Twoja samotność to ich najlepiej sprzedający się produkt

Życie w pojedynkę stało się łatwiejsze i wygodniejsze niż kiedykolwiek. Wielkie korporacje zbudowały wokół niego cały model biznesowy.
Czyta się kilka minut
// Fot. STEVE / Adobe Stock
// Fot. STEVE / Adobe Stock

Jest jedna rzecz, którą internet – wdzierając się w nasze życie w pierwszej dekadzie XXI wieku – obiecywał ponad wszystko inne. Że już nigdy nie będziemy sami. Ludzie z całego świata, znajomi i nieznajomi, na wyciągnięcie ręki. Nieprzerwany kontakt z rodziną i bieżący strumień informacji o tym, co dzieje się u dawnych koleżanek i kolegów z klasy

Możliwość wejścia w dowolną subkulturę i dzielenia się najbardziej nawet niszowym zainteresowaniem. Chętni do zabawy – w zarówno niewinnym, jak i zdrożnym sensie – 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, w każdej strefie czasowej.

Epidemia samotności w gąszczu kontaktów

Nie sposób powiedzieć, że w tym wymiarze wielkie platformy cyfrowe, smartfony, otaczający nas gąszcz ekranów i powiadomień zawiodły. Przeciwnie. Jesteśmy przyklejeni do urządzeń, z których ktoś do nas nieustannie mówi, bardzo chce nam coś sprzedać, zwrócić na siebie uwagę albo pilnie podzielić się najbardziej nawet trywialną informacją.

Trudno też zaprzeczyć, że o ile naprawdę chcemy być w kontakcie z bliskimi, to mamy do tego lepsze narzędzia niż kiedykolwiek. Wreszcie: nie sposób narzekać na brak rozrywki i okazji, by kogoś poznać. Algorytmy chętnie wykonają za nas pierwszy krok.

A jednak kolejne rządy informują o „epidemii samotności”, lawinowo rośnie liczba problemów ze zdrowiem psychicznym na tym tle, a nasze życie intymne, miłosne i towarzyskie ma się jakby gorzej niż wcześniej. Więcej nawet: obsługa ludzi samotnych i czerpanie zysków z tego, że siedzimy w czterech ścianach, stały się fundamentem modelu biznesowego nowych usług cyfrowych i aplikacji. Choć nigdy wcześniej nie skarżyliśmy się tak bardzo na samotność, zarazem nigdy wcześniej odcięcie się od innych nie było tak wygodne, kuszące i przyjemne.

Co się stało?

Wolimy ekran od drugiej osoby

„Czy chcę wyjść ze znajomymi? Na drinka? Nadrobić plotki? Nie, miło mi, ale dziękuję bardzo” – deklaruje dziennikarka „Financial Times” Jo Elison. – „Wszystkie te propozycje wywołują we mnie przerażenie. Kocham, naprawdę uwielbiam moich przyjaciół. Ale jeżdżenie przez pół miasta, ciśnięcie się w jakimś lokalu, próby rozmowy… Całe to »socjalizowanie się« aż nadto przypomina pracę”. 

Uruchamianie odtwarzacza...

Jakie wyjście może się w ogóle równać – pyta retorycznie Elison – z „siedzeniem w internecie”, kilkoma błogimi godzinami bez obowiązków, spędzonymi na klikaniu i stukaniu w ekran?

To bezwstydne wyznanie ukazało się wiosną 2025 r. Gdyby pojawiło się 5, 10, a tym bardziej 20 lat temu, zostałoby uznane raczej za wyraz dziwactwa albo przyznanie się do porażki. Kto, mogąc spędzić wolny czas z przyjaciółmi na mieście, wybiera samotne siedzenie w domu i klikanie? Nerd, przegryw albo incel.

