Czy NATO rozbije się o Grenlandię? Jak polityka Trumpa może zmienić sytuację świata

Justyna Gotkowska, wiceszefowa Ośrodka Studiów Wschodnich: Gdyby Amerykanie przejęli Grenlandię siłą, Sojusz Północnoatlantycki znalazłby się w ogromnym kryzysie.
Czyta się kilka minut
Wiceprezydent JD Vance z wizytą w amerykańskiej bazie Pituffik na Grenlandii, 25 marca 2025 r. // fot. Jim Watson - Pool / Getty Images
Wiceprezydent JD Vance z wizytą w amerykańskiej bazie Pituffik na Grenlandii, 25 marca 2025 r. // fot. Jim Watson - Pool / Getty Images

Jacek Stawiski: Co to jest doktryna Donroe’a?

Justyna Gotkowska: Nazwa jest dosyć komiczna: chodzi o grę słów wziętą z połączenia imienia obecnego prezydenta USA z nazwiskiem prezydenta Jamesa Monroe’a, który w 1823 r. ostrzegł Europę przed wtrącaniem się w sprawy zachodniej półkuli, deklarując równocześnie, że Stany nie będą się wtrącać w sprawy europejskie.

Dziś zmodyfikowana doktryna Monroe’a prezydenta Trumpa wydaje się zakładać ustanowienie nowych stref wpływów: amerykańska Strategia Bezpieczeństwa Narodowego głosi, że dominacja USA na zachodniej półkuli nie podlega dyskusji. Amerykę Południową i Grenlandię uznaje się za obszar istotny dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych, zarówno w kontekście bezpieczeństwa wewnętrznego, jak zewnętrznego. 

Połączenie z bezpieczeństwem wewnętrznym widać przede wszystkim w przypadku Wenezueli: operacja służb specjalnych, zakończona uprowadzeniem prezydenta Maduro z Caracas i postawieniem go przed amerykańskim sądem, jest przedstawiana jako akt policyjny, nie interwencja wojskowa. W przypadku Grenlandii zaś mówi się o bezpieczeństwie zewnętrznym: o znaczeniu tego obszaru dziś i w przyszłości dla monitorowania Arktyki i o uniemożliwieniu wejścia tam Rosji i Chin.

Waszyngton definiuje więc swoją strefę wpływów politycznych, gospodarczych i wojskowych, z której chce wypychać Moskwę i Pekin. Chce też móc korzystać ze znajdujących się w niej surowców naturalnych: w Wenezueli Amerykanie już przejęli kontrolę nad eksportem wenezuelskiej ropy.

Jeśli dobrze rozumiem, Strategia Bezpieczeństwa Narodowego rozszerza doktrynę Monroe’a. W XIX wieku kluczem była zasada neutralności i odrębności obu Ameryk. 

Kraje Ameryki Południowej budowały swoją państwowość, odrywały się od Hiszpanii i Portugalii, a amerykański przywódca mówił: „Europejczycy, trzymajcie się z dala od nowych państw, które powstały w kontrze do europejskiego kolonializmu”. 

Dziś jednak mamy do czynienia z kolonializmem Stanów Zjednoczonych.

To prawda, że w 1823 r. chodziło o ograniczanie albo wypychanie imperializmów europejskich z obu Ameryk. Później doszło jednak do zmiany tej doktryny na bardziej asertywną. Stany Zjednoczone interweniowały w Ameryce Południowej i militarnie, i gospodarczo. O traktowaniu tego kontynentu jako strefy wpływów USA można było mówić już w początkach XX w.

Obecną sytuację zestawiałabym raczej ze światem zimnej wojny, podczas której Stany Zjednoczone wypychały z Ameryki Południowej swojego strategicznego przeciwnika, czyli Związek Radziecki. W szczególności po rewolucji kubańskiej Waszyngton zaczął wspierać tamtejsze reżimy prawicowe i dyktatury wojskowe, żeby ograniczyć wpływy radzieckie i zapewnić sobie bezpieczeństwo w regionie, nie tylko środkami militarnymi, ale też gospodarczymi.

Dziś rywalami strategicznymi USA są Chiny i Rosja. A UE? Czy ją również Amerykanie będą wypychać, skoro zawarła porozumienie handlowe z Mercosur – najsilniejszą organizacją gospodarczą państw Ameryki Południowej?

