Sprawdź, może i ty jesteś robotnikiem? Jak zmieniła się praca w Polsce

Poszukując mitycznej polskiej klasy średniej, warto częściej spoglądać w stronę postaci, którą do niedawna stawiano na piedestale każdego 1 maja. Co dziś słychać u robotnika?
Czyta się kilka minut
Łódź, 2023 r. // Fot. Piotr Kamionka / REPORTER
Łódź, 2023 r. // Fot. Piotr Kamionka / REPORTER

Odkąd przestał być oparciem dla „przewodniej siły narodu”, nie jest też bohaterem polskiej codzienności. Na ulicach miast o poranku nie gromadzą się na przystankach grupki zaspanych mężczyzn, zabijających kolejnym papierosem oczekiwanie na transport. Nawet jeśli w okolicy działa jeszcze wielki zakład górniczy, huta czy rafineria, wielu pracowników dojeżdża na miejsce własnym samochodem.

Z polskich rozmów zniknął właściwie całkowicie: z rzadka tylko pojawi się w karykaturalnej formie „robola” z pobliskiej budowy, który nowy dzień wita ćwiartką lub piwem pod szybkie śniadanie. Polityczną reprezentację musi współdzielić z innymi grupami – jakby nie należał do społeczności dostatecznie dużej i skonsolidowanej, by mieć tylko dla siebie choćby koło poselskie. Nie rozpala już takich emocji, jak niegdyś. Coraz rzadziej zdarza mu się palić opony przed ministerstwami. Odebrano mu nawet święto 1 Maja, które dziś jest po prostu początkiem dłuższej lub krótszej majówki.

We współczesnym polskim społeczeństwie jest więc bohaterem drugoplanowym, ale w każdym porządnym scenariuszu to przecież postaci tła górują liczebnością nad głównymi. Podobnie jest z robotnikiem. Nie widać go i nie słychać, ale bez zrozumienia, kim dzisiaj jest, nie da się też zrozumieć współczesnej Polski. 

Zawody robotnicze to już nie tylko praca fizyczna

Według ostatnich danych GUS z lipca ub.r. w firmach z sektora przemysłowego pracowało w całym kraju ponad 2,7 mln osób. Gdyby dodać milion pracowników budowlanki, ponad 100 tysięcy górników i tyle samo osób związanych z wytwarzaniem i przesyłaniem energii, zbliżymy się do czterech milionów – i około 22 proc. wszystkich pracujących. To jednak o połowę mniej niż w latach 70., kiedy na każdych stu czynnych zawodowo przypadało statystycznie aż 47 robotników.

Dane GUS – jak podkreśla dr hab. Adam Mrozowicki, wrocławski socjolog pracy – w tym przypadku mogą być mylące. Obejmują bowiem wszystkie etaty w firmach działających w branżach przemysłowych, a więc np. personel biurowy. Jednocześnie pomijają zatrudnionych na stanowiskach stricte robotniczych w branżach pozaprzemysłowych.

– Jeśli spojrzymy na profesje związane z pracą fizyczną lub fizyczno-umysłową, o niskich lub średnich wymaganiach kwalifikacyjnych, ujęte w Międzynarodowej Standardowej Klasyfikacji Zawodów, sytuacja wygląda już inaczej. Bo w ten sposób zarabia dziś na życie około 48 proc. pracujących Polaków – podkreśla Mrozowicki.

Socjologowie pracy, jak mówi badacz, nad nieprzystające do współczesnych realiów słowo „robotnik” przedkładają pojęcie „zawodu robotniczego”. Czyli o relatywnie niskich kwalifikacjach potrzebnych do zatrudnienia, wykonywanego nie na własny rachunek, lecz na zlecenie i charakteryzującego się powtarzalnością czynności.

