Baranina, muzułmanie i asceci. Dlaczego indyjską polityką targają spory o dietę?

Gdy w Polsce prawica nie potrafi odkleić polskości od kotleta, jej ideowi pobratymcy z Indii pracują nad nową tożsamością narodową. Taką, której wyznacznikiem jest radykalny wegetarianizm.
Czyta się kilka minut
Aktywiści organizacji PETA w barwach indyjskiej flagi zachęcają do rezygnacji z jedzenia mięsa. W Indiach działa też wiele mniejszych organizacji pozarządowych, które za pieniądze władz łączą prowegetariańską agendę z mową nienawiści wobec muzułmanów. Bombaj, 24 stycznia 2025 r. // Fot. Divyakant Solanki / EPA / PAP
Aktywiści organizacji PETA w barwach indyjskiej flagi zachęcają do rezygnacji z jedzenia mięsa. W Indiach działa też wiele mniejszych organizacji pozarządowych, które za pieniądze władz łączą prowegetariańską agendę z mową nienawiści wobec muzułmanów. Bombaj, 24 stycznia 2025 r. // Fot. Divyakant Solanki / EPA / PAP

W indyjskich mediach społecznościowych to jedno z najczęściej przywoływanych nagrań ostatnich miesięcy. Bynajmniej nie dlatego, że wygląda niemal jak inscenizacja biblijnej sceny wygnania handlarzy ze świątyni.

Widać na nim mężczyzn, którzy krążą pomiędzy stoiskami rybnymi na targu w Ćittarandźan Park – dzielnicy Delhi, stolicy Indii – i żądają od sprzedawców, by jak najszybciej zabrali „swoje cuchnące kramiki” sprzed oblicza bogini. Bóstwem, któremu rzekomo przeszkadza takie sąsiedztwo, jest Kali, jedna z najważniejszych figur hinduistycznego panteonu. Jej świątynia wznosi się opodal targowiska.

Współczesny indyjski nacjonalizm stawia na hinduizm

Mężczyźni mają na sobie koszule w kolorze jaskrawopomarańczowym, który każdemu Indusowi kojarzy się jednoznacznie z hinduizmem. Szaty w kolorze szafranu często noszą sannjasinowie, świątobliwi mężowie, którzy zgodnie z wedyjską tradycją na pewnym etapie życia porzucają dobra doczesne, aby oddać się wyłącznie sprawom ducha.

Szafranowy to także barwa organizacyjna Raśtrija Swajamsewak Sangh, Narodowej Unii Ochotników, która niedawno obchodziła stulecie istnienia. To ona w znacznej mierze ukształtowała współczesny indyjski pannacjonalizm, usiłujący wtłoczyć kulturową, etniczną i religijną mozaikę tego kraju w ramy jednego nowoczesnego narodu, zjednoczonego wokół jednej religii – hinduizmu. Ideowym synem tej organizacji jest sam Narendra Modi, premier Indii i lider Bharatija Dźanata Party, Indyjskiej Partii Ludowej (BJP), która wprost odwołuje się do dziedzictwa Ochotników.

Internauci szybko zidentyfikowali hałaśliwych mężczyzn z nagrania – to lokalni aktywiści BJP. Tylko dlaczego mięsożernej bogini Kali, którą podczas popularnego święta Durga Pudźa wyznawcy czczą ofiarami z kozłów i drobiu, nagle miałoby przeszkadzać sąsiedztwo straganów z rybami?

Bengal Zachodni, czyli dynamika konfliktu

Kali Bari, czyli świątynia Kali wnosząca się na pagórku opodal targowiska, funkcjonuje w tym miejscu od ponad półwiecza. Także tutejsi handlarze od lat regularnie składają się na jej utrzymanie. W większości wywodzą się z Bengalu Zachodniego, prowincji Indii sąsiadującej z Bangladeszem, w której kult Kali jest szczególnie silny.

Początkowo stała tutaj kapliczka poświęcona Śiwie, ale wraz z rosnącą liczbą migrantów z Bengalu osiedlających się w tej okolicy, kult Kali zyskiwał na znaczeniu. Pierwszą Durga Pudźa zorganizowano w świątyni w 1977 r., trzy lata przed powstaniem partii BJP, której aktywiści każą się teraz wynosić z targu tym, którzy handlują rybami.

