Historia polskiej fantastyki. Od Lema do pulpy lat 90.

Na początku lat 90. fantastyka sprzedawała się na pniu, jakbyśmy chcieli odbić sobie lata, gdy wyobraźnia była reglamentowana.
Czyta się kilka minut
Ilustracje na okładki książek S-F i „Fantastyki", lata 80. ub.w. Od lewej: Wiktor Żwikiewicz, Piotr Łukaszewski, Andrzej Brzezicki // Dzięki uprzejmości wydawnictwa Wydałem
Ilustracje na okładki książek S-F i „Fantastyki", lata 80. ub.w. Od lewej: Wiktor Żwikiewicz, Piotr Łukaszewski, Andrzej Brzezicki // Dzięki uprzejmości wydawnictwa Wydałem

Rodzima fantastyka narodziła się długo przed transformacyjnym ferworem. Zdaniem literaturoznawców, takich jak Antoni Smuszkiewicz i Andrzej Niewiadomski, jej korzenie sięgają osiemnastowiecznych utopii. Szlak przetarł Ignacy Krasicki, który w powieści „Mikołaja Doświadczyńskiego przypadki” przybliżył własną koncepcję idealnego społeczeństwa. Wyspa Nipu, na którą trafia Doświadczyński, jest równie nierealna, jak sceneria „Trylogii księżycowej” Jerzego Żuławskiego. 

W końcu wyróżnikiem fantastyki jest nie tyle niewiarygodność, ile niemożliwość. Twórcy fikcji spekulatywnej piszą o miejscach, stworzeniach i wydarzeniach, których być nie mogło, ponieważ stoją w sprzeczności z porządkującymi rzeczywistość prawami. Stąd do kategorii literatury fantastycznej zaliczyć można opowieści o smokobójcach z dalekich krain (fantasy), pozaziemskich cywilizacjach (science fiction) czy nawiedzonych dworach (horror). 

Fantastyka nie jest więc monolitem, a dynamika rozwoju składających się na nią nurtów skrajnie się różni – o ile science fiction stało się obiektem zainteresowania naszych literatów już w powojniu, o tyle fantasy trafiło na podatny grunt dopiero w latach 80. (pierwsze tłumaczenie Tolkiena z lat 60. przeszło bez echa). 

Lem, odwilż i niski prestiż gatunku

W latach obowiązywania doktryny realizmu socjalistycznego ranga literatury fantastycznej była raczej poślednia. Większą część drobnego segmentu stanowiły przekłady prozy radzieckiej, resztę – rodzime utopie komunistyczne, takie jak „Astronauci” Stanisława Lema.

Uruchamianie odtwarzacza...

Przemiany w beletrystyce zainicjowała dopiero odwilż październikowa. Niedługo po niej pojawiły się w Polsce pierwsze teksty autorów zachodnich, wzrosła również liczba literatów tworzących w gatunku lub wykorzystujących jego motywy. Wtedy też Lem, wolny od wytycznych socrealizmu, napisał „Eden” i „Solaris”, inicjując dyskurs wokół science fiction. 

Trudno jednak pisać o przełomie, skoro fantastyka stanowiła marginalną część oferty oficyn aż do połowy lat 70. Większość peerelowskich tytułów opublikowano w ramach serii wydawniczych, takich jak „SF” Wydawnictwa Poznańskiego czy „Fantastyka-Przygoda” Państwowego Wydawnictwa Iskry. Stanisław Krawczyk w monografii „Gust i prestiż. O przemianach polskiego świata fantastyki” szacował, że na przestrzeni lat w rozlicznych seriach ukazało się ponad trzysta pięćdziesiąt książek (dla porównania: w samym 2024 r. wydano ich prawie osiemset).

„Wiadomo, że krytyka literacka od dawna a priori uważała fantastykę za gatunek gorszy, za literaturę popularną, masową, niegodną ani głębszej uwagi, ani bliższego zainteresowania” – pisał Smuszkiewicz w „Fantastyce w obliczu przemian” (swoją drogą, to właśnie poznański polonista zapoczątkował literaturoznawczą refleksję nad fantastyką; wydana w 1982 r. „Zaczarowana gra. Zarys dziejów polskiej fantastyki naukowej” była świętą księgą ówczesnych fantastów). 