– Do tych kwalifikacji formalnych dodałbym punkt czwarty, czyli brak wpływu na kształt wykonywanych zadań – dodaje Mrozowicki. – A to nam już komplikuje obraz, bo zawody robotnicze przestają być tożsame z pracą fizyczną. Konsultantka z infolinii dla klientów towarzystwa ubezpieczeniowego, po studiach magisterskich, wedle klasycznej definicji nie ma nic wspólnego z robotnikiem. Jednak powtarzalny, niemal taśmowy charakter jej pracy, ściśle zdefiniowany przez procedury firmy, w rzeczywistości lokuje ją blisko przedwojennego pracownika obsługującego taśmę w fabryce Forda. 

Osobną kwestią jest pytanie, czy takie osoby same siebie nazwałyby robotnikami, a to rzecz w tym przypadku kluczowa. XIX-wieczna klasa robotnicza, ów „wyklęty lud ziemi”, który dał początek późniejszej klasie pracującej, była przecież owocem społecznej i ekonomicznej autoidentyfikacji. Tysiące pracowników fabryk, kopalń i szwalni łączyło poczucie, że jadą na jednym wózku.

W Wielkiej Brytanii, ojczyźnie ruchów robotniczych, taka identyfikacja jest dziś niemal odruchem pamięci mięśniowej. Z danych rządowej Komisji Mobilności Społecznej z 2025 r. wynika, że choć tylko 25 proc. Brytyjczyków wykonuje zawód mniej lub bardziej związany z pracą fizyczną, to aż 53 proc. społeczeństwa wciąż uważa się za członków szeroko rozumianej „working class”.

W Polsce nikt podobnych pytań nie stawia. Na zamówienie mediów ścigających upiora „polskiej klasy średniej” systematycznie pojawiają się za to ankiety szacujące jej odsetek na poziomie nawet 60-77 proc. W kulturze popularnej, w badaniach historycznych i w socjologii widać z kolei iście młodopolski zwrot w stronę ludowości

Robotnik tymczasem został na peronie. Nie po raz pierwszy w najnowszej historii Polski, dlatego przypomnijmy sobie, jak do tego doszło.

Efekty społecznej transformacji lat 90.

Gdy 12 września 1989 r. premier Tadeusz Mazowieckie zasłabł w Sejmie podczas exposé, udział produkcji przemysłowej w PKB Polski przekraczał 50 proc. W kraju działały 6202 zakłady przemysłowe zatrudniające co najmniej sto osób. Do 2015 r. nie dotrwało 1657 spośród nich – czyli średnio co czwarty. Aż 424 fabryki zamknięto tuż po rozpoczęciu reform Balcerowicza. Jak szacował w 2016 r. ekonomista prof. Andrzej Karpiński, „majątek w zlikwidowanych zakładach stanowił 33 proc. całego majątku produkcyjnego w przemyśle istniejącego w roku 1988”.

Terapia szokowa zaordynowana polskiemu przemysłowi, poza doraźnym zgnieceniem inflacji, miała ograniczyć jego znaczenie w gospodarce na rzecz usług i handlu. Jej społeczne efekty uboczne były jednak upiorne. 

Do roku 2000, jak pisze Karpiński, poskutkowała likwidacją prawie 1,8 mln miejsc pracy, co doprowadziło do „pogorszenia materialnych warunków życia, licząc łącznie z członkami rodzin, dla około 5 mln osób”. Polska, która w dekadę lat 90. wchodziła z 37 proc. aktywnej zawodowo populacji zatrudnionej w przemyśle, XXI wiek witała już z mniej niż jedną trzecią pełnoletnich obywateli, którzy mogliby nazwać siebie robotnikami.

Słownictwa do opisu tych, którzy boją się wypadnięcia z zakrętu transformacji, nie brakowało za to wielu ówczesnym liderom opinii. Stoczniowcom, hutnikom, górnikom, którzy protestowali przeciw planowanym ograniczeniom produkcji i zatrudnienia, przypinano łatkę „hamulcowych transformacji”. Pracownicy cukrowni wyznaczonych do wygaszenia dowiadywali się z gazet, że są „roszczeniowi” i „nieelastyczni”.

