Jak znaleźć sens i szczęście w rodzicielstwie. Anna Krawczak o lekcjach, które dają nam dzieci

Anna Krawczak, matka i badaczka dzieciństwa: Moje spełnienie to w jakimś sensie decyzja. Że odrzucam popularną ostatnio opowieść o rodzicielstwie jako udręce i lęku przed przyszłością. A wybieram tę o szczęściu i wzroście.
Czyta się kilka minut
// Fot. Halfpoint / Adobe Stock
// Fot. Halfpoint / Adobe Stock

PRZEMYSŁAW WILCZYŃSKI: U mnie godz. 17.00, u Pani wczesny poranek.

Anna Krawczak: Jestem na stypendium w San Francisco, popijam poranną kawę i zastanawiam się, czy mam Panu coś oryginalnego do powiedzenia.

Jakie wnioski?

Że będzie ciężko, bo o macierzyństwie można albo klepać słuszne i szlachetne komunały, albo mówić rzeczy może i ciekawe, za to ryzykowne. 

Zbudujmy suspens i zostawmy to drugie na później. A teraz ustalmy fakty.

Mam czwórkę dzieci, w wieku dziewięciu, jedenastu, piętnastu i dwudziestu czterech lat. Dwoje młodszych to moje dzieci adoptowane, starsze to biologiczne.

O młodszej dwójce rozmawialiśmy dla „TP” pięć lat temu. Opowiadała mi Pani wtedy wiele o problemach i utrapieniach, na jakie natrafiają rodzice zastępczy i adopcyjni.

A dzisiaj, jeśli dobrze rozumiem, problemy i utrapienia omijamy? 

Spotykamy się niejako na zlecenie czytelniczki „TP”, Pani Martyny. Napisała list, w którym pochwaliła nasz nowy dział Psyche, ale dokonała też bezlitosnej diagnozy tego, jak media opowiadają o rodzicielstwie. I poprosiła: napiszcie o korzyściach płynących z bycia matką i ojcem.  

Czytałam ten list i zgadzam się z diagnozą: o tym zjawisku opowiadamy głównie przez pryzmat negatywów. I to wcale nie tylko w sferze publicznej. Natrafiłam niedawno na pewnym zamkniętym forum dla kobiet na wpis pani po czterdziestce, która rozważała zajście w ciążę. Pisała, że czas jej się kurczy, że chciałaby mieć dzieci, ale z drugiej strony nieźle się odnajduje w swoim bezdzietnym życiu. Prosi inne kobiety o rady i refleksje.

Co usłyszała?

Większość pań pisała, że nie żałuje, i że powtórzyłyby swój wybór, ale... I właśnie to, co po „ale”, tworzy charakterystyczną w moim przekonaniu współczesną opowieść o rodzicielstwie. Ale to trudna decyzja. Ale niesie ze sobą życiową rewolucję. Ale wymaga wyrzeczeń. Ale wiele kobiet żałuje bycia matkami. Tak jakby nieco niestosowne było dzisiaj opowiadanie o rodzicielstwie jako czymś wspaniałym. I jakby bycie matką niosło ze sobą wewnętrzny przymus tłumaczenia się, dlaczego ja na te dzieci się zdecydowałam.

Skąd się według Pani taka tonacja bierze?

Moim zdaniem – i to właśnie ta ryzykowna część diagnozy – jest częścią opacznie pojmowanej poprawności. Nie mówmy o tym zbyt pozytywnie, bo to może urazić osoby, które na dzieci się nie zdecydowały. Albo nie mogą ich mieć. Albo mają i mówią, że żałują.

Jeszcze niedawno żyliśmy w społeczeństwie, w którym trzydziestolatka musiała się tłumaczyć, dlaczego nie ma dzieci – a nie na odwrót. 

Nie ma między tymi dwiema sytuacjami sprzeczności – one istnieją równolegle. Sposób opowiadania o rodzicielstwie, który zauważyła czytelniczka „TP”, jest moim zdaniem – nieco rzecz upraszczając czy stereotypizując – głosem wykształconych kobiet, mieszkanek dużych miast.

