Urszula Zajączkowska o miłości, nieobecności i biologii przemijania

To był ogród Stefana i mój, wspólnie sadziliśmy w nim rośliny. Jeśli masz ogród, nie potrzebujesz niczego więcej, by widzieć podstawę życia i śmierci. Tam jest wszystko – mówi Urszula Zajączkowska, poetka i botaniczka.
Czyta się kilka minut
Urszula Zajączkowska, marzec 2025 r. // Fot. Hanna Zajączkowska
Urszula Zajączkowska, marzec 2025 r. // Fot. Hanna Zajączkowska

Katarzyna Kubisiowska: Zrobiłaś tę elektrykę?

Urszula Zajączkowska: Pociągnięty kabelek, izolacja schowana pod tynkiem, a ten zaszpachlowany i pomalowany, zamontowane wszystkie wyłączniki i lampy. Jest światło.

Gdzie się tego nauczyłaś?

Z filmików instruktażowych na YouTubie: jak sobie poradzić z naprawami, drobnymi remontami. Szczególnie, gdy wszystko wymaga ciągłego doglądania i dłubaniny. Jeszcze lepsze instrukcje są na TikToku, tam jest esencja tematu, bez zbędnych wstępów. Krótko i treściwie: pływak w spłuczce regulujesz śrubą na poziom ok. 1-2 cm nad odpływem. Kilka ruchów kluczem francuskim i jest szczęście: nie cieknie! Duma niemal jak po własnej habilitacji.

A dom stary i trzeba remontować?

Kupiliśmy go ze Stefanem na początku małżeństwa. A kiedy Stefan zaczął chorować, zaczął chorować i dom. Lodówka wysiadła, wyciek gazu z instalacji, dach dziurawy, trzeci mikser do rozdrabniania zup się zepsuł... Szczytem katastrof było to, jak w czasie jazdy samochodem pękł tłok w silniku. A tam, gdzie był gabinet Stefana... Nie, o tym nie będę mówić...

O czym?

O chorowaniu Stefana. Nie chcę, by osią opowieści stawało się odchodzenie bliskiej osoby ani publiczne rozbieranie jej intymności na części. W takim geście łatwo pojawia się nacisk emocjonalny, którego odbiorca nie ma jak uniknąć. A przecież człowiek, o którym się mówi, nie może już sam nic dopowiedzieć ani postawić granicy. To jego tajemnica i jego godność ciała.

Dlatego nie napiszę książki o jego chorowaniu i całym tym strasznym czasie. Zostało kilka wierszy, ale one prowadzą w inną stronę. Są zapisem mojego doświadczenia.

Urszula i Stefan, sierpień 2005 r. // Fot. Archiwum prywatne Urszuli Zajączkowskiej

A Stefan?

Po prostu miłość mojego życia. I ja byłam jego miłością życia, pierwszą. Zanim mnie poznał, siedział wyłącznie w laboratorium, a nocą na Centralnym, żywiąc się w barach lub w domu konserwami. Człowiek całkowicie zassany przez naukę.

Pierwsze spotkanie?

Mam 21 lat, on 57. Ja studentka, on nauczyciel akademicki. Na salę wchodzi w tureckim sweterku, w okularach z grubymi szkłami, o żółtawym kolorze skóry, bo palił też 60 papierosów dziennie. Zaczyna mówić o termodynamice świata przyrody... a mi opada szczęka. I koniec, przepadam. Jeszcze w myślach się szamoczę: Nie, nie. Co się dzieje? Dopiero co wyszłam z fatalnej, miłosnej historii. A tu coś takiego?

W uczuciach hamulce nie działają.

Wzięłam Stefana całego, z tą miłością do roślin, myśleniem o fizyce świata przyrody, pasją i wyobraźnią. On był wspaniałym botanikiem teorii, który kilka lat pracował na Harvard Forest i Uniwersytecie w Berkeley.

Najbardziej to lubił siedzieć i rozmyślać. Rozpracował teorię pól przepływu hormonów w pniach drzew. Moment, pokażę ci gazetę. To jest „ITD” numer z 29 maja 1977 roku. Rok przed moimi narodzinami...  Artykuł o doktorze Stefanie Zajączkowskim. Dziennikarz pyta: „Czy naukowcem trzeba się urodzić?”. Doktor Zajączkowski odpowiada: „Nie wiem. Wiem tylko, że nauką trzeba żyć”.