Na nieco więcej współczucia mogły liczyć bezrobotne łódzkie szwaczki i włókniarki (tylko w 1990 i 1991 r. w mieście i w okolicy pracę straciło 81 tys. osób z branży odzieżowej i włókienniczej). „Bieda ma twarz kobiety” – pisała w 1995 r. „Gazeta Wyborcza”, relacjonując upadek łódzkiej „Iwony”, jednego z najdłużej działających zakładów dziewiarskich w regionie. Konkurencja medialna nie miała aż tyle empatii. „Za stare na nowy rynek” – zatytułował notkę o problemach szwaczek dziennik „Prawo i Gospodarka”.

Wzrost znaczenia przemysłu w Polsce

Spychanie robotnika ze społecznego piedestału zaczęło się jednak już za Gierka. Późny PRL oficjalnie wciąż trwał przy opowieści o przewodniej sile narodu, jaką stanowiła PZPR, „reprezentująca” klasę robotniczą, ale w latach 1975-1986 zatrudnienie w przemyśle wzrosło w Polsce już tylko o 17 proc. W tym samym czasie liczba etatów w usługach, edukacji i ochronie zdrowia skoczyła aż o 50 proc. Dla podtrzymania tego trendu władze ograniczyły liczbę miejsc w szkołach zawodowych na rzecz liceów ogólnokształcących i techników, które miały regularnie zasilać świeżą krwią szeregi tzw. inteligencji pracującej.

Nowym bohaterem Polski ludowej miał być raczej inżynier Karwowski z serialu „Czterdziestolatek”, inteligent z awansu, a nie cwany brygadzista Maliniak. Za tymi przetasowaniami poszły zmiany rozpiętości zarobków. Widoczna jeszcze w latach 60. przewaga wynagrodzeń robotników nad dochodami inteligencji najpierw zaczęła maleć, a pod koniec rządów Gierka wręcz zanikła. W 1986 r. średnie wynagrodzenie robotników w przemyśle stanowiło 92 proc. przeciętnego wynagrodzenia w sektorze niematerialnym; do roku 2000 stopniało do niespełna 61 proc.

Wtedy też przyszło otrzeźwienie. Wybuch kryzysu finansowego przyniósł pierwsze ostrzeżenie, że rynki kapitałowe są zbyt słabym kręgosłupem dla gospodarki, jeśli nie stoi za nimi także wydajny sektor produkcyjny. Tę pierwszą diagnozę z 2008 r. potwierdziła druga, w czasie pandemii, gdy okazało się, że bez własnej produkcji przemysłowej nawet największe gospodarki składają się jak domek z kart przy większym podmuchu dekoniunktury. Świat, w tym i Polska, zaczął znów mówić o stawianiu fabryk, liniach produkcyjnych, łańcuchach dostaw. Do debaty publicznej weszły takie pojęcia jak decoupling (uniezależnienie od dostaw z Dalekiego Wschodu) i reindustrializacja.

Niejako przy okazji okazało się, że Polska, która po wejściu do Unii szybko wyrosła na głównego poddostawcę dla niemieckiej gospodarki, jest pod tym względem w lepszej sytuacji niż większość sąsiadów. W latach 2020-2022 udział produkcji przemysłowej w naszym PKB zbliżył się do 22 proc., co oznaczało wzrost o blisko 5 punktów procentowych od początku stulecia. Polska była jednym z nielicznych krajów rozwiniętych, w którym znaczenie przemysłu w gospodarce nie tylko nie zmalało, lecz wręcz wzrosło.

Ten trend świetnie odzwierciedlają dziś płace. W 2025 r. mediana zarobków w polskim przemyśle wyniosła 8,8 tys. zł brutto, czyli ok. 1,8 tys. zł więcej niż w handlu i 1,2 tys. zł ponad medianę wynagrodzeń w sektorze usług (bez sektora IT). W ubiegłorocznej edycji badania „Barometr Rynku Pracy 2025” grupą, która najczęściej deklarowała, że w ciągu ostatniego roku dostała podwyżkę, byli pracownicy szczebla fizycznego i produkcyjnego (42,4 proc.). 