Waszyngton nie traktuje współpracy handlowej z Ameryką Południową w kategoriach wyłączności, ale niewątpliwie administracja Trumpa postrzega UE jako przeciwnika gospodarczego. Z tej perspektywy umowa Unii z Mercosur może być uważana za niekorzystną dla Stanów Zjednoczonych.

A czy Grenlandia może stać się częścią Stanów Zjednoczonych? Na ile zmieni to relacje z Danią, która zawsze była bliskim sojusznikiem USA i trzymała się na dystans od pewnych projektów europejskich, żeby nie osłabiać więzi z Ameryką?

Moim zdaniem to zależy przede wszystkim od Grenlandczyków. Paradoksalnie, nie od Danii.

Kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców wyspy zadecyduje, być może, o losie zachodniego sojuszu?

Trudno sobie w tej chwili wyobrazić militarne przejęcie wyspy przez Stany Zjednoczone. Ameryka ma na Grenlandii bazę wojskową, ma instalacje radarowe wczesnego ostrzegania – i ma pełną możliwość rozbudowania swojej obecności na wyspie we współpracy zarówno z Grenlandią, jak i Danią. Militarnym przejęciem wywołałaby też ogromne kontrowersje w samych USA.

W nowym rozumieniu relacji międzynarodowych Amerykanie chcą mieć jednak nad Grenlandią pełną kontrolę. Ta pełna kontrola może być zrealizowana tylko na drodze ogłoszenia przez Grenlandczyków niepodległości i zawarcia jakiegoś stowarzyszenia z USA.

Od lat mieszkańcy wyspy dyskutowali o niepodległości, ale nie zdecydowali się na nią. Partie opowiadające się za niepodległością są popularne, ale obecna sytuacja mocno zaniepokoiła również samych Grenlandczyków. Jak każdy, nawet najmniejszy naród, również oni nie chcą być przedmiotem gry: chcą być podmiotem, więc niechętnie odnoszą się do amerykańskich zakusów, zwłaszcza wyrażanych tak dobitnie i agresywnie. Jeżeli uda się Stanom Zjednoczonym zmienić tę narrację, wpłynąć na opinię publiczną w Grenlandii, przedstawić korzystną ofertę grenlandzkim politykom, być może wyspa pójdzie tą drogą.

Najprostszy wariant to po prostu rozbudowa obecności amerykańskiej na Grenlandii bez zmiany statusu tego obszaru.

Oczywiście z perspektywy europejskiej, z perspektywy duńskiej i grenlandzkiej byłoby to najlepsze rozwiązanie, ale wydaje się, że prezydent Trump ma swoje idées fixes i jest wśród nich również rozszerzenie amerykańskiego terytorium. Tu wchodzi w grę myślenie bardziej ideologiczne niż praktyczne.

Szefowa rządu Danii uważa, że zajęcie Grenlandii przez Stany Zjednoczone bez zgody Danii i Grenlandczyków oznacza koniec NATO. Zgadza się Pani z tym?

Gdyby jedno państwo sojusznicze wystąpiło przeciw drugiemu, gdyby doszło do siłowego, bezprawnego przejęcia Grenlandii, byłby to ogromny problem dla NATO. Pytanie, co przeważyłoby? Czy interes utrzymania wspólnoty transatlantyckiej z perspektywy największych państw członkowskich i z perspektywy państw północno-wschodniej flanki, czy faktycznie rozłam?

Jesteśmy w trudnym momencie. Niewątpliwie państwa europejskie przyspieszają zbrojenia i starają się usamodzielnić, ale musimy sobie zdawać sprawę, że od Amerykanów jesteśmy uzależnieni w kluczowych zdolnościach konwencjonalnych oraz w zakresie odstraszania nuklearnego. Tego wszystkiego w krótkim czasie Europa nie jest w stanie sama rozwinąć. 

A gdyby Amerykanie przejęli Grenlandię siłą?

Nie wykluczam, że faktycznie NATO znalazłoby się w ogromnym kryzysie i przeszlibyśmy być może w większym stopniu do bilateralnej współpracy wojskowej ze Stanami Zjednoczonymi: polsko-amerykańskiej, niemiecko-amerykańskiej, francusko-amerykańskiej itd. Ale uważam, że prawdopodobieństwo wystąpienia takiej sytuacji jest jeszcze odległe.