Aby zrozumieć dynamikę tego konfliktu, nie trzeba jednak cofać się aż do lat 80. XX w. Niespełna pięć lat temu, w 2021 r., w wyborach stanowych w Bengalu Zachodnim rządząca krajem BJP przegrała z kongresem TMC, który zdobył blisko 48 proc. głosów i utworzył – opozycyjny wobec New Delhi – rząd stanowy (w indyjskim ustroju prowincje mają sporą autonomię).

Ugrupowanie Narendry Modiego zajęło jednak drugie miejsce, w tym regionie sensacyjne, zwiększając z trzech do aż 77 liczbę swych regionalnych deputowanych. Indyjska Partia Ludowa, która jeszcze na początku ubiegłej dekady nie liczyła się w bengalskiej polityce, nagle wyrosła tu więc na jej kluczowego gracza.

Antymuzułmańska agenda kluczem do wygranej w Indiach

Bez wątpienia pomogło jej w tym sukcesie sprawowanie władzy na szczeblu krajowym – zwłaszcza fakt, że premier Modi składał w kampanii liczne obietnice, zapowiadając szereg inwestycji centralnych w lokalną infrastrukturę i nowe miejsca pracy.

Z powyborczych analiz wynika jednak niezbicie, że w tej pogranicznej prowincji – gdzie ok. 27 proc. mieszkańców stanowią muzułmanie, a która sąsiaduje z blisko 200-milionowym muzułmańskim Bangladeszem – hasło „hindukonsolidacji”, z którym działacze BJP objeżdżali zwłaszcza mniejsze ośrodki Bengalu, padło na podatny grunt. Modi i jego ludzie zwyciężyli w zachodnich dystryktach tego stanu, gdzie odsetek wyznawców islamu nie przekracza 20 proc. Na wschodzie, gdzie muzułmanie często stanowią większość, wygrał natomiast kongres TMC.

Bengalczycy z delhijskiego targowiska odegrali więc jakby rolę ofiary zastępczej w politycznym teatrze, zorganizowanym pod miejscową ksenofobiczną publikę. Fakt, że o obrazę uczuć religijnych oskarżono tu ludzi wyznających dokładnie tę samą religię, nie był przeszkodą. Ich „winą” było samo pochodzenie z prowincji, w której żywioł muzułmański nie chce się stopić z hinduistyczną większością. 

No i to, że w odróżnieniu od współwyznawców z północnych i środkowych regionów Indii, chętnie sięgają po mięso.

Co hinduizm mówi o diecie wegetariańskiej

Z ostatniego raportu mumbajskiego Centre for Study of Society and Secularism wynika, że w 2024 r. w Indiach aż o 84 proc. wzrosła liczba zamieszek i pogromów o podłożu religijnym. 

Z 59 odnotowanych przypadków aż 49 miało miejsce w prowincjach, gdzie rządzi BJP (samodzielnie lub w koalicji). Partia Modiego w całym kraju jest przy władzy w 16 z 28 stanów, z czego samodzielną większość ma jedynie w 12. 

Trudno więc interpretować wyniki badania CSSS czysto statystycznie: zwłaszcza że w znakomitej większości zamieszki wymierzone były w muzułmanów.

Spośród 11 śmiertelnych ofiar linczów o podłożu religijnym, odnotowanych w 2024 r., aż dziewięć stanowili wyznawcy islamu. Siedmiu zabili „strażnicy krów” – tak nazywa się osoby dopuszczające się samosądów na podejrzanych o jedzenie wołowiny. Ich ofiarą padają nawet kierowcy samochodów chłodni, wiozących mięso z rzeźni. Do ataków dochodzi głównie w północnych i północno-środkowych prowincjach, zwanych cow belt, gdzie dieta wegetariańska tradycyjnie góruje nad mięsną.

W hinduizmie – dominującej religii, wyznawanej przez 70 proc. mieszkańców Indii – próżno by szukać jednoznacznego wskazania na wegetarianizm. Istnieje w nim jednak wiele nurtów i tradycji, z których część uważa pokarmy mięsne za nieczyste, nadmiernie pobudzające. Hinduizm od stuleci walczy też w Indiach o rząd dusz z innymi wyznaniami, które zalecają powstrzymywanie się od jedzenia mięsa. Post stanowi ważny element religijnej tożsamości sikhów.

Restrykcyjnie wegetariański jest też dżinizm, praktyka duchowa, z którą hinduizm dzieli zakaz stosowania przemocy, zwłaszcza odbierania życia (ahinsã). Ortodoksyjni dżiniści miotełkami czyszczą przed sobą teren, by nie nadepnąć na jakieś żyjątko, i nie posilają się po zmroku, by przypadkiem nie zjeść czegoś, co wpadnie im do miski. Stanowią mniej niż jeden procent społeczeństwa Indii, ale są społecznością wykształconą i bogatszą od reszty.