Popkultura wymyśliła dość słów na określenie jednostek, które z najróżniejszych powodów czują się lepiej z ekranem niż z drugim człowiekiem. Coś jednak się zmieniło. Przyznanie się, że wolimy ekran od drugiej osoby, nie jest już powodem do wstydu. Preferencja, by spędzać czas samemu, i przekonanie, że nawet bardzo nieformalne wyjście do ludzi wymaga wysiłku i „przypomina pracę”, stało się tak powszechne, że… trudno dalej udawać, że jest inaczej.

Po pandemii zostaliśmy w domach

Słowa dziennikarki wyrażają otwarcie to, co wielu z nas i tak myśli skrycie. Ale dowodów dostarczają też badania. Amerykanie spędzają dziś w domach średnio o sto minut dziennie więcej niż w czasach, gdy George W. Bush najeżdżał Irak, MTV wciąż było cool, a do internetu trzeba było się wdzwonić przez modem. Można to policzyć przy pomocy American Time Use Survey, cyklicznego badania prowadzonego przez Departament Pracy.

Miara czasu spędzanego w domu, co oczywiste, wystrzeliła do góry w czasach pandemii, przymusowej izolacji i „społecznego dystansu”. Uderzające jest jednak to, że gdy w końcu zniesienie pandemicznego reżimu prawnego, wprowadzenie szczepionki, otwarcie się restauracji czy hoteli pozwoliło nam wyjść z domów… my postanowiliśmy w nich zostać.

Ilość czasu spędzanego we własnych czterech ścianach skoczyła w 2020 r. o ponad półtorej godziny (względem roku poprzedniego), by w kolejnych latach spaść o 20 minut względem szczytu. 20 minut – tyle zostało ze wszystkich postanowień powrotu do sportu czy wycieczek za miasto. Tylko tyle średnio więcej czasu poza domem niż w pandemii spędzają Amerykanie, gdy nic już ich tam na siłę nie trzyma.

Domowa rozrywka: na kanapie, ze smartfonem w dłoni

Patrick Sharkey z Uniwersytetu Princeton oszacował, jakie domowe aktywności pochłaniają więcej czasu niż wcześniej. Poza snem, na pierwszych trzech miejscach są praca wykonywana w domu, rozrywka i jedzenie. Czas „zaoszczędzony” np. na dojazdach do pracy „zainwestowaliśmy” w to, by więcej pracować z domu i oddawać się rozrywce przed ekranem.

Bo choć te konkretne badania nie uwzględniają jako osobnej kategorii czasu na kanapie czy w łóżku ze smartfonem w dłoni, to – bądźmy szczerzy – przecież tak właśnie często wygląda domowa rozrywka. Wątpliwe, by respondenci deklarujący więcej czasu spędzonego na rozrywce w domu oddawali się wyłącznie grom planszowym czy układaniu puzzli. Lub jakiejkolwiek rozrywce offline.

Oczywiście, wszystko to uśrednione miary i z pewnością nie uwzględniają całego skomplikowania trendów w liczącym dziesiątki czy setki milionów obywateli nowoczesnym społeczeństwie. Ale obok danych dla ogółu populacji mamy nie mniej ciekawe dane dla grupy szczególnie w tym wymiarze ważnej. Generacji, która wychowała się ze smartfonami.

Spada odsetek młodych ludzi, którzy uprawiają seks

W gospodarkach rozwiniętych jak świat długi i szeroki powtarza się pewna prawidłowość. Młodsze generacje przegoniły najstarszych członków społeczeństwa pod względem deklarowanej samotności i ilości czasu spędzanego bez obecności innych. Odsetek młodych, którzy uprawiają seks, chodzą na imprezy czy piją alkohol – spada. Rośnie zaś czas spędzony przed ekranem, liczba prób samobójczych i zgłaszanych problemów na tle psychicznym.

Badań wskazujących podobne tendencje są tuziny. A ton informowania o nich rozciąga się od alarmistycznego po wprost apokaliptyczny. Dosłownie przecież i bez większej przesady – od momentu, w którym ludzie stracą sobą nawzajem zainteresowanie, do wymarcia populacji wiedzie prosta droga.