A poza nauką?

Skromny, ale pasjonujący człowiek. Z ogromną pogodą ducha, nietrzymający urazy. Żywe dobro. A nasza miłość szła błyskawicznie, po kilku miesiącach od pierwszej randki Stefan się oświadczył.

Rodzina?

Moja młodsza siostra wpada kiedyś do pokoju i mówi: „Ulka, wstawaj, o tobie gadają”. Razem kucnęłyśmy na schodach i słyszę głos mamy: „A pamiętasz nas, naszą miłość? Jakiekolwiek zakazy spowodowałyby całkowicie odwrotną reakcję, jeszcze bardziej byśmy chcieli być ze sobą”.

Ojciec jej słuchał uważnie, bo początkowo ciężko było mu zaakceptować fakt, że Stefan jest starszy od niego. W końcu mówi: „ No tak, Jadwiga Andegaweńska biorąc ślub z trzydziestoletnim Jagiełłą miała dwanaście lat”.

No!

A mama Stefana, kobieta bogobojna, słuchaczka Radia Maryja, mądra i pogodna, zapytała tylko: „Nie boisz się brać takiego starego dziada?”.

Fot. Mały Łoś / Archiwum prywatne Urszuli Zajączkowskiej

Nie bałaś się?

Byliśmy razem przez 23 lata. Nie wyobrażam sobie życia bez niego. Stefan pochodził z rodziny przyrodników. Urodził się w 1943 r. na wozie Polaków uciekających z Wołynia. Po wojnie jego ojciec został nadleśniczym w Miechowie pod Krakowem. Stefan miał czwórkę rodzeństwa, wszyscy są leśnikami-naukowcami, a siostra została architektem krajobrazu. Więc przyroda była treścią jego życia i częścią czasu także po śmierci.

Po śmierci?

Stefan jest pochowany na cmentarzu w Wołominie. Jego nagrobek wygląda tak, że w szarogłazie jest wykute jego imię i nazwisko, a wkoło są głazy i rośliny – borówka brusznica, kostrzewa owcza, macierzanka piaskowa, paprocie, skrzyp, mała sosna kosówka. Jakby przeniesiony fragment Tatr.

I teraz muszę zrobić małą retrospekcję: kiedy Stefan pracował w Stanach, robił tysiące zdjęć, zostało tysiące slajdów, w 99 procentach są na nich jedynie rośliny. W któreś Boże Narodzenie Stefan poleciał na Hawaje. Sam spędził tam święta, mówił, że to był piękny czas. I że obserwował wtedy niezwykłe burze, przerywane słońcem, i różne gatunki palm. Zdjęcia tych palm do dziś wiszą w naszym instytucie i ze wszystkich podróży profesorów, botaników, jego akurat są tylko te palmy.

– A tam znalazłam to. Spójrz... – Odpustowy kicz: zepsuta przyszywka z palmami. – Leżała na kamieniu, tuż przy jego nazwisku. // Fot. Urszula Zajączkowska

A teraz wracam do meritum. Jakoś czas temu coś mi mówi: muszę odwiedzić grób Stefana i to teraz! Idę... A tam znalazłam to. Spójrz...

Odpustowy kicz: zepsuta przyszywka z palmami.

Leżała na kamieniu, tuż przy jego nazwisku. Przyniosły krukowate. Dość typowe zachowanie: zostawiają drobne przedmioty w wybranych miejscach, czasem układając je względem siebie.

Ha!

A ja stałam się wiaderkową wdową.

Kim?

No, jedną z tych które regularnie są na cmentarzach wyposażone w wiaderko, zmiotkę, płyn do mycia, zapalniczkę. Wcześniej też je zauważyłam i miałam z tyłu głowy, że ja kiedyś do nich dołączę ze względu na różnicę wieku między mną a Stefanem. A teraz już się rozpoznajemy, wiemy, która co ma do pracy, taka mała społeczność.

Od śmierci Stefana minęło półtora roku.

Kobiety głównie sprzątają. To chyba rodzaj modlitwy. Albo przeciągania stanu, w którym możesz się o kogoś fizycznie zatroszczyć, możesz coś mu dać. Ja też byłam szczęśliwa, gdy Stefanowi postawiłam właśnie taki nagrobek, i chodzę tam dość często z moim wdowim wiaderkiem, którego używam do podlewania i noszenia narzędzi.

