Becikowe i 800 plus nie wystarczą. Czy jesteśmy skazani na demograficzną katastrofę?

Na rodzinę wydajemy miliardy, rodzicom oferujemy przywileje, a polityka dla dzietności to jeden z nielicznych przykładów zgody rządzących i zarazem skłóconych obozów. Skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?
Czyta się kilka minut
Fot. Sqofield / Shutterstock
Fot. Sqofield / Shutterstock

Jest nas czterech, choć w oknie wideokonferencji widać tylko trzech. Jeden przycupnął do tej rozmowy w zaparkowanym przed domem samochodzie, aby o późnej porze nie zbudzić syna, który nowy rok szkolny zaczął od zapalenia ucha. Żadna to nowość dla reszty: łącznie dorobiliśmy się czternaściorga dzieci, w wieku od wczesnoszkolnego do studenckiego. Wiemy, o czym mówimy. W końcu umówiliśmy się na rozmowę o dzietności.

Pokolenie podwórek pełnych dzieci

My, to znaczy wyżej podpisani oraz Bartosz Marczuk i Michał Kot, autorzy książki „Jak uniknąć demograficznej katastrofy”, która na dniach ukaże się nakładem wydawnictwa Prześwity. 

Uruchamianie odtwarzacza...

Pierwszego z nich opinia publiczna zdążyła poznać jako jednego z architektów programu 500 plus i wiceministra w resorcie rodziny w latach 2015-2018. Socjolog Michał Kot od lat zajmuje się badaniem polityki demograficznej.

– Większość moich dzieci pojawiła się na świecie, zanim powstały w Polsce pierwsze narzędzia polityki rodzinnej. Na „becikowe” się nie łapaliśmy, z urlopu macierzyńskiego żona nie korzystała, a o 500 plus nikt nawet wtedy nie myślał. Po prostu oboje chcieliśmy mieć dużą rodzinę – wyznaje Kot, ojciec piątki dzieci.

– Mój pierwszy potomek urodził się w latach 90., gdy nie tylko nie istniała żadna polityka rodzinna, ale było też ciężko na rynku pracy. Moją motywacją była otwartość na życie, biorąca się z naszego światopoglądu i wiary – dodaje Marczuk, także ojciec pięciorga.

Obaj, podobnie zresztą jak wyżej podpisani, są z tego samego pokolenia: połowy i końca lat 70. Szczytowej fazy tzw. fali demograficznego boomu czasów powojennych. Podwórek pełnych dzieci. Świata, w którym o demograficznej katastrofie dyskutowało się wyłącznie w kontekście głośnego raportu „Granice wzrostu”, prognozującego błędnie, że ludzkości grozi przeludnienie. 

Statystyczna Polka rodziła wtedy ponad 2,5 dziecka, znacznie powyżej tzw. wskaźnika zastępowalności pokoleń. Dziś żyjemy w innej rzeczywistości.  

To nieprawda, że Polki nie chcą rodzić dzieci

Opowieść o niej wypada zacząć od informacji, która jest i dramatyczna, i budująca. Dramatyczna w sferze diagnozy tu i teraz: przeciętna Polka w wieku rozrodczym poprzestaje dziś w zasadzie na jednym dziecku. Za budujący zaś można uznać fakt, że jeden z ulubionych clickbaitów polskich portali – „Polki nie chcą rodzić” – to demograficzny mit. 

Tuż po II wojnie światowej w naszym kraju zaczął się demograficzny wyż – w jego apogeum, w latach 50., rodziło się prawie 800 tys. dzieci rocznie, czyli ponad trzykrotnie więcej niż dziś. Kolejna „górka” – ta z końca lat 70. i lat 80. – nie była efektem nadzwyczajnej skłonności Polek do rodzenia, tylko rezultatem faktu, że do wieku 25-30 lat doszła wyjątkowo liczna armia naszych urodzonych po wojnie rodaczek. 