Moc fandomu

Krytycy swoje, czytelnicy swoje – zainteresowanie opowieściami o kosmicznych wojażach i tułaczkach przez niesamowite krainy wzrastało z roku na rok. Mimo że nakłady niektórych tytułów sięgały stu pięćdziesięciu tysięcy egzemplarzy (przypomnę, że współcześnie średnia wynosi dwa tysiące), nie były w stanie zaspokoić olbrzymiego popytu. Problem tkwił też w samej ofercie, naznaczonej trudnością pozyskiwania poczytnych zachodnich tytułów. Na ratunek przyszedł fandom

Bycie miłośnikiem fantastyki tyczy się nie tylko preferencji czytelniczych, ale również tożsamości – sympatycy gatunku tworzą zaangażowaną wspólnotę gustu, nazywaną fandomem. Społeczność fanów science fiction w Polsce zaczęła kształtować się w 1976 r., kiedy w Poznaniu zorganizowano trzecią edycję europejskiego konwentu Eurocon (aby nie było przesadnie zachodnio, wydarzenie nosiło nazwę Europejskiego Kongresu Science Fiction). „To tam polscy fantaści po raz pierwszy się policzyli, zobaczyli swoją siłę i moc” – stwierdził Marek Oramus w „Historiach fandomowych”. 

W następnych latach zaczęły pojawiać się kluby fantastyki. Ich rola nie ograniczała się do integracji środowiska. Poza organizacją zlotów zajmowały się one działalnością wydawniczą. Powstawały fanziny, w których publikowano fandomową publicystykę, twórczość klubowiczów oraz, co ważniejsze, niedoreprezentowanych autorów z Wielkiej Brytanii czy USA. 

Władza ludowa nieszczególnie robiła twórcom zinów pod górkę. Publikowanie druków na użytek wewnętrzny i niekomercyjny w nakładzie do stu egzemplarzy było w pełni legalne. Wystarczyło unikać co bardziej wywrotowych treści. Polacy byli zresztą mistrzami w ich ukrywaniu.

Przecież cały nurt fantastyki socjologicznej – reprezentowany między innymi przez Janusza A. Zajdla i Marka Oramusa – opierał się na pokątnej krytyce władz PRL-u, ujętej w ramy dystopii o totalitaryzmie, opowieści o konflikcie jednostki z systemem. Metody klubowiczów nie zawsze były zmyślne – w przypadku niektórych przedruków po prostu dokonywali autocenzury, uszczuplając teksty o mogące rodzić podejrzenia wątki polityczne. 

Od książek spod lady po miesięcznik „Fantastyka”

W latach 80. rozwinął się tzw. trzeci obieg i klubówki, czyli fanowskie przekłady książek. Drukowane na tych samych powielaczach, co klubowe biuletyny, nie zachwycały ani jakością wydania, ani tłumaczenia, mimo to robiły furorę. Wielu miłośników fantastyki dołączało do stowarzyszeń, byle mieć dostęp do nowości „spod lady”. 

Domorośli wydawcy prędko przyjęli logikę rynkową, tak klubówki stały się drukami komercyjnymi na użytek zewnętrzny, co nie uszło uwadze bezpieki. Jak wspomniał Wojciech Sedeńko w „Opowieściach fandomowych”: „przymknęli parę osób za osiąganie korzyści majątkowych, ale potem sprawę umorzono ze względu na niską szkodliwość społeczną”. 

Serie wydawnicze i druki klubowe nie były jedynymi źródłami tekstów fantastycznych w PRL-u. Opowiadania gatunkowe, najczęściej z pogranicza science fiction, publikowano w czasopismach społeczno-kulturalnych, choćby w „Tygodniku Powszechnym” i „Przekroju”, oraz prasie popularnonaukowej, na przykład „Młodym Techniku”, „Horyzontach Techniki” czy „Astronautyce”. Prawdziwą gratką dla fandomu był jednak miesięcznik „Fantastyka”. Na jego łamach publikowano tak teksty krytycznoliterackie i eseje, jak opowiadania i powieści w odcinkach. 