Administracja Trumpa i sam prezydent wywierają presję, bo chcą uzyskać korzystny dla siebie wynik. To ich stała metoda: przypomnijmy sobie ostatni rok negocjacji w sprawie wojny na Ukrainie i ogromny nacisk Waszyngtonu na Kijów. Gdzie w tej chwili jesteśmy? W momencie, kiedy Amerykanie jednak zgodzili się uczestniczyć w gwarancjach bezpieczeństwa dla Ukrainy i w monitorowaniu linii rozgraniczenia po ewentualnym zakończeniu wojny. Wprowadzone zostały nowe sankcje na rosyjskie koncerny naftowe: Rosnieft i Łukoil.

Oczywiście mamy mniej bezpośredniego wsparcia wojskowego USA dla Ukrainy, ale cała ta sytuacja pokazuje, że prezydent Trump używa różnych środków, żeby osiągnąć swoje cele. Ogromna presja, pod którą stawia nawet sojuszników czy partnerów, jest jednym z elementów gry.

Czy to, co się wydarzyło w Wenezueli, wypełnia definicję obalenia reżimu?

Nie do końca. Amerykanie przeprowadzili dosyć ograniczoną operację, mającą na celu wywiezienie z kraju urzędującego, ale nieuznawanego w wielu światowych stolicach przywódcy. Pełnej inwazji nie było. Zobaczymy, jak ułoży się sytuacja wewnętrzna w kraju, Stany Zjednoczone na pewno nie chcą mieć tam chaosu. Stawiają na powolną, stopniową zmianę reżimu i modyfikację jego polityki.

To zresztą ciekawy i nowy sposób interwencjonizmu amerykańskiego: za Trumpa Waszyngton nie stawia na duże interwencje militarne, które zakończyły się fiaskiem np. w Afganistanie i w Iraku. Teraz chodzi o ograniczone użycie siły i poddanie pod dużą presję polityczną, gospodarczą, wojskową całego aparatu państwowego w celu wymuszenia zmiany korzystnej dla USA.

Dlaczego Europejczycy wpadli teraz w takie osłupienie? Przecież Amerykanie podejmowali już punktowo ważne interwencje – we wspomnianych przez Panią krajach, ale też w Bośni czy w Kosowie.

To prawda: mieliśmy w ostatnich trzech dekadach do czynienia z amerykańskimi interwencjami na granicy prawa międzynarodowego, więc z tej perspektywy operacja w Wenezueli nie musiałaby być czymś nowym. Ale według mnie jest czymś sygnalizującym nową epokę, zwłaszcza w powiązaniu ze wspominaną już przez nas Strategią Bezpieczeństwa Narodowego, która odchodzi od postrzegania USA jako gwaranta liberalnego porządku międzynarodowego, opartego na prawie międzynarodowym i organizacjach wielostronnych.

Administracja Trumpa od tej koncepcji się odżegnuje: wycofuje się z szeregu organizacji i umów międzynarodowych, nie szuka usprawiedliwienia swoich działań normami, wartościami, zasadami prawa międzynarodowego, z czym mieliśmy jednak do czynienia w przeszłości. Mówi wyłącznie o normach amerykańskiego prawa wewnętrznego.

To wpisuje się w koncepcję stref wpływów zapisaną w Strategii. I z tego względu pozwala mówić o wejściu w nową epokę w relacjach międzynarodowych. Epokę, w której główne państwo, dotąd wcześniejszy model utrzymujące i go broniące (chociaż czasami działające obok albo przeciw części jego norm) – teraz ten system całkowicie odrzuca i inaczej definiuje swoją rolę i politykę w wymiarze regionalnym oraz globalnym.

Jak Pani zdaniem akcja wobec Nicolása Maduro zostanie odczytana w Pekinie i w Moskwie? Czy tak, jak byśmy nie chcieli w Polsce, czyli jako powrót do sytuacji, w której największe mocarstwa mają prawo do decydowania o tym, co dzieje się w państwach ich „bliskiej zagranicy”?

Myślę, że w Rosji i Chinach widać plusy i minusy tej całej sytuacji. Stany Zjednoczone pokazały się jako państwo, które potrafi wykonać szybką i efektywną operację wojskową – i które potrafi zrobić to wbrew interesom chińskim i rosyjskim w tamtym regionie. Co więcej: które decyduje się na dosyć agresywne działania wobec Moskwy, np. na zajęcie tankowca pod rosyjską banderą, mimo że w pobliżu są jeszcze rosyjskie okręty podwodne. 