Innymi słowy: miał kto te dzieci rodzić. Choć przeciętna kobieta znad Wisły miała wtedy niewiele więcej niż dwójkę dzieci (mniej niż np. w pierwszej połowie lat 60.), to w sumie tych dzieci rodziło się bardzo dużo.

Z tego samego powodu kolejna niewielka „górka”, pomimo trwającego już wtedy kryzysu dzietności, miała miejsce w okolicach roku 2010 – wówczas po raz ostatni w Polsce przychodziło na świat wyraźnie ponad 400 tys. dzieci rocznie. 

Dziś „nowych Polaków” przybywa rokrocznie ledwie 250 tys. (dane za 2024 rok), a dzieje się tak z powodu kumulacji dwóch czynników: z wieku sprzyjającego rodzeniu wyszły już wyjątkowo liczne roczniki kobiet urodzonych na przełomie lat 70. i 80., a przedstawicielki tych mniej już licznych generacji, które są w wieku rozrodczym, potomstwa mieć nie chcą.  

No właśnie: czy aby na pewno „nie chcą”? Gdyby analizować sam współczynnik dzietności – czyli statystykę mówiącą, ile dzieci przypada na jedną kobietę w wieku rozrodczym – zrobiłoby się upiornie. Linia pokazująca ten wskaźnik w ujęciu historycznym, od połowy lat 80. do dziś, wygląda jak trasa upadku z wysokiego szczytu. 

Zaczynamy w 1984 r. od 2,4 dziecka, w okolicach przełomu roku 1989 osiągamy symboliczny pułap 2,1 (potrzebny do tzw. zastępowalności pokoleń), by następnie, w ciągu ledwie 3,5 dekady, zjechać spektakularnie do niemal nienotowanego w Europie poziomu 1,1.

Te dane nie odzwierciedlają jednak bynajmniej „niechęci do rodzenia”. Przeciwnie: o ile zjawisko rozdźwięku między realiami i aspiracjami jest na świecie powszechne, to właśnie Polska – jak piszą autorzy cytowanej przez Kota i Marczuka publikacji Institute for Family Studies – „należy do niechlubnej czołówki krajów z największą luką dzietności, obok Łotwy, Estonii i Grecji w Europie, Japonii i Korei Płd. w Azji i nawet niektórych krajów afrykańskich”. 

W tych krajach – to już komentarz autorów polskiego opracowania – „luka jest wyższa niż 1, co oznacza, że Polki mają ponad średnio jedno dziecko mniej, niż chciałyby mieć”.

Miejski Szpital Położniczy im. ks. Anny Mazowieckiej. Warszawa, 16 lutego 1988 r. // Fot. Jan Morek / PAP

Coś, co w oczach komentatorów zasługuje na przymiotnik „niechlubny”, dla nas – pogrążonych w dzietnościowym kryzysie – brzmi więc jak symptom nadziei. Bo równocześnie oznacza, że niska dzietność nad Wisłą to nie nasza cecha, ale raczej efekt barier, których obalenie może odwrócić trendy.

Jedną z tych barier próbujemy kruszyć od dwóch dekad. W dodatku, co ciekawe, wspólnymi siłami skłóconych do imentu politycznych obozów.

Becikowe i Karta Dużej Rodziny ponad politycznymi podziałami

Symbolem tej cichej zgody jest rzecz jasna wprowadzone w 2015 r. 500 plus. Program, który ograniczył skrajną biedę rodzin wielodzietnych, ale pod względem wpływu na dzietność można go – biorąc pod uwagę wielomiliardowe nakłady, a także szumne deklaracje polityków PiS sprzed dekady – uznać za klęskę partii Jarosława Kaczyńskiego.

Pytany dziś, czy jako urzędnik nie ma poczucia porażki, były wiceminister rodziny Bartosz Marczuk próbuje bronić demograficznych efektów 500 plus.

 – Tuż po wprowadzeniu programu wskaźnik dzietności istotnie wzrósł: z 1,28 do 1,45 – wylicza. – Po okresie tego trzyletniego wzrostu przyszła jednak pandemia i wojna za wschodnią granicą, podkopując fundamenty naszego poczucia bezpieczeństwa i obniżając wspomniany wskaźnik.

