Aktualnie robię w dziale rozwoju mózgu. Lead in Brain Development – napisałabym, naśladując dumny, korporacyjny żargon w zawodowym profilu, gdyby kogoś obchodziło, co na macierzyńskim robią matki. A może w tym tytule byłoby lepsze coś o przyszłości? W końcu to działanie o odroczonym efekcie, będzie owocować przez dziesięciolecia. Futures Designer brzmi nieźle.
Bawię się w myślach tym żargonem, mijając na ulicy ludzi spieszących do swoich prac i zadań o podobnie pysznych nazwach. Tymczasem my spieszymy do parku, który w upalny dzień zastąpi nam klimatyzowane biuro. Tak, nasz dwuosobowy departament wyposażony w pojazd, jak wszyscy w czerwcu, też wyrusza na away day, dzień integracji poza biurem.
A może to raczej dział R&D, czyli badań i rozwoju? Co prawda nie nadążam z „badaniami”, bo jednak zwykłe książki są ciekawsze od tych o rozwoju dzieci, więc wiecznie nie wiem, na jakim etapie jesteśmy. Książka o rozszerzaniu diety przegrywa z nowym wydaniem pierwszej powieści Jamesa Baldwina, ale wiadomo, stylowa, zbierająca nagrody okładka „Głoś to na górze” kusi bardziej niż ta z bobasem nadgryzającym jabłko. Zatem mój research jest powierzchowny i na chybcika, bo coś dla dorosłych też trzeba na tym macierzyńskim robić.
Co zaś z rozwojem? Ten się po prostu dzieje, bez mojego udziału, ale olbrzymim wysiłkiem mojej współpracowniczki. Przyczaja się na kilka dni, a potem wybucha splotem nowych umiejętności. Albo nagle udaje się coś zupełnie nowego, jak przewrót z brzucha na plecy zakończony zdumieniem. Teraz ten ruch już okrzepł, został doszlifowany, połączony z obrotem wokół własnej osi. Pewnie za moment wydarzy się coś następnego. Ta część mojego działu, choć sporo śpi, jest niezmiernie kreatywna i otwarta na nową wiedzę i rozwiązania. Dowozimy wszystkie oczekiwane przez pediatrów i tabelki kejpiaje (KPI, czyli kluczowe wskaźniki efektywności), deliverable czy jak tam nasza fikcyjna korporacja by to nazwała.
Jak widać wsiąkłam. Codziennie, od pięciu miesięcy, dziękuję za przywilej obserwowania rozwoju małego człowieka. Zwłaszcza że mieszkam w kraju, w którym od miesiąca dziecko powinno być w żłobku. To, że nurzam się w zachwycie, nie znaczy, że czasem nie klnę ze zmęczenia lub znużenia czy że nie bolą mnie plecy od karmienia w dziwnych pozycjach. Ani że nie oszukuję, dyskretnie wkładając w ucho bezprzewodową słuchawkę z książką lub artykułem w wersji dźwiękowej, zwłaszcza wtedy, gdy karmienie ciągnie się w nieskończoność. Zakładam, że jeszcze przez chwilę mogę, bo dziecko niewiele z tego rozumie, ale gdzieś w środku czuję, że to trochę niegrzeczne.
Żłobki, owszem, oglądamy na przyszłość, ale choć brakuje mi czasu na siebie, na myślenie, na czytanie, a czasem i na obcięcie paznokci, to każda myśl o niani na parę godzin rozbija się o paraliż decyzji, którą część dnia miałabym oddać. Leniwe przedpołudnie przeplatających się z sobą karmień i drzemek czy przygodowe popołudnie z zabawami i spacerem? Ile uśmiechów przegapię i ile zaskoczeń? Czy pisanie książki lub redagowanie wywiadu jest tego warte? Najchętniej przekażę komuś czas między 5 a 8 rano, kiedy jeszcze bym pospała – ale kto w Belgii pracuje w tak nieludzkich godzinach?
Ostatecznie jednak odsuwam ten moment, bo gdy jestem ze sobą najbardziej szczera, gdy nie słucham podszeptów świata, że mogłabym zrobić coś, co się dla świata liczy, to niczego innego nie chcę. Co bowiem prześcignie towarzyszenie w odkrywaniu świata i robieniu rzeczy najpierwszy raz? Jak dotknięcie metalowej klamerki mojej torebki, bo to pierwszy dotyk twardego, chłodnego metalu. Przestój, zamyślenie, dotykanie rzemyka dla porównania, a potem znów metalu. Patrzenie na liście i niebo, jakby widziało się je po raz pierwszy, bo może dziś widać je lepiej, ostrzej, w nowych kolorach. A to tylko ułamek, fragmencik jednego popołudnia, mikrozachwyt.
Co mogę mieć ważniejszego do roboty od obserwowania zachwytu pomieszanego z bezbrzeżnym zdziwieniem, gdy dziecko pierwszy raz pakuje do buzi truskawkę i zasysa jej sok, z oczami bijącymi czystym szczęściem? Każdy smak jest witany inaczej. Ogórek został przy pierwszym spotkaniu zignorowany. Powrócił jednak w upalne niedzielne popołudnie, tym razem wysysany z soku w zachłannym amoku. Czereśnia okazała się na razie nie równać truskawce, stanowi zbyt duże wyzwanie, mała, nieporęczna dla niezdarnych rąk i bezzębnej buzi.
Chciałabym zatrzymać ten moment czystego zachwytu, gdy nic nie jest powszednie. Kiedy ja ostatnio zatrzymałam się i poczułam te smaki z tak dziką radością i z takim zaskoczeniem przyjmowałam nieoczywistość struktury miąższu? Ach, ten dziecięcy mindfulness, szkoła uważności.
Zamiast jednak rozliczać się surowo z braku zachwytu, przypomniałam sobie praktykę z tradycji judaizmu, jaką jest błogosławieństwo Szehechejanu. Wychwala się nim Boga, który dał nam życie i podtrzymał je, pozwalając nam dożyć danej chwili. Można wychwalać, że podtrzymał nas przy życiu do specjalnej okazji i ważnego wydarzenia, ale należy też wyrazić Mu wdzięczność, gdy spożywamy owoc po raz pierwszy w sezonie. Mały, religijny trik, który pozwala zauważyć powracanie pór roku wraz z ich sezonowymi owocami. Rytuał zachwytu i wdzięczności. A że lato obfituje w smaki, za którymi tęsknimy wiele miesięcy, to będzie wiele okazji.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