To daje spokój?

Na cmentarzu jest spokój. A ja siedzę przy jego atomach, które tam się uwalniają, jak się stwarzają otoczeniem, tym, które widzę. Więc zaczynam też i kochać to miejsce.

Rozmawialiśmy ze Stefanem, jak chcemy być pochowani, że spopieleni. Nie wiedzieliśmy przecież, kto pierwszy z nas umrze. A jako przyrodnicy wiemy, co dzieje się ze zwłokami: najpierw zaczyna się autoliza, czyli samorozpad komórek. Potem gnicie bakteryjne z gazami i zapachem, a następnie upłynnienie tkanek miękkich. Zostaje wysychanie i stopniowa mineralizacja.

Przez płomień można skrócić fazę przejścia z ciała do atomów i oszczędzić działania wyobraźni. To wyzwolenie naszych cząstek i jednoczesne ich zaraz przemienienie w korzeń, liść, grudkę ziemi. W przyrodzie, w ciągłej wymianie energii i materii, współtworzę całość, sama będąc czyjąś przeszłością i później stając się nią dla innych.

Teraz mówiła „pani od przyrody”.

Nie da się do pustki przyzwyczaić. Mózg nie zna: nie ma. Więc nawet te dwa słowa „nie ma” jest stworzeniem ich istnienia w samym języku. Nie ma czego? Tego nie ma, jego nie ma. Nie ma, że nie ma Stefana, bo on cały czas jest. W różnych obszarach. W pracy, badaniach, w roślinach, nawet w sposobie nauczania.

Czyli?

Stefan mnie uczył, jak postawić studentom granice, że trzeba to robić bezpośrednio. I mówił, że jestem dla nich zbyt łagodna. Kiedy ja dawałam tróje, to on dawno by postawił dwóje. Uważam, że wiedza na temat roślin jest tak potężna, że właściwie studentów i moja jest niemal na tym samym poziomie. Czyli prawie żadna.

Moją zasadniczą rolą jako nauczyciela akademickiego jest zainteresować studentów przyrodą do takiego stopnia, że będą sami chcieli ją zgłębiać i że będą czuli, iż całe to stworzenie z natury swojej jest nie tylko fascynujące, ale i dobre. A Stefan uważał, że studenci mają mieć solidną podstawę, by umieć przyrodniczo myśleć. On był zdecydowanie bardziej dla nich wymagający.

I słusznie.

Wiesz, gdzie jeszcze jest obecny Stefan? W moim języku. On w końcówce mejla pisał takie swoje: łączę pozdrowienia. Czasami pisząc do poważnego urzędnika tak samo, uśmiecham się do siebie, że ja też łączę te jego pozdrowienia.

Obecny też jest w Hani, naszej córce. Spójrz na to zdjęcie Stefana z młodości, przecież oni są identyczni. Hania jest też podobna do Stefana pod względem charakteru: i łagodna, i niespotykanie na dzisiejszy czas twarda.

Tyle się mówi o bardzo trudnym czasie licealistów: że mają problem z sobą, że plaga depresji, że samotni. To naprawdę pokolenie wrażliwców. A Hania tyle musiała znieść: na początku liceum dowiaduje się o diagnozie ojca. Po dwóch latach dowiaduje się o diagnozie matki. Po trzech latach ojciec umiera. A teraz Hania jest w czwartej klasie i zaraz będzie pisać maturę.

Za nią już najtrudniejszy egzamin dojrzałości.

Hania trzyma się w sobie. Zadaniowa. Jakby wiedziała, że coś w niej musi pozostać nieugięte. Dla mnie, może. Bałam się, że jest dzielna dla chorych rodziców, przez co traci czas swojego dojrzewania. Więc robiłam, co mogłam, by w domu był spokój. A pod spodem ogień.

Niepokój?

Na wlewy jeździłam głównie sama. No bo Stefan nie dał rady, już był leżący. Nie chciałam obarczać rodziców, bo mają swoje lata, choć mama ze mną była trzy razy. Siostra raz. Kogo tu prosić? No wiesz... wszyscy pracują, mają swoje życie.

Niechęć do bycia petentem?

