Damy radę bez Trumpa. To nieprawda, że Europa bez USA jest bezbronna wobec Rosji

Jak Europejczycy mogą wybić się na militarną samodzielność? Jakie atuty ma tutaj Europa? Jak uczynić ją znów silną? I dlaczego prezydent USA coraz bardziej otwarcie pokazuje, że chce wypowiedzieć nam sojusz?
Czyta się kilka minut
Żołnierze z brytyjsko-niemieckiego batalionu inżynieryjnego forsują Wisłę pod Gniewem podczas międzynarodowych ćwiczeń „Dragon 24. 6 marca 2024 r. // Fot. Sean Gallup / Getty Images
Żołnierze z brytyjsko-niemieckiego batalionu inżynieryjnego forsują Wisłę pod Gniewem podczas międzynarodowych ćwiczeń „Dragon 24. 6 marca 2024 r. // Fot. Sean Gallup / Getty Images

Stany Zjednoczone odcinają Ukrainę od pomocy wojskowej. Prezydent USA zapowiada, że jeśli kraje NATO nie będą płacić dość dużo, nie będzie ich bronić. Donald Trump otwarcie chce „resetu” z Moskwą. Premier Tusk mówi w Sejmie, że „Rosja gromadzi siły do pełnoskalowej inwazji nie tylko w Ukrainie, ale też przeciw komuś wyraźnie większemu”, i że każdy dorosły Polak powinien odbyć szkolenie wojskowe.

To informacje z zaledwie jednego, ostatniego tygodnia.

Walcząca Ukraina to dla Europy czas na uzbrojenie

Jesteśmy dziś świadkami geopolitycznych wstrząsów. Kruszą się sojusze, które dotąd uważaliśmy za fundament naszego bezpieczeństwa. To może budzić strach.

Mimo to nie wolno nam tracić z oczu Ukrainy, która miała się bronić trzy dni, tymczasem rosyjską inwazję odpiera już trzy lata i nic nie zapowiada, by zamierzała – nawet pod naciskami amerykańskiego prezydenta – skapitulować na warunkach Moskwy.

Trwa więc wyścig z czasem i to Ukraina, płacąc najwyższą cenę, ten czas nam teraz kupuje, abyśmy się mogli uzbroić, skutecznie odstraszać Rosję i przygotować na ewentualną konfrontację.

„My” to w tym kontekście nie tylko Polska. Europa, uważana przez tak wielu za miałką i bezzębną, w ostatnich dniach pokazuje gotowość przeciwstawienia się Kremlowi. Ma przy tym potężne narzędzia, z którymi nawet Waszyngton musi się liczyć. Transatlantycki rozwód, gdyby miało do niego dojść, zabolałby także Amerykę.

Jak długo Ukraina może się bronić bez wsparcia USA?

Jedno z kluczowych dziś pytań brzmi: jak długo Ukraina da radę się bronić bez pomocy USA. Były szef dyplomacji w Kijowie, Dmytro Kułeba, powiedział, że jego kraj ma zapasy na pół roku. Polscy i ukraińscy eksperci, z którymi rozmawialiśmy, szacują ten czas na pięć do dziewięciu miesięcy, zanim – jak ujął to jeden z nich – „linia frontu zacznie się łamać, a Rosjanie podejmą ofensywę, której dotąd nie byli w stanie skutecznie przeprowadzić”.

Warto pamiętać, że Ukraina już raz przez blisko pół roku była odcięta od pomocy z USA, gdy od późnej jesieni 2023 r. aż do kwietnia 2024 r. ciągnęły się negocjacje między administracją Joego Bidena a Izbą Reprezentantów; zachęcani przez Trumpa Republikanie, którzy już wtedy mieli w niej większość, blokowali uchwalenie przez parlament federalny USA pieniędzy na dalszą pomoc.