Co innego jednak niż spór o ocenę dokonań tamtego rządu wydaje się ciekawsze: domagając się narodowej zgody wokół spraw składających się na tzw. rację stanu, coś chyba przegapiliśmy. 

– Jeszcze w 2001 r., gdy pojawiły się problemy z budżetem, Leszek Miller w pierwszej kolejności „ciął” po długości urlopów macierzyńskich, co dziś byłoby nie do pomyślenia – podkreśla Michał Kot, przypominając zmianę podejścia do tematu demografii, zapoczątkowaną w 2005 r.

Rzeczywiście: pierwsze rządy PiS przynoszą „becikowe” oraz ulgę podatkową na dzieci, zaś kadencja rządów PO-PSL to chociażby wprowadzenie Karty Dużej Rodziny, tzw. kosiniakowego czy wydłużenie urlopów rodzicielskich

Lata kolejne (po 2015 r.) to ofensywa prorodzinna „drugiego PiS-u” na czele z 500 plus (podwyższonego na koniec do 800 plus), a następnie kolejne rządy obozu Tuska. Ten nie tylko nie wywraca zastanego systemu do góry nogami, ale go rozwija, rozszerzając choćby – już pod inną nazwą – Rodzinny Kapitał Opiekuńczy.

Wspólną polską success story dwóch ostatnich dekad jest również rozwijana przez oba obozy infrastruktura opiekuńcza. Na polskie żłobki i przedszkola możemy narzekać, ale fakty mówią za siebie: o ile jeszcze w 2004 roku  „uprzedszkolnienie” dzieci w wieku 3-5 lat wynosiło niewiele ponad 40 proc., dziś wskaźnik ten przekracza 90 proc.  

Skoro jest aż tak dobrze, i polska klasa polityczna – przynajmniej jak na swoje zaniżone niczym dzietność standardy – staje tu na wysokości zadania, to dlaczego jest aż tak źle? Skoro staliśmy się liderem państw OECD w kwotach przeznaczanych na transfery finansowe i podatkowe ulgi dla rodzin, to dlaczego w innym zestawieniu – współczynnika dzietności – ciągniemy się w ogonie stawki?

Czy zasady wypłacania 800 plus się zmienią? 

Część odpowiedzi wykracza poza sferę bytową, inna część da się streścić tezą autorów wspomnianej książki: pieniędzy na rodziny wydajemy już sporo, ale nie zawsze robimy to z głową.

– Polska klasa polityczna nie dorobiła się długoterminowej, badanej na bieżąco strategii demograficznej – mówi Bartosz Marczuk. – Przykładem jest „becikowe”, czyli jednorazowa zapomoga dla rodziców, na którą wydajemy ok. 100 mln zł rocznie, a która już chyba nikogo do niczego w kwestii potomstwa nie jest w stanie nakłonić.

Dlatego Marczuk i Kot proponują: zacznijmy przegląd systemu wsparcia, w tym również 800 plus. Rozważmy powrót do zasady kryterium dochodowego w przypadku świadczenia na pierwsze dziecko, a także progresję w wysokości wypłat (np. 800 zł na drugiego potomka, 1200 na trzeciego, 1500 na czwartego). A za zaoszczędzone przez wprowadzenie kryterium dochodowego środki powołajmy do życia bon mieszkaniowy. 

„Byłyby to pieniądze (…), które można wykorzystać na wkład własny, zapłacić nimi za zakupiony lokal lub przeznaczyć na remont/dobudowę w obecnie zajmowanym lokalu. 

Bon wynosiłby ok. pięciu średnich krajowych (obecnie ok. 40 tys. zł) przy zawarciu związku małżeńskiego lub po urodzeniu pierwszego dziecka, osiem średnich pensji (ok. 64 tys. zł) przy urodzeniu drugiego dziecka i 12 średnich (ok. 100 tys. zł) przy urodzeniu trzeciego i kolejnych dzieci”.