Samotność w młodości

Zanim jednak zajrzymy do tych danych, warto zatrzymać się przy jednej obserwacji. Historycznie samotność była raczej domeną dziwaków, nieszczęśników i radykałów. Od społecznych wyrzutków, przez ludzi żyjących na odludziu czy w odosobnieniu z religijnych powodów, aż po takich, którzy wykonują rzadki i wymagający przebywania z dala od innych zawód.

W czasach nieco bardziej współczesnych o samotności mówi się w kontekście wieku podeszłego albo utraty bliskich. Jeszcze całkiem niedawno społeczny portret osoby samotnej przedstawiał najczęściej wdowę, żyjącą na prowincji, której nie odwiedzają krewni i która nie ma kontaktu z instytucjami życia społecznego, może z wyjątkiem świątyni. Wydawało nam się jasne, że samotność to druga największa klątwa – obok słabego zdrowia – towarzysząca starości.

W książce „A Biography of Loneliness: The History of an Emotion” Fay Bound Alberti, historyczka kultury z King’s College London, przekonuje, że samotność jako zjawisko w ogóle zaistniało dopiero w epoce nowoczesnej. Wcześniej, gdy nie sposób było przetrwać bez innych, bycie samotnym nie stanowiło masowego problemu. A na luksus cierpienia samotności mogli pozwolić sobie raczej możni.

Oczywiście, można się spierać, czy biedni nie przeżywali jej podobnie, tylko nikt ich o zdanie nie pytał. Jedno jest jednak pewne: nigdy wcześniej nie utożsamialiśmy samotności jako problemu młodości. Aż do teraz.

Przemilczana przyczyna spadającej dzietności

Psycholożka, autorka książek o generacji Z Jean Twenge i ekonomista David Blanchard we wspólnym raporcie o „spadającej satysfakcji z życia” młodych dorosłych w krajach anglojęzycznych przywołują tuziny niepokojących wskaźników.

  • Blisko połowa młodych kobiet w Australii – 46 proc. – skarży się na chorobę psychiczną,
  • 39 proc. piętnastolatków w Irlandii zadaje sobie ból i robi krzywdę,
  • dziewczynki z problemami psychicznymi – głównie na tle odżywiania – to jedna trzecia wszystkich przyjęć na intensywną terapię dla tej grupy wiekowej w Wielkiej Brytanii.
  • Uczucie „uporczywego smutku i beznadziei” deklaruje ponad połowa uczennic liceów w USA, zaś młodzi mężczyźni spędzają dziś średnio tyle czasu na dobę w samotności, ile jeszcze dekadę temu mężczyźni dobiegający emerytury.

Jak policzył zajmujący się gospodarką, demografią i podziałami społecznymi John Burn-Murdoch, na całym świecie odsetek ludzi przed 34. rokiem tworzących związki spadł w ciągu ostatnich trzech dekad o kilkadziesiąt procent. Niechęć lub niezdolność do tworzenia par, owa „recesja relacji”, ma być przemilczaną przyczyną spadającej dzietności.

Pracujące dla Komisji Europejskiej badaczki Béatrice d’Hombres i Chiara Gentile wykazały z kolei na danych obejmujących kraje UE, że istnieje wyraźna korelacja między intensywnym korzystaniem z social mediów i deklarowanym poczuciem samotności.

Samotni Polacy to nie starsi na wsiach, a młodzi w miastach

Spójrzmy wreszcie na charakterystykę osób doświadczających samotności w Polsce. Raport CBOS z jesieni 2024 r.: 

„W ciągu ostatnich siedmiu lat dwukrotnie zwiększył się odsetek bardzo często lub permanentnie doświadczających samotności. Obecnie jest to już mniej więcej co dwunasty dorosły. 

Do czynników sprzyjających doświadczaniu samotności zaliczyć należy młody wiek (do 34. roku życia), mieszkanie w dużym lub największym mieście, bycie singlem, a także niezadowolenie z własnego położenia materialnego. 

