Świat w objęciach chińskiego smoka. Jaką geopolitykę dyktuje Pekin

Gdy Ameryka Trumpa i ruchu MAGA zajęta jest sobą, miejsce globalnego hegemona zajmują Chiny. Prezydent Xi ma nie tylko atuty w postaci metali ziem rzadkich. Ma też wizję.
Czyta się kilka minut
Ilustracja: APAYO / Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”
Ilustracja: APAYO / Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Fareed Zakaria nazywa to „czasem rewolucji”. Stary ład nie funkcjonuje. Nowego brak. Znaleźliśmy się w geostrategicznym przeciągu, w którym pewne jest tylko jedno.

Coraz silniej wieje ze wschodu.

Metalowa pięść: o czym rozmawiali Trump i Xi Jinping

Władze Komunistycznej Partii Chin zaprezentowały właśnie założenia polityki na lata 2026-30. Na najbliższą pięciolatkę Pekin ma zupełnie inne priorytety niż dotąd. Stawia już nie na ilość, lecz na „wzrost wysokiej jakości”, co jest tam teraz pojęciem używanym równie często jak „walka” (douzheng) – bój o swoje, i bój z innymi, począwszy od Amerykanów.

Druga kadencja Donalda Trumpa wniosła do relacji USA–Chiny nową dynamikę. Nałożone przez niego dodatkowe cła sprawiły, że władze ChRL po raz pierwszy zachowały się jak mocarstwo i skorzystały ze swojej, starannie dotąd budowanej, monopolistycznej pozycji w zakresie produkcji metali ziem rzadkich. Już 4 kwietnia, dwa dni po nałożeniu przez Trumpa ceł, wstrzymały eksport 7 z 17 tych pierwiastków, a 9 października dodały do tej listy jeszcze pięć. Zagroziły przy tym, że od 1 grudnia 2025 r. ograniczenia w dostępie obejmą wszystkie chińskie metale ziem rzadkich.

Siłę tego ultimatum wyrażają liczby. Chiny to dziś 65 proc. światowej produkcji i nawet ponad 90 proc. rafinacji, bo to obróbka kosztowna i pracochłonna. Bez metali ziem rzadkich nie powstanie żaden smartfon czy laptop. Każdy amerykański samolot F-35 potrzebuje do pół tony takich surowców, zaś nowoczesne korwety i okręty podwodne na etapie budowy pochłaniają po kilka ton.

Nic dziwnego, że z obawy o własny przemysł (w tym sektor wojskowy) Amerykanie doprowadzili do piątej już od kwietnia rundy rozmów głównych negocjatorów, szefa resortu skarbu Scotta Bessenta i wicepremiera He Lifenga. A ci w zaledwie kilka dni zaaranżowali październikowe spotkanie głów państw w południowokoreańskim Busan.

Uruchamianie odtwarzacza...

Uzgodnienia, co warto podkreślić, dotyczyły przede wszystkim metali ziem rzadkich, jesteśmy bowiem świadkami kolejnej rewolucji surowcowej. Gra światowych mocarstw nie toczy się już o paliwa kopalne, jak węgiel, ropa i gaz, lecz o alternatywne źródła energii – od solarnej, wiatrowej i wodnej, po atomową i pochodzącą z fuzji termonuklearnej. We wszystkich tych dziedzinach Chiny wyprzedzają USA, a w najbliższych latach zapowiadają jeszcze wzmocnienie pozycji.

Używając pokerowej terminologii można więc rzec, że Pekin wchodzi all in do świata wysokich technologii, w którym karty rozdawał dotąd Waszyngton. Prezydenci Trump i Xi w Busan rozmawiali o metalach ziem rzadkich i handlu. O Tajwanie – wcale.

Jak Chiny sprzeciwiły się globalnemu szeryfowi

Dynamika amerykańsko-chińskich relacji dyplomatycznych może zaskakiwać każdego, kto przez ostatnie dekady przywykł do USA w roli bezwzględnego strażnika pax americana.