System działa tak, jak jego najsłabsze ogniwo. A tym jest obecnie rynek mieszkaniowy – podkreślają eksperci, w książce zaś przytaczają dane (np. te Ministerstwa Rodziny z 2021 r.) dowodzące, że kwestia mieszkań to główna dzietnościowa bariera nad Wisłą.

„Te dzieci trzeba kupić” – piszą ze świadomością brutalności tego twierdzenia Kot z Marczukiem, proponując (obok zmian w świadczeniach i mieszkalnictwie) dwa pozostałe boki swojego – jak go nazywają – demograficznego „kwadratu warunków materialnych rodzin”.

Chodzi o sytuację na rynku pracy, a także jakość usług, w tym edukacji. „Choć dla wielu osób istotne będą tutaj różne czynniki – dla jednych kwestie dostępności mieszkań, dla drugich żłobek, a dla trzecich wsparcie finansowe – to ważne jest, by grać tu znowu, co powtarzamy do znudzenia, na wielu fortepianach”.  

Niemal co trzecia młoda Polka jest bezdzietna 

Problem w tym, że wielu przedstawicieli pokolenia dzisiejszych dwudziesto- i trzydziestolatków może tej melodii w ogóle nie usłyszeć. O ile osoby już będące w stałych związkach mają przeciętnie nawet do dwójki dzieci (w przypadku długotrwałych związków pozamałżeńskich to 1,8, w odniesieniu do małżeństw nawet ponad 2), niemal co trzecia zbliżająca się do wieku średniego kobieta nie ma dzieci w ogóle. 

Jak obliczyli Kot z Marczukiem, aż 30 proc. Polek urodzonych w latach 1983-86 pozostaje bezdzietnych. I zapewne wiele z nich już swojego statusu nie zmieni.

Autorzy książki cytują opublikowany z początkiem tego roku artykuł „Financial Times” z diagnozą współczesnej bezdzietności: o ile jeszcze w drugiej połowie XX wieku za spadek urodzeń odpowiadała głównie coraz mniejsza liczba dzieci w związkach, o tyle w wieku XXI na główną przyczynę wyrasta… brak związków. 

Osłabienie więzi, plaga samotności, niszczący wpływ smartfonów – to elementy opowieści znane z grubsza każdemu społeczeństwu Zachodu. Polska ma też swoją własną opowieść: o rozjeżdżaniu się świata młodych kobiet i mężczyzn.

Opowieść o różnych życiowych aspiracjach, kompletnie odmiennych światopoglądach (np. Konfederacja potrafi uzyskiwać w sondażach trzykrotnie wyższe poparcie wśród młodych Polaków niż wśród młodych Polek). I o rozjeździe rozumianym jak najdosłowniej: powszechna migracja młodych ludzi z prowincji do aglomeracji to w dużo większym stopniu domena kobiet przed trzydziestką. 

Efekt? „Na obszarach odpływu pewna część mężczyzn nie może znaleźć partnerki w odpowiednim wieku, zmuszona do bezżenności, poszukiwania kandydatek zdecydowanie bardziej różniących się od nich wiekiem lub w ostateczności do wyjazdu w poszukiwaniu szczęścia osobistego. 

Z kolei na obszarze napływu występuje nadreprezentacja młodych kobiet i deficyt mężczyzn w odpowiednim wieku” – pisał kilka lat temu w biuletynie „Demografia i gerontologia społeczna” demograf prof. Piotr Szukalski.

Z kolei Michał Kot zauważa, że aplikacje randkowe, które teoretycznie powinny tę odległość niwelować, jeszcze ją powiększają – i to nie tylko ze względu na algorytmy celowo utrudniające zawarcie długotrwałego związku.

– Młode kobiety wybierają tam starszych od siebie mężczyzn, którzy są przez nie postrzegani jako bardziej atrakcyjni niż rówieśnicy, przez co z kolei ci ostatni czują się odrzuceni – zauważa ekspert. – Z kolei młode kobiety po przekroczeniu trzydziestki zaczynają uchodzić za mniej atrakcyjne, a ich męscy rówieśnicy stają się atrakcyjni dla młodszych kobiet. W ten sposób „rozjazd płci” się pogłębia.  