Są stabilne zawodowo, mają komfort zadawania sobie pytań, racjonalizowania wyborów. Rzeczywistość wsi i małych miasteczek jest inna: tu opowieść może być taka, jaką znamy sprzed dekad, gdy nasi rodzice zadawali nam pytania typu: „Kiedy dzieci?”.

Istnieje pozytywna narracja o rodzinie – ta prawicowo-konserwatywna. Tyle że ona może być odbierana jako konstrukt ideowy. Postulat dla wyludniającej się wspólnoty narodowej, a nie dla jednostek.

Myślę, że przegapiliśmy moment, w którym ta narracja stała się reliktem. To trochę tak, jakbyśmy sobie brali jakiś artefakt z muzeum i mówili, że nam zagraża albo nas dominuje. Znacznie bardziej powszechna jest opowieść z „ale”. 

I ona – na zasadzie sprzężenia zwrotnego – wpływa na nasze postawy? A może nawet, jak napisała pół żartem czytelniczka – na niską dzietność? Prof. Marcin Napiórkowski mawia, że ludzie nie podejmują decyzji na podstawie faktów, ale na bazie opowieści.

To prawda, nawet jeśli wielu spośród nas myśli, że ich decyzje są niczym analizy SWOT; że tylko wyważenie plusów i minusów doprowadzi mnie do zobiektywizowanego stanowiska w ważnej sprawie. Tylko że rodzicielstwo tak nie działa.

A jak działa?

Zostawałam matką czterokrotnie, za każdym razem jako inna osoba. Gdzie indziej pracując, co innego robiąc, inaczej myśląc o świecie i ludziach. Za każdym razem tworzyła się też nowa, zupełnie inna niż poprzednie relacja.

Jest w tym wszystkim tak wiele zmiennych, niedających się przewidzieć elementów, że żadna analiza SWOT się nie sprawdzi. Innymi słowy: my o sobie myślimy, że jesteśmy racjonalni i analizujemy precyzyjnie nasze strategie życiowe, ale tak naprawdę decydujemy w oparciu o opowieści.

Pamięta Pani jakieś pozytywne opowieści o rodzicielstwie w sferze kultury? 

Tak, ale łatwiej mi – co pewnie znamienne – o przykłady z własnej młodości. To choćby seriale „Domek na prerii” czy „Pełna chata”, emitowane w czasach, gdy dzieci były tak oczywistym elementem rzeczywistości, że pojawiały się – choćby w tle – w niemal każdym tekście kultury. Dzisiaj możemy obcować z dziełami, w których dzieci nie ma. A ponieważ wielu z nas nie ma łączności ze swoim dzieciństwem – bo to często konfrontacja z trudnymi emocjami, brakiem autonomii, sprawczości – to dzieciństwo jako zjawisko przeżywane na co dzień dla części z nas w ogóle nie istnieje.

Serial „Matki pingwinów” był wydarzeniem.

To przykład opowieści, która wyważa między lukrem a goryczą. Choć znamienne, że serial ten był krytykowany z tego powodu, że nie pokazuje, „jak bardzo jest ciężko” (śmiech).

To teraz stwórzmy własną opowieść. Pani ją zresztą konstruuje na co dzień – na Facebooku – pisząc o swojej rodzinie w konwencji autoetnografii, mającej m.in. za zadanie chronić wizerunek dzieci.

Każde z nich reaguje różnie na to moje pisanie. Najstarszemu, dorosłemu już synowi zdarza się powiedzieć: „Dawno już o mnie nic nie pisałaś. Dlaczego?”. Dziecko średnie, czyli nastoletnie, ma dokładnie na odwrót: pomimo iż nie padają jego dane, każdy wpis musi przeczytać przed publikacją. I część treści nie przechodzi przez jego cenzorskie sito.

Co Pani to pisanie daje?

Cenię sobie życiowy moment, w którym jestem, uważam się za osobę bardzo szczęśliwą i spełnioną. A że to szczęście i spełnienie jest zakorzenione w doświadczeniu macierzyństwa, toteż piszę o nim. Chcę się też podzielić opowieścią, w której rodzicielstwo jest formą rozwoju, a nie ograniczeniem wolności.