Co więcej, pakiety pomocowe USA – te przyjęte jeszcze przez administrację Bidena, bo administracja Trumpa nie podjęła decyzji o nowych – i tak wkrótce miały się skończyć. Władze w Kijowie liczyły się więc z kolejną przerwą i gromadziły zapasy. Tyle że magazyny nie są bez dna, a sami Europejczycy nie będą w stanie ich zapełnić tak, by zrekompensować to, co dotąd dostarczali Amerykanie.

Amerykańskie wsparcie dla Ukrainy: co jest do stracenia?

Szacuje się, że do tej pory Ukraińcy mniej więcej w jednej trzeciej polegali na pomocy wojskowej z USA, a w jednej trzeciej na tym, co dostarczała Europa. Resztę zaś produkowali sami i – co warto podkreślić, za raportem Ośrodka Studiów Wschodnich – w trzy lata odbudowali przemysł zbrojeniowy, poważnie zniszczony na początku inwazji.

Drony, których stali się jednym z największych producentów na świecie (200 tys. sztuk miesięcznie), są dla Ukrainy kluczowym narzędziem prowadzenia wojny: odpowiadają za ponad 60 proc. zniszczeń rosyjskiego sprzętu. Ukraińcy coraz lepiej radzą też sobie z produkcją pocisków artyleryjskich i moździerzowych (2,5 mln sztuk w 2024 r., tj. czternaście razy więcej niż przed inwazją). To jednak wciąż mało.

Europa będzie mieć problem z wypełnieniem luki po Stanach w zakresie opancerzonych pojazdów bojowych, haubic czy precyzyjnej amunicji, bo od lutego 2022 r. opróżniła własne magazyny, a nowego sprzętu nie wyprodukowała. „Nie ma sensu grzebać w szafce, która już została do czysta wyskrobana” – tak to opisał w rozmowie z tygodnikiem „Economist” Tom Waldwyn z Międzynarodowego Instytutu Studiów Strategicznych.

Równie poważnym wyzwaniem jest to, że nie da się zastąpić niektórych amerykańskich systemów ich europejskimi odpowiednikami, bo te nie istnieją. – Tu największy problem dotyczy obrony powietrznej i niektórych typów amunicji dalekiego zasięgu – mówi nam komandor porucznik rezerwy Maksymilian Dura, ekspert portalu Defence24.

Wymienia się zwłaszcza systemy Patriot i pociski do nich. Wyrwą w obronie może stać się też brak dostępu do danych wywiadu radioelektronicznego, niezbędnego np. do wykrywania ataków bomb szybujących. Jakie mogą być tego skutki?

 – Najbardziej odczuwalne będą nie tyle na froncie, co w ukraińskich miastach i najwyższą cenę zapłacą cywile, bo to na takich systemach opiera się ochrona przeciwlotnicza – twierdzi kmdr Dura.

Dlaczego czas działa na niekorzyść Rosji?

Czas działa na niekorzyść Ukraińców, ale również Rosjan. Bez względu na to, jaką ekwilibrystykę wykonują ekonomiści w Moskwie, wskazując wzrost PKB na poziomie 3,5 proc. (wyższy od średniej światowej), to gospodarka Rosji jest przegrzana i niezrównoważona.

O tym, jak bardzo cisną ją sankcje, świadczy choćby to, że ich zniesienie było pierwszym, o co prosili Rosjanie podczas rozmów z wysłannikami USA w Rijadzie. Jednocześnie wojna w Ukrainie staje się dla Rosji coraz droższa. W tym roku wydatki na budżet obronny podniesiono o blisko 3 bln rubli (33 mld dolarów), do 6,7 proc. jej PKB.

Do tego także Rosja ma problemy z uzbrojeniem. Jeden z naszych rozmówców określił to obrazowo: – Tu nie ma filozofii, jest czysta matematyka.