Kiedy prosisz, czasem więcej czasu i energii kosztuje samo objaśnianie niż zrobienie tego własnymi rękami. Bywa szybciej. Na wlewach widziałam mężów krążących jak satelity wokół żon, bo gdy obok jest ktoś kochający, można wypuścić całe rozdrażnienie i ból, więc one grymasiły nad kanapką, przerażone i zmęczone, a ja wracałam do domu i gotowałam obiad.

Kiedyś po wlewie wsiadam do auta, zaraz dzwonię do kolegi i mówię: „Słuchaj, Gogol, pogadaj ze mną chwilę, wracam po chemii do domu i boję się, że zasnę za kierownicą, bo zawsze w żyłę dają coś na uspokojenie”. On: „Dobra, jaka temperatura?”. Ja: „Osiemnaście stopni.” On: „A stan wód?”.

Ludzi jak Gogol było więcej?

Nie. Więc błogosławić tych, którzy wtedy cię nie opuszczają. Bardzo już było ciężko w czasie czerwonej chemii, po której leżałam plackiem kilka dni, już dawno bez włosów, bez sił, w gorączce. Na szczęście rodzice wpadali, ludzie czasem pisali. Na bramie raz wisiała zupa od przyjaciółki. W paczkomacie od siostry, która jest rolnikiem ekologicznym, czekały warzywa. A koleżanki opieprzyły mnie, że za mało proszę.

Małe wielkie gesty.

Mówi się, że cierpienie uszlachetnia, że niby nabywa się specjalne cnoty. Bzdura. Wcale cię nie uszlachetnia, tylko tarza w błocie, sprowadza do poziomu robala. Jedynie co: cierpienie, którego ty zaznajesz, może uszlachetniać ludzi, którzy są obok. Oni na chwilę zrezygnują z rytmu własnego życia i poświęcą czas tobie.

A czas jest dziś bezcenny.

Odwołując się do mineralogii: uszlachetnia jak kamień bez inkluzji w środku, czyli bez wewnętrznych zakłóceń, które coś rozpraszają albo pękają pod naciskiem. Trudno mnie teraz wyprowadzić z równowagi, właściwie się nie da. Kiedy w domu jest umierający mąż, a ty stoisz trzydziesta siódma w kolejce do onkologa i po wlewie ledwo trzymasz się na nogach, a w domu zaraz będzie zmęczona po szkole córka, to jednak uczysz się cierpliwości. Jedyny bonus. A właściwie dwa: są jeszcze onkosiostry.

Nikt nie zrozumie chorego jak ten, kto sam choruje?

My się szybko zaprzyjaźniamy. Może dlatego, że tu wszystko dzieje się naraz. Poznałyśmy się na różnych etapach: chemioterapia, operacja, radioterapia, kwas. Słowa jak stacje. Z czterema szczególnie. Rechot na wlewach – gdzie inni widzą tylko ciszę.

Śmiech odstresowuje?

Jedenaście moich koleżanek umarło. Jedna z nich powiedziała kiedyś: „Jak ja bym chciała dożyć jeszcze pięciu lat”. Za miesiąc jej nie było. Przyniosła mi kompot z wiśni, bo na chemii czasem masz wstręt do wody. Chce się pić, a sama myśl o wodzie wywołuje mdłości. Nie dałam rady potem wypić tego kompotu.

Dlaczego założyła pięć lat życia?

Trwają badania nad spersonalizowanymi szczepionkami dla raka trójujemnego. To kierunek, który wygląda obiecująco, bo m.in. wykorzystuje precyzyjne informacje z guza i uczy układ odpornościowy rozpoznawania konkretnych cech nowotworu. Ona na to czekała.

Nadzieja.

Mam szczęście, że trafiłam na fenomenalną onkolożkę Agnieszkę Jagiełło-Gruszfeld. Za czasów mojego leczenie dwa razy zmieniała szpital tylko dlatego, że nie miał kontraktu z NFZ-em i nie mogła zastosować leczenia, jakie powinno być wdrażane jej pacjentkom. Więc znajdowała takie miejsce, w którym mogła leczyć. A my, jej pacjentki, szłyśmy za nią. Osoba błyskotliwa, z rozbrajającym poczuciem humoru. Kiedyś w listopadzie, przy wypisywaniu chemii ziewnęła – tłumacząc się zaraz, że zmęczona. Na co odpowiadam, że nie ma się co dziwić pani doktor, jest listopad. Ciemno, nie ma liści, wszystkie zgniły.  Podnosi wzrok zza kartki i pyta: „A iglaste?”.