Istotne w tym kontekście okazały się również poglądy polityczne. Jak wynika z analiz, osoby o centrowych, prawicowych, a także niesprecyzowanych poglądach politycznych w mniejszym stopniu narażone są na poczucie osamotnienia niż te identyfikujące się z lewicą”.

Nieomal wszystko jest tu na odwrót, niż podpowiadałby nam dominujący dotąd obraz problemu. Nie starsi na wsiach, lecz młodzi w miastach. Generacje, które mają do dyspozycji aplikacje randkowe, znajomość języków i paszporty w kieszeniach oraz lepszą sytuację na rynku pracy niż ich rodzice. Także ludzie, którzy w dosłownym sensie sami nie są – np. mają wokół kolegów i koleżanki na studiach i w pracy.

Jak na ironię, najwięcej deklarujących samotność jest w grupie uczniów i studentów (37 proc.) oraz w wieku 18-24 lata (32 proc.). To więcej niż wśród emerytów (26 proc.) i grupy wiekowej powyżej 75. roku życia (25 proc.).

Warto się więc zastanowić, czy aby na pewno o samotność rozumianą jako brak innych ludzi tu chodzi. Bo nawet sam sposób zadania pytania przez badaczy CBOS sugeruje, że może problem jest nieco innej natury. 

„Czy zdarzają się Panu(i) sytuacje, w których, pomimo iż dookoła są różni ludzie, to czuje się Pan(i) osamotniony(a)?” – pytają badanych ankieterzy.

Antyspołeczne stulecie

Jak wytłumaczyć „epidemię samotności”, gdy wokół nas są ludzie – a dzięki platformom cyfrowym są zawsze na wyciągnięcie ręki? I jak pogodzić to z wyznaniem Jo Elison, która nie chce się z nikim spotkać, nawet jeśli może i mimo że – jak sama deklaruje – „kocha swoich przyjaciół”? Wreszcie: skoro sami deklarujemy, że wolimy spędzać czas w pojedynkę, to w czym problem?

Derek Thompson w głośnym eseju opublikowanym na łamach magazynu „The Atlantic” ogłasza, że XXI w. jest „stuleciem antyspołecznym”. Nie samotnym, a antyspołecznym właśnie. Samotność dalej dotyka tych samych grup, co 30 i 50 lat temu, głównie starszych, uboższych, chorych. Jednak zjawisko, które szczególnie charakteryzuje naszą epokę, trzeba nazwać inaczej. Nie samotnością, a odosobnieniem z wyboru.

To wspólny mianownik łączący kapryśną dziennikarkę z Londynu, która nie ma ochoty widzieć znajomych, z milionami młodych, którzy deklarują samotność, choć otoczeni są przez rówieśników online i offline. W jednym i drugim przypadku koszty – od finansowych po psychiczne – wejścia w relację z innymi wydają się większe niż rezygnacji.

Co napędza samotność z wyboru

Jak przekonuje psycholog społeczny z uniwersytetu w Chicago, Nick Epley, mamy tendencję do przeszacowania wysiłku związanego z kontaktem z innym człowiekiem i niedoszacowania satysfakcji oraz czerpanych korzyści. 

Swoimi eksperymentami Epley próbuje dowieść, że w życiu codziennym, począwszy od małych spraw, wybieramy pozornie bezpieczniejsze niekontaktowanie się z innymi, rezygnujemy z poszukiwania pomocy, darujemy sobie nawet small talk i powierzchowne znajomości.

Oczywiście, rezygnacja z kontaktu z innymi czy zaniedbywanie relacji jest tym łatwiejsze, że na wyciągnięcie ręki – dosłownie, bo w smartfonie – mamy niekończącą się bibliotekę rozrywki. I równie nieskończoną pulę narkotyzujących dawek dopaminy.