To znaczy? – Przed inwazją o sile Rosji stanowił jej sprzęt w magazynach – tłumaczy ekspert (prosił o anonimowość). – Tyle że Ukraińcy przez trzy lata znaczną część tego sprzętu zezłomowali na polu walki. Rosyjskie magazyny są prawie puste. Rosja wprawdzie produkuje m.in. nowe czołgi i twierdzi, że nawet tysiąc sztuk rocznie, ale w rzeczywistości udaje jej się wyprodukować niewiele ponad połowę z tego. A Ukraińcy i tak całą tę roczną produkcję złomują w cztery-pięć miesięcy.

– Z dokładnością takich szacunków można dyskutować, bo nie mamy precyzyjnych danych, ale z grubsza tak to wygląda. Problem jednak w tym, że gdy Rosji zabrakło artylerii dalekiego zasięgu, kupiła ją w Korei Północnej. Najpewniej, gdy zabraknie czołgów czy innego sprzętu, kupią go albo dostaną z Pjongjangu – mówi nam z kolei Mariusz Cielma, redaktor naczelny „Nowej Techniki Wojskowej”.

„Deal” amerykańsko-europejski, którego nie było

Na początku lutego – tj. na miesiąc przed tym, jak Trump odciął Kijów do pomocy – agencja Reuters informowała, że Biały Dom naciska sojuszników z Europy, by złożyli w USA zamówienia na broń dla Ukrainy. W związku z tym w europejskich stolicach omawiano ponoć plan przeznaczenia na ten cel w ciągu czterech lat 200 mld dolarów.

Jak się wydawało, ten „deal” pozwoliłby upiec wiele pieczeni na jednym ogniu: zapewniłby broń Ukrainie, zaspokoił żądanie prezydenta USA, by Europa mocniej angażowała się w pomoc, oraz od ręki eliminowałby część deficytu handlowego między USA a UE (na co naciska Trump).

Specjalny wysłannik Białego Domu ds. Ukrainy i Rosji, gen. Keith Kellogg, sygnalizował, że temat ten będzie omawiany podczas Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium. Tej samej, na której wiceprezydent J.D. Vance zrugał Europejczyków za rzekome odejście od wspólnych wartości. Nie wiadomo jednak, czy oferta w ogóle wylądowała na stole.

Później zaś sprawy toczyły się już błyskawicznie: najpierw próba wymuszenia drakońskiej, kolonialnej umowy surowcowej z Ukrainą (bez dania jej gwarancji bezpieczeństwa), upokarzanie prezydenta Zełenskiego w Białym Domu, umizgi Trumpa pod adresem „pragnącego pokoju” Putina, podważanie wiarygodności Europejczyków i NATO, wreszcie odcięcie Ukrainy od pomocy USA.

W kontrze do Trumpa uczynimy Europę znowu silną

„Nie jest naszym zadaniem recenzować, dla samej satysfakcji i retoryki, polityki naszego największego sojusznika. Naszym zadaniem jest wyciągać wnioski dla naszego bezpieczeństwa z tych posunięć i z tej zmiany” – mówił w piątek 7 marca w Sejmie premier Donald Tusk.

Dzień wcześniej przywódcy Unii Europejskiej zatwierdzili plan „ReArm Europe”, odbudowy zdolności obronnych Europy. Zakłada on uwolnienie 800 mld euro, które państwa członkowskie mogą przeznaczyć na inwestycje w obronność.

ReArm Europe

Unijny plan zakłada mobilizację do 800 mld euro. Fundusze mają pochodzić z krajowych budżetów oraz z nowego mechanizmu umożliwiającego wspólne zadłużanie się.

Jeśli państwa Unii Europejskiej zwiększą wydatki obronne o 1,5 proc. PKB, stworzy to przestrzeń fiskalną o wartości blisko 650 mld euro w ciągu czterech lat. Dodatkowo, nowy instrument finansowy ma pozyskać 150 mld euro poprzez emisję obligacji i udzielanie pożyczek.

Model ten przypomina mechanizm SURE stosowany podczas pandemii, jednak środki będą przyznawane jako pożyczki, a nie dotacje, co umożliwi szybkie finansowanie kluczowych projektów obronnych.