Od zakończenia II wojny światowej globalną politykę definiowała doktryna MAD (Mutually Assured Destruction), czyli obawa dwóch globalnych mocarstw o wzajemne unicestwienie. Owszem, zdarzały się poważne konflikty, jak wojny koreańska lub wietnamska, ale miały wymiar lokalny.

Rozpad ZSRR doprowadził jednak do „jednobiegunowej chwili” – jak to celnie ujął amerykański publicysta Charles Krauthammer. Jedynym arbitrem globalnego porządku stały się USA i choć tej roli nie zatwierdził żaden nowy kongres wiedeński czy wersalski, nikt jej też nie zakwestionował. Mimo że w sensie prawno-międzynarodowym nastał „bezład”, jak głosił tytuł książki Zbigniewa Brzezińskiego, globalne porządki układano na amerykańską modłę i w zgodzie z interesami USA. 

Ukształtowało się mocarstwo wręcz omnipotentne i jako takie dyktowało własne warunki. Francis Fukuyama zdefiniował tamten czas jako „koniec historii”. Margaret Thatcher mówiła „TINA” („There Is No Alternative”) – nie ma alternatywy: komunizm się przewrócił, jest tylko demokracja w zachodnim wydaniu i niepohamowany rynek. Nawet do Federacji Rosyjskiej zapukała wolność, a świat popadł w geopolityczną drzemkę.

Wszystko wydawało się więc być poukładane. Jest światowy policjant, jest porządek. Amerykanie podyktowali światu, w tym pokomunistycznemu, dwa pakiety: neoliberalny z ducha i litery „konsensus z Waszyngtonu”, a więc nieposkromione rynki i globalizację bez granic, a zarazem wypracowany u nich model demokracji, zwany checks and balances, równowagi i kontroli władz. W jego ramach funkcjonował nie tylko klasyczny trójpodział władzy, ale dodatkowo niezależne, szczególnie od rządu, media i społeczeństwo obywatelskie. Dla ułatwienia nazwano to liberalną demokracją, w ramach której ideowa, światopoglądowa i duchowa liberalizacja miała być równie nieograniczona, jak wolne rynki, obejmujące także swobodny przepływ kapitałów i usług, w tym finansowych czy bankowych.

Te dwa pakiety stały się aksjologicznymi fundamentami Unii Europejskiej, która powstała właśnie wtedy, w traktacie z Maastricht z 8 lutego 1992 r., a więc kilka tygodni po rozpadzie ZSRR. Tym samym nie tylko świat pokomunistyczny, lecz cała Europa podążyła za amerykańskim przykładem.

Jedynym większym podmiotem, który się amerykańskiemu dyktatowi sprzeciwił, były Chiny – ich sędziwy przywódca Deng Xiaoping odrzucił liberalizację polityczną i aksjologiczną jako „nieadekwatną” do miejscowej autokratycznej tradycji, a tym bardziej do stylu rządów Komunistycznej Partii Chin. Zamiast prorynkowego „konsensusu z Waszyngtonu” zaproponował rodakom inny model, nazwany przez wnikliwego badacza Japonii Chalmersa Johnsona „państwem rozwojowym” (developmental state). Jego istota polegała na tym, że niewidzialną rękę rynku w strategicznych kwestiach chwytała ręka państwa.

Amerykanie usuwali regulacje, dając wolną rękę bankom i kapitałom, Chińczycy (i tzw. azjatyckie tygrysy: Korea Południowa, Tajwan czy Singapur) nadal regulowali – i kreślili dalekosiężne plany. Obok rynku stało państwo, w Chinach zawsze pierwszoplanowe.

Z Atlantyku nad Pacyfik: jak prześlepiliśmy wzrost chińskiej potęgi

Pragmatyczny Deng zrozumiał, że ponieważ komunizmu już nie ma, a świat jest zdominowany przez kapitalizm, to trzeba włączyć biedny jeszcze i zacofany kraj do procesów globalizacji. Zaprosił obce kapitały, które – skuszone ogromnym i chłonnym rynkiem – przyszły, nie zważając na traumę z placu Tiananmen.

