Przecież wiadomo” – słyszę, zwierzając się z frustracji, z jaką przyjęłam pojawienie się w naszym życiu pierwszej żłobkowej zarazy. Wiadomo było, że przyjdzie. Wszyscy przez to przechodzili. A już na pewno przechodziły przez to wszystkie matki, bo to one zostają z chorymi w domu, czy odruchowo, czy stereotypowo, czy dlatego, że i tak częściej mają bardziej elastyczną lub prekarną pracę (żeby móc mieć dzieci).
W każdym razie żadnej to nie dziwi, wszystkie kiwają głowami ze zrozumieniem i zgodą na los. Były tam, niektóre przeżyły pandemię z dziećmi i pracą. Witaj w klubie! – mówią, włączając w swoje grono wiedźm, tych, co już wiedzą, jak to jest.
Moja złość jest jeszcze świeża, zdziwiona, nieukojona. Pierwszy był wstrząs pełnym tygodniem dziecka w żłobku. Dziwnie, ale obiecująco. Strasznie, bo przychodzi taka zmęczona. Co to za system, który chce, żebyś oddawała obcym dziecko na prawie osiem godzin?
Żłobek i chore dziecko
Ale wraz ze żłobkiem pojawiła się wstrząsająca obietnica własnego, niezmąconego czasu. Niesiona optymizmem, szczegółowo zaplanowałam kolejny tydzień. Właściwie to po kilkunastu miesiącach opieki powinnam zrobić sobie małe wakacje w mieście, czas dla siebie. Tak radziły mądre koleżanki. Ale wiadomo, już czeka kolejka zaległych spraw, odkładanych projektów. Gdy już racjonalnie rozsmarowałam najpilniejsze zadania po kartkach kalendarza, przyszła rzeczona żłobkowa zaraza.
Pierwszego dnia jeszcze spojrzałam w kalendarz, zobaczyć, czego jutro nie zrobię. Otarłam łzę i poszłam do pediatry. „To państwa decyzja – powiedziała – w żłobku są na pewno bardziej chore dzieci”. Próbowaliśmy być jak prawdziwi Belgowie, których system nie zna chorobowego na dziecko, ale po dwóch godzinach kazano nam zabrać tę płaczącą kulkę nieszczęścia.
W kolejnych dniach już nie śmiałam zaglądać w anulowane plany. Skupiłam się na tym, co trzeba wykonać bezwzględnie, choćby nocą. A gdy starczało jeszcze energii, zamiast wziąć się za zadania z ukrytej w kalendarzu listy, dałam sobie absolucję generalną i czytałam. Czytałam zachłannie, bo znów potrzebuję, żeby ktoś mi opowiedział, co się ze mną dzieje. Jak łączyć czułość do chorego dziecka z poczuciem bycia spychaną w przepaść opieki, od której żłobek obiecywał przerwę. Skąd ten bunt, skoro było wiadomo?
Książki o macierzyństwie. Małochleb, Sikora i Lewestam
Szczęśliwie miałam co czytać. Akurat Paulina Małochleb wydała swoją książkę o macierzyństwie „Mięśnie mam od miłości”, Agata Sikora w kwietniowym „Znaku” opublikowała zapowiadający książkę „Jak wyjść z siebie” esej o podziale pracy opiekuńczej. I jeszcze ukazały się „Szmaty” Karoliny Lewestam, choć niby o siostrzeństwie, macierzyństwie i córkowaniu, ale tak naprawdę zadziorna i głęboka refleksja o kobietach. Siostry, przybywajcie, rozsiądźcie się na mojej kanapie, gdzie pod kocem styrana dniem z chorym dzieckiem leżę i potrzebuję was posłuchać!
Potrzebuję opowieści i analizy o tym doświadczeniu, napisanej przez osoby, które nie tylko je przeszły, ale też zadają mu głębokie, analityczne pytania. Osadzają w filozofii, antropologii, krytyce systemów społecznych, tłumaczą, patrzą krytycznie, chcą zrozumieć.
Tak, potrzebuję upewnić się, że nie tylko ja różne podziały i decyzje w parze wokół opieki i dziecięcych spraw oglądam i ważę na wadze równości, własnych pragnień i wizji siebie jako matki. Wizji własnej czy jednak cudzej? Jak dobrze, że Agata Sikora też je sobie zadaje. A potem stara się odsunąć wzrok od prywatnych wyborów i zobaczyć szerzej, że układają się w statystyczną prawidłowość i że „ta nieformalna siła ciążenia, która w heteroseksualnych parach »przyciąga« opiekę do kobiety, ma bardzo realne przełożenie na zarobki, szanse zawodowe, ludzkie losy”.
Nie mogę doczekać się jej książki, bo czuję, że objaśni moją nową rzeczywistość. Czy jakiś system robi to w ogóle dobrze? Czy jakieś społeczeństwo, z tych wszystkich bolejących, że kobiety nie rodzą, wymyśliło, co zrobić, by dało się być matką bez wielkiej straty, biedy na starość i innych przykrości?
Nawet „Mięśnie mam od miłości” Małochleb, gęsta, intymna, pełna świetnych literackich i kulturowych odniesień, nie daje jednak tego, czego szukałam. Nie ma tego ostrza – choć często powtarzana opinia o trudności matkowania w późnym kapitalizmie jest oczywiście słuszna, to jakoś wciąż mało.
Niech ktoś w końcu napisze, jakie są właściwie warunki wykonalności macierzyństwa w XXI wieku. Podejrzewam, że wiele z nas podejmuje decyzje o nim trochę bez zastanowienia, jak przemebluje nasze życie, upośledzi oszczędności, czas wolny, wysokość emerytury i karierę. Bo jak się zastanowić, to trochę strach. A społeczeństwa i tak pytają, gdzie te dzieci. No gdzie?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