Bruksela jednocześnie aktywuje tzw. klauzulę ucieczkową z Paktu Stabilności i Wzrostu, umożliwiającą państwom członkowskim omijanie restrykcyjnych limitów deficytu i zadłużenia.

Wydawać by się mogło, że taki plan spotka się z pozytywnym odbiorem ze strony Donalda Trumpa. Ten przecież w przeszłości wielokrotnie powtarzał, że Europa musi wydawać więcej na własną obronę, i że musi wziąć większą odpowiedzialność za pomoc Ukrainie. Ale zamiast tego prezydent USA stwierdził, że działania Europy „mogą doprowadzić do III wojny światowej”.

„Odwrócony Kisinger”: zwodnicza historyczna analogia

Czego więc chce Donald Trump? On sam twierdzi, że pokoju w Ukrainie. W jaki dokładnie sposób chce ten cel osiągnąć i jakim kosztem, można tylko spekulować.

Historyczne analogie bywają pomocne. Jednak pojawiające się w przestrzeni publicznej nazywanie strategii Trumpa „odwróconym Kissingerem” to nieporozumienie. W 1971 r. szef dyplomacji USA doprowadził do wizyty prezydenta Richarda Nixona w Pekinie, co zakończyło ponad 20-letnią izolację komunistycznych Chin w świecie.

Zmieniło to także globalny układ sił: obawiając się sojuszu Waszyngton–Pekin, Sowieci musieli przerzucić część wojsk na granicę z Chinami, co osłabiło ich potencjał w Europie i doprowadziło do złagodzenia stanowiska wobec Zachodu, otwierając potem drzwi do negocjacji traktatów rozbrojeniowych.

Dziś część analityków twierdzi, że celem Trumpa jest rozbicie sojuszu Pekin–Moskwa, bo chce mieć Rosjan po swojej stronie w konfrontacji z Chinami. I że tym można tłumaczyć fakt, że jak na tacy serwuje Rosjanom ukraińską suwerenność.

– Wbicie klina między Pekin a Moskwę to mrzonka przede wszystkim dlatego, że Rosja nie jest zainteresowana żadnym ścisłym sojuszem ze światem Zachodu – mówi nam dr Łukasz Tolak, ekspert ds. bezpieczeństwa międzynarodowego w Collegium Civitas.

– Moskwa chce zachować autonomię w układzie międzynarodowym, nawet jeśli rozumie, że 140 mln Rosjan nie stanowi żadnej konkurencji dla Chin ani dla USA. Drugim jej celem jest uzyskanie od Amerykanów dostępu do technologii, które umożliwią jej modernizację sił zbrojnych – uważa Łukasz Tolak.

Trump zachowuje się odwrotnie niż Reagan

O intencjach rosyjskiego dyktatora doskonale świadczy fakt, że odkąd zadeklarował gotowość do rozmów pokojowych (o czym Trump przypomina właściwie codziennie), ludzie z jego bliskiego otoczenia mantrują (również codziennie), że „jakichkolwiek kompromisów” w sprawie Ukrainy nie będzie. Oraz że Rosja – jak ujął to już sam włodarz Kremla – „choć wybiera opcję pokojową, nie zamierza poddać się nikomu”.

Jednocześnie od ogłoszenia przez prezydenta USA, że „Putin pragnie pokoju”, rosyjska armia nasiliła działania w Ukrainie. W nocy z 5 na 6 marca przeprowadziła jeden z największych w ostatnich miesiącach ataków powietrznych – zginęło 20 ukraińskich cywilów.

Inną analogią historyczną, przywoływaną nawet przez samego Trumpa, jest odniesienie do strategii „pokoju przez siłę” Ronalda Reagana, prezydenta USA z lat 1981-89. Zakładała ona, że USA muszą demonstrować siłę militarną i gospodarczą, odstraszając wrogów i wspierając sojuszników. Zaprocentowała już po tym, jak Reagana zastąpił George Bush senior: Związek Sowiecki i jego blok wschodni nie wytrzymały wyścigu zbrojeń z Zachodem.