„Istotnym powodem niskiej dzietności i bezdzietności jest rozpad więzi społecznych” – diagnozują Kot z Marczukiem. Ale gdy przechodzą do recept i rekomendacji, zaczynają przekonywać już przekonanych. Zresztą właśnie ten problem – problem języka – wyrasta na jedną z przewrotnych barier polskiej bezdzietności.

Popkultura lubi liczbę pojedynczą 

Nie da się zaprzeczyć, że bohaterem zbiorowej wyobraźni, reżyserowanej przez wielki biznes i jego gigantyczne budżety marketingowe, nie są wspólnoty, także te najmniejsze, rodzinne. Przekaz, który całodobowo płynie dziś z sieci i mediów społecznościowych, a punktowo wzmacniają go wzorce z filmów i telewizji, ogniskuje się na jednostce i jej pragnieniach, czasem nawet konfrontacyjnie zderzonych z potrzebami wspólnoty. 

Odpowiedź na pytanie, czy to jedynie reakcja na rzeczywistość, w której trwa swoisty renesans egocentryzmu, czy próba jej kreacji, wykracza już poza ramy tego tekstu.  

Jedno nie ulega wątpliwości. Popkultura nie od wczoraj lubuje się w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Mija już 21 lat od zakończenia emisji pomnikowego dzieła tego jej nurtu, serialu „Seks w wielkim mieście”, który na przełomie wieków stał się manifestem wyzwolenia kobiet z kieratu obowiązków rodzinnych, ubranym w lekką formę perypetii czterech nowojorskich singielek dzielących czas między zakupy, pracę i przelotne romanse. 

Po drodze była Bridget Jones i jej pogoń za wielką miłością, ale niekoniecznie rodziną. Oraz jej polska kuzynka Judyta z powieści Katarzyny Grocholi, którą czytelnik poznaje dopiero jako 37-latkę w trakcie rozwodu z niewiernym mężem. I wiele innych tekstów kultury, w których ze świecą szukać rodziny ukazanej inaczej niż źródło utrapień.

– Badania pokazują, że młodzi ludzie, którzy znają w swoim otoczeniu zwyczajne, szczęśliwe rodziny, częściej sami chcą mieć dzieci. Ci, którzy takich wzorów nie mają, mogą te rodziny zobaczyć w mediach. Państwo wydaje dziś 20 mld zł na kulturę. Czy część tych pieniędzy nie powinna być kierowana na pokazywanie prawdziwego obrazu rodziny? – pyta Michał Kot.

Nie trzeba zresztą – jak on i Marczuk – nazywać siebie obyczajowym konserwatystą, aby dostrzec, że rodzinę, zwłaszcza wielodzietną, w spektaklu codzienności zdegradowano w najlepszym razie do roli statysty. 

Kilka tygodni temu do „Tygodnika” przyszedł list, w którym nasza stała czytelniczka poprosiła redakcję o tekst, który dla odmiany pokaże także jasne strony rodzicielstwa. 

Pokłosiem tego „zlecenia” był wywiad z kulturoznawczynią, badaczką dzieciństwa i matką, Anną Krawczak, która – dostarczywszy pozytywnej opowieści o własnym macierzyństwie – narzekała na brak wzorców kulturowych, które posiadanie dzieci przedstawiałyby inaczej niż pasmo znojów i wyrzeczeń. 

Seriale „Domek na prerii” czy „Pełna chata” to, jej zdaniem, relikty dawno minionej epoki, w której obecność dzieci w tekstach kultury była naturalna.

– Bohaterami zbiorowej wyobraźni w polskich mediach są single z błyszczących wieżowców – dodaje Kot.

Problem w tym, że pomysłu na przekonującą narrację o rodzicielstwie nie ma także strona konserwatywna.