Dżinizm wywodzi się zresztą z braminizmu, pierwotnej praktyki religijnej aryjskich Indii, która legła u podstaw tamtejszego systemu kastowego, formalnie zniesionego dopiero w 1950 r. Bramini, kapłańska elita społeczeństwa, byli zdeklarowanymi jaroszami, a potomkowie rodzin wchodzących w skład tej elitarnej ongiś varny do dziś często praktykują wegetarianizm dla pokreślenia swej wyjątkowości.

Wszystko to sprawia, że części społeczeństwa dieta jarska może się jawić jako symbol statusu. Z pewnością mogą też tak traktować ją liderzy Indyjskiej Partii Ludowej, wśród których – jak podliczył serwis informacyjny The Print – przeważają przedstawiciele dwóch najwyższych varn, czyli bramini i kszatrijowie (sam Modi wywodzi się z rodziny kupieckiej należącej do trzeciej kasty zwanej wajśja).

Wśród 765 kluczowych działaczy BJP zaledwie dwóch było dalitami – „niedotykalnymi”, przedstawicielami najniższej z czterech varn, tradycyjnie zajmującej się obróbką mięsa, pochówkami i innymi „nieczystymi” profesjami.

Powiedz, co jesz, a powiemy ci, kim jesteś

Partia Modiego formalnie nie ma jednej dietetycznej agendy. Premier, sam wegetarianin, oficjalnie odcina się od radykałów domagających się wyrugowania mięsa z codzienności. W praktyce – w imię specyficznie rozumianej tożsamości narodowej – kierowane przez niego państwo coraz jawniej faworyzuje tych, którzy mięsa nie jedzą, i utrudnia życie tym, którzy nie zamierzają zeń rezygnować.

Podczas większości uroczystości i rautów państwowych gościom od pewnego czasu serwuje się menu wyłącznie wegetariańskie. Ze stołówek w wielu szkołach publicznych zniknęły jajka; coraz rzadziej pojawiają się tam i potrawy mięsne, co dyrekcje zwykle tłumaczą troską o dietę uczniów.

W grudniu 2024 r., w trakcie prestiżowego Akhila Bharatha Kannada Sahitya Sammelana – dorocznego zjazdu poświęconego kulturze i językowi kannada – organizatorzy tego festiwalu (finansowanego z budżetu stanowego) zaskoczyli uczestników zakazem sprzedaży i konsumpcji mięsa na jego terenie. Tak się składa, że stanem Karnataka, gdzie odbywa się zlot, rządzi BJP.

Rząd Modiego chętnie mówi o Indiach – często zwanych największą demokracją świata – jako o największej jarskiej społeczności globu. Z populacją liczącą już 1,4 mld ludzi może faktycznie zasługują na takie miano, ale nie można zapominać, że restrykcyjnie po wegetariańsku żywi się tu najwyżej 20 proc. ludności. Takie dane przyniosła ostatnia, prowadzona w latach 2019-2021, edycja ogólnokrajowego badania Narodowego Zdrowia Rodzinnego.

Jarosze nie są większością nawet wśród hinduistów: według ostatniego spisu powszechnego niemal trzech na czterech wyznawców tej religii sięga czasem po produkty odzwierzęce. Potrawy mięsne zajmują ważne miejsce zwłaszcza w tradycji drawidyjskiego południa kraju. Próby wypreparowania tutejszej kuchni z baraniny, drobiu czy nawet ryb to dla miejscowych wręcz atak na ich tożsamość i tradycję.

Hinduiści obwiniają muzułmanów o „miłosny dżihad”

Dietetyczna ofensywa rządu Modiego wymierzona jest jednak głównie w muzułmanów – drugą pod względem liczebności społeczność wyznaniową Indii (14 proc. populacji).

W narracji Modiego i BJP – narracji spod znaku hindutvy, ideologii stawiającej hinduizm ponad inne religie – hindusi podlegają podstępnej indoktrynacji ze strony muzułmanów. Popularnym straszydłem w tym teatrzyku jest love jihad, czyli rzekomo odgórnie zaplanowana i realizowana strategia uwodzenia dziewcząt z rodzin hinduistycznych przez przystojnych muzułmanów. Cały proces prowadzić ma do tego, by zgodnie z indyjską tradycją dzieci z takiego związku przyjęły religię ojca.