„To, co robi Trump w sprawie Ukrainy, to dokładne przeciwieństwo strategii Reagana, bo każdym swoim działaniem wzmacnia Rosjan, a zamiast siły okazuje im słabość” – mówił niedawno w CNN John Bolton, doradca ds. bezpieczeństwa za pierwszej kadencji Trumpa. Z kolei senatorka Elissa Slotkin z Partii Demokratycznej stwierdziła, że cieszy się, iż to Reagan w latach 80. był u władzy, bo „Trump przegrałby zimną wojnę”.

Z perspektywy potencjału nuklearnego

Najbardziej prawdopodobnym i logicznym wytłumaczeniem działań prezydenta USA jest to, iż uznał Europę za słabą i zwyczajnie do niczego mu niepotrzebną. Co innego Rosja. Ta ma doskonałe stosunki z Pekinem, ale też z Iranem i Koreą Północną, które USA uznają za zagrożenie. Do tego ma potencjał nuklearny: 5 tys. taktycznych głowic, z czego 1,5 tys. rozmieszczonych i gotowych do użycia (tak samo jak USA; Chiny mają ich „tylko” 600).

Wiele wskazuje, że to właśnie rosyjskie głowice jądrowe – a nie potencjał gospodarki czy jakieś szemrane układy biznesowe – otworzyły Kremlowi drogę do rozmów z Waszyngtonem.

– Amerykański prezydent nie chce nowego wyścigu zbrojeń. Zresztą już zadeklarował, że chciałby zmniejszenia o połowę nakładów na zbrojenia i planuje w tej sprawie rozmawiać zarówno z Rosją, jak i Chinami. Z jego biznesowego punktu widzenia wydawanie miliardów dolarów na utrzymanie broni nie ma sensu – mówi dr Łukasz Tolak.

Atomówki Macrona

Inni patrzą na to i wyciągają własne wnioski.

– Na miejscu Iranu w ogóle bym się nie zastanawiał nad budową broni atomowej, bo dziś tylko ona wydaje się gwarantem bezpieczeństwa przez atakiem z zewnątrz – mówi kmdr Maksymilian Dura.

Gorzko tę lekcję przerobiła Ukraina, która na początku lat 90. XX w. – zaraz po rozpadzie Związku Sowieckiego – miała na swoim terytorium trzeci co do wielkości arsenał nuklearny na świecie (2 tys. głowic), ale pozwoliła się rozbroić.

Z obecnej sytuacji wnioski wyciągnęli też Europejczycy. Ponieważ brytyjski arsenał jądrowy opiera się na rakietach budowanych i serwisowanych w USA, w Europie tylko Francja ma niezależny nuklearny potencjał odstraszania. Prezydent Emmanuel Macron już zaoferował atomowe gwarancje europejskim sojusznikom. Donald Tusk przyznał, że Warszawa rozważa skorzystanie z tej oferty. „Czeka nas bardzo poważny wyścig i to jest wyścig o bezpieczeństwo, a nie wyścig do wojny” – mówił premier w Sejmie.

Takie działania są tym ważniejsze, że w 2026 r. wygasa traktat New START, który zobowiązywał USA i Rosję do ograniczenia liczby głowic nuklearnych i środków ich przenoszenia (Kreml zawiesił swój udział w 2023 r.).

– Kiedy ten traktat przestanie zupełnie obowiązywać, istnieje ryzyko, że strony zaczną szybko zwiększać arsenały strategiczne o następne dziesiątki i setki głowic gotowych do użycia – mówi dr Tolak.

Nowa europejska strategia obrony

Oferta Macrona dotyka istotnego aspektu funkcjonowania Sojuszu – strategii  nuklearnego odstraszania agresora. USA odgrywały w niej dotąd kluczową rolę. Jak będzie teraz, gdy Trump coraz bardziej otwarcie daje do zrozumienia, że nie czuje się związany słynnym artykułem piątym traktatu o NATO i unika odpowiedzi, czy broniłby krajów bałtyckich?