Dlaczego PiS-owi przeszkadza serial Rodzinka.pl

W 2020 r. podporządkowana PiS-owi TVP zakończyła emisję serialu „Rodzinka.pl”, obecnego na antenie od 2011 r. Oficjalnym powodem stały się niezadowalające wyniki oglądalności. 

Tajemnicą poliszynela były jednak zarzuty od dawna wysuwane pod adresem scenarzystów przez polityków PiS i duchownych, którzy serial nazywali wulgarnym, a nawet „patologicznym”.

Na czym miała polegać owa wulgarność? Otóż twórcy „Rodzinki.pl” swoich bohaterów, przedstawicieli dobrze sytuowanej klasy średniej, naszkicowali w sposób dość naturalistyczny. Serial nie stroni od pokazywania kłótni małżonków czy awantur z dziećmi. 

Pan domu czasem zasypia na sofie z paczką czipsów, jego żonie zdarza się wypić z koleżankami o butelkę wina za dużo, a ich trzej synowie nie dość, że bywają dla siebie wredni i notorycznie nie sprzątają w swoich pokojach, to jeszcze, wraz z wiekiem, zaczynają się interesować płcią przeciwną. Rzeczywiście, patologia obca przeciętnej polskiej rodzinie.  

Krytyczne oceny serialu z prawej strony sceny politycznej idealnie ilustrują nieznośną koturnowość, z jaką obóz konserwatywny zwykł opowiadać o rodzinie. W tej narracji właściwie nie ma miejsca na codzienność, problemy dzieci i troski rodziców. Co mamy w zamian? Najczęściej wizję oblężonej twierdzy.

Polskiej rodzinie coś tu nieustannie zagraża. Tolerancja dla postaw i idei niemieszczących się w kanonie konserwatywnym jest notorycznie utożsamiana z ich promowaniem. Dzieci są więc „nakłaniane” do zmiany płci i tożsamości seksualnej. Rodzicom rzekomo odbiera się prawo do wychowywania pociech w ich wierze i systemie wartości. 

To swoisty paradoks, bo konserwatywna opowieść o rodzinie oblężonej nie podkreśla bynajmniej jej siły. Przeciwnie, tworzy wrażenie, że to byt anachroniczny i skazany na atrofię.

W realiach współczesnej Polski, w której z różnych powodów rozpada się już blisko 40 proc. małżeństw, bez wątpienia anachroniczna jest natomiast definicja rodziny utożsamiająca ją z zalegalizowanym związkiem kobiety i mężczyzny. Nie mieszczą się w niej nie tylko dwie kobiety wychowujące wspólnie dziecko, ale nawet samotna matka. Dla niektórych przedstawicieli prawicy „odejściem od normy” jest rodzina patchworkowa czy konkubinat.

W tę narrację wpisują się świetnie autorzy „Jak uniknąć demograficznej katastrofy”, strasząc z jednej strony „promowaniem kultury LGBT” i „ideologią gender”, z drugiej zaś układając zestawy rad i recept dla… już przekonanych. Domagają się np. promocji małżeństw kosztem innych związków, postulując choćby utrzymanie wspólnego opodatkowania małżonków i niedopuszczanie do tego przywileju związków partnerskich.

I trudno się dziwić, zważywszy na wyłożone już na początku książki aksjologiczne credo. Ale z takiej opowieści dzieci się raczej nie narodzą. Wzmocni ona tylko przekonanie, że w Polsce dzieci się albo pomija, albo mówi o nich językiem niestrawnym dla dużej części społeczeństwa.

Demograficzną dziurę mogliby zasypać imigranci

O niedopasowaniu formy i treści przekazu do adresatów nie ma też mowy w przypadku opowieści polskiej prawicy o migracji, która mogłaby przecież być ostatnią nadzieją na zasypanie demograficznego dołka: konserwatyści zaprzepaścili tu być może najlepszą w dziejach Polski szansę.

Polityka toczy się dziś pod dyktando antymigracyjnych haseł Konfederacji, od której bardziej konfederackie próbuje być PiS. A obóz rządzący, bezradny wobec zwrotu społeczeństwa na prawo, chwyta się tej narracyjnej brzytwy niczym tonący. Niemal 60 proc. Polaków popiera zawetowanie przez prezydenta Nawrockiego nowelizacji ustawy o pomocy obywatelom Ukrainy.