Odsetek wyznawców Proroka w indyjskim społeczeństwie istotnie rośnie wskutek wyższego przyrostu naturalnego w rodzinach muzułmańskich, ale  demografowie mają na to szereg wyjaśnień, które nie potrzebują oparcia w teorii spiskowej. Najczęściej tłumaczy się to siłą islamskich społeczności: zapewniają one młodym rodzicom większe wsparcie niż to, na które mogą liczyć ich rówieśnicy z rodzin hinduskich.

Premier Modi i gang pożeraczy baranów

Na płaszczyźnie kulinarnej muzułmanie, często prowadzący restauracje i bary, mają z kolei pozwalać sobie na spit jihad: zdradziecką kontaminację posiłków śliną z jamy ustnej, w której regularnie gości przecież wołowina.

Władze oficjalnie nazywają takie oskarżenia folklorem. W praktyce często stają po stronie oskarżycieli. W październiku 2025 r. w miasteczku Uttarkashi aktywiści BJP oskarżyli muzułmańskich właścicieli restauracji Zaika o sprzedaż placków roti z ciasta, do którego kucharze rzekomo domieszali ślinę. Policja przeszukała kuchnię, przesłuchała personel oraz rzekomych świadków i odstąpiła od dalszych czynności. Lokal jednak zamknięto, oficjalnie w trosce o bezpieczeństwo właścicieli – tłum groził im linczem.

Działacze i urzędnicy na prowincji starannie wsłuchują się w głosy z New Delhi, które coraz bardziej jednoznacznie ustawiają wektor społecznego resentymentu. W kwietniu 2024 r. sam Modi zarzucił „mogolską mentalność” opozycyjnym politykom, którzy w trakcie świąt hinduistycznych rzekomo ostentacyjnie obżerają się baraniną (muzułmańscy Mogołowie przez setki lat rządzili Indiami). Dieta – jak zastrzegł premier – jest prywatną sprawą, dopóki nie pichci się z niej politycznych happeningów, które urażają uczucia religijne hinduistów.

Modi regularnie krytykuje też przemysłową produkcję mięsa, czym zyskuje poklask wśród uboższych wiejskich wyborców. Drobni rolnicy obawiają się, że wielkie fermy pozbawią ich dostępu do wody i wykupią grunty orne.

Kto kontroluje indyjski rynek produkcji i handlu mięsem

Tymczasem tempo, w jakim indyjskie rolnictwo osiąga skalę przemysłową, jest już nie do przeoczenia. Kraj, w którym dzieci uczą się języka hindi z przyśpiewki „gay hamaari maata hai” („krowa jest naszą matką”), w ciągu zaledwie kilkunastu lat awansował do pierwszej piątki największych eksporterów wołowiny. Co roku Indie produkują jej ponad 4,5 mln ton i właśnie wyprzedziły pod tym względem Brazylię i Australię. Od początku rządów Modiego prawie podwoiły też wielkopowierzchniową produkcję drobiu i jajek.

W efekcie w ciągu ledwie dekady, która minęła od pamiętnej wygranej parlamentarnej BJP z 2014 r., odsetek zdeklarowanych wegetarian wśród Indusów zmniejszył się aż o 9 punktów procentowych. Modi powinien w zasadzie poczytać to za swój sukces, bo częstsza obecność mięsa w menu obywateli świadczy o wzroście zamożności. Dainik murgee – wiejska kurka skubiąca robaczki na podwórku – kojarzy się dziś Indusom zgoła inaczej niż Europejczykom: jako symbol biedy, a nie zdrowej żywności.

Elity Indyjskiej Partii Ludowej mogą widzieć w tej zmianie zagrożenie dla specyficznie rozumianej tożsamości narodowej. W wielu sferach życia postęp i sekularyzacja zaszły ich zdaniem za daleko. Sytość może kłócić się z typowo hinduskim pragnieniem wyzbycia się wszelkich pragnień.

Zafarul-Islam Khan – indyjski publicysta i aktywista, reprezentujący tutejszą społeczność muzułmańską – twierdzi jednak, że w gruncie rzeczy może chodzić także (jeśli nie głównie) o coś bardziej prozaicznego. O to, że 90 proc. indyjskiego rynku produkcji i handlu mięsem kontrolują dziś wyznawcy islamu. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 04/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Polityka z krwi i kości