Na razie (a przynajmniej w czasie kończenia tego tekstu, w niedzielę 9 marca; realia zmieniają się szybko) poza kilkoma republikańskimi senatorami i Elonem Muskiem nikt głośno nie mówi o wychodzeniu z NATO.

Z naszych informacji wynika jednak, że w europejskich stolicach trwają rozmowy o nowej wspólnej strategii obronnej dla naszego kontynentu. Już bez Amerykanów.

– Zbudowanie europejskiej armii można włożyć między bajki nie tylko z przyczyn logistycznych, ale także dlatego, że nikt nie ma zamiaru dawać Donaldowi Trumpowi pretekstu do wyjścia Stanów Zjednoczonych z NATO – mówi nam Jerzy Marek Nowakowski, dyrektor Akademickiego Centrum Analiz Strategicznych przy Akademii Sztuki Wojennej. – Nie chcemy konfrontacji ani rozbijania Sojuszu.

– Dużo bardziej prawdopodobne jest – uważa Nowakowski – wykorzystanie już istniejących struktur i procedur NATO, aby wzmocnić i zwiększyć samodzielność jego europejskiego filaru. To nie tylko pozwoliłoby na utrzymanie NATO, ale też spełniło żądania amerykańskiego prezydenta, by Europa wzięła odpowiedzialność za swoje bezpieczeństwo.

Rozmowy w tej sprawie zostaną podjęte podczas planowanego na czerwiec szczytu Sojuszu w Hadze. O ile do niego w ogóle dojdzie. A jeśli nie dojdzie, to tym bardziej mogą być nieuniknione.

Europa zapłaci rachunek, ale niekoniecznie Stanom Zjednoczonym

Temat stworzenia wspólnych europejskich sił zbrojnych od lat zamykało twierdzenie, że nie ma sensu dublować NATO. Europejczycy sądzili również, że dzięki silnemu sojuszowi z USA zawsze będą mogli kupować niezbędne uzbrojenie od tego państwa, nie czuli więc szczególnej potrzeby, by rozbudowywać swoją zbrojeniówkę.

Szczególnie, że w kwestii zbrojeń Amerykanie mieli przewagę: Pentagon jest jeden, a Europa to 30 państw sojuszniczych, ich 30 armii oraz 30 zestawów priorytetów i wymagań.

– Inne interesy będzie miał szwedzki, inne hiszpański, a jeszcze inne polski pancerniak. Trudno je wyśrodkować i opracować wspólne wymagania sprzętowe – mówi Mariusz Cielma. Redaktor naczelny „Nowej Techniki Wojskowej” dodaje, że nawet jeśli w Europie podejmowano wspólne projekty, zwykle przynosiły marny efekt: – A inwestycje pojedynczych państw czy nawet niewielkich grup krajów wszystkiego załatwić nie mogły, stąd w Europie części rozwiązań nie opracowywano. Wygodniej było je kupić.

Szczególnie, że „w pakiecie” były gwarancje bezpieczeństwa USA, cenniejsze od rakiet, czołgów czy myśliwców. Tak postąpiła m.in. Finlandia, wybierając amerykańskie samoloty F-35 zamiast tańszych szwedzkich Gripenów.

Jednak ta filozofia „outsourcingu” w sferze bezpieczeństwa to dziś już przeszłość.

Żołnierze, czołgi, armaty: czy Europa jest zdolna sama się uzbroić?

W piątek 7 marca, gdy premier Tusk wygłaszał w Sejmie informację o sytuacji międzynarodowej i ostrzegał przed zagrożeniem ze wschodu, Litewska Służba Bezpieczeństwa Państwowego opublikowała odtajnioną ocenę zagrożenia dla naszego regionu. Jej konkluzją jest to, że Rosja będzie mieć możliwości przeprowadzenia ograniczonej kampanii przeciw jednemu lub kilku krajom NATO w ciągu trzech do pięciu lat.