A skoro o niej mowa, to można zaczerpnąć także z teorii dr Anny Lembke, wykładającej na Stanfordzie autorki wydanej również w Polsce książki „Niewolnicy dopaminy”. Lembke przypomina, że nieustannie jesteśmy stymulowani przez zaprojektowane w tym celu mechanizmy platform cyfrowych. Lajki! Wiadomości! Promocje! Oburzające treści! 

To zaś powoduje, że poszukiwanie podobnych emocji i uniesień offline staje się nieporównywalnie bardziej czasochłonne i trudne. Nie znajdując ich równie łatwo i w porę, tym bardziej zwracamy się ku ekranom. I pętla się zamyka. Albo raczej zaciska na nas.

Cytowany już Thompson określa problem tak: „Jednostkowa preferencja do bycia samemu, gdy rozciągnąć ją na społeczeństwo i pozwolić trwać, przeprogramuje naszą obywatelską tożsamość i społeczną psychologię. Antyspołeczne stulecie jest skutkiem kaskady zmian: odosobnienie z wyboru jest napędzane postępami w rozwoju infrastruktury cyfrowej i rozkładem istniejącej wokół nas fizycznej infrastruktury życia społecznego”.

I nawet jeśli brzmi to zawile, morał jest prosty. Wybieramy życie samemu. Oczywiście nie bez wpływu jest postępująca indywidualizacja społeczeństwa, wycofywanie się państwa, cały ten upadek struktur porządkujących życie w świecie nowoczesnym – wielkich zakładów pracy, rodziny i sąsiedzkiej wspólnoty. 

System rynkowy odpowiada jednak tylko na bodźce i wyrażane przez nas potrzeby – przekonuje Thompson. Skoro mamy preferencję, by się zamykać – najpierw w łonie swojej klasy społecznej, później rodziny, w końcu sami ze sobą – to rynek nam dostarcza tego, czego chcemy.

Architektura samotności

Być może najciekawsze przykłady, do jakich się odwołuje, pochodzą z dziedziny architektury i mieszkalnictwa. Nie tylko bowiem żyjemy samotnie. Odsetek jednoosobowych gospodarstw domowych w aglomeracjach rośnie – a miasta takie jak Sztokholm czy Londyn przodują w tym aspekcie. W coraz większym stopniu budujemy domy do samotniczego życia.

Zmieniające się obyczaje i struktura rodziny najpierw wycięły z planów mieszkań jadalnię: skoro i tak coraz rzadziej jemy razem, to osobne pomieszczenie stało się zbędne. Uzyskaną przestrzeń klienci woleli wykorzystać do zabawy i rozrywki. Temu mógł służyć np. przestronny salon. Ale gdy rozrywka zaczęła z biegiem czasu oznaczać przede wszystkim przebywanie przed ekranem, zmieniły się też priorytety.

Teraz konieczne jest, by na każdej ścianie – nawet za cenę okien i światła dziennego – powiesić ekran. A więc projektuje się pod zmaksymalizowanie powierzchni ekranów w mieszkaniach, faworyzuje obszerniejsze sypialnie, w których można się zamknąć i spędzić pół dnia, większe garderoby i coraz bardziej intymną, prywatną przestrzeń.

To jeden z licznych dowodów na „postępujący rozwój infrastruktury cyfrowej i rozkład istniejącej infrastruktury życia społecznego”. Nowe zwyczaje i wymogi, które przyszły po pandemii, i tak każą nam zresztą uczynić – czy nam się to podoba, czy nie – z własnych mieszkań połączenie siłowni, biura, baru (ze stolikiem dla jednej osoby) i kina. Im bardziej wychodzimy tym oczekiwaniom naprzeciw, tym mniej powodów (i może też pieniędzy), by opuszczać naszą twierdzę.

Biznes samotności

Analizę Thompsona jednak trzeba pociągnąć dalej, bo w dyskusji o tym, czy wybraliśmy odosobnienie, czy zostaliśmy na nie skazani, powinien mocno wybrzmieć jeden aspekt. Wokół „samotności z wyboru” powstał cały model biznesowy. 