Pod koniec lat 90. Chińska Republika Ludowa zamieniła się w światową taśmę produkcyjną, a dziś, co godne podkreślenia, daje aż jedną trzecią całej globalnej produkcji towarowej (drugie w tym zestawieniu USA: tylko 14 proc.).

W ramach polityki wzajemnego zaangażowania, ale także z powodu zachłanności kapitału, który chciał „podbijać” chiński rynek, Amerykanie w 2001 r. zgodzili się na udział ChRL w pracach Światowej Organizacji Handlu (WTO). Kraj zarządzany przez partię komunistyczną wszedł na kapitalistyczne rynki jako pełnoprawny gracz.

Efekt? W pierwszej dekadzie tego stulecia Chiny rosły w tempie dwucyfrowym i już w 2010 r. wyprzedziły Japonię, stając się drugą po USA gospodarką świata. W sensie psychologicznym dla mieszkańców ChRL nastąpił szok poznawczo-psychologiczny; wyobraźmy sobie Polskę, która gospodarczo przegania Niemcy...

Amerykanie w tym czasie zaangażowali się w „misję stabilizacyjną” na terenie Afganistanu i pod hasłem „demokratycznego uniwersalizmu” wkroczyli do Iraku. Weszli w „wojnę z terrorem”, której koszty specjaliści – Joseph Stiglitz i Linda Bilmes – już w 2008 r. wyceniali na 3 biliony dolarów. A równocześnie, pchani pokusą konsumpcjonizmu, coraz częściej korzystali z tanich chińskich towarów.

Zmiana układu sił po kryzysie finansowym na Zachodzie

Biorąc na siebie zbyt dużo zobowiązań na scenie międzynarodowej, a przy tym zawierzając rynkom i powszechnie dostępnym kredytom, Amerykanie popadli w „imperialny przesyt”, jak to zdefiniował historyk z uniwersytetu Yale Paul Kennedy. Chiny rosły, oni zaś się zadłużali. Do czasu, jak się okazało. W połowie września 2008 r. upadł Lehman Brothers, jeden z fundamentów ich systemu bankowo-kredytowego. Rozpoczął się kryzys, który zmusił państwo do bezprecedensowej interwencji: w celu uniknięcia pełnego finansowego krachu dofinansowano upadające instytucje.

Ten krach obnażył wady neoliberalizmu. Rynek nie okazał się, jak zapowiadano, sprawiedliwym regulatorem. Owszem, zwiększał dobrobyt, ale zdecydowanie nierówno. Forsował interesy bankowców i bogaczy, prowadził do coraz większego rozwarstwienia. W wydanej i u nas książce „Droga do wolności” wspomniany noblista z ekonomii Joseph Stiglitz brutalnie oceniał jego dominację w gospodarce: „W praktyce neoliberalizm okazał się namiastką kapitalizmu, w której straty są uspołeczniane. A zyski sprywatyzowane”.

Dalsze utrzymywanie się tych teorii, które przetrwały na Zachodzie mimo kryzysu 2008 r., jest – zdaniem Stiglitza – groźne, bo prowadzi do utraty nadziei wielu warstw społecznych, a te z kolei wynoszą na piedestał populistów i demagogów, a nawet rodzą nową falę autorytaryzmu. Cena za bezgraniczną wiarę w siły rynkowe jest więc wysoka; prowadzi też do powrotu wiary w państwo, regulacje i interwencjonizm.

Chiny, stosując inny model, naturalnie takich doświadczeń nie miały. Miały też poczucie, że wybrały lepiej. I zrozumiały, że po wszystkich tych przejściach Ameryka została osłabiona. Co więcej: cały ten proces pokazał, że dokonuje się strukturalna zmiana, w ramach której centrum gospodarcze i handlowe przenosi się z Atlantyku na Pacyfik, a równocześnie wyłaniają się ośrodki siły poza dotychczas dominującym Zachodem, począwszy od Chin, przez Indie, po Indonezję, Brazylię czy RPA.

