W roku 1964 na ekrany polskich kin weszła zapomniana dziś komedia Sylwestra Chęcińskiego (tego od „Samych swoich”) pt. „Agnieszka 46”. Film na podstawie powieści Wilhelma Macha opowiadał o zasiedlaniu Ziem Odzyskanych.
Oto w maleńkich Białobrzegach osiedlają się żołnierze z rodzinami. Wioska funkcjonuje niczym obóz wojskowy, rządzona twardą ręką przez dawnego dowódcę, a dziś sołtysa. Mężczyźni piją bimber, wspominają heroiczne czasy i z obojętnością lub okrucieństwem traktują kobiety, zwierzęta i dzieci. Symbolem tego ostatniego jest fakt, że dzieci mają kołtuny.
Na szczęście do odciętej przez mokradła sołdackiej enklawy przybywa młoda nauczycielka, tytułowa Agnieszka, która krok po kroku odwojowuje rzeczywistość tak, żeby była bardziej znośna. Na początku ma trudno, musi walczyć nie tylko z sołtysem-dowódcą i jego zdemoralizowanym oddziałem, ale też z uprzedzeniami kobiet, zwłaszcza starszego pokolenia, które nie akceptują przekroczeń genderowych, jakich aktywna, młoda kobieta (w powieści zna nawet judo!) się dopuszcza. W końcu jednak kołtuny zostaną ścięte, a podzielona i nieznośna rzeczywistość Białobrzegów się reintegruje.
Filmowa opowieść Chęcińskiego związek z powojenną rzeczywistością zachodnich kresów miała więcej niż luźny. Niezbyt udany i słusznie zapomniany film opierał się na prostych kontrastach, grał stereotypami, jego wymowa była całkowicie podporządkowana bieżącym potrzebom propagandowym. Jeśli szukać w nim jakiejś prawdy historycznej, to raczej tej, która mówi o gomułkowskiej wizji kultury popularnej niż o powojennej rzeczywistości.
Ale można też spojrzeć na ten film szerzej, dostrzegając, że filmowa Agnieszka była kolejną wariacją na temat pozytywistycznych siłaczek. Łączą one macierzyńskość Matki Boskiej, niezłomność Antygony z oczywistą gotowością wyrzeczeń i cierpienia dla nieoświeconej, biernej zbiorowości.
„Ołowiane dzieci”, czyli powrót „Siłaczki”
Wydawało się, że po groteskowym rozegraniu figury siłaczki w „Konopielce” nie będzie już dla nich miejsca w naszej kolektywnej wyobraźni, ale „Ołowiane dzieci” Macieja Pieprzycy przywracają tę figurę. Figurę, bo raczej nie rzeczywistą postać Jolanty Wadowskiej-Król.

Żeby ta figura mogła być czytelna, potrzebne jest tło. Widzimy je już w pierwszej scenie. Rolę kołtuna odgrywają tu robaki w ranie dziecka, które śląska matka leczyła, dając ją lizać psu. Jakie i czyje kompleksy ma leczyć ten inicjalny obraz? Czy naprawdę jest potrzebny dramaturgicznie? Czy stanowi jakiś symboliczno-afektywny naddatek? Dlaczego Jolanta Wadowska-Król, urodzona w Katowicach absolwentka Śląskiej Akademii Medycznej w Zabrzu, przedstawiana jest jako obca i nierozumiejącą szopienickich „troglodytów” przybyszka z jakiegoś lepszego „polskiego” świata, „biała” wśród wrogich jej „dzikusów”?
Wiemy, że tak nie było. Że charyzma i poświęcenie Wadowskiej były przyjmowane może z pewną ostrożnością, zwłaszcza przez hutników, ale nie z wrogością.
Śląska nowoczesność: czego nie zauważył Maciej Pieprzyca
Ślązacy byli zresztą znacznie nowocześniejsi niż reszta Polski – tak było przed wojną (sprawdźcie sobie współczynniki alfabetyzacji), ale też i po niej, kiedy w śląskim ciele pozostawała pamięć mięśniowa funkcjonowania w Niemczech, państwie nieporównywalnie bardziej nowoczesnym niż imaginacyjne imperium zwane Rzeczpospolitą. Nie dziwię się więc tym głosom moich krajan, którzy serialem Netfliksa czują się upokorzeni.

Jedną z osób, która ma największe zasługi w przywróceniu pamięci o bohaterce serialu, jest prof. Lucyna Sadzikowska z Uniwersytetu Śląskiego. Tak mówi o tym, co w netfliksowej wersji nadmiarowe:
– Zupełnie inny jest obraz kliniczny ołowicy. Na ekranie oglądamy raczej małych gruźlików. Ołowica nie powodowała tak drastycznych objawów, również statystyka zgonów dzieci w dzielnicy w tamtym czasie nie była wyższa niż gdzie indziej. Nie było też żadnych wieców, zebrań, gdzie doktor Wadowska miałaby organizować społeczność do buntu. Przeciwnie: w rozmowach z nią powracało sformułowanie, że działa „po cichu”. Działając po cichu, miała jednak niezwykłą charyzmę. Kobiety jej słuchały, mężczyźni się bali.