Nie chodzi o same smartfony i ich wpływ na psychikę (zresztą nowe media i technologie co dekadę albo dwie generują nowe obawy i paniki moralne). Chodzi o coś głębszego. Internet – jeśli to słowo cokolwiek jeszcze znaczy – nie tylko wywiązał się z obietnicy połączenia nas z ludźmi i usługami z całego świata, nawet jeśli za cenę interakcji w życiu offline.

Nowe platformy cyfrowe i narzędzia online szczególnie dobrze przysłużyły się obsłudze potrzeb jednostki, których wcześniej być może nie byłaby w stanie zaspokoić (albo musiałaby w tym celu polegać na innych lub skorzystać z pośrednictwa instytucji).

Obietnica usunięcia człowieka-pośrednika z drogi dla niektórych stanowi nawet zaletę. I tak w miejsce jedzenia w restauracji, dostaniemy usługę dowozu pod drzwi. W miejsce flirtu aplikacje randkowe. Karnet na siłownię czy wyjście na orlika podmienimy na aplikację do ćwiczeń w domu.

Zamiast seksu algorytm wygeneruje nam pornografię. A sprawni innowatorzy podsuną serwisy subskrypcyjne z treściami dla dorosłych dającymi iluzję intymności. Zamiast rozmowy – skoro już o pozorze bliskości mowa – chatbota napędzanego sztuczną inteligencją.

Wielkie korporacje i mniejsze start-upy na wyścigi próbują zdominować rynek, jaki stworzyli samotni ludzie, potrzebujący się po prostu komuś wygadać. Na pewno gdzieś w jakimś amerykańskim biurowcu ktoś przedstawia wyliczenia, ile warta jest ludzka samotność i ile rocznych obrotów psychoterapeutów, psychiatrów, duchownych i coachów może przechwycić sprawny model AI.

Dlaczego człowiek samotny jest idealnym klientem

Samotność nie jest już tylko problemem społecznym, ale zasobem, o który walczą korporacje. Ludzka izolacja przeszła proces urynkowienia. Odosobnienie z wyboru stało się zaś rozwiązaniem o tyle mniej kontrowersyjnym, że po prostu wygodniejszym i łatwiejszym.

Łatwo byłoby zrzucić wszystko na smartfony, równie łatwo oskarżyć przemożną siłę kapitalizmu czy neoliberalizmu – choć tak ogólne kategorie mają to do siebie, że można nimi wyjaśnić niemal wszystko. Możemy też w nieskończoność kłócić się o to, co było pierwsze – czy my chcieliśmy być sami, czy przymusiły nas do tego okoliczności. 

Naprawdę ciekawe jest jednak to, że wokół tego zjawiska powstał model biznesowy. Może nawet do niedawna nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak duża część cyfrowej gospodarki potrzebuje naszej samotności do działania.

Oczywiście, że coraz powszechniejsza samotność czy – jak pisze Thompson – „rozciągnięta w skali całego społeczeństwa indywidualna preferencja do bycia samemu” zmienia reguły życia społecznego, demografii i gospodarki. Byłoby naiwnością sądzić, że gdy zmieni się coś tak fundamentalnego, jak chęć ludzi do przebywania ze sobą nawzajem, inne wymiary życia pozostaną niewzruszone. 

Jeśli coś jest w tym dziwnego, to chyba tylko to, ile czasu potrzebowaliśmy, by zauważyć ten związek. Im bardziej cyfrowe platformy obiecywały nam kontakt z całym światem, tym bardziej zarabiały na tym, że w rzeczywistości byliśmy sami.

Korporacjom zależy na tym, by tak pozostało. Człowiek, który polega na cyfrowych usługach, by zaspokoić swoje potrzeby, od innych ludzi stroni, a za to ma nieskończenie więcej czasu na konsumpcję i kompulsywne poszukiwanie dopaminy – to klient idealny. Czego chcieć więcej?

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 33/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Przemysł samotności