Dowodem były nowe rozwiązania instytucjonalne, gdy grupę G7 (największych gospodarek Zachodu plus Japonia) zamieniono w G20, a drugie ugrupowanie ujęto w formule BRICS (Brazylia, Rosja, Chiny i Indie, a po roku także RPA). Jeszcze lepiej nowe realia ujęto świeżym terminem: wschodzące rynki (emerging markets). W drugiej dekadzie tego stulecia, aż do pandemii covid-19, to one stały się główną siłą napędową światowej gospodarki, dając w latach 2009-19 ponad 80 proc. globalnego wzrostu PKB i zmieniając w ten sposób dotychczasowy układ sił.

Jak Xi Jinping nauczył rodaków śnić o potędze

Na czele tego zwrotu stanęły Chiny, większe gospodarczo i handlowo niż czterej ówcześni członkowie BRICS razem wzięci. Ówcześni, bo dziś to ugrupowanie liczy już 10 członków, w tym roku weszła doń Indonezja, a niemal 30 krajów stoi w kolejce. A wszystkie są w mniejszym lub większym stopniu antyzachodnie i – oczywiście –  antyamerykańskie. Na tej kanwie rodzi się obecnie jeszcze jeden nowy termin: globalne Południe.

Rosnące jak na drożdżach Chiny, pod wodzą – od 2012 r. – nowego władcy, dziś już jedynowładcy Xi Jinpinga szybko odrzuciły mantrę Deng Xiaopinga, by budować swą potęgę w ciszy. Nowy przywódca zaproponował „chińskie marzenie”, czyli wizję Chin odrodzonych i potężnych, a na świecie w rok po dojściu do władzy zaprezentował wizję projektów infrastrukturalnych, które w 2015 r. zamieniły jego kraj w eksportera kapitałów, nie tylko ich biorcy.

Ten bezprecedensowy co do skali i zasięgu, zakrojony na ponad bilion dolarów geopolityczny projekt, nazwany ostatecznie Inicjatywą Pasa i Szlaku (Belt and Road Initiative – BRI), a później wspierający go Azjatycki Bank Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB), z nazwy azjatycki, ale z kiesy chiński, obudził wreszcie Amerykanów. Dopiero wówczas zrozumieli, że udostępniając swoje rynki – i uczelnie! – oraz inwestując na terenie Chin, w istocie budowali sobie rywala. Albowiem AIIB otwarcie zaczął podważać zdominowany przez Amerykanów system Bretton Woods (Bank Światowy, MFW), a władze w Pekinie pozycję amerykańskiego dolara jako waluty rezerwowej.

Projekt BRI pokazał, że mamy nowego gracza na scenie globalnej. W efekcie dopiero w 2015 r. – zdecydowanie za późno – na alarm zaczęły bić amerykańskie ośrodki analityczne i wywiadowcze, a potem akademickie. To wtedy Graham Allison z Uniwersytetu Harvarda ukuł głośny termin „pułapka Tukidydesa”, na przykładzie starożytnej Grecji opisujący sytuację taką jak dziś, gdy dotychczasowy hegemon napotyka wyzwanie ze strony gwałtownie rosnącego pretendenta. Z jego diagnozy wynikało, że zazwyczaj jest to sytuacja groźna i najczęściej kończy się wojną.

Przy czym w dzisiejszych czasach nie każda wojna musi się toczyć z udziałem wojsk. Znamy wiele innych jej odmian: celna, handlowa, ideowa, aksjologiczna, medialna, cybernetyczna itd. Dwie pierwsze z nich Donald Trump rozpoczął już w marcu 2018 r. Policzył bowiem, swoim zwyczajem, ujemne saldo w handlu z Chinami i dodał do niego jeszcze straty poniesione z racji utraconych licencji czy praw autorskich. Wyszło mu, że to się nie opłaca, więc uderzył.

Ale wybitnych sukcesów na tym polu nie odniesiono. Ujemne saldo handlowe w obrotach towarowych USA z Chinami w roku ubiegłym wyniosło 295,5 mld dol. i przekroczyło 100 mld za pierwsze półrocze tego roku. Chińskie inwestycje w USA jednak niemal wyzerowano, a wojny handlowej nigdy nie odwołano, nawet za czasów administracji Bidena.