Trzy lata po frontalnym ataku Rosji na naszego sąsiada jesteśmy więc w zupełnie innym miejscu, jeśli chodzi o społeczne emocje. Bardzo przydałby się teraz konstruktywny przekaz promigracyjny.

– Pod tym względem jesteśmy chyba bliżej lewicy niż prawicy, bo uważamy, że to, co robią teraz politycy, jest wbrew interesom Polski – podkreśla Bartosz Marczuk. – W sytuacji, w której mamy problem z dzietnością, opowiadanie, że demograficznie „sami sobie poradzimy”, jest nieodpowiedzialne.

A do tego spóźnione. Zwolennicy „Polski dla Polaków” leją dziś krokodyle łzy za krajem i społeczeństwem, które już nie istnieje, bo nad Wisłą mieszka i pracuje ponad 2,5 mln cudzoziemców. Choć nadal nie plasujemy się w czołówce najbardziej atrakcyjnych kierunków migracyjnych, to dla obywateli Indii, Bangladeszu, Nepalu, Filipin czy Kolumbii stanowimy cel już na tyle pożądany, by swoją liczebnością nad Wisłą zaczynali tworzyć zalążki lokalnej diaspory.

Niestety, polska debata o migracji toczy się w pełnym oderwaniu od tych realiów. Nie szuka odpowiedzi na pytanie, jakiej migracji nam trzeba. Jej sens sprowadza się do licytacji, kto głośnej wykrzyczy „nie”. Votum separatum zgłasza jedynie polski biznes, który nie ukrywa, że chętnie ściągnąłby do nas nawet cztery miliony gastarbeiterów.

Jakie znaczenie ma polska demografia?

Antymigracyjne wzmożenie w Polsce to typowa reakcja obronna społeczeństwa, które od stuleci było dawcą migracji, po czym w ciągu ledwie kilku lat stało się jej biorcą. Szkoda tylko, że w jego epicentrum znaleźli się Ukraińcy, których kulturowo, religijnie, a nawet językowo niewiele dzieli od Polaków.

– Ta imigracja naprawdę nam się udała i powinniśmy zrobić wszystko, by tych ludzi zatrzymać, nie tylko dlatego, że mają ekstremalnie wysokie wskaźniki zatrudnienia. Nie mamy z nimi problemów, także jeśli idzie o getta czy kryminalne zachowania – zauważa Kot.

Możliwe, że w kwestii ukraińskiej nie wszystko jeszcze stracone. Wątpliwe, by w kompasie nastrojów społecznych igła znów wychyliła się tak mocno w stronę proukraińskich sympatii, jak wiosną 2022 r., ale nie musi też zatrzymać się w miejscu, które wskazuje obecnie. 

Być może młodzi Ukraińcy, którzy dziś chodzą do polskich szkół, za kilka lat poczują silniejszą więź z naszym krajem niż z ojczyzną rodziców.

Niestety, nie da się równocześnie wykluczyć, że festiwal ksenofobii, który trwa nad Wisłą, zniechęci do pobytu w naszym kraju wielu imigrantów. Wtedy marzenie o czterdziestomilionowym narodzie, które pałęta się po zakamarkach rodzimej myśli politycznej mniej więcej od czasów Gomułki, będzie musiało dołączyć do innych polskich pobożnych życzeń.

W realiach przeświadczenia o „końcu historii”, gdzie wszystkie napięcia miał znosić wolny rynek pospołu z liberalną demokracją, dane ludnościowe mogły być jeszcze jedną kategorią statystyczną. W świecie, który zaczyna negować nie tylko wolny handel, ale nawet zasady pokojowego współistnienia, pytanie, czy za dwie dekady będzie nas 33 czy 43 miliony, zaczyna brzmieć już jak pytanie egzystencjalne.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 37/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Skąd się biorą dzieci