Ilustracje na okładki „Fantastyki", lata 80. ub. w. // Marek Zalejski

Wystarczy spojrzeć na spis treści pierwszego numeru z października 1982 r., by zrozumieć ówczesny zachwyt: wśród nazwisk Strugaccy, Asimov, Martin (tak, ten Martin, późniejszy autor „Pieśni lodu i ognia”). „Fantastyka” aktywizowała też fandom – na pierwszej stronie zamieszczono informację o konkursie na prozę, poezję i grafikę science fiction (w ten sposób zadebiutował Andrzej Sapkowski). Miesięcznik znaleźć można było w każdym kiosku Ruchu

W szczytowym momencie jego nakład sięgał dwustu pięćdziesięciu tysięcy egzemplarzy. Jak stwierdził Adam Hollanek, pierwszy naczelny czasopisma, w dokumencie „Fantastyczny Matt Parey”: „jeszcze nas brakowało, tylko nikt nie chciał nam dać więcej papieru”.

Po 1989 roku ruszył potop

Widmo reglamentacji papieru, podobnie jak zmorę cenzury, wyegzorcyzmowała transformacja. Podwaliny pod współczesny rynek książki położono chwilę przed rokiem 1989. Powstawały niepaństwowe wydawnictwa, w końcu zniesiono też koncesję na działalność wydawniczą. 

Dalsze przemiany ustrojowe utorowały drogę dla licznych prywatnych przedsiębiorstw, takich jak Wydawnictwo Amber, CIA-Books czy Phantom Press, będące jednym z najprężniej działających wydawców fantastyki początku lat 90. Po zlikwidowaniu państwowego monopolu handlu zagranicznego i wprowadzeniu pełnej wymienialności złotówki na obce waluty dobijanie targów z zachodnimi agentami sprzedaży stało się proste jak kroje „TypoPolo”. 

W ten sposób na polskim rynku przez duże R pojawiło się mrowie przekładów książek – wszystkie te Le Guiny, Clarke’i, Asimovy, Dicki i niezliczona ilość literatury pulpowej, między innymi ten Smith i jego kraby.

Na łamach „Kultury Współczesnej” w 1996 r. Maria Giemza-Żurawska odniosła się krytycznie do owego potopu anglosaskiego.

„Takie wydawnictwa jak Czytelnik, Iskry czy Wydawnictwo Literackie – do połowy lat osiemdziesiątych potentaci SF na skalę krajową – publikując mało przekładów, dbały o jeśli nie najwyższy, to przynajmniej średni poziom artystyczny wydawanych książek, stwarzając nieco wyidealizowany obraz zachodniej fantastyki naukowej. Wydawca і anglosaskie nazwisko na okładce, nawet nieznane, w latach siedemdziesiątych stanowiło swoistą gwarancję jakości, teraz sytuacja zaczęła się zmieniać” – twierdziła. 

Rzeczywiście, w latach 90. głód długo wzbranianych dóbr Zachodu był tak wielki, że, jak konstatowała Ewa Penksyk-Kluczkowska w wywiadzie dla „Dwutygodnika”: „nie trzeba było mieć żadnego rozeznania rynku. Trzeba było wydawać, co podleci, wszystko się sprzedawało w ogromnych nakładach”. Sprzedawały się więc i twory conanopodobne, i erotyki, i „Kuchnia chińska” – wszystko z jednego stolika. 

Zdecydowana większość peerelowskich serii wydawniczych zniknęła z rynku na przełomie lat 80. i 90. Jednocześnie wzrosła liczba oficyn publikujących fantastykę. Krawczyk w swojej monografii przytacza wyliczenia Sedeńki, według których w 1991 r. po science fiction i fantasy sięgało pięćdziesięciu jeden wydawców – w 1989 r. było ich zaledwie siedemnastu.

Wiele nowo powstałych oficyn nie było przygotowanych na pęd produkcji narzucony przez nienasyconych czytelników. Phantom Press w szczytowym momencie wydawało czterdzieści osiem tytułów miesięcznie. „W dzisiejszym świecie jest to tempo powszechnie uważane za normalne. Ale w porównaniu do norm zastanych było chore” – przyznała Penksyk-Kluczkowska, ówczesna redaktorka naczelna gdańskiego wydawnictwa. „Tworzyliśmy nowy świat, musieliśmy sami, od zera opracować system pracy nad książką w niespotykanym dotąd tempie. Mieliśmy poczucie, że tworzymy coś wielkiego. Pracowaliśmy dniem i nocą”. 