„Ołowiane dzieci”: kolejna wariacja na temat „Czarnobyla”
Trudno oczywiście domagać się wierności historycznym faktom od serialu. Oglądamy wszak kolejną po „Wielkiej wodzie” wariację na temat „Czarnobyla” i – jak to bywa z takimi powtórkami – każda kolejna jest bledsza. Mam jednak wrażenie, że owa netfliksowa generyczność pożarła w tym przypadku całą historię. Filmowa postać grana przez Joannę Kulig nie zostanie ikoną, nie porusza, bo historia oglądana po raz kolejny siłą rzeczy blednie.
Serial jest, mam wrażenie, najlepszy w tych – nielicznych – momentach, w których rekonstruuje przeszłość najwierniej. Wygląd przychodni czy wystrój mieszkań w familokach, a nawet słynna „kryka” Jorga, czyli wojewody Ziętka, zakotwiczają opowieść w lokalności i historycznym konkrecie.
Z kolei momenty, w których serial staje się ortodoksyjnie netfliksowy, są w nim najsłabsze i dramaturgicznie, i realizacyjnie. Scena wizyty Breżniewa rozmachem przypomina niesławnego „Gierka” Michała Węgrzyna, a komputerowo animowana huta czy orwellowski sposób kadrowania Spodka po prostu nie wyglądają dobrze, szczególnie po tym, co widzieliśmy w „Heweliuszu”.
Rozumiem oburzenie serialem Netfliksa
Inwestowanie w te sztuczne sceny odbywa się kosztem nierozegrania napięć dramatycznych, które miały np. miejsce w domach pracowników huty uwikłanych w konflikt wartości. Sadzikowska zwraca uwagę, że przedstawiona jako happy end wyprowadzka z zatrutego osiedla 251 rodzin happy endem tak naprawdę nie była.
– Wyprowadzka rozrywała więzi, znana jest historia rodziny pacjenta 0, której później nie było stać na czynsz, więc po prostu musieli wrócić do Szopienic. Mieszkańcy dzielnicy – kontynuuje Sadzikowska – wyrażali obawy, że serial pokaże ich w krzywym zwierciadle. Z jednej strony Netflix informuje, że serial jest zaledwie inspirowany wydarzeniami sprzed 50 lat, ale z drugiej, przez tak wyraźną sygnaturę nazwiska głównej bohaterki i miejsca akcji, w naturalny sposób będziemy odbierać go jako opowieść o nas, a wiele osób wciąż żyje i będzie to traktować bardzo osobiście.
W pierwszych dniach po emisji serialu na Śląsku zawrzało. Z jednej strony grają w nim wielkie tutejsze nazwiska aktorskie – Robert Talarczyk, Grażyna Bułka, Barbara Lubos-Rokita. To osoby rozpoznawalne, walczące o śląski język i rozwój śląskiej kultury. Z drugiej strony czytam kolejne posty oburzonych tym, jak śląska trauma została przejęta i wykorzystana bez żadnego poszanowania dla staromodnych wartości, takich jak prawda, szacunek czy empatia.
Nie oczekując od serialu wierności faktograficznej, nie mając w sobie daru oburzania się na zawołanie, przyznaję, że rozumiem negatywne emocje, jakie netfliksowa obróbka skrawaniem prawdziwej historii ze sobą niesie. Jeśli zaś miałbym powiedzieć o swojej, to jest mi po prostu przykro z powodu zmarnowanej szansy.
Dorastanie na Śląsku: nie tylko ołowiane dzieci
Nie byłem ołowianym dzieckiem, choć znam ich kilkoro. Byłem za to dzieckiem astmatycznym. Jakość powietrza na Śląsku zawsze była fatalna, a moje miasto rodzinne, Pszczyna, ścigało się jeszcze 3-4 lata temu z Żywcem, Rybnikiem, Krakowem i Suchą Beskidzką o europejski prymat w niechlubnym wyścigu o tytuł miasta z największym smogiem.

Dziś jest już trochę lepiej. Na monitorującej jakość powietrza stronie Airly nasze miasta to już nie kropki czerwone, ale zaledwie pomarańczowe. Na odtrutkę mieliśmy sanatoria w Rabce i ośrodek chorób płuc na Kubalonce w Beskidzie Śląskim.