Porównanie wydatków na obronność w 2024 r.

  • UNIA EUROPEJSKA

W 2024 r. wydatki na obronność państw wspólnoty sięgnęły 326 mld euro (353,9 mld dolarów), czyli średnio około 1,9 proc. unijnego PKB. W latach 2021–24 całkowite wydatki na ten cel wzrosły o ponad 30 proc.

  • STANY ZJEDNOCZONE

W 2024 r. budżet obronny USA wynosił 886 mld dolarów (819,9 mld euro). W tym roku wzrósł do 895 mld dolarów. W ustawie przyjętej przez Izbę Reprezentantów znalazło się też dodatkowe 300 mln pomocy dla Ukrainy.

  • ROSJA

Budżet militarny Rosji w 2024 r. wynosił 10,4 bln rubli (113,1 mld euro, 122,4 mld dolarów). W 2025 r. został zatwierdzony do rekordowego poziomu 13,5 bln rubli, co stanowić będzie 6,2 proc. PKB Rosji.

Europa – nawet bez wsparcia USA – może być na to gotowa. Ale musi zacząć działać już teraz.

Według szacunków brukselskiego think tanku Bruegel i Instytutu Gospodarki Światowej w Kilonii Europa, aby odpowiedzieć na zagrożenie z Rosji, potrzebuje 300 tys. dodatkowych żołnierzy, 1,4 tys. nowych czołgów i 2 tys. pojazdów opancerzonych. Wydatki na obronność, które obecnie wynoszą ok. 2 proc. PKB, powinny wzrosnąć do 3,5 proc. PKB, co oznacza dodatkowe 250 mld euro rocznie.

Stać nas na to. „Dodatkowe koszty stanowią zaledwie 1,5 proc. PKB Unii Europejskiej. To mniej niż zmobilizowano podczas pandemii” – pisze prof. Guntram Wollf z Instytutu w Kilonii. Jednocześnie, jego zdaniem, wydatki – zamiast być obciążeniem – mogą stać się impulsem dla drzemiącej europejskiej gospodarki. Jednak pod warunkiem, że pieniądze zostaną wydane w Unii. Z wyliczeń Wolffa wynika, że zbrojenia – jeśli będą finansowane z pożyczek, a nie z podatków – mogłyby zwiększyć PKB Unii w skali od 0,9 do 1,5 proc.

Zasypanie niektórych braków wymaga jednak nie tylko wieloletnich wysiłków, ale będzie się też wiązać z dalszym uzależnieniem od USA. – Na zbudowanie na przykład europejskich samolotów nowej generacji potrzeba ok. 10 lat, więc w tym czasie wszyscy użytkownicy F-35 pozostaną od nich zależni. Tak samo dziś jest z systemem Patriot. Jego europejski odpowiednik SAMP/T co prawda istnieje, ale wymaga dopracowania i zwiększenia skali produkcji, a to także zajmie lata – mówi nam Andrzej Kiński, ekspert Zespołu Badań i Analiz Militarnych.

Ile już tracą Stany Zjednoczone na polityce europejskiej Trumpa?

W 2024 r. sprzedaż amerykańskiej broni w świecie osiągnęła rekordowy poziom 318 mld dolarów – i ten zysk dla Ameryki był w znacznej mierze możliwy dzięki zamówieniom dla Ukrainy i od europejskich partnerów. Tyle że od początku 2025 r. akcje wszystkich koncernów zbrojeniowych w USA tracą na wartości. Natomiast ich europejscy rywale, po ogłoszeniu unijnych planów, notują wzrosty nawet o 40 procent.

Z przecieków, które trafiają do amerykańskich mediów, wynika, że do Białego Domu już ruszają pielgrzymki biznesu zbrojeniowego, któremu rekordowe zamówienia z Europy mogą przejść koło nosa. A na tym nie koniec, bo w kilku europejskich stolicach coraz głośniej mówi się o odwołaniu lub renegocjacji wielomiliardowych kontraktów już podpisanych z Amerykanami.