Pani po raz pierwszy została matką w wieku 19 lat – to nie godziło w Pani wolność?

Miałam wtedy zwyczaj, że chodziłam z moją mamą po pracy na obiad albo na zakupy – to były niezwykłe momenty kultywowania naszej relacji. Gdy dowiedziałam się o ciąży, niczym obuchem uderzyła mnie myśl, że oto kończy się moje dzieciństwo, a razem z tym końcem przychodzi kres takiej jak dotąd relacji z mamą.

Cieszę się, że nie utknęłam w tej stracie, za to dałam sobie szansę na zbudowanie nowej opowieści – o dojrzałości, o sprawczości, o relacji matki z córką samej będącej matką. I o radości płynącej z prowadzenia nowych ludzi przez świat i doświadczenia.

Bycie rodzicem jest chyba nieustanną szkołą rozstań i pożegnań? Z obrazem dziecka, jakie chcieliśmy mieć. Z zależnym od nas w pełni człowiekiem, gdy wychodzi z wieku 1-3 lat. Z kolejną jego wersją, która patrzy na nas bezkrytycznie, ale tylko do wieku nastoletniego. I z człowiekiem, który był pod naszym dachem, a teraz wyfruwa.

Zgadzam się z tym całkowicie. Tu zresztą znowu wraca sprawa opowieści. Bo jeśli o tym rozstawaniu opowiemy językiem straty, to będziemy mieli przypisany do rodzicielstwa kolejny problem.

Ale możemy opowiadać o tym językiem korzyści. Np. mówiąc, że bycie ojcem czy matką uczy cierpliwości i akceptacji dla zasady odroczonej gratyfikacji: że np. po okresie 0-3 lat, który jest pod wieloma względami najtrudniejszy, przyjdą czasy łatwiejsze.

Pani w swoich wpisach opowiada o dzieciach jako nauczycielach.

„Królowa”, jak nazywam jedno z moich młodszych dzieci, nauczyła mnie, czym jest prawda, a czym kłamstwo – i była to lekcja nieoczywista. Ona przetwarza trudną rzeczywistość w fikcję.

Poproszę o przykład.

Urodziła się na pustyni. Przyszła burza piaskowa i wiatr ją przeniósł na szczyt góry, gdzie z kolei wydarzyło się trzęsienie ziemi, więc spadła na wybrzeże. Tam przyszła fala tsunami. I ta fala przeniosła ją do naszej rodziny – gdzie mogła się narodzić drugi raz.

Taką opowieść stworzyła pięciolatka z traumą relacyjną, która najpierw była u nas umieszczona w rodzinie zastępczej interwencyjnie, a później została adoptowana.

A lekcja?

Że fikcja może być prawdą o losie człowieka. Dla bardzo wielu dorosłych to by było „kłamstwo”, w najlepszym razie „dziecięce fantazjowanie”, a ja się nauczyłam, że to potęga mądrości. W jaki sposób, mając kilka lat, można używać kodu narracyjnego, kodu symbolicznego i wizualnego, żeby zintegrować traumę. Coś takiego dane jest pewnie zwykle tylko terapeutom – ja tę lekcję dostałam jako matka.

W jednym z wpisów stwierdza Pani, że wraz z dziećmi wychowujecie się wzajemnie. Co to właściwie oznacza?

Może po publikacji naszej rozmowy odezwą się z głosem protestu behawioryści, ale moim zdaniem na tym polega główna różnica między wychowywaniem dzieci a posiadaniem np. psów, które zresztą kocham i też mam. Od dzieci otrzymujemy nieustannie informację zwrotną, często krytyczną.

W ramach tej informacji usłyszymy nieraz np. w gniewie, że jesteśmy beznadziejnymi rodzicami, że popełniamy błędy. Dzieci nie zawahają się precyzyjnie wypunktować, jakie to błędy. I to jest bardzo dobra informacja.

Dobra?!

Tak, bo to oznacza, że dziecko czuje się z nami bezpiecznie. To jest nieoczywisty dar, którego nie dostaniemy ani od machającego niemal ciągle ogonem psa...