Jeszcze na wstępie pierwszej kadencji w stosunku do Chin Trump zmienił azymuty: w miejsce poprzedniego zaangażowania wprowadził „strategiczną rywalizację”. Dotychczasowi partnerzy zamienili się w konkurentów.

MAGA rozwala Amerykę: jak Chiny na tym korzystają

Podczas drugiej kadencji zmiany poszły jeszcze głębiej i dalej, tak na amerykańskiej scenie wewnętrznej, jak międzynarodowej. Na tej pierwszej pojawił się ruch MAGA (Make America Great Again), sięgający po ideowe podłoże w słynnym „Projekcie 2015” prawicowo-konserwatywnego think tanku Heritage Foundation. Zakłada on nic innego, jak radykalne wzmocnienie władzy wykonawczej (prezydenta), głęboką restrukturyzację i wymianę istniejących instytucji i struktur, zamykanie granic, izolacjonizm i protekcjonizm, niechęć do imigracji i deportacje, zdziesiątkowanie służby cywilnej i zagranicznej, a przede wszystkim nowy pakiet wartości, od ochrony tradycyjnie rozumianej rodziny, ale też zmianę roli kobiety czy polityki wobec aborcji począwszy.

Mówiąc krótko: w USA mamy do czynienia z antyliberalną, konserwatywną rewolucją, świadomie podważającą wartości niegdyś, po rozpadzie ZSRR, światu proponowane lub forsowane. Narusza ona nawet dotychczasowe amerykańskie świętości, począwszy od indywidualnych wolności. Nie narusza natomiast interesów bogaczy, przede wszystkim wielkich konglomeratów technologicznych (Big Tech), wyrastających na swego rodzaju drugą administrację.

Tym samym ruch MAGA, z chimerycznym i mocno transakcyjnym w działaniu prezydentem na czele, podważa fundamenty, na jakich Ameryka jako jedyne supermocarstwo budowała swe wpływy. Jak w tym sensie rozumieć poparcie tego ruchu wyrażone przez Xi Jinpinga na spotkaniu z Trumpem? Czyżby Chińczycy uważali, że miast Amerykę umocnić, może on ją osłabić?

Nie wdawajmy się w makiaweliczne spekulacje, wystarczą fakty. A te są takie, że Chiny po pierwsze – nie chcą wojny, ale się jej nie boją, a po drugie i nie mniej ważne, trzymają się zasady nieingerencji w sprawy wewnętrzne. Ostatnio widać jednak, że chodzi im nie tylko o to.

Pod sklepieniem niebios: co Pekin proponuje światu

Albowiem Xi Jinping się nie zatrzymuje: zarysował holistyczną, otwartą co do interpretacji, wizję nowego ładu światowego ujętą w tzw. Globalnych Inicjatywach: Rozwojowej (2021), Bezpieczeństwa (2022) i Cywilizacyjnej (2023). Do których teraz, we wrześniu 2025 r., dodał jeszcze jedną – Globalnego Zarządzania (Global Governance). Wszystkie cztery mają tworzyć Wspólnotę Przyszłości, czy też Wspólnotę na rzecz wspólnej przyszłości ludzkości (renlei mingyun gongtongti).

Jest to wizja chińskiego uniwersalizmu, nawiązująca do tradycji tianxia, a więc porządku pod sklepieniem Niebios (w domyśle i kontekście: pod wodzą Chin). Chiński przywódca proponuje wizję nowego ładu, alternatywnego wobec panującego, zdominowanego przez USA value-based order, opartego na wartościach, które Trump też otwarcie podważa.

Ten proponowany przez Pekin nowy ład ma być oparty na dwóch głównych źródłach: wartościach konfucjańskich, począwszy od harmonii, wzajemności, lojalności i nade wszystko hierarchii (naturalnie: z Chinami w roli głównego rozgrywającego) oraz suwerenistycznych z natury pięciu zasadach pokojowego współistnienia (Pancha Shila).