Maliniak po latach wreszcie odegrał się na Karwowskim.

Kim są dzisiaj robotnicy

Trudno jednak mówić o renesansie przemysłu: to raczej korekta kursu w stronę większej samowystarczalności. Gdy przyjrzeć się bliżej strukturze zatrudnienia w produkcji, widać też, że nie ma mowy o powrocie do peerelowskiego ancien régime’u, w którym polskim przemysłem trząsło górnictwo i hutnictwo. Kopalnie węgla kamiennego kończą w Polsce swój żywot. Ostatnia ma przestać działać do 2049 r., ale najpewniej pożegnamy się z nią już na początku przyszłej dekady. Wielkie zakłady hutnicze zostały zamknięte albo są cieniami dawnych potęg; rynkowy test przeszły pomyślnie jedynie zakłady dolnośląskiego KGHM.

Największym pracodawcą w sektorze produkcji przemysłowej jest dziś przetwórstwo spożywcze, które zapewnia utrzymanie ponad 500 tys. osób. Dopiero druga jest branża metalowa (350-400 tys.), a podium zamyka sektor motoryzacyjny i samochodowy (380 tys. osób). 

Statystycznie to wciąż pokrewne gałęzie gospodarki związane z produkcją. W rzeczywistości odrębne światy, których na co dzień nie łączą nawet rytuały i zwyczaje, nie mówiąc o celach i możliwościach. Zarobki górników czy pracowników sektora rafineryjnego mogą się najwyżej przyśnić personelowi magazynów centrów logistycznych. Przynależność do związków zawodowych, tradycyjny wyznacznik robotników, wśród zatrudnionych w polskim przetwórstwie przemysłowym należy nadal do wysokich, ale daleko mu do notowanych wśród lekarzy, nauczycieli oraz służb mundurowych.

Poziom specjalizacji w niemal każdej branży znacznie ogranicza migracje pracowników z sektora do sektora. Serwisant linii produkcyjnej z fabryki silników nie odnajdzie się w nowoczesnej mleczarni już tak łatwo, jak jego odpowiednik w latach 80. Próg wejścia do niektórych stricte robotniczych profesji podniósł się tak wysoko, że ich przedstawicielom bliżej obecnie do kogoś, kogo dwa pokolenia wcześniej nazywano inteligencją techniczną. Elektryk wysokich napięć z kompletem certyfikatów uczy się zawodu nie krócej od architekta.

Czy w tej sytuacji można się dziwić, że wykonujący zawody robotnicze nie tylko często nie czują się robotnikami, ale też nie mają poczucia przynależności do jednej grupy społecznej? 

Jak lewica straciła słuch do postulatów robotniczych

Wreszcie ostatnie, już nie czysto retoryczne pytanie. Skoro, jak stwierdziliśmy, Polska jest dziś krajem de facto robotniczym, to dlaczego tak słabe wyniki w wyborach notują nad Wisłą ugrupowania lewicowe? Jesienią minie 25 lat od ostatniego demokratycznego rozdania władzy, które przyniosło wygraną partiom odwołującym się, przynajmniej w nazwie, do tradycji socjaldemokratycznej.

Odpowiedź zredukowana do obserwacji o przejęciu klasycznego lewicowego języka socjalnego przez partie konserwatywne jest oczywiście trafna. Zarazem będzie jednak niepełna i przez to trywialnie płytka. W drugiej turze zeszłorocznych wyborów prezydenckich aż 69,3 proc. pracowników fizycznych oddało głos na Karola Nawrockiego, który w trakcie całej kampanii unikał przecież obietnic z klasycznego koszyka ofertowego lewicy: nie obiecywał rozdawnictwa, zapowiadał raczej drobne systemowe korekty, które zostawią obywatelom więcej pieniędzy w kieszeniach.

W wyborach parlamentarnych w 2023 r. krzywiąca się na państwo opiekuńcze i interwencjonizm Konfederacja zauważalnie wyższe poparcie odnotowała w niemal wszystkich okręgach z dużymi zakładami sektora motoryzacyjnego (Katowice, Bielsko-Biała, Kielce, Kalisz).