W Caracas w dniu pojmania Nicolása Maduro przebywała chińska delegacja. Wszystko to pokazało Chińczykom i Rosjanom, że Amerykanie również potrafią agresywnie dążyć do realizacji swoich interesów. I co ważne: ta operacja wydarzyła się akurat w Wenezueli, ale Chińczycy i Rosjanie mogą mieć obawy, że powtórzy się w innym miejscu. W tym sensie Amerykanie nie są izolacjonistami: to, że się koncentrują na zachodniej półkuli, nie oznacza, że nie mają interesów w Europie albo na Indo-Pacyfiku.

Z drugiej strony to przejście do świata, który jest zdominowany przez największe mocarstwa i ich strefy wpływów, z perspektywy rosyjskiej i chińskiej jest oczywiście korzystne, bo Pekin i Moskwa również tak chciałyby ustawiać relacje międzynarodowe

Ale wierni sojusznicy Moskwy czy Pekinu mogą dojść do wniosku, że ani Putin, ani Xi Jinping nie są w stanie przyjść im z pomocą. W grudniu 2024 r. Moskwa nie była w stanie obronić Asada w Syrii, teraz ten los spotkał Nicolása Maduro. 

Sytuacja na Bliskim Wschodzie jest bardziej skomplikowana. Po skoncentrowaniu się Rosji na Ukrainie, po wyeliminowaniu wsparcia proirańskich bojówek dla Asada na skutek działań izraelskich, jego upadek przyspieszyły także poczynania Turcji.

A co z Tajwanem? Kwadratura koła polega na tym, że Pekin uważa, iż to terytorium wyłącznie chińskie, a większość państw świata, w tym zachodnich, oczywiście nieformalnie, traktuje tę wyspę jako odrębne państwo. Czy Chiny widząc akcję amerykańską w Wenezueli, dostały wolną rękę do działań wobec Tajwanu?

Chiny wzmacniają swoją pozycję polityczną, wojskową i gospodarczą w regionie – i niewątpliwie chcą odzyskać Tajwan. Czy to zostanie przyspieszone w związku z Wenezuelą? Mam wątpliwości. Pytanie brzmi bowiem także, jaką politykę Waszyngton prowadzi wobec Chin, oraz jaką ma w kwestii Tajwanu.

Strategia Bezpieczeństwa Narodowego mocno podkreśla rywalizację amerykańsko-chińską, ale nie na poziomie strategicznym w regionie Indo-Pacyfiku, lecz na poziomie handlowym. W centrum uwagi jest wzmocnienie gospodarcze USA wobec Chin. Tajwan tam się pojawia jako wyspa istotna ze względu na produkcję półprzewodników, istotna ze względu na gwarantowanie szlaków handlowych, ale nie ma takiej pozycji, jaką miała wcześniej w myśleniu amerykańskim. 

Jest to więc pytanie, na ile Chińczycy będą ze Stanami Zjednoczonymi przeciągać linę, a na ile będą chcieli faktycznie interweniować zbrojnie. Ale konfliktu zbrojnego o Tajwan się w tej chwili nie spodziewam. Moim zdaniem Chińczycy będą grali inaczej: wykorzystując swoją przewagę gospodarczą i wzmacniając swoją pozycję wojskową w regionie tak, żeby stopniowo wypychać Amerykanów.

Jak Amerykanie będą się do tego odnosić?

Uważam, że prezydent Trump nie jest skłonny do pójścia na pełną konfrontację militarną z Chinami, przykładowo o Tajwan. Konfliktu zbrojnego między Chinami a USA za jego prezydentury się raczej nie spodziewam; rywalizacja będzie przebiegać na innych polach: politycznych, gospodarczych, wojskowych. Chodzi o pokazywanie siły, pokazywanie drugiej stronie, że wojna jest przez nią nie do wygrania, ale nie o bezpośredni konflikt zbrojny.

Justyna Gotkowska // Fot. Maciej Zienkiewicz

JUSTYNA GOTKOWSKA jest wicedyrektorką Ośrodka Studiów Wschodnich, kieruje w nim Zespołem Bezpieczeństwa i Obronności.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 03/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Czy NATO rozbije się o Grenlandię