Pamiętam swoje dzieciństwo jako nieprzerwany ciąg chorób i duszności. Mógłbym powiedzieć – gorzko żartując – że było ono bardzo proustowskie, ale rzeczywistość była inna, na wskroś prozaiczna. Lekarka z rejonowej przychodni długo nie potrafiła rozpoznać tej – zdawałoby się oczywistej – przyczyny mojego słabego zdrowia i faszerowała mnie jakimiś dewastującymi zdrowie antybiotykami, po których (dziękuję tetracyklinie) zżółkły mi zęby.
Gdyby nie względny przywilej polegający na posiadaniu rodzinnych koneksji medycznych – mąż siostry mojej mamy był lekarzem medycyny pracy, jego brat dyrektorem wspomnianego ośrodka na Kubalonce – to nieskuteczne i szkodliwe leczenie byłoby kontynuowane pewnie do kompletnego kolapsu dziecięcego organizmu.
Moja mama zrobiła wszystko, żebym był zdrowy
Na szczęście zostałem zdiagnozowany. Na szczęście mieliśmy dostęp do zagranicznych „dewizowych” lekarstw, dzięki którym przestałem się dusić. Nie wiem, czy jesteście w stanie zrozumieć, co znaczy „przestać się dusić”. Tak, dla takich dzieci jak ja dorastanie na Śląsku było, jak poezja w wierszu Różewicza, „walką o oddech”. Pamiętam ośmioletniego siebie i rzesze podobnych mnie nieszczęśników wywożonych autokarami do Rabki na dwumiesięczne turnusy lecznicze, które w mojej – i chyba wszystkich innych, którzy tego doświadczyli – pamięci zachowały urok kolonii karnej.

W pewnym sensie to, kim jestem dziś, cały wybór ścieżki zawodowej i życiowej, związane są z tymi dusznościami i zdrowotnymi ograniczeniami. Nie skarżę się. Moja mama zrobiła wszystko, żebym był zdrowy: miała dużą świadomość zdrowotną, nie leczyła mnie psim sadłem w każdym razie. Na pewno miał tu znaczenie nieco wyższy kapitał społeczny i kulturowy, ale wydaje mi się, że w latach 80. świadomość tego, jak dewastujący na zdrowie dzieci wpływ ma śląski stadtluft, była dość powszechna.
Przy czym traktowano to, jak sądzę, jako dopust boży i korzystano z możliwości – ochłapów – jakie dawał system w postaci właśnie turnusów sanatoryjnych. Choć dziś już astma ustąpiła, pozostał mi trochę świszczący oddech, niższa wydolność płuc (raczej w Himalaje nie pojadę, zostają Tatry) i strach przed powrotem astmy na starość.
Walka ze smogiem na Śląsku się nie skończyła
A jednak są na Śląsku ulice i całe kwartały, których nie trzeba by podrysowywać komputerowo, a które mogłyby – w 50 lat później – zagrać w serialu Pieprzycy. Może tylko mniej na nich dzieci. Są też podobne problemy.
Rozmawiamy o nich z dr Moniką Glosowitz z Uniwersytetu Śląskiego. Literaturoznawczyni, urodzona w górniczej rodzinie w Rybniku, zwróciła uwagę na losy kobiet z rodzin górniczych. Organizowane przez nią konkursy pamiętnikarskie dla mieszkanek Śląska pozwalają odkryć zupełnie inny wymiar historii regionu i cieszą się niezwykłą wprost popularnością. Gdy pod koniec ubiegłej dekady została matką, zaangażowała się we współtworzenie Rybnickiej Rady Kobiet, organu doradczego prezydenta miasta.
– Postulat był oddolny – mówi Glosowitz – wyszedł od kobiet, działaczek lokalnych, prezydent się na to zgodził. Miałyśmy mieć rolę opiniodawczą, natomiast mało kto nas pytał w ogóle o jakąkolwiek opinię, więc myśmy się zorganizowały same.
Na początku Rada miała dzielić się na sekcje i działać w różnych obszarach.
– Ja chciałam być przedstawicielką, która zajmuje się obszarem kultury. Inne członkinie zajmowały bardzo różne pola. Natomiast szybko doszłyśmy do wniosku, że mamy tak katastrofalny stan jakości powietrza, że nie ma w ogóle opcji, żebyśmy się zaczęły zajmować czymś innym. Powiedziałyśmy sobie jasno: zajmujemy się smogiem, mimo że nikt nas o to nie prosił, a co więcej, okazało się, że jest to problematyczne, bo wtrącałyśmy się tam, gdzie się miałyśmy nie wtrącać.
Górnicza tożsamość to również walka o czyste powietrze
Kiedy Glosowitz zaczynała aktywnie zajmować się polityką lokalną, odczuwała konflikt wewnętrzny, że oto staje przeciwko górniczej tożsamości regionu i własnej rodziny. Dziś już tak tego nie odbiera.
– Przy zupełnie innej okazji, poszukiwania głosów kobiet z rodzin górniczych, odkryłam, że te postulaty związane z poprawieniem jakości powietrza, ale też stanu wód, wód gruntowych, gleby, roślinności i całego środowiska naturalnego, były w Rybniku zgłaszane i to w sposób radykalny i wywierający presję w czasach, kiedy wydawałoby się, że to powinno być wszystko cenzurowane – opowiada. – Mam przeanalizowany korpus artykułów z prasy lokalnej od roku 1971, a śmiałabym przypuszczać, że trzeba przeprowadzić badania górnośląskich dyskursów publicznych całego powojnia.
Już w latach 60. utworzono pierwsze zespoły badawcze zajmujące się problematyką zanieczyszczeń przemysłowych i ich wpływu na zdrowie, powstał Instytut Podstaw Inżynierii Środowiska PAN w Zabrzu. Działała tam Irena Szalonek, która wykazywała istnienie „stref bardzo dużego skażenia” związkami fluoru w rybnickiej dzielnicy Paruszowiec. Prowadziła porównawcze badania zanieczyszczeń środowiska w Rybniku, Koninie i Skawinie.
Kobiety z Rybnika, dziedziczki Jolanty Wadowskiej-Król
Glosowitz i części kobiet z RRK odkrycie, że są kolejnym ogniwem wielopokoleniowego łańcucha, który kwestionuje ekologiczne status quo, przyniosło ulgę i pewność co do zasadności działań. Fakt istnienia świadomości ekologicznej i zdrowotnej, dokumentowanie dążeń pracowników Huty i mieszkańców Rybnickiego Okręgu Węglowego, jakie były podejmowane cztery czy pięć dekad temu, sytuuje ją zupełnie inaczej wobec współczesności.
Już nie myśli o sobie jako o wyrodnej córce podnoszącej rękę na świętą tradycję regionu. Inaczej: wpisuje siebie w tradycję, szuka jej śladów, przypomina poprzedniczki w tej walce.
Glosowitz, wspominając swój aktywizm, zwraca uwagę, że miejscy włodarze mówili członkiniom rady, że są zbyt radykalne, że chcą wszystkiego zbyt szybko, a zmiany wymagają czasu. Pamięta też argumenty, że płeć i macierzyństwo stanowią rodzaj wartości dodanej. Miejscy decydenci z jednej strony powściągali radykalizm żądań przedstawicielek rady, z drugiej mówili im, że ich radykalizm to potrzebna awangarda. Dzisiaj, znając historię zmagań o czyste powietrze, pyta z goryczą: no to ilu lat wymagają te zmiany – całego stulecia?
Obecnie Rybnik chwalony jest za to, jak uporał się z dręczącym jeszcze kilka lat temu smogiem. Czy byłoby to możliwe bez działań RKK? To Rybniczanki zaprosiły wybitnego specjalistę od epidemiologii środowiskowej z Belgii, prof. Tima Nawrota, który wykazał na podstawie próby porównawczej, że normy cząsteczek „czarnego węgla” w moczu dzieci w Rybniku są wyższe o ponad 400 proc. O tym, jaki wpływ na zdrowie dzieci mają zanieczyszczenia powietrza, wielokrotnie opowiadała mieszkańcom i Radzie Miasta członkini RKK, dr Katarzyna Musioł.
Postkolonializm w streamingu
Paradoks sprawił, że Rada się rozwiązała, choć wymusiła na władzach miasta skuteczniejsze działania, a mieszkańcom pomogła uświadomić wagę problemu. Dopiero jednak, zauważa Glosowitz, głos mężczyzny z zewnątrz musiał poręczyć, że starania Rybniczanek nie są nadmierne i pochopne.
– Jako badaczka zagadnienia wiem, że wszelkie działania na rzecz poprawy środowiska naturalnego są wysiłkiem zbiorowym, często żmudnym i angażują wielu aktorów. To długotrwałe procesy. Natomiast jako aktywistka i obywatelka wiem też, że potrzebujemy ikon, postaci odważnych i charyzmatycznych. Jolanta Wadowska-Król bez wątpienia jest dla mnie i dla wielu osób na Śląsku taką ikoną.
Czy serial Netliksa pozwala ją poznać? Mam sporo wątpliwości. Na pewno pokazuje, po co nam w środku Europy Środkowej refleksja postkolonialna.
Prof. WOJCIECH ŚMIEJA (ur. 1977 w Pszczynie) jest literaturoznawcą, profesorem Uniwersytetu Śląskiego. Zajmuje się gender studies, wydał m.in. „Po męstwie. Historię polskiej męskości w XX wieku".
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