Szybko, tanio, z błędami

Wydawane hurtem książki nie były pozbawione błędów. Brakowało nie tylko redaktorów, lecz także profesjonalnych tłumaczy. 

„Wydawnictwa, które powstały po 1989 r., kopiowały tłumaczenia z klubówek, często słowo w słowo, czasem w gorszej wersji, tak było chyba z »Panem‍ światła« Zelaznego. Jeśli tłumacz się zgłosił, dostawał pieniądze. Nie wiem, może to legenda miejska, ale podobno oficjalni tłumacze też się czasem posiłkowali klubówkami i podpisywali je własnym nazwiskiem” – wspominał Tomasz Kreczmar w „Duchologii” Olgi Drendy

Dlatego prawdziwi fachowcy byli na wagę złota, albo inaczej: na wagę rocznej pensji lub, jak głosi jedna z legend środowiskowych, wagę domu w stolicy. 

W rynkowych realiach liczyła się rynkowa cena, a ta potrafiła doprowadzić niejednego czytelnika do ryku. Aby ją uzasadnić, należało przekonać konsumenta, że ma do czynienia z towarem prima sort. Stąd w okładkach często wykorzystywano zdobienia, tłoczenia, złocenia, wszelkiej maści błyszczące folie – tomik miał się mienić jak złoty dukat. Z jednej strony poniewczasie można uznać to za przejaw kiczu, z drugiej – urokliwy relikt czasów, gdy nadmiarowość była na porządku dziennym (dookoła szyld wyrastał na szyldzie, w telewizji: horror vacui). 

Okładki literatury fantastycznej z okresu transformacji często zbywa się żartem, lecz zdaniem Patryka Mogilnickiego, autora wydanej właśnie książki „Conan sp. z o.o.”, zupełnie niesłusznie. Według niego są „świadectwem młodzieńczej energii, często bowiem tworzyli je pasjonaci, będący wówczas na początku swojej artystycznej drogi”, a „współczesne twórczynie i współcześni twórcy doceniają zarówno baśniową witalność, jak i pewną nieudolność, z której przebija przekonanie grafika, że chcieć może znaczyć więcej niż potrafić”. 

Koniec hossy, nie koniec fantastyki

„Rynek nasycił się nagle i niespodziewanie. Kto szybko obciął liczbę tytułów, uszedł z życiem” – zauważyła Penksyk-Kluczkowska. Nie udało się to Phantom Press, które zakończyło działalność w 1994 r. Do połowy lat 90. z rynku wycofały się także Alkazar, CIA-Books, Express Books i wiele innych efemerycznych oficyn.

Niektóre, na przykład Amber i Rebis, działają do dziś. Przyczyn takiego stanu rzeczy mogło być wiele: nierozważna polityka wydawnicza, narastające trudności gospodarcze, przesyt rynku, zanik handlu ulicznego, przy jednoczesnej niewydolności sprzedaży hurtowej, pewnie też piractwo

Hossa się skończyła, a wraz z nią wszędobylska pulpa. Rynek książki nie upadł, tylko się znormalizował. Niewiele wskazuje jednak na to, by zainteresowanie fantastyką w Polsce skarlało lub odbiegło od średniej światowej. Przeciwnie, w ostatnich latach można zauważyć wzrost popularności wszelkich jej form, czego dowodem może być rekordowa frekwencja na Pyrkonie, największym konwencie w Polsce. 

Wyrażenie „wszelkie formy” jest kluczowe, bowiem dziś fandom żyje już nie tylko literaturą, poświęcając uwagę także grom, filmom i serialom oraz komiksom. Czyta się inaczej i co innego – możliwe, że za dwadzieścia lat z równym rozrzewnieniem, co opowieści o morderczych krabach, wspominać będziemy dzisiejsze romantasy z Wattpada. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 20/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Nowy inny świat