...ani od dorosłego przyjaciela, bo nie będzie nas chciał dotknąć. 

Ani tym bardziej od szefa w pracy, bo to byłby mobbing (śmiech).

Tu wracam do tezy o rozwojowym walorze rodzicielstwa. Decyduje o tym właśnie szczera informacja zwrotna – czasami przykra, czasem bezlitosna. Mówiąc naszym poprawnościowym językiem dorosłych z XXI wieku, dzieci są bardzo przekraczające. Ale możemy też o tym powiedzieć inaczej. Od dzieci dostaniesz za darmo wgląd w siebie, w swoje reakcje, relacje – nikt ci tego nie da w takiej skali jak one.

Inne lekcje od pozostałych Pani dzieci?

Mój nastoletni syn wszedł w adolescencję z przytupem. Jest dzieckiem niezwykle wymagającym intelektualnie – z rozstrzałem tematów do dyskusji między systemem monetarnym Azerbejdżanu a historią zespołu Nirvana. Stawia przede mną czerwoną książeczkę Mao Zedonga i oczekuje rozmowy na jej temat.

Uwielbia intelektualnie szokować, prowokować. Przeszliśmy już przez wszystko: nacjonalizm, komunizm, anarchokapitalizm. Mózgi nastolatków funkcjonują nieco inaczej, o godz. 22 nasze zegary biologicznie biją odmiennym rytmem, ale jednak właśnie o tej 22.00 mój syn – gdy ja szykuję się do snu – przychodzi i oczekuje kolejnej głębokiej rozmowy np. o tym, czym jest krytyczna metoda poznawcza.

I co Pani na to?

Nie idę spać, choć przecież wiem, że mogłabym akurat w tym momencie wyrysować swoje granice: „Przepraszam, jutro o piątej wstaję”. I czasami tak robię, ale jednak częściej gadamy. Bo wiem, ile to mojemu dziecku daje, i ile ja z tego dostanę. 

Są też lekcje o emocjach.

Kto je Pani daje?

Mój 11-letni dziś syn. Pamiętam taką sytuację. Kłótnia, trzaśnięcie drzwiami, a za moment moje dziecko do mnie wraca. „Słuchaj – mówi – my się tak kłócimy, bo jesteśmy do siebie strasznie podobni. I kiedy ja wybucham, to potrzebuję twojego przytulenia. Chociaż wiem, że tobie w takiej sytuacji trudno mnie przytulać”. Proszę to sobie wyobrazić: on, dziecko, przeprowadza mnie za rękę przez sytuację tak, jakbym sama chciała przeprowadzić np. proszącego mnie o radę rodzica!

Mówi Pani o podobieństwie i pokrewieństwie, choć z tym akurat dzieckiem nie łączy Pani biologia. „Nie ma potęgi biologii, jest potęga więzi” – mówiła Pani kilka lat temu.

A dzisiaj bym dodała: jest potęga więzi, która staje się też niejako potęgą biologii. W tym sensie, że każdy proces długotrwałego bycia z kimś, tworzenia relacji, powoduje też zmiany neurologiczne. Budujemy coś w rodzaju by-passów, nowych połączeń neuronalnych, próbując obejść te skrócone ścieżki reakcji posttraumatycznej. Przecież to czysta biologia!

Istnieją fińskie i brytyjskie badania dotyczące schizofrenii – współczynnik ich dziedziczenia wynosi około 30 procent. Badacze sprawdzili, co się stanie, gdy do czynnika genetycznego dodamy ten środowiskowy. Oba badania na dużych próbach dowiodły, że w grupie dzieci, których rodzice biologiczni cierpieli na tę chorobę, ale swoich potomków nie wychowywali, to dziedziczenie drastycznie spadało – w jednym pomiarze o połowę, w drugim o dwie trzecie. To są potężne wartości!

A stało się tak nie dlatego, że dzieci te magicznie pozbywały się predyspozycji genetycznych do zachorowania, ale że – ze względów środowiskowych – nie uruchomiła się ekspresja genów odpowiedzialnych za zachorowanie. To jest biologia czy wychowanie?

„Błogosławieni powinni być rodzice nastolatków, a Bóg/Bogowie (nie upieram się przy wyborze konkretnej religii) powinni istnieć, ponieważ w przeciwnym razie nikt nam po śmierci nie wynagrodzi tych udręk” – napisała Pani. I jest to świetna ilustracja tego, że nawet udręki rodzicielstwa wkłada Pani w nawias opowieści o korzyściach.

To świadoma strategia – te zdania nie oznaczają, że naszą rodzinę omijają dramaty. Oznaczają, że tak widzę przeżywanie życia, także tego rodzicielskiego: przeżywamy je tak, jak je sobie opowiemy, że wrócę na moment do Marcina Napiórkowskiego. Ja moje matczyne spełnienie uważam w jakimś sensie za decyzję. Że odrzucam opowieść o rodzicielstwie jako udręce i lęku przed przyszłością. A wybieram tę o szczęściu i wzroście.

I wcale nie uważam, że to jest malowanie trawy na zielono.

A może jednak my to pracowicie od ponad godziny robimy? Przecież rodzicielstwo dla wielu osób bywa udręką. Bezsenne noce, kryzysy, świadomość że mojemu dziecku w najbliższych siedmiu, ośmiu dekadach przelecą nad głową jakieś – putinowskie czy inne – rakiety, a już na pewno doświadczy skutków kryzysu klimatycznego.

Gdy słyszę, że kryzys klimatyczny to najgorszy moment na to, by decydować się na dzieci i „fundować im niepewną przyszłość”, to odruchowo proponuję odwrócenie myślenia. Nie ma lepszego sposobu na mierzenie się z kryzysem klimatycznym niż mądre wychowywanie mądrych dzieci przez mądrych dorosłych.

Poza tym muszę wrócić do opowieści o opowieści. Gdy opowiadamy o udręce, to ją trochę stwarzamy – malujemy trawę na czarno. Wolę więc opowiadać o tym, że bycie matką to jest mój wzrost, wzrost mojego dziecka, fascynujące towarzyszenie w dojrzewaniu, sens życia.

Co by Pani powiedziała rodzicom, którzy przyzwyczaili się do przeżywania swojego rodzicielstwa przez pryzmat problemów? Albo, o czym pisaliśmy trzy tygodnie temu, przeżywają rodzicielskie wypalenie?

Tym pierwszym mogę tylko odpowiedzieć własną historią. Moim rodzicielskim mindfulness, czyli uważnością na chwile spędzone z dziećmi, praktykowaniem wdzięczności, że je mam, i że są takie, jakie są. Że moja córka narysowała dla mnie laurkę.

Nie umiem powiedzieć za dużo o wypaleniu, może bardziej o dojrzałym rodzicielstwie, w którym doceniłam słuchawki wyciszające, chwile samotności i inwestowanie w relację z mężem. Ważne, by w chwili adolescencji naszych dzieci zdecydować się na psa, najlepiej dwa. Zawsze wtedy w domu będzie ktoś, kto się ucieszy na nasz widok.

Boi się Pani wyfrunięcia dzieci z gniazda?

Jedyne, czego się w temacie dzieci boję, to wspomnianej adolescencji – to naprawdę trudny moment, choć ten okres szybko się kończy. A co do wyfruwania, przeżyłam jedno, i się nie boję. Nie nudzę się ani z mężem, ani z przyjaciółmi. Zresztą rodzicielstwo po tym wyfrunięciu się nie kończy. Wchodzi na inny poziom.

Anna Krawczak. Warszawa, 7 września 2024 r. // Fot. Wojciech Olkuśnik / DDTVN / East News

ANNA KRAWCZAK jest matką czwórki dzieci, w tym jednego dorosłego syna. Antropolożka, współtwórczyni i badaczka Zespołu Badań nad Dzieciństwem UW. Współpracuje z Fundacją Dajemy Dzieciom Siłę, szkoli m.in. kandydatów na rodziny zastępcze. Autorka wielu publikacji nt. praw dziecka, adopcji i pieczy zastępczej. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 31/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Zróbmy sobie sens