Przyczyna jest oczywista. Skoro USA mogą dziś „wyciągnąć wtyczkę” Ukraińcom i  zdalnie ograniczyć zdolności amerykańskiego uzbrojenia używanego na froncie – a dotyczyć to ma wedle doniesień mediów wyrzutni HIMARS czy pocisków manewrujących – to Amerykanie dokładnie to samo mogą zrobić każdemu odbiorcy ich sprzętu.

Stany Zjednoczone też zależą militarnie od Europy

Militarnie nie tylko Europa jest uzależniona od USA – zależność ta działa również w drugą stronę. Sztokholmski Instytut Badań nad Pokojem wylicza, że w 2023 r. Amerykanie kupili w Europie uzbrojenie i sprzęt wojskowy za 567 mln dolarów.

– USA również używają europejskich systemów uzbrojenia. Na przykład lekkie 155-mm działo M777 używane przez amerykańską armię to konstrukcja brytyjskiego BAE Systems. Włoski koncern Leonardo wygrał przetarg na śmigłowiec szkolny dla marynarki wojennej i armii lądowej USA. Amerykańska przeciwpancerna amunicja czołgowa, ta ze rdzeniami ze zubożonego uranu, lata dzięki opracowanym w Niemczech ładunkom miotającym, a armaty do czołgów Abrams produkowane są na licencji niemieckiego koncernu Rheinmetall – wylicza ekspert Andrzej Kiński.

Amerykanie potrzebują też europejskiego know-how m.in. w kwestii budowy statków zdolnych do operowania w Arktyce. Trump chce wyposażyć armię w 40 dużych lodołamaczy, ale tamtejsze stocznie nie umieją ich zbudować, więc Waszyngton planował skorzystać tu z pomocy Finlandii.

W tej sytuacji naturalne jest, że europejscy politycy i wojskowi muszą się dziś zastanawiać, czy amerykański sojusznik nie postąpi w podobny sposób, jeśli podczas konfliktu Rosja–Europa uzna, iż nie jest mu po drodze z Europejczykami.

Syrena alarmowa dla Europy

Kryzys transatlantyckiego kręgu cywilizacyjno-kulturowego widoczny był dla każdego, kto miał odwagę patrzeć, a ład międzynarodowy od dawna po cichu się sypał. Po rosyjskiej agresji na Ukrainę rozbrzmiał dźwięk ostrzegania, ale tylko nieliczni w Europie rzeczywiście zwrócili na niego uwagę. Większość go zignorowała.

Dopiero powrót Donalda Trumpa do Białego Domu i decyzje pierwszych tygodni jego urzędowania sprawiły, że ten sygnał zamienił się w syrenę alarmową. Na czele państwa o wciąż największym indywidualnym potencjale stanął człowiek, który twierdzi, że ten, kto służy własnemu państwu, nie łamie żadnych praw.

My, Europejczycy, wciąż mamy szansę wyjść z tego kryzysu obronną ręką. Mamy wszelkie narzędzia, by wzmocnić nasz system obronny, nie tylko w wymiarze wojskowym, ale również naszych wartości. Jeśli tego nie zrobimy, pozostaje nam pogodzić się nie tylko z końcem epoki Europy, która decyduje o własnym losie. Przede wszystkim będziemy musieli pogodzić się ze światem rządzonym przez sojusz dyktatorów, dla których jedyną miarą szacunku dla innych jest liczba posiadanych głowic atomowych.


Premier Donald Tusk wśród polskich żołnierzy, którzy stacjonują przy granicy z rosyjskim obwodem kaliningradzkim koło wsi Dąbrówka, na północ od Węgorzewa. 30 listopada 2024 r. // Fot. NurPhoto / Getty Images

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 11/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Damy radę bez Trumpa