Pełna czujność.

Pamiętam, jak reanimowali dziewczynę, która po chemii dostała wstrząsu, miała już zielone usta. A nasza onkolożka stała i spokojnie mówiła, co podawać: adrenalina itd. Siedziałam na wlewie przywiązana do butli, widziałam jej pięści za plecami, pulsujące. Dla mnie horror. W pewnym momencie odwróciła się do mnie, mówiąc ciepło: „Taka samiutka sobie siedzi, tak?”.

Widzi człowieka.

I wywleka go do życia całym swoim pięknym człowieczeństwem. Zapewne płacąc za to ogromem sił.

Ktoś jeszcze?

Radiolożka Katarzyna Dobruch-Sobczak. Fenomen. USG to czarne otchłanie obrazu, dla niej czytelny język. Wydała „Atlas ultrasonograficzny guzów piersi”. Po którymś badaniu wyjęła go i z pasją pokazała grafiki, które nic mi nie mówiły, za to patrząc na nią, zobaczyłam siebie nad atlasem liści, pędów i kwiatów. Uspokoiło mnie, że należę do rzeczy już opisanych, że to także należy do życia.

Dzięki jej wrażliwości oka, odnalazła mi drugą zmianę, zrobiła biopsję i okazało się, że wcale nie mam raka, tylko dwa różne raki i że ten mały to najgorszy, jaki się da – trójujemny. To odkrycie prawdopodobnie uratowało mi życie. Na koniec dodała: „To się leczy. Jest pani w dobrych rękach”. I nie było wyjścia, jak w to wszystko szybko uwierzyć.

Można wyzdrowieć także dzięki temu, że najpierw radiolog czyta ciało z naukową precyzją i uważnością oka.

Oko, które ratuje?

Rak to jednak jest wyrok, lecz pod warunkiem, że się nie leczysz. Kiedyś los mnie skazał, dziś żyję dzięki naukowcom, laborantom, lekarzom, pielęgniarkom i niekończącemu się strumieniowi ludzi niosących pomoc, dzięki sumie ich wiedzy i decyzji.

Obecnie leczy się już nie tyle narząd czy nawet nazwę raka, ile to, co naprawdę w nim działa, konkretne komórki z ich mutacjami. Pod nie dobiera się terapię. Jestem człowiekiem, który dostał drugie życie. I jak na razie tomografia jest czysta.

Ty wiesz, jak ja się cieszę!

Kiedy się o tym dowiedziałam, od razu wzięłam pożyczkę na wymianę dachu. Nie chcę zostawić Hanki z długiem, zakładam, że zdążę ją spłacić. W takiej chorobie wchodzi się na wysoki poziom pragmatyzmu. Trzeba zdążyć zrobić pewne rzeczy i zabezpieczyć dziecko. A gdy usłyszałam diagnozę, pierwsze co zrobiłam, to wyrzuciłam z mojego pokoju niepotrzebne rzeczy, żeby było po mnie mało sprzątania.

Co z ogrodem?

To był ogród Stefana i mój, wspólnie sadziliśmy rośliny. Rozmaite gatunki, także te szczególnie ważne dla niego, jak sosna oścista, bo należy do jednej z najdłużej żyjących sosen na świecie. A oko botanika powoduje, że patrzysz na drzewo jak na książkę, którą czytasz w geometriach, w kształtach konarów, rysunków na korze.

Jeśli masz ogród, nie potrzebujesz już niczego więcej, by widzieć podstawę życia i śmierci, bo tam jest wszystko. I to się toczy w detalach: krawędzi liścia i powietrza, pąku kwiatu, grudce ziemi.

A jak Stefan chorował?

To zasadziłam dla niego rabatę chronionych gatunków bylin polskich lasów. Bo Stefan uwielbiał chodzić po lesie. Ze szwagrem zbudowaliśmy też małą szklarnię, licząc na to, że Stefan będzie tam sobie mógł popracować. A śmialiśmy się ze Stefanem, że zaglądał tam wyłącznie, by jeść. Solidnie zasuwałam w ogrodzie dla niego, jeszcze nie wiedząc, dlaczego jestem taka słaba...

Ten ogród nawet zimą nie traci urody.

