarka (Isabelle Huppert) podgląda przez lunetę swoich sąsiadów – pracujących w studiu dźwiękowym braci (Vincent Cassell i Pierre Niney) oraz dziewczynę starszego z nich (Virgine Effira). Później zamienia swoje wyobrażenia w literacką pulpę o trójkącie miłosnym i zbrodni w afekcie – w ramach szkatułkowej narracji oglądamy tę historię niczym autonomiczne dzieło.
Wreszcie opiekujący się pisarką złodziejaszek (Adam Bessa) kradnie rękopis i wykorzystuje go, by zbliżyć się do dziewczyny z okna. W ramach samospełniającego się proroctwa losy całej trójki zaczynają rymować się z losami fikcyjnych bohaterów.
„Dekalog” Kieślowskiego zupełnie jak Marvel
Nie wiem, czy Farhadi świadomie osadza całość w pastiszowej konwencji i stroi sobie drwiny z francuskiego kina o burżuazji. Na pewno jednak Kieślowskiego traktuje, jakby chodziło o nowy film Marvela. To z jednej strony świat wielkich abstrakcji (życie i śmierć, natura i kultura, miłość i nienawiść – wszystko jest tu stematyzowane za pomocą niezbyt subtelnych metafor). Z drugiej zaś rzeczywistość pełna małych odlotów: fanowskich nawiązań, jaskrawych stylistycznie hołdów, zabawnych rymów.
Bezwstydne nawiązanie do jednej ze scen „Krótkiego filmu o zabijaniu” Kieślowskiego sprawiło, że sala wybuchła śmiechem. To mimo wszystko zły prognostyk na przyszłość. Jaki jest bowiem sens wyciągania Kieślowskiego z pawlacza, jeśli nie przeciwstawiamy go szalejącemu w popkulturze żywiołowi ironii? Jeśli nie chcemy, by zacytować klasyka, zbudować wraz z nim „gmachu wartości”?
„Historie równoległe” to pierwszy z dziesięciu filmów, inspirowanych kolejnymi odsłonami „Dekalogu”. Nie wiadomo, ile części cyklu faktycznie powstanie. Jeśli jednak miernikiem potencjalnego sukcesu ma być recepcja na festiwalu w Cannes, to twórcom została ostatnia szansa, żeby odwrócić wiatr. I choć sam mam wobec „Historii równoległych” ciepłe uczucia, rozumiem te zarzuty.
„Ojczyzna” Pawła Pawlikowskiego
Minęło kilka dni od premiery „Ojczyzny” Pawła Pawlikowskiego, a ja wciąż nie wiem, co o tym filmie myśleć. Wraca do mnie scena, w której noblista Tomasz Mann (Hanns Zischler), autor „Czarodziejskiej góry” i „Buddenbrooków”, zasypia na tylnym siedzeniu czarnego Buicka. Wygląda, jakby chciał przespać kolejne pół wieku i obudzić się w czasach, gdy odpowiedzi na pytania o niemiecką tożsamość będą nieco prostsze.
Samochód prowadzi córka pisarza, Erika (Sandra Huller). W filmie jest nie tylko jego tłumaczką i asystentką, ale również sumieniem. To dzięki erupcjom jej tłamszonych uczuć Pawlikowski opowiada o wszystkim, co najważniejsze: o eksploatowanym przez Rosjan egotyzmie Manna; o skomplikowanej relacji z krajem urodzenia, do którego pisarz wraca po latach emigracji w Ameryce; wreszcie – o jego zerwanych więziach z synem, wybitnym pisarzem i cierpiącym na depresję samobójcą.
Akcja rozgrywa się w 1949 r. Manna widzimy po obydwu stronach jeszcze nie wybudowanego muru. Po jednej stronie, we Frankfurcie, jest kimś w rodzaju upadłego wieszcza, który, rezygnując z „wewnętrznej emigracji”, dopuścił się aktu dezercji. Po drugiej, w Weimarze, sowieccy oficerowie próbują ulepić go na nowo – wciąż jako spadkobiercę Goethego, tyle że, jak przekonują, „Goethe miał więcej wspólnego z Marksem niż z Heglem”.
Ani jedni, ani drudzy nie widzą, że noblista jest w zasadzie żywym trupem. W obiektywie Pawlikowskiego pozostaje figurą rozczarowania projektem zjednoczonej, demokratycznej Europy. Po hotelowych korytarzach i rautach na własną cześć przemyka niczym duch. Moralne dylematy związane z podróżą na wschód roztrząsa za niego córka. I to właśnie ona pozostaje bijącym sercem tej historii.
Fantastyczna Sandra Hüller
Nie potrafię się z tym pogodzić. Podejrzewam, że cieniem na mojej relacji z „Ojczyzną” kładzie się gorąca miłość do filmu „Mefisto” Istvána Szabó – opowieści o prowincjonalnym aktorze, który zaczyna tańczyć na dworze faszystów. Radziecka propaganda oczywiście nigdy nie przechrzciła Manna. A jednak kontrowersje wokół jego postawy dotyczą w dużej mierze faktu, że był stosunkowo pobłażliwy wobec komunizmu, nawet w najgorszym autokratycznym wydaniu.
Autorem powieści „Mefisto” był syn noblisty, Klaus. Od jego rozmowy telefonicznej z siostrą rozpoczyna się „Ojczyzna”. Jego wątek staje się również sednem wyrazistej, dramaturgicznej kody. I jeśli mam z filmem Pawlikowskiego jakiś problem, to nie dotyczy on opowieści o ojcu i synu, tylko historii dwóch pisarzy.
Nie potrafię dostrzec w „Ojczyźnie” filmu o sztuce, która sinusoidalnie zbliżała i oddalała ich od siebie. A to przecież w niej zawarte są przecież odpowiedzi na pytania dynamikę tej relacji: o homoseksualizm Klausa, jego depresję, stosunek do polityki oraz emigracji, o życie w cieniu ojcowskiej sławy.
Sandra Hüller jest za to fantastyczna. Przepięknie zainscenizowane, czarno-białe kadry układają się w pejzaż świadomości bohaterów. Joanna Kulig znów śpiewa. Wszystko jest na swoim miejscu. A jednak, po utrzymanych w podobnym kodzie estetycznym „Idzie” i „Zimnej wojnie”, „Ojczyzna” wydała mi się kinem nieco mniej klarownym; relegującym temat moralności artysty w czasach wielkich totalitaryzmów do serii przypisów; zostawiającym zbyt wiele w niedopowiedzeniach.
A może po prostu tęsknię za Pawlikowskim z mojego ulubionego filmu, czyli „Lata miłości”? Tamten gość siedział w wysokiej trawie, kręcił w kolorze i przyglądał się uczuciom, które rozkwitają zamiast usychać.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