Dlaczego pracownicy branży, z której już za kilka lat mogą pozostać w Polsce strzępki, zamiast lewicy woleli partię głoszącą skrajnie libertariański program? Być może dlatego, że również z lewej strony sceny politycznej coraz częściej padają postulaty de facto antypracownicze. Zielona transformacja jako priorytet. Czterodniowy tydzień pracy. Zero waste i cała retoryka postwzrostowa, głosząca konieczność zmniejszenia konsumpcji dla ratowania środowiska naturalnego – każde z tych haseł, poza porcją często trafnych diagnoz, niesie ze sobą także rozwiązania, które oznaczają milczącą zgodę na zmniejszenie zapotrzebowania na pracę najemną, zwłaszcza w przemyśle.

Nie chodzi tylko o górników węgla kamiennego, dla których OZE to często faktycznie „sroze”. Pracując w fabryce części samochodowych, również trudno w pełni utożsamiać się z postulatem dalszego ograniczania ruchu aut na rzecz rowerów, nawet jeśli samemu do pracy dojeżdża się na dwóch kółkach. Gdy jedyną realnie dostępną ofertą pracy w okolicy jest sortowanie paczek w magazynie Amazona, można po lewacku nie trawić globalizacji, ale w ugrupowaniu przekonującym, że „less is more” (ang. mniej znaczy więcej), ciężko dopatrzeć się sojusznika. Zwłaszcza gdy w ślad za takimi postulatami idą poglądy obyczajowe nie do przełknięcia dla przeciętnego konserwatywnego wyborcy z „klasy pracującej”.

Programiści robotnikami XXI wieku?

Pod jednym względem współczesny polski robotnik wpisuje się więc w klasyczną definicję klasy średniej. Na co dzień towarzyszy mu poczucie kruchości statusu, który wywalczył. Reindustrializacja, która osłodziła mu gorycz pierwszych lat transformacji, odbywa się wciąż na wolnorynkowych warunkach. Fabrykę, która dziś opłaca się pod Krakowem czy w Jeleniej Górze, za dwa lata może zastąpić w łańcuchu dostaw zakład gdzieś w rumuńskiej Bukowinie albo w chińskim Sinciangu.

Poczucie tymczasowości potęguje szybki rozwój technologii. Marks, który w XIX wieku przewidywał, że postęp technologiczny doprowadzi do zmniejszenia liczebności klasy robotniczej, ze zdziwieniem przyjąłby pewnie do wiadomości, że dzieje się dokładnie na odwrót: to część profesji tradycyjnie utożsamianych z pracą umysłową upodabnia się do zawodów robotniczych.

Na przykład… programiści. Przedstawicielom tej grupy, która była niemal emanacją klasy średniej, zaczynają zaglądać w oczy zagrożenia, które żywcem przypominają bardziej sytuację XIX-wiecznych tkaczy niż mieszkańców bogatych przedmieść USA z lat 50. i 60.

Według firmy doradczej McKinsey&Company nawet 30 proc. programistów wykonujących najprostsze prace, jak pisanie bazowych kodów, wykonywanie podstawowych testów i dokumentacja procesu, zostanie w najbliższych latach zastąpiona przez narzędzia AI. Autorzy raportu podkreślają, że najbardziej zagrożone utratą pracy będą osoby, które nie znają dokładnie architektury systemu, nad którym pracują, i procesów, które im zlecono (w branżowym slangu dosadnie nazywa się je „code monkeys”, czyli „kodującymi małpami”).

Co w sprawie przyszłości takiej pracy ma do powiedzenia polska lewica, która w powyborczym rozdaniu obsadziła ministerstwo cyfryzacji? Niewiele. Znamienne, że bardziej niż los pracowników obchodzi ją dziś rynkowa dominacja amerykańskich Big Techów i brak państwowej kontroli nad narzędziami AI. Miejsce robotnika w jej programie zajął robot.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 18/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Prekariusze wszystkich krajów, łączcie się