Oznacza to, że władze ChRL proponują innym partnerom, w tym ONZ i organizacjom międzynarodowym, nowy, wielobiegunowy porządek. Wychodzą jednak z własnych tradycji i sugerują budowę ładu „inkluzywnego i korzystnego dla wszystkich”, opartego na zasadach wzajemnych korzyści, otwartości, sprawiedliwości i uczciwości. Zarazem apelują o poszanowanie integralności terytorialnej, wzajemną nieagresję i pokojowe współistnienie. To ostatnie nie przeszkadza jednak władzom w Pekinie stać przy agresywnej Rosji, a to z racji strukturalnego już teraz zderzenia ich interesów z amerykańskimi.

Jak widać, jest to zupełnie odmienny zestaw wartości i postulatów, zasadniczo różniący się od wypracowanego w USA systemu równowagi i kontroli władz oraz modelu demokracji liberalnej i gospodarki rynkowej skodyfikowanych w UE. W porządku proponowanym przez Chiny, zamiast wartości z ducha i litery liberalnych, zachowane zostają tylko otwarte rynki i globalizacja; liczą się relacje między graczami na scenie międzynarodowej, a nie realia wewnętrzne u każdego z nich.

Szczyt w Busan: Waszyngton z Pekinem zawarły tylko rozejm

Rewolucja aksjologiczna z USA, nowa wizja światowej współpracy z Chin, znana od wieków polityka siły... Jak to celnie ujął Fareed Zakaria: „Po trzydziestoletnich »wakacjach od historii« znów żyjemy w świecie kształtowanym przez konkurencję i konflikty między mocarstwami”.   

Ostatnie zachowania Chin, w tym uderzenie ziemiami rzadkimi, niby wymierzone w USA, ale stanowiące zagrożenie również dla naszych wysokich technologii, np. lotnictwa i przemysłu zbrojeniowego, jest wyzwaniem także dla UE i NATO. Szczyt w koreańskim Busan miał wprawdzie przynieść Big Deal, jak ogłosił bombastycznie prezydent Trump, faktycznie był jednak tylko zawieszeniem broni. Chińczycy ogłosili roczne moratorium na wydawanie przez nich licencji na ziemie rzadkie (pod warunkiem, że się będziemy – w ich oczach – dobrze sprawowali), a Trump nie tylko nie wprowadził zapowiadanych dodatkowych podwyżek ceł o 100 procent, ale nawet obniżył stawki z 57 do 47 (na niektóre towary nawet do 15).

Przywódcy obu mocarstw zapowiedzieli dalsze kontakty: Trump ma być w Chinach w kwietniu, a Xi Jinping we wrześniu 2026 r. poleci do USA. Nastąpiła więc deeskalacja. Zapewne chwilowa, widać bowiem, że stary ład już nie funkcjonuje. Jesteśmy w geostrategicznym przeciągu, z którego wcześniej czy później wyłoni się jakiś nowy porządek, najprawdopodobniej wielobiegunowy, z Chinami (i Indiami) jako jednymi z głównych rozgrywających.

To już nie będzie ład europocentryczny, a nawet euroatlantycki. Przy czym ten najbliżej nas wykuwa się właśnie na wschodnich frontach. Albowiem walki na obszarze Ukrainy dotyczą nie tylko jej, lecz nowej architektury bezpieczeństwa w Europie. To nie będzie obojętne, jak i kiedy ta wojna się skończy. I co z tym zrobią dwa największe mocarstwa, choć o tym w Busan nie rozmawiały.

Wakacje się skończyły. Czas wkroczyć do nowej klasy. Tyle tylko, że stare podręczniki, przynajmniej te z zakresu nauk społecznych, mocno się zdezaktualizowały.

Prof. BOGDAN GÓRALCZYK jest politologiem i sinologiem. Wykładowca w Centrum Europejskim UW, były ambasador w państwach Azji, autor wielu książek, poświęconych m.in. chińskiej transformacji ostatnich dekad.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 46/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Smok nad światem