Miesiąc przed śmiercią Stefana umierał w cierpieniach mój ukochany dziewiętnastoletni kot. W środku nocy z Hanią pojechałyśmy z kicią do Warszawy, by skrócić te męki. Już wtedy myślałam, że rozsadzi mnie ból. Sama po operacji, przed radioterapią, z kiepsko gojącą się blizną, bo ręka ciągle w pracy. Kotka była drobna, biała. Pochowałam ją rano w ogrodzie pod białym kamieniem. I zasadziłam róże. Więc ten ogród wszędzie jest pełen przeszłości i teraźniejszości, wzrastania i obumierania.

Dynamika istnienia?

Cała konstrukcja życia jest oparta na nieustannym dostawaniu. Słońce, które nieustannie daje, daje, daje. Grawitacja, która trzyma to wszystko na ziemi. Wyewoluowaliśmy w ten sposób, że mamy gnaty i sobie chodzimy, mamy piękne umysły i wyobraźnię, zadzieramy wysoko nos, ale i bardzo nisko.

A ten storczyk w przedpokoju?

Prezent od Stefana na urodziny. Ojciec mi go dostarczył, tak się umówili. I włożyłam storczyk do wody, przeczytałam, że lubi moczenie, i kompletnie zapomniałam o nim, byłam wtedy w kiepskim stanie. Za dwa tygodnie Stefan umiera, a korzenie storczyka gniją.

Po śmierci Stefana z Hanką odpaliłyśmy jego komputer i zobaczyłyśmy w historii przeglądarki wpisane dwie frazy: kwiat pamięci, kwiat nadziei. Tego szukał dla mnie. A przeze mnie ten kwiat umierał.

Ból na każdym poziomie.

Przez pół roku stawałam na uszach, żeby ten storczyk odratować. Bez liści, ze zgniłym korzeniem. Używałam ekstraktów z glonów, fitohormonów, specjalnych związków aktywnych, które odkażają. Wycięłam martwe tkanki, dotarłam do tych kilku centymetrów życia, które się jeszcze tliło. Po pół roku zobaczyłam milimetr korzonka wyrastającego z trzonu storczyka.

Odrodzenie?

Jeszcze lepiej! Kiedy odebrałam dobre wyniki tomografii, storczyk zakwitł. A później Hania kupiła mi storczyk z klocków Lego. Teraz mam dwa. Obydwa stoją w szklarence.

Masz tę myśl: dlaczego ja?

Nigdy tego pytania sobie nie zadałam. Pewnie przyroda pomaga uświadomić sobie, że takie rzeczy się dzieją naprawdę często, choćby te miliony nasion drzew umierają na dnie lasu, liście, korzenie, owady, miliardy bakterii. Na Ziemi przede wszystkim panuje śmierć.

Ta świadomość pomaga?

Pomogła mi też lektura Junga „Odpowiedź Hiobowi”. To erudycyjny, prowokacyjny esej o Bogu i człowieku, o złu i o tym, że w obrazie Boga jest pęknięcie. Jung czyta Hioba jak dramat, w którym Bóg zostaje skonfrontowany z człowiekiem i nie może mu odpuścić. Kiedy Stefan chorował, a ja byłam po kolejnym wlewie, siedziałam w wannie, czytałam Junga i śmiałam się na głos. Łysa śpiewaczka chichra się na głos!

A teraz jaki jest czas?

Solidnej żałoby. Ktoś kiedyś powiedział, że to miłość, która nie ma gdzie pójść. Więc zostaje i szuka miejsca obok tych, którzy są. Tu jest Hania, rodzina, przyjaciele. Jest też las. Jeśli kochasz, chcesz dla tej drugiej osoby tego, czego ona by chciała. Wiem więc, że ostatnią rzeczą, jakiej Stefan by chciał, byłoby tracenie życia na smutek przez niego.

Ula...

Czasami się w tym smutku tarzam... Ale jest też pewien poziom decyzji, w którym mówisz stop, masz kontrolę nad tym, co się dzieje. Nie brniesz w to dalej. Widzę, że właśnie jest piękne światło w ogrodzie, więc na to teraz chcę patrzeć. Gestem miłości wobec Stefana jest to, że umiem powiedzieć: nie, nie będę teraz cierpieć, może potem.

URSZULA ZAJĄCZKOWSKA – poetka, botaniczka, profesor SGGW. Mieszka w Wołominie i żyje.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 0.00 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 09/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Jest